Witajcie wszyscy. Zaglądam na to forum od dłuższego czasu. Być może niektórzy pamiętają listopadowe wpisy - rozstanie po 8 latach, 2-letnie wówczas dziecko, żal, ból, strach. Generalnie kupa.
Dziś mija dokładnie 9 miesięcy od tego dnia kiedy zaczął się koniec, definitywny koniec mojego związku. Przeszliśmy przez burzę emocji, ja dodatkowo złapałam delikatną depresję, chudłam w oczach, przeżyłam najgorsze święta w życiu. To było.
A dziś? Dziś jestem na zupełnie innym etapie. Pracuję u exa w firmie (da się!). Wychowuję wspaniałego chłopczyka sama (da się!). Poznaję nowych ludzi i robię to co lubię, mimo że mam na to niewiele czasu ale jednak (da się!). A przede wszystkim wyluzowałam, nie jestem już taka wiecznie spięta, przestałam być niecierpliwa i tak wymagająca wobec siebie i życia jak byłam (da się!). Poznałam kogoś z kim się świetnie dogaduję, choć na razie nie myślę o poważnym związku to i tej możliwości nie wykluczam (da się!). Ostatnio spędziłam z eksem popołudnie nad rzeka, długo rozmawialiśmy - m.in. o naszym synku, on opowiadał o swoim nowym związku, może nawet dostanę zaproszenie na ślub

i kto wie czy z niego nie skorzystam (tak, da się!). No bo w sumie 8 lat to kawał czasu, eks zawsze będzie mi w jakiś sposób bliski, tym bardziej że mamy dziecko.
Podsumowując - przeszłam moje piekło i teraz już zaczynam być szczęśliwa i spokojna

Czego życzę wszystkim przechodzącym swoje piekło. Pamiętajcie - da się!