Tak mnie natchnęła dyskusja nad postawą Steppenwolf, że ślub po grób, wszystko dla ocalenia rodziny.
Właściwie też mam takie skostniałe poglądy. Jak wychodziłam za mąż po wielu latach mieszkania razem, to wiedziałam, że to ten jedyny. Wchodziłam w związek do końca życia. Przysięga małżeńska nie była dla mnie czymś w rodzaju "od jutra nie piję" ale to była PRZYSIĘGA. Komuś, nie przed bogiem, urzędnikiem, księdzem czy nawet nad Niagarą. Przysięgałam komuś. Były w moim życiu lata ciężkie, gdzie ciężko było wytrwać nie tyle w wierności (choć to też) co w miłości. Bo pielęgnować miłość w latach rozłąki jest najtrudniej. Bez dotyku, intymności. Wytrwałam. Bo przysięgałam temu człowiekowi miłość. Po powrocie ten człowiek zapomniał co przysięgał (choć rozmawialiśmy wielokrotnie o znaczeniu ślubu), znudził się szarym codziennym życiem. Jedną kobietą. Złamał przysięgę daną mnie. Dla zabawy, przyjemności, nie wiem jeszcze dlaczego.
Pomijając sytuacje patologiczne, rozwód jest okropnym nieszczęściem. Bo zwykle jedna z osób zapomina o tej najważniejszej, której przysięgała. Że te słowa które powinno się wypowiadać z wiarą i miłością, wypowiadane są za lekko. "I obiecuję ci miłość wierność i uczciwość małżeńską, AŻ MI SIĘ ZNUDZI" - taka formuła powinna być teraz obowiązująca.
Jestem człowiekiem z zasadami. Nie kłamię, nie kradnę, nie oszukuję - nawet dla własnych korzyści. Jak miałam kilkanaście lat, obiecałam sobie nigdy niczego nie żałować, ani nikogo nie nienawidzić. Zrobiłam w swoim życiu kilka głupich rzeczy (jak każdy

), ale nie żałuję. Wszystko w moim życiu działo się, bo tego chciałam. Rozwodu, który mnie czeka też w końcu zachcę - bo były i nowa doprowadzą mnie do tego stanu. Ale jak mówiłam - nie żałuję i nie będę żałować. Nie będę jej nienawidzić, bo tak postanowiłam. Nie muszę jej lubić ani kochać. Ona jest, ale nie w moim życiu. Nie będzie decydować o moim życiu, bo ja o nim decyduję.
... chyba wpadam w grafomanię...
Kwiatek