abecede1234
14.11.13, 22:50
Niby wszystko jest normalnie,nie ma alkoholu,bicia, zdrad.Sa dzieci,mieszkanie, w miare dobra praca.Ale jest cisza,obojetnosc,niechec,olew....Latami robilam awantury domagajac sie jego uwagi, czyniac wyrzuty,ze mnie nie dosc kocha, wpakowalam sie w depresje, od roku chodze na psychoterapie by....przygotowac sie do odejscia.Kocham chyba jeszcze meza,ale nie umiem zyc w takiej pustce, ciszy, w udawanym "domu"...Wykancza mnie to.Mimo,ze to z natury spokojny dobry czlowiek - pod moim adresem leca bardzo ciezkie slowa,gdy chce porozmawiac, dogadac sie, wyprosic by nie spal 4 h kazdego popoludnia olewajac mnie i dzieci...Slysze ,ze przewraca mi sie w dupie, ze mam "nie pierdolic", ze jestem "jebnieta idiotka" i o co mi w ogole chodzi,przeciez on nie bije ani nie pije...Dodam ,ze oboje mamy wyzsze wyksztalcenie, jestesmy podobno ludzmi "na poziomie" choc po rozmowach, a juz na pewno po fakcie ze wrzeszczy przy dzieciach- ciezko to stwierdzic..Sa momenty ,gdy juz nie wiem,czy to ja faktycznie mam cos nie tak "pod sufitem" i wymagam za duzo...Jednak czuje sie potwornie samotna.Jak to co pisze wyglada "z boku"? cos nie tak ze mna?