nuevo.75
13.10.15, 09:33
witajcie,
Mam 42 lata, stabilną sytuację finansową i życiową. Świadomość możliwości oraz realiów funkcjonowania związku. Na co dzień pracujemy z żoną zawodowo, dwójka nastolatków w domu. Wspaniałe relacje z dziećmi, wspólne wypady i spędzanie czasu. Dzielimy się obowiązkami i nikt nie uchyla się od angażowania w codzienne domowe życie - zarówno sprawy błahe, jak i poważniejsze np. wywiadówki, badania lekarskie dzieci itp
Sielanka ktoś powie....ale nie jest tak różowo.
Moja żona zawsze była nerwową osobą, łatwo denerwującą się, a wręcz wpadającą w furię. Zawsze wszystko wiedziała lepiej i nie miała skrupułów żeby człowieka zrównać z ziemią, nawet za pierdoły.
Cierpiały nasze dzieci, cierpiałem ja - życie z częściowo "toksyczną" osobą jest bardzo ciężkie. W tej naszej relacji opartej głownie na strachu, lęku oraz emocjach trwaliśmy ponad 14 lat. Były okresy spokoju i stabilizacji emocjonalnej, piękne chwile gdzie człowiek dziękował Bogu za tę drugą połówkę.
Do tego wszystkiego, ja rozpocząłem terapię DDA jakieś dwa lata temu, odkryłem co było powodem moich dysfunkcji w relacjach z innymi ludźmi itd. Ta terapia, straszna i trudna w pewnym momencie, okazała się bardzo oczyszczająca oraz odbudowała we mnie poczucie własnej wartości, wyzbycie się lęku przed gniewem mojej żony. Zacząłem patrzeć na życie w inny sposób, świadomy moich prawdziwych możliwości ale również błędów które popełniałem w relacjach z ludźmi.
Ta cała moja "odnowiona" osobowość zderzyła się z brakiem zrozumienia mojej żony - były kłótnie, agresja słowna, wzajemne oskarżenia itd. Wszystko w obecności dzieci - niestety. Odzyskując poczucie własnej wartości nie pozwalałem na niesprawiedliwą ocenę i traktowanie.
W obliczu tego wszystkiego wyprowadziłem się z domu, miałem dosyć, byłem wrakiem emocjonalnym.
Po jakimś czasie żona zmieniła postawę i zadeklarowała chęć naprawy poprzez terapię małżeńską - biłem się z myślami, rozważałem za i przeciw, tęskniłem cholernie za dziećmi, i zgodziłem się. Wróciłem do domu - powrót był trudniejszy niż odejście...
Rozpoczęliśmy terapię małżeńską, w cyklach tygodniowych. Zaczęło się zmieniać na lepsze, żona zdecydowanie poprawiła sposób komunikacji, emocjonalne reagowanie względem mnie i dzieci. Mogłem również w końcu mieć "przestrzeń" dla siebie bez narzekania że marnuję czas na to czy tamto...
Mamy za sobą poważny kryzys, podparty terapią która uratowała nasz związek, ale wraz z terapią pojawiła się większa świadomość naszych własnych potrzeb i indywidualizacji w tej wspólnej sferze. Przez jakieś pół roku było bardzo dobrze, harmonia i wzajemne poszanowanie na co dzień. Dzieci z uśmiechami na buziach....
Od jakiegoś czasu czasem żona powraca do starego modelu zachowania i próby zdobycia dominacji, ponownie się kłócimy, oskarżamy, ranimy. Deklarujemy że to nie ma sensu. Czasem błahy powód jest przyczyną mocnego focha czy też kłótni.
Czuję że jestem z żoną bardziej z przyzwyczajenia i wygody, wzajemnej symbiozy. Jest przyjaźń, są rozmowy i czułości, ale nie ma u mnie MIŁOŚCI. Czuję sie wypalony i wyzbyty z tego uczucia do żony.
Funkcjonuję normalnie, ale to zaczyna być jakaś obsesja to co czuję... Pojawiają sie myśli że to nie ma sensu, że oszukujesz siebie, żonę, własną rodzinę....
Mam wszystko, ale nie mam NIC, tzn miłości którą mógłbym dać żonie, spokoju wewnętrznego na co dzień - prawda jest taka że udaję i gram, bo nie chcę robić piekła moim dzieciom, nie chcę konfliktu w domu, nie chcę dobić żony tekstem "nie kocham cię|...
Czuję każdego dnia że w bliskiej przyszłości będę musiał sie zdecydować - albo zostać dla dobra rodziny, albo egoistycznie odejść i rozpocząć wojnę z żoną, która mi nie odpuści - niezależnie od powodów.
Jestem w tej mojej grotesce mocno zakręcony i ogłupiały, czytam różne posty i nie za bardzo mogę odnaleźć się w tym wszystkim.
Rozstanie/rozwód to jest POWAŻNA sprawa, rzutująca na wszystkich, ale głównie na dzieci- czy warto?
Jestem rozbijany każdego dnia, coraz częściej ulegając i dostosowując się żonie tylko po to żeby ona nie nakręcała się na emocje, żeby spokojnie funkcjonować i dom był przystanią po ciężkim dniu, dla dzieci i dla mnie.
Czuję że powinienem to uciąć, uciec żeby normalnie żyć, ale wiem że życie samemu to również emocje, tęsknota, lęk, topienie smutków w alkoholu, itd.