Nie jestem bywalczynia tego forum, ale to chyba najwlasciwsze miejsce dla
moich refleksji. Jestem singlem prawdziwym! Nie singlem dwudziestoletnim, nie
singlem od 3 miesiecy! Takim prawdziwym rasowym, po 30, po zwiazkach (ze
wspolnym zamieszkiwaniem). Od 5 lat mieszkam sama, w duzym miescie, gdzie
zadnej rodziny. Nigdy na ten stan nie narzekalam - garstka znajomych, nowe
wyzwania, wyjazdy. Jednym slowem niezle zycie.
A tu...od 3 tyg. prawie calkowita utrata mobilnosci, pierwszy raz w zyciu tak
dlugo. Jakies takie chorowanie dziwne. Ha! przez ten czas "sprawdzeni
znajomi" odwiedzili mnie ze 3 razy, pomiedzy wypadami na wschod i zachod
Europy, pomiedzy wizytami w centrach handlowych, skakaniem ze spadochronem a
scianka

Nie mam do nich pretensji, zwyczajnie - chyba nie mamy standardow
zachowania sie w sytuacji, kiedy tez tak zawsze aktywna kolezanka niedomaga.
Owszem sa pytania "jak sie czujesz" ale propozycje faktycznej pomocy
uslyszalam od starszych schorowanych sasiadek. No i takie snuje teraz
refleksje, ze moze czas poszukac meza..

A jak to wyglada u Was? Jakie sa
te STANDARDY?

Podkreslam, ze niezle sobie radze w zdrowiu, mialam jakies
plany wyjazdowe, koledzy pytaja "kiedy juz bede mogla (i nie chodzi o seks)"
ech... a chleb to kto przyniesie?