tarika
17.03.16, 23:49
Witam Państwa! Jesteście Państwo doświadczeni w bojach związanych z rozwodami i związanymi z tym sprawami. Ja co prawda nie rozwodzę się, bo nie mam ślubu, ale po 9 latach rozchodzę się z moim chłopakiem. I tutaj jest problem, bo mamy dwójkę dzieci. Właściwie to jedno, bo drugie jest w drodze.
Nasz związek był od początku bardzo burzliwy, niestety ja w swojej wielkiej miłości do mojego partnera wierzyłam, że wszystko się ułoży. Poza tym podjęłam raz próbę zerwania naszego chorego związku i związałam się na krótko z innym chłopakiem, ale moja miłość nie dawała mi odejść. Niestety po ponownym naszym zejściu było jeszcze gorzej. Wyzwiska, szarpania były na porządku dziennym. Dwa lata temu wyjechaliśmy za granicę szukać szczęścia. Moja matka dostała propozycję pracy, ale nie chciała z niej skorzystać i spytała się, czy ja chcę wskoczyć na jej miejsce. Oczywiście chciałam. Mój chłopak również chciał. Początkowo było super. Jak nigdy przedtem. Napotkaliśmy co prawda bardzo dużo problemów, otarliśmy się nawet o bezdomność, praca bowiem nie wypaliła. Po kilku miesiącach moja mam pytała, czy chcemy wracać. nie chcieliśmy. Pomogła nam więc załatwić mieszkanie i nową pracę. Wszystko się układało. Mama nam dodatkowo pomagała wysyłając paczki i pieniądze. Mój chłopak chętnie ze wszystkiego korzystał. W tym czasie oboje pracowaliśmy. W listopadzie zeszłego roku straciłam pracę, ale okazało się, ze jestem w ciąży. Od tamtej pory wszystko się skończyło. Źle znosiłam ciążę, całe dnie wymiotowałam, traciłam siły. Mój chłopak zaczął mnie wyzywać tak, jak robił to jeszcze w Polsce. Z każdym miesiącem było coraz gorzej. Dostaliśmy mieszkanie. I znów mama nam pomogła. Dostaliśmy od niej pożyczkę 1000 funtów na sprzęt domowy. Pytała się, czy będziemy mogli jej oddać, bo ona nie jest w stanie udźwignąć już takiego ciężaru. Obiecaliśmy, ze oddamy. Po urodzeniu dziecka niestety zamiast poprawy między mną a moim chłopakiem, sytuacja bardzo się pogorszyła. Synek urodził się maleńki. Nie chciał jeść, prawie nam umarł. Ja nie miałam żadnej pomocy ze strony mojego partnera. Byłam słaba i wystraszona. A on coraz brutalniej mnie wyzywał i zarzucał, ze w domu jest bałagan, że obiad nie jest zawsze na czas i obrażał, obrażał, obrażał. na miesiąc przyjechała moja mama pomóc nam. Wreszcie miałam czas odpocząć i wrócić do siebie. Przez ten miesiąc jakość się polepszyło, ale któregoś dnia mam spytała się, dlaczego mój chłopak nie zaniósł pewnego dokumentu do pracy, bo przez to nie dostaniemy becikowego. Mój chłopak wpadł w szał. Wyzwał ją od patologii, szmat, debilek. Stały zestaw zarezerwowany dla mnie. Musiała być z nami jeszcze dwa tygodnie, przez ten czas ona starła się go udobruchać, żeby nie mścił się na mnie po jej wyjeździe. Jak wyjechała po jakimś czasie na tydzień przyjechała do nas jego matka. Nic jej się nie podobało w naszym domu, a najbardziej ja. Źle karmiłam dziecko, za mało kąpałam, za mało gotowałam. Dowiedziałam się, ze jej syn nie jest od pomagania bo on pracuje. Ale najgorsze przyszło któregoś dnia. Zostałam przez oboje zezwana od szmat. Jestem za brzydka dla jej syna, ona nigdy mnie nie tolerowała. Jak wrócę do Polski to ona odbierze mi dziecko i będę na kolanach do nich szła, żebym mogła się z nim zobaczyć. Wyzwisk nie było końca. A na moje pytanie, czy on ma prawo mnie wyzywać usłyszałam, ze tak, jeżeli mi się należy. Że ona pół wsi przyprowadzi, zeby przed sądem udowodnić jaka jestem zdzira. Po jej wyjeździe nic juz nie wróciło do normy. W międzyczasie okazało się, ze jestem w drugiej ciąży. Do seksu również mnie bowiem przymuszał. Nie zważając na to w grudniu zaczął się ze mną szarpać, przewrócił mnie. Nie wytrzymałam i wezwałam policję. Zamknęli go na kilka godzin, zabronili kontaktów ze mną i synem. Niestety, nie zabezpieczyli mnie finansowo i jak wyszedł, to jednak wrócił, bo inaczej zostałabym bez pieniędzy na dziecko. Przez pewien czas musieliśmy ukrywać ten fakt, bo opieka odebrałaby nam dziecko. Wróciłam do Polski. Nie chcę już z nim być. Mam dość poniżania i strachu. Nie chciałam jednak kłótni, ale spokojnego rozstania. Przez dwa tygodnie byłam u jego matki w odwiedzinach trzy razy. To inna miejscowość, niż ta w której mieszkam. Jest to dla mnie wysiłek, bo druga ciąża znów mija męcząco. Mam anemię, źle się czuję. Poza tym nasz syn choruje i od przyjazdu ciągle albo z nim, albo z sobą jestem u lekarza. Nie mam kiedy odpocząć. Ale dla spokoju pojechałam w te odwiedziny. Jego matka zachowuje się, jakby nigdy mnie nie wyzywała i nie było sprawy. Cały czas jednak sugeruje, że ona dzieckiem się zajmie. Mój chłopak dzwoni tylko z pretensjami. Dziecko źle ubrane, brudne (na skypie zobaczył!!!). A przede wszystkim mam jeździć do jego matki. Ciągle. W tym czasie nagle zaczęłam się dowiadywać, ze gdyby nie moja matka, to wszystko byłoby ok. Że ona się we wszystko wtrąca. Tak, jakby on mnie nie bił, nie wyzywał, a jego mama mnie nie straszyła odebraniem dziecka. On zresztą powtarza to ciągle. Mama próbowała nawet z nim rozmawiać, ale tylko się darł. Jak spytała kiedy się wtrącała oprócz pomagania, to powiedział, ze teraz nie pamięta kiedy, ale zawsze (???). Pieniędzy też jej nie zwróci, bo nie widzi powodów. Mam wrażenie, ze oni coś knują i próbują odwrócić kota ogonem. Zapomniałam dodać, że przez te 9 lat ciągle od niego i jego matki słyszałam, a po urodzeniu dziecka notorycznie, ze on nigdy nie weźmie ze mną ślubu, bo nie jestem godna. Teraz juz nie chcę z nim być. Mam dość. ale bardzo się boję. Chciałabym przed sądem uregulować kontakty z dzieckiem, bo on ciągle mnie straszy. Jeszcze go w Polsce nie ma, wróci za kilka miesięcy. Nie chcę mu bronić kontaktów z dziećmi, nawet jej tez nie chcę, ale nie chce ciągle u nich być, bo oni tak chcą. Nie chcę co tydzień, albo dwa razy w tygodniu u niej się meldować. Czy mam taki obowiązek? Jak widzicie moją sprawę? Czy oni mają możliwość odebrania mi dziecka? Czy ja muszę do niej ciągle jeździć? Już teraz widzę, jak potrafią manipulować. Cała winę chcą zrzucić na moją mamę. Zrobić z niej kozła ofiarnego. Są wyszczekani i pewni siebie. Mój chłopak zarzuca jej wszystko. A sienie i matkę stawia w takim świetle, jakby nic się nie stało. Bardzo się boję. Nie wiem, jak mam się zachowywać. Poradźcie, jeżeli ktoś był tak miły i dobrnął do końca.