lotta13
06.02.14, 17:57
Witam,
To mój drugi post na forum.
Nie chcę opisywać w tej chwili całej naszej historii. W skrócie - zaczęło się od przysłowiowych skarpetek, potem efektem kuli śnieżnej chodziło już o całokształt. Ja gderałam, prosiłam, mówiłam, czekałam-bez efektu, potem pozwoliłam sobie kilka razy na agresję słowno-fizyczna, a mąż milczał, milczał, milczał. Po ok. 1,5 roku (jesteśmy razem kilkanaście lat, małżeństwem 7) mąż "wyskoczył" z hasłem pt. rozwód. Nieodwracalnie! Dla niego obecnie sytuacja jest zero-jedynkowa. On chce się rozstać i już. Jest zraniony, upokorzony, kochał mnie, ale już przestał, nie chce mnie, chce być naprawdę kochany, a my żyliśmy obok siebie - każdy na swoim komputerze.
Dla mnie to był szok! W tym całej prozie życia, pracy, wychowaniu dziecka (uczeń) , nawet nie brakowało mi tej drugiej osoby. Był to był, nie było to nie było. OBOK.
Teraz dostałam obuchem w głowę, zdałam sobie sprawę co się dzieje, jak się zachowywałam (że to ja w 80%) ponoszę winę za ten stan i decyzję męża. Targają mną uczucia, jest mi wstyd, moja ambicja została zdeptana, miotam się od miłości do nienawiści, zadaję sobie pytania. Zamęczam męża (obecnie pracuje w innym mieście-widujemy się w weekandy)
Ale zaczęłam też działać i walczyć, chodzę do dobrego psychologa, biorę antydep., myślę, analizuję, chcę SPRÓBOWAĆ dać nam szansę.
Mąż cały czas jest na nie, nie chce pójść na terapię, nie przyjmuje do wiadomości mojej rozpaczy, szukania ratunku, walki o nasz związek. Twierdzi, że już "nas" nie ma, ja i on się nie zmienimy (a ja chce się zmienić, zrozumiałam błędy!)
Tylko .....z drugiej strony (to wyszło w trakcie terapii u psych..) paradoksalnie jest mi dobrze samej, jestem ( poza momentami kiedy myślę o rozwodzie) wyciszona, nie mam ataków gniewy, uczę się żyć samodzielnie, mam swój rytm, mam dziecko. Nie potrzebuję tego, czego oczekuje w związku mój mąż. Nie muszę być aż tak blisko, nigdy nie byłam, być może nigdy nie kochałam, może pojmowałam miłość zupełnie inaczej. I tak sobie tkwiliśmy. Oczywiście były też fajne momenty...
Mąż jest świetnym ojcem, wiem, że będzie czynnie uczestniczył w wychowaniu dziecka, finansowo też jakoś nas zabezpieczy. Jest dobrym człowiekiem.
Właściwie z tyłu głowy coś mi podpowiada, że rzeczywiście to już koniec, że nie powinniśmy być razem, że nie tak wygląda małżeństwo, że to tylko poczucie stabilizacji, przyzwyczajenia z mojej strony jakoś mnie stopuje.
Ale z drugiej strony jest Dziecko, bardzo z nami związane, wyczekane, zaopiekowanie, i teraz zafundować mu rozłąkę z jednym z rodziców, podziały, przeprowadzki, nowe mieszkanie itp. On jest dla nas priorytetem.
Dla niego uważam warto spróbować, warto znowu się zbliżyć, nie wiem czy się pokochamy, dużo się wydarzyło (raniłam go słowami strasznie) , może każde z nas się zmieni, zrobi mały krok..
Sama nie wiem. Przeraża mnie, że mój mąż jest tak bardzo uparty, nigdy taki nie był, a teraz nie chce słyszeć o terapii, on się nie chce zmieniać.
Jakie są Wasze doświadczenia? Czy możecie mi coś poradzić?
Z góry bardzo dziękuję za podzielenie się doświadczeniami.