eluthiena
20.04.12, 23:06
muszę napisać bo inaczej coś się ze mną stanie, rozedrze mnie na kawałki...
Podczytuję Was i z wielu słów czerpałam wsparcie w chwilach kiedy tego potrzebowałam. Ale muszę w końcu coś zmienić inaczej wyląduję w psychiatryku albo dzieci straca matkę już sama niewiem,
Moja historia jest banalna. W sensie że wszystko na własne życzenie. Krótka znajomość i szybki ślub - dla odmiany po długim związku i zerwanych zaręczynach.
Od samego początku po ślubie dramatyczne różnice i to we wszystkim. Co w życiu ważne, co warte wysiłku - wszystko na odwrót. Poza tym mój mąż z gatunku wolnych ptaków, którzy nie powinni sie wiązać miec dzieci dostosowywać się do życia w "komórce rodzinnej". Ale oczywiście myślałam że go zmienię że zmieni go dziecko. Ok nie powiem jest w miare dobrym ojcem. Tzn bardziej w sensie spędzania z dziećmi czasu niz zapewnia im materialnego bezpieczeństwa, ale to akurat w sumie by mi wystarczało. Przy czym nawet do tego długo dojrzewał. Ciąża zarówno pierwsza a tym bardziej druga niechciana i w pełnym kryzysie przeżyte w calkowitej samotności. Przeprowadzka w międzyczasie w ciąży bez jego żadnej pomocy. Przeniósł swoje rzeczy zawiesił kapelusz.Ja niewiem na co ja liczylam. Cały czas próbowałam udowodnić że nie ma żadnych różnic, to on wciąż gadał ze jesteśmy z innych bajek, chciał dom w górach zgodziłam sie wzięłam kredyt. A na codzien małe mieszkanko w bloku. No i kolejne lata - on budował, ucieka,ł wszystkie pieniądze tam wkładal. A codzienność, wydatki na dzieci itd - musiałam radzić sobie sama. No i radziłam sobie, dość dobrze zarabiam ale na 2 etatach, w weekendy często wieczorami. Gdy on ogląda mecze uprawia sport itd. Na każda prośbę o pieniądze - nie ma, czeka na przelew. Ale zakupy co i raz jeśli robi to do domu w górach. Na codzien nie widzi takiej potrzeby. Przyzwyczaił sie ze kupię sama. Oczywiscie nie przyznaje sie do tego. Kłóci się zajadle licytuje. Nie docenia w ogóle niczego nie szanuje. Wrzeszczy przklina wyzywa - nawet przy dzieciach. Kilka razy doszło do rękoczynów, ze 2 razy napluł mi w twarz. Na liczne próby rozmowy kiedy płacze i prosze łaskawie zgadza się dalej próbować. Ale nie zmienia się nie próbuje czegoś z siebie dać jako mąż jako mężczyzna. Ja już też niewiele daję. Tyram zmęczona niecierpliwa zrzędze - przyznaję ze tak jest. Ale czasem cos próbuję, organizuje koncert kino zapraszam znajomych. On nic. Wprost mówi że nie lubi ze mną spędzać niedziel bo sie kłócimy. Na ostrzejsze próby egzekwowania od niego większego wkładu w dom we wspólne rzeczy ma jedną odpowiedź - nie musimy mieszkać razem, życie ze mna to nie rewelka, tkwi w gównie, ze z taką psychopatką nie da się mieszkać itp itp.
Dla mnie wielką motywacją do ciągłego załagadzania, przymykania oczu, zapominania o własnym honorze, godności są oczywiście dzieci. Nie chcę żeby miały rozwiedzionych rodziców. Wiem że potrzebują ojca, a po rozwodzie on nas wykreśli ze wojego zycia. Czasem może przyjedzie do dzieci w odwiedziny jako wspaniały tata przeżywający przygody w świecie. Boję się pytań dzieci gdzie jest tata i kiedy przyjdzie.
Ale też ostatnio boję się o siebie. Bo już naprawdę nie daję rady....