estimata
21.12.10, 08:36
O swojej sytuacji pisałam już na forum. W skrócie- woelka miłośc (głównie moja), potem lata z przemocą psychiczną, jego wieczna nieobecnością w domu, w przerwach kolejne dzieci. W końcu miarka sie przelała, zadbałam o siebie, zaczęłam żądac szacunku, nie pozwalać na wredne traktowanie. Najpierw awantury, potem propozycja rozwodu, jego zapewnienia, że zrobi wszystko, wszystko... Terapia - krótko, bo nie miał czasu. Potem okres względnego spokoju ale tez postepującego oddalenia, byle nie było awantur. Oddalenia także w sferze intymnej.On twierzdił, że skoro nie ma awantur to jest świetnie, a brak seksu to moje dziwactwo, a on, biedaczek, cóż musi się pogodzić. Nie zrealizował żadnej z wczesniejszych obietnic (wspólny wyjazd, jakieś wyjścia etc), a moje propozycje odrzucał. W domu bywał... Czasem zajął się dziećmi, bardzo czasem. Więc niby wiedziałam, że takie zycie to jest dno.On cały czas twierdził, że absoluitnire nie chce rozwodu, bo przecież jest dobrze, bo kocha dzieci. Więc może ja chcę? Będę winna rozbicia rodziny, zabiorę dzieciom ojca. Budował moje i tak rozbujane poczucie winy, wiedząc, że dla dzieci mogę wiele poświęcić. Jeśli ich dobrem miałby być nawet ten krótki kontakt, jaki z nim czasem mają. I nagle teraz właśnie, tuz przed świętami, dowiedziałam się, że mnie zdradza. Najprawdopodobniej od miesięcy. Perfidnie kłamie, że idzie do pracy (popołudniowe zlecenia), a po drodze zalicza wizytę u pewnej pani. Jednoczesnie twierdzi, że to ja prawdopodobnie go zdradzam, bo tylko w taki sposób potrafi wytłumaczyc sobie brak seksu w naszym związku. Na ten temat zreszta dośc często czyni niewybredne uwagi. Obecność tej pani w naszym zyciu prawdopodobnie ma ścisły związek z odmowa wspólnych wyjść czy wyjazdów - także rodzinnych. Niby i tak myslałam o rozwodzie. Niby... Ale teraz czuję się oszukana, nawet nie jako kobieta, po prostu jako człowiek. Jak on mógł deklarować, że zrobi wszystko, skoro całą aktywnosć zapewne przeniósł na tamta panią? Jak mógł mi zarzucać, że chcę rozbić rodzinę? W końcu w nieskończonosć dawałam i dawałam szansę, odwlekałam decyzję o rozstaniu, licząc na cud.
Z drugiej strony znowu mam poczucie winy. Bo może gdyby pomimo wszystko, gdyby jednak był seks, to nie poszedłby go szukać do innej? No ale ten nasz seks był po prostu straszny - bez uczuć, bez zaangazowania, taki filmowy obowiązek małzeński. Nietrudno (mi) było ztego zrezygnować. I on nie zrobił nic by to zmienić (no i ja tez nie). Może błędem było, że uczyniłam z seksu karte przetargową naszego związku, bo przegrałam.
Jak przeżyć święta? Mam ochotę wykrzyczeć mu w twarz, że mnie oszukuje, że ja wiem. Ale nie chcę psuć świąt całej rodzinie, zwłaszcza dzieciom. Ale nie mogę na niego patrzeć, robi mi się niedobrze. Mam żal, że w taki sposób rozwiązał swoje problemy. Nasze problemy. A przecież tak go kochałam