W czasie mojego małżeństwa, gdy wraz z żoną rozmawialiśmy o rozwodach innych,
zawsze "wyskakiwałem przed szereg" i mówiłem, że gdybyśmy to my musieli się
kiedyś rozwieść, wziąłbym tylko swoje podręczne rzeczy, torbę, wyszedłbym po
cichutku w nocy i nigdy nie wrócił zostawiając jej wszystko.
I tak mi się wydawało jeszcze do niedawna. Ale teraz jakoś zmieniłem zdanie.
Mam zamiar zabrać dosłownie wszystko co tylko się da podzielić. Nawet bombki
choinkowe
Trochę w tym mojej zwykłej ludzkiej złości, na nią, na to co zrobiła i robi.
Trochę chęci pokazania, że to tak łatwo nie będzie, że poważne decyzje rodzą
poważne konsekwencje. Trochę mi tego wszystkie żal - że zostawię, a za miesiąc
czy rok ktoś przyjdzie na moje miejsce i będzie z tego korzystał. Do tego
dochodzi też "rewanżyzm" na zasadzie, a dlaczego to ja muszę zaczynać od zera,
dorabiać się, brać kredyty...
Czy wy, wyprowadzając się zostawialiście wszystko i czy teraz - po czasie -
żałujecie tego?