Powiedzcie proszę, czy ewidentne niedopasowanie seksualne (i w częstotliwosci i w jakosci) może być wystarczającym powodem rozpadu małzenstwa? Czy to zbyt "błachy" powód? Oczywiscie od tego wszystko sie zaczyna i na tym konczy, czyli oddalenie emocjonalne, całkowity zanik więzi erotycznej, ciągła frustracja, spadek samooceny, to totalne uczucie ponizenia poprzez olewanie moich potrzeb, zgaszenie, brak checi do zycia, totalna apatia.
Pan mąz: nie ma az takich potrzeb, czuje się napietnowany, jest mu zimno (to kiedy chciałam ostatnio cos zainicjowac pod prysznicem

, zwiazał sie z "potworem seksualnym" (hehe co Wy na to, panowie?

, jestem "jakas nienormalna", jestem zimna, są inne wazniejsze sprawy w zyciu itp. itd. Pożycie jest, choć rzadkie, bardzo krótkie, zadowalające jedną ze stron (chyba nie musze dodawac którą). Podczas współzycia orgazm miałam może kilka razy. Podczas masturbacji mam zawsze. Były rozmowy, płacz, ciche dni, potem znowu próba rozmowy,obietnice, krótka poprawa i znowu to samo... ech
I tak trwam w tym zwiazku juz 13 lat (mamy dwoje dzieci) z coraz mniejsza nadzieją na lepsze jutro...
Mam juz dosc, naprawdę, widze ze z tego powodu się zmieniam, że coraz rzadziej sie smieję, że go unikam, że staje mi się coraz bardziej obojetny, że coraz mniej nas łaczy...
od razu "dobrym radom" opdowiadam że było i na romantycznie i na ostro, była odjazdowa bielizna,były gadzety,były delikatne rozmowy, sugestie, była podsyłana literatura i filmy,dużo innych rzeczy było, ba! nawet numer do seksuologa połozyłam na stole (no "moge isc", ale tak jakos zeszło, ze nie było okazji) co mogę jeszcze zrobic? Doszłam po prostu do wniosku, że mój mąż ewidentnie tego nie lubi, nie kręci go to, nie jest mu to do życia potrzebne. Wiem,że to mało prawdopodobne w wydaniu męskim, ale jednak...
W rodzinie i wśród znajomych uchodzimy za dobre, zgodne małżeństwo, mąż jest troskliwy, czuły, zaradny, jest dobrym ojcem. Na pozór sielanka.
Lecz dla mnie wszystkie jego dobre cechy juz dawno zostały przykryte przez tę jedną "ułomnośc", która moim zdaniem przyczyniła się do rozpadu naszego malzenstwa. Czy to mozliwe???
Czy moze faktycznie ja mam jakąs obsesję?
Wiadomo po tylu latach namietnosc wygasa i tak dalej,pewnie nie krece go tak jak dawniej, ale jak siegnę pamięcią wstecz, to u nas zawsze ta namiętność była taka letnia, np. podczas naszej podróży poślubnej trwającej dwa tyg. kochalismy sie uwaga! - raz !!!(serio, serio

no ale bylam wtedy strasznie zakochaną, młodą, niewiele wiedzącą o zyciu dziewczyną. Z wiekiem zaczęło mi to coraz bardziej doskwierać. Broniłam sie przed tym długo. Ale juz wiem,że nie potrafię bez tego żyć. Mam inny temperament, większe libido i nie rozumiem, czemu mam sobie odmawiac tej jednej z niewielu radości życia. Nie chcę tego robic na boku.Dlatego teraz jestem u progu podjęcia decyzji o rozwodzie z powodu braku satysfakcji seksualnej i wszystkich tych pochodnych, o ktorych pisałam wyżej.
Czy ktoś może mi cos doradzic w tej kwestii?
Czy jeszcze próbować rozmawiac po raz kolejny (wszakze nie o rozmowy tu chodzi)?
Jak wytłumaczyc to dzieciom?
Jak dalej żyć?
Liczę na Wasze poważne, życiowe podejście do sprawy.