Dodaj do ulubionych

Dobro dzieci...i ja

25.02.17, 13:28
Ech...Mąż chce, żebyśmy jeszcze spróbowali. Żeby jakoś znośnie można było żyć. Dla dobra dzieci. Tylko ja nie mogę żyć w takim układzie, bez bliskości, właściwie samotna w związku. I nie chcę już z nim być. Nie wszystko da się naprawić, zbyt wiele lat starań bez wzajemności, zbyt wiele rozmów bez efektu. Gdy myślę, że mam z nim dalej być, odechciewa mi się żyć, tylko nadzieja na zmianę pozwala mi się jakoś trzymać. Ale dobro dzieci...
Obserwuj wątek
    • koronka2012 Re: Dobro dzieci...i ja 25.02.17, 15:03
      Nie da się okłamywać siebie, i nic dobrego z tego nie będzie. Nie ma szans odbudować relacji, nie ma szans udawać.
      Nie można się prostytuować dla dobra dzieci.

      Samotność w związku jest o niebo gorsza niż samotność życia w pojedynkę, bardziej wyniszczająca.
      Dla dobra dzieci można być dobrymi rodzicami żyjącymi osobno.
    • wredna1zmija Re: Dobro dzieci...i ja 25.02.17, 15:25
      co konkretnie w obecnym stanie jest lepsze od rozwodu, że lepiej dla dzieci by dalej oglądały was razem? Wzajemne niesnaski? Brak bliskości? Samotność w związku? Czy ty chcesz młodym COŚ TAKIEGO pokazywać jako obraz rodziny? Chcesz im oszczędzić pochodzenia z rozbitego domu? To że nie macie rozwodu nie powoduje od razu tego, że wychowują się w szczęśliwej rodzinie.

      Czy sądzisz, że pełna rodzina zawsze jest lepsza od rozbitej? Znam rodziny z jednym tylko rodzicem które lepiej wyszły na tym, że dorośli sobie odpuścili.

      • aguti_1 Re: Dobro dzieci...i ja 25.02.17, 17:29
        Do takiego doszłam też wniosku, tak mnie przekonali moi znajomi. Moje chłopaki nie odczuwają naszych kłótni, mają z każdym z osobna dobre relacje, ale z pewnością obserwują bardzo kiepski model związku i uczą się takiego traktowania kobiet, jaki prezentuje mój małżonek. I także obserwują moją, uległą postawę. Ale mąż uważa, że rozwód bardzo odbije się na dzieciach, że potrzebują codziennie się do niego przytulić. Deklaruje, że gotów jest wiele zrobić. Obudził się rychło w czas...No ale wiecie, jak są dzieci, nic nie jest proste i oczywiste, więc się waham. Ale zdaje mi się, że nie czytałam jeszcze o żadnym takim sklejanym związku, w którym trwałe byłoby znowu dobrze. Ja nawet nie chcę, żeby on mnie dotykał, choćby objął. No ale to dobro dzieci. Człowiek powinien spłonąć dla dobra dzieci, poświęcić się, dać się wsadzić do klatki. Taki jest jego przekaz. Mówił, że też myślał o rozwodzie, ale nie zrobi tego dzieciom. Myślicie, że one nie ucierpią, jeśli się postaramy? Czy zawsze na dzieciach się rozwód odbija?
        • koronka2012 Re: Dobro dzieci...i ja 25.02.17, 23:20
          Słuchaj, nikt cię nie będzie łudził, że dzieci nie zauważą rozwodu. Zauważą. Od was zależy jak bardzo.
          Zauważą też, że wasz związek to farsa, zauważą, że jesteś nieszczęśliwa - tego nie da się ukryć.

          Nie możesz dać sobą manipulować - nie da się utrzymać związku opartego jedynie na poczuciu winy "dzieci odczują rozwód". To ty będziesz musiała sypiać z tym facetem i udawać, że wszystko gra przez najbliższe parenaście lat.
          Nie napisałaś nic, że widzisz dla was szansę, mam raczej wrażenie, że wizja powrotu do małżeńskiego życia to dla ciebie coś jak pętla na szyję. Masz tylko jedno życie. Zrób tak, jak czujesz, dzieci to przeżyją. Ale lepsze to niż mieć niby to pełną rodzinę kosztem matki, która jest psychicznym wrakiem człowieka.

          Moja kumpela tak się poświęciła dla dobra dziecka - po latach się okazało, że mąż po cichu od lat żyje na dwa domy z inną kobietą. Zamierzał jej o tym powiedzieć jak dziecko będzie dorosłe i dopiero wtedy ją zostawić. Ludzki pan, no nie?

          Rodzice mojej szkolnej koleżanki zostali ze sobą "dla dobra dziecka", żyjąc obok siebie i po latach, kiedy frustracja narosła - nie dało się nie zauważyć że szczerze się nie znoszą. W efekcie - uciekła z tego domu za granicę i praktycznie nie utrzymywała z nimi niemal żadnego kontaktu.
          • aguti_1 Re: Dobro dzieci...i ja 26.02.17, 00:43
            Masz rację, jest dokładnie tak, jak piszesz. Nie wierzę, że to się uda, przede wszystkim nie uda się odbudować bliskości i zaufania. Jest taki moment, taka granica, za którą już nie ma powrotu, bo zostaje tylko wypalona ziemia. Tak, to byłaby pętla na szyję, związek oparty na poczuciu winy. Ale obawiam się, że wyjdę w rodzinie na egoistkę, myślącą tylko o sobie.
            Mam jeszcze taki dylemat. Parę lat temu namawiałam męża na terapię małżeńską, ale nie zgodził się. W końcu w zeszłym roku w czerwcu poszliśmy na jedno spotkanie. Pani psycholog słuchając go robiła coraz większe oczy i jasne dla mnie stało się, że faktycznie ta terapia nie ma sensu, bo jak zwykle dowodzi swoich racji oraz że wszystko to moja wina. Potem dostaliśmy jakieś zadania domowe i póki ja je ciągnęłam, to były, a jak zaniechałam, to on oczywiście nie wyszedł z inicjatywą i przypomniał sobie o terapii w styczniu. Teraz chce, żebyśmy do tej kobiety dalej chodzili i odwrotnie, niż kiedyś, pokłada w tym wypowiedzeniu wszelkich żalów przed osobą obiektywną duże nadzieje. Uważam to za stratę czasu, nawet, jak w czymś się zmieni, za rok czy dwa znowu będzie to samo, a ja zmarnuję dużo czasu. No i...Ja już nie chcę z nim być, naprawdę nie chcę, dość mam już próbowania. Obawiam się tylko, że to jakoś wykorzysta, powie, że on chciał naprawiać, ratować związek, ale ja nie chciałam, więc ja się przyczyniłam do rozpadu. Może powinnam pochodzić na tę terapię, on i tak nie jest w stanie pójść na kompromis w żadnej istotnej dla mnie kwestii... Nie mam też zbyt wiele czasu, chciałabym w czerwcu czy maju wynająć mieszkanie, żeby zapisać dzieci do szkoły, no może w lipcu. Bo nie chcę ich przenosić w ciągu roku. Jak nie zdążę, będę musiała czekać następny rok.
            • kajda28 Re: Dobro dzieci...i ja 26.02.17, 06:31
              Przemyśl wszystko na spokojnie, zapisz rzeczy na tak i na nie, rzeczy które jak się zdarza to już przekroczy się granica Twojej godności, ludzkości. Może spotkanie z psychologiem by Ci pomogło.
              Jeżeli uważasz że bycie małżeństwie jest trudne to odejście jest o wiele bardziej trudniejsze. Będziesz atakowana za wszystkich stron, bo to ty będziesz tą złą co rozbija rodzinę - musisz się na to przygotować, być pewna swojej racji . Jak teraz Twój mąż manipuluje Tobą, to wtedy dopiero zobaczysz jak potrafi być wredny, złośliwy, będzie Cię ranił do żywego. Na pocieszenie powiem że za parę lat może się to skończyć, ale nie musi, choć napewno bardzo oslabnie na sile.
              Życzę dużo siły i szczęścia - bo naprawdę zawsze warto walczyć o siebie .
            • koronka2012 Re: Dobro dzieci...i ja 26.02.17, 13:29
              Powiem ci jedno - nie warto żyć pod dyktando strachu. Nie patrz na opinie rodziny - to nie oni będą się zmuszać do sypiania z facetem, który jest ci obcy.

              Byłam poniekąd w podobnej sytuacji - odwlekałam rozwód ze względu na dziecko, opinie rodziny itd. Wszystko, co udało mi się w ten sposób osiągnąć to przedłużenie agonii. Nie byłam w stanie udawać, fizycznie niemal się dusiłam, czułam przemożny opór organizmu przeciwko powrotowi do domu - nie kłóciliśmy się, eks naprawdę się starał, ale było mi to obojętne - myśl, żeby się do niego przytulić odrzucała mnie bardziej niż wizja, że tulę się do bezdomnego żula na ulicy. Zdałam sobie sprawę, że gdyby nawet cudem stał się nagle ideałem - jak i tak nie chcę z nim być. Choć wiedziałam, ze za nic nie wrócę to i tak rok woziłam się ze złożeniem papierów - to zawieszenie wykańczało mnie psychicznie. Jak już podjęłam działania to było znacznie łatwiej.

              Próbowałaś terapii - nic nie dała. Podjęłaś przemyślaną decyzję, że nie ma sensu dalej próbować. Jest gdzieś granica prób. Terapia może ci pomóc wzmocnić się przed rozwodem, ułatwić podjęcie finalnej decyzji - zrób to dla siebie, nie dla ratowania małżeństwa.
              • aguti_1 Re: Dobro dzieci...i ja 26.02.17, 17:38
                Dziękuję Wamsmile Właśnie to jest chyba kluczowym argumentem - on stał mi się zupełnie obcy. Bardzo się starał i udało mu się w końcu. Więc nawet, jak nasze stosunki ułożą się poprawnie, nauczymy się lepiej komunikować ( tzn. on przestanie się obrażać na całe miesiące i lata), to i tak będzie to tylko mieszkanie z obcym człowiekiem. Nie zniosę, żeby mnie dotykał, właśnie odrzuca mnie to i brzydzi. Nie wytrzymam psychicznie w takim układzie. Jest już za późno. Ja w sumie już że 3 lata temu przestałam nosić obrączkę, choć było to dla mnie ważne, ale nie chciałam udawać czegoś, czego już nie ma. Taki mój symboliczny rozwód.
                Z tą terapią w zeszłym roku - takie są terminy, że zanim poszliśmy na pierwsze spotkanie, w sumie już wiedziałam, że nie chcę z nim być. Ale nie chciałam tego wtedy zdradzać No i chciałam zobaczyć, jak się będzie zachowywał. Cóż, nie przejął się zbytnio. Nie brał mnie nigdy na poważnie, dopiero teraz, gdy już zdecydowanie chcę rozwodu, mówi, że powinniśmy dalej chodzić na tę terapię. Może pójdę parę razy z nastawieniem, że poruszymy różne kluczowe kwestie? Przy których okaże się, że i tak nie zmieni zdania 😁 Ale tylko do kwietnia. Terapia nie sprawi, że znowu się pokochamy i będzie jak dawniej. Już nigdy nie będzie nawet zbliżenie. Coś mi w środku umarło.
                Faktycznie muszę dobrze to przemyśleć. Dziękuję w ogóle wszystkim, odpowiadającym mi na pytania, nie spodziewałam się tak życzliwego przyjęcia smile To takie miłe poznać kogoś, kto twierdzi, że powinnam walczyć o siebie, a nie tylko przypomina o obowiązkach wobec dzieci. Jakbym ja o nich nie pamiętała... Gdyby nie dzieci, już dawno by mnie tam nie było.
                • leda16 Re: Dobro dzieci...i ja 23.03.17, 16:35
                  aguti_1 napisała:

                  > Z tą terapią w zeszłym roku - takie są terminy, że zanim poszliśmy na pierwsze
                  > spotkanie, w sumie już wiedziałam, że nie chcę z nim być. Ale nie chciałam tego
                  > wtedy zdradzać No i chciałam zobaczyć, jak się będzie zachowywał.


                  Szkoda tylko że za to Twoje infantylne chciejstwo zapłaciliśmy my - podatnicy a nie Ty z własnej kieszeni. Równocześnie, z uwagi na niskie limity NFZ odkopałaś od psychoterapii inne małżeństwo, któremu mogło się udać.



                  Może pój
                  > dę parę razy z nastawieniem, że poruszymy różne kluczowe kwestie? Przy których
                  > okaże się, że i tak nie zmieni zdania



                  Ale może już Dzidzia będziesz zmieniać męża za własne pieniądze, nie za nasze.




              • obs2 Re: Dobro dzieci...i ja 27.02.17, 19:59
                >Nie byłam w stanie udawać, fizycznie niemal się dusiłam, czułam przemożny opór organizmu przeciwko powrotowi
                >do domu - nie kłóciliśmy się, eks naprawdę się starał, ale było mi to obojętne - myśl, żeby się do niego przytulić
                >odrzucała mnie bardziej niż wizja, że tulę się do bezdomnego żula na ulicy.

                rozumiem to, bo to samo widzę u żony w reakcji na mnie. Nie rozumiem jednak tego, dlaczego tak się robi - dlaczego aż tak, kiedy u podstaw tego nie leżą żadne gwałtowne i straszne wydarzenia, czy naprawdę nie ma sposobu na zmycie niechby i wieloletniego, ale jednak tylko kurzu zaniedbań, czy nie ma sposobu na wyleczenie niechby nawet licznych, ale przecież nie jakoś śmiertelnych zranień?
                To jest przerażający, wspólny głos kobiet: "ja się nie jestem w stanie do niego przytulić". I potem ta litania: tak stara się, tyra na rodzinę, nie ma nałogów, nie zdradził, jest ciekawy, nadal mnie fascynuje intelektualnie, chcę przyjaźni z nim, to dobry człowiek.....
                Nie do ogarnięcia. My faceci tak nie mamy. My gotowi jesteśmy po szeregu zdrad nadal czekać na wasze kiwnięcie palcem, wiedząc że ono nie nastąpi. Tak, jesteśmy z różnych planet.


                rozu
                • koronka2012 Re: Dobro dzieci...i ja 27.02.17, 21:33
                  obs2 napisał:

                  > rozumiem to, bo to samo widzę u żony w reakcji na mnie. Nie rozumiem jednak teg
                  > o, dlaczego tak się robi - dlaczego aż tak, kiedy u podstaw tego nie leżą żadne
                  > gwałtowne i straszne wydarzenia,

                  Lata samotności w związku są na dłuższą metę równie wyniszczające co jednorazowa zdrada.

                  czy naprawdę nie ma sposobu na zmycie niechby
                  > i wieloletniego, ale jednak tylko kurzu zaniedbań, czy nie ma sposobu na wylec
                  > zenie niechby nawet licznych, ale przecież nie jakoś śmiertelnych zranień?

                  Chodzi o to, że te liczne zranienia, choć nie śmiertelne - doprowadziły do tego, że nic się już pozytywnego nie czuje - żadnej więzi, żadnych chęci, żadnej bliskości, jałowa, wypalona ziemia. Można sypiać z facetem bez miłości, ale trzeba go choć lubić, musi jakoś pociągać. Ktoś, kto latami lekceważył, zawodził tysiące razy - pociągający nie będzie.

                  > I potem ta litania: tak stara się, tyra na rodzinę, nie ma nałogów
                  > , nie zdradził, jest ciekawy, nadal mnie fascynuje intelektualnie, chcę przyjaź
                  > ni z nim, to dobry człowiek.....

                  Tu już trochę pojechałeś w stronę fantazji. Mało która kobieta odchodzi od ideału tongue_out

                  > Nie do ogarnięcia. My faceci tak nie mamy. My gotowi jesteśmy po szeregu zdrad
                  > nadal czekać na wasze kiwnięcie palcem, wiedząc że ono nie nastąpi.

                  Zdecydowanie fantazjujesz. Nie znam faceta skłonnego do wybaczenia zdrady, pewnie się tacy zdarzają, ale to jakieś promile.
                  • obs2 Re: Dobro dzieci...i ja 28.02.17, 06:55

                    napisałem
                    "> I potem ta litania: tak stara się, tyra na rodzinę, nie ma nałogów
                    > , nie zdradził, jest ciekawy, nadal mnie fascynuje intelektualnie, chcę przyjaź
                    > ni z nim, to dobry człowiek....."


                    >Tu już trochę pojechałeś w stronę fantazji. Mało która kobieta odchodzi od ideału

                    ależ ja zacytowałem moją żonę, po prostu. I zdaje się (kilkaset godzin już przegadanych o naszym rozstaniu, a na razie jesteśmy w fazie wstępnej), że mówi to szczerze.

                    • obs2 Re: Dobro dzieci...i ja 28.02.17, 06:57
                      aha no i mojej perspektywy też wszystko to co napisałem, jest prawdą
                      1 nie zdradziłem
                      2. nie mam nałogów
                      3. większość kasy na rodzinę
                      4. doskonałe wakacje co rok + wyjazdy
                      5. wysłuchiwanie problemów, dawanie wsparcia
                      6. ciekawię ją intelektualnie
                      7. lubi mnie

                      to jednak nie spełnia definicji ideału, prawda?
                      pytanie czemu odchodzi (pomimo kilkuset przeanalizowanych elementów tego odejścia), stale jest aktualne.
                  • obs2 Re: Dobro dzieci...i ja 28.02.17, 12:37
                    >Lata samotności w związku są na dłuższą metę równie wyniszczające co jednorazowa zdrada.

                    na pewno wyniszczające, ale gdyby to był jakiś uniwersalny mechanizm, to prawie nie istniałyby małżeństwa/dłuższe związki. Z całą odpowiedzialnością piszę, że nie znam długiego (niech będzie >15 lat stażu) związku/małżeństwa w którym nie pojawia się doznanie "samotności w związku". I tak, jest to cholernie wyniszczające, ale umówmy się, po 15, 20, 30 latach trudno o nieustanną symbiotyczną wspólnotę, prawda?

                    co ciekawe, moje obecne bycie z żoną jest najlepsze od wielu lat, to prawa, jej realne wsparcie dla mnie (poza rozstaniem z żoną z życiowych spraw: właśnie umiera mi ojciec) jest najwyższej próby, ja też ją wspieram, znów powróciły dziesiątki więzi nas zawsze łączących. Tyle że to niestety za mało by być razem (to jest jej jednostronna opinia). Strasznie to trudne. Wyniszczyły nas nasze samotności w związku, to prawda, ale obecnie powróciło funkcjonowanie bliskie perfekcji....Może dlatego, że już nie ma walki, oczekiwań. A wspólnych spraw mamy dziesiątki, począwszy od dzieci, skończywszy na kolekcji książek, której już wiemy że nigdy nie rozdzielimy (wstępna rozmowa o tym, trochę "dla jaj", w kawiarni przy winie, skończyła się omawianiem przez 30 minut losów 3 książek, bez ostatecznej decyzji. Zostało jeszcze 5 tysięcy książek i 4 tysiące płyt z najróżniejszą muzyką, też wspólnych. Jedyny wniosek: nie starczy życia by to rozdzielić, oboje jesteśmy po czterdziestce...).
                    Piszę to by pokazać, że po rozstaniu może pomału zaczynamy nie być samotni ze sobą (nie wiem jak to nazwać, to jest zapętlenie w zapętleniu: rozstaliśmy się bo byliśmy zbyt samotni w związku, i po tym rozstaniu nie będąc ze sobą zaczęliśmy być dobrze ze sobą?????)


                    • kajda28 Re: Dobro dzieci...i ja 28.02.17, 18:06
                      Chyba sam odpowiedziałeś sobie na swoje pytanie. Teraz dobrze się dogadujecie bo nie macie juz oczekiwań względem siebie, nie ma walki. Ja z moim mężem bardzo dobrze dogadywałam się jak już obydwoje wiedzieliśmy że to koniec naszego małżeństwa. Mogliśmy się po porostu przyjaźnić , pamiętam że miałam wtedy problem i jako jedyny zareagował na niego tak jak ja potrzebowałam, zainteresował się.
                    • koronka2012 Re: Dobro dzieci...i ja 28.02.17, 19:32
                      obs2 napisał:

                      > na pewno wyniszczające, ale gdyby to był jakiś uniwersalny mechanizm, to prawie
                      > nie istniałyby małżeństwa/dłuższe związki. Z całą odpowiedzialnością piszę, że
                      > nie znam długiego (niech będzie >15 lat stażu) związku/małżeństwa w którym
                      > nie pojawia się doznanie "samotności w związku". I tak, jest to cholernie wyni
                      > szczające, ale umówmy się, po 15, 20, 30 latach trudno o nieustanną symbiotyczn
                      > ą wspólnotę, prawda?

                      To dowodzi jedynie, że nie masz zielonego pojęcia czym jest prawdziwa samotność w związku. To nie jest chwilowe odpłynięcie myślami. To długotrwałe bycie obok osoby, która jest absolutnie obojętna na wszystko co ciebie dotyczy - twoje myśli, doznania, o potrzebach nie wspominając. Nie od czasu do czasu, bo ma zły humor, problemy, boli go głowa - STALE. Na której pomoc nie możesz liczyć, o którą nawet boisz się poprosić - bo wiesz, że odmówi. Jeśli łatwiej ci poprosić obcą osobę o pomoc, niż partnera. Obcy odmówi albo nie, ale nie zmiesza cię z błotem za samą próbę. Nie wytknie tego i owego, nie zdołuje ostentacyjnym okazaniem jak bardzo ma gdzieś twoje sprawy. To jest stan, kiedy nie ma się o czym rozmawiać, nie ze względu na kłótnie - ale milczącą obojętność z którą partner wita istotne dla ciebie sprawy. Pamiętam jak kiedyś zaczęłam opowiadać mężowi o jakimś zdarzeniu - zero reakcji, zero pytania, komentarza, czegokolwiek - podniósł na mnie wzrok i spytał "ale właściwie po co mi to mówisz?". No właśnie - po co.... chciałoby ci się próbować dalej?

                      .Może dlatego, że już nie ma walki, oczekiwań. A wspólnych spraw mamy dzi
                      > esiątki, począwszy od dzieci, skończywszy na kolekcji książek,

                      No właśnie - też mam wrażenie, że twoja żona odetchnęła podejmując decyzję o rozstaniu - i otworzyła się na przyjaźń. Stąd ten powrót zrozumienia, wsparcia itd. Bo brutalnie mówiąc - widzi światełko w tunelu, że już nie musi, że teraz to jest jej własny wybór.
                      • aguti_1 Re: Dobro dzieci...i ja 28.02.17, 22:09
                        Koronka2012, nasze małżeństwa chyba są/ były podobne. Teraz mąż nagle się zrobił milutki, mówi dobranoc, cześć, potrafi odezwać się normalnym głosem, pyta, jak było w pracy. Ile lat nie okazywał nawet 1/100 tego zainteresowania.
                        A moje starania ignorował. Właśnie ta obojętność, w połączeniu ze stałą pogardą, stałym obrażeniem... To nie chodzi o wybaczenie, to chodzi o to, że bliskość już nie wróci, została dawno bezpowrotnie zniszczona. A ja naprawdę potrzebuję bliskiego człowieka, życzliwego partnera, nie kogoś, kto jest ze mną z przymusu tak naprawdę.
                        To, co mnie dręczy jeszcze, to jak zareagują dzieci. Nie wiem, co mam robić, gdy zaczną płakać, że chcą do taty, że nie chcą bez niego mieszkać. Wytłumaczę im to jak najlepiej, ich życie też nie ulegnie aż tak wielkim zmianom, ale na pewno będzie jakiś opór. Nie bardzo wiem, jak sobie z tym poradzić.
                      • obs2 Re: Dobro dzieci...i ja 01.03.17, 13:05
                        >To dowodzi jedynie, że nie masz zielonego pojęcia czym jest prawdziwa samotność w związku. To nie jest
                        >chwilowe odpłynięcie myślami. To długotrwałe bycie obok osoby, która jest absolutnie obojętna na wszystko co
                        >ciebie dotyczy - twoje myśli, doznania, o potrzebach nie wspominając. Nie od czasu do czasu, bo ma zły humor,
                        >problemy, boli go głowa - STALE. Na której pomoc nie możesz liczyć, o którą nawet boisz się poprosić

                        skoro tak, to może faktycznie nie wiem. A skoro tak, to nadal aktualne pozostaje pytanie fundamentalne: dlaczego się nie udało? Skoro nie doświadczyliśmy samotności w związku? Tej prawdziwej? I po przyjacielsku wspieraliśmy się zawsze i wspieramy nadal? I zawsze nam się świetnie rozmawiało i rozmawia nadal?
                        I nigdy nie było problemów i nieporozumień finansowych i nie ma ich nadal? I zawsze mieliśmy spojną wizję wychowania dzieci i mamy ją nadal? I skoro dzieliliśmy mnóstwo pasji i dzielimy je nadal (a jak myślicie, jako miłośnicy muzyki dawnej, z kim moja żona pójdzie i z kim ja pójdę na kwietniowe koncerty w Krakowie? No jak myślicie?)
                        • kajda28 Re: Dobro dzieci...i ja 01.03.17, 15:36
                          A może trochę inaczej widzisz swój związek niż Twoja żona?
                          Przypomnij, to nie ty pisałeś że u Twoja żona też mówi o tym rodzaju samotności w związku co autorka postu, że dopiero teraz jak wszystko idzie abyście się rozstali na nowo że sobą rozmawiacie i "kłócicie " się o rzeczy które nie mają wpływu na wasze wspólne życie - idealny temat zastepczy.
                          Nie wiem dlaczego ona chce się rozstać, przykro mi z tego powodu, bo cierpi i ona i ty. Ale dopóki będziesz wszystkim wmawiał że byłeś, jesteś idealny, lub prawie, że wasz związek był normalny, dobry, zgodny i szczęśliwy , to niezrozumiesz dlaczego powzieła taką decyzję. Prawdopodobnie bagatelizujesz powody które ona Ci mówi, dla Ciebie to mało ważne, co drugim związku tak jest, dramatyzuje, koloryzuje, tak jej się tylko wydaje.
                          • obs2 Re: Dobro dzieci...i ja 02.03.17, 11:53
                            >Ale dopóki będziesz wszystkim wmawiał że byłeś, jesteś idealny, lub prawie, że wasz związek był
                            >normalny, dobry, zgodny i szczęśliwy

                            no to już są szczyty szczytów....to pojechałaś. Kajam się praktycznie przez wszystkie posty i prawie całą winę biorę na siebie tak że ludzie od miesięcy wymownie stukają się w głowę....
                            Niezły tekst, naprawdę niezły.
                            • kajda28 Re: Dobro dzieci...i ja 02.03.17, 18:01
                              Poczekaj, bo ja chyba nie czytam ze zrozumieniem, gdzie tu jest kajanie? :

                              >To jest przerażający, wspólny głos kobiet: "ja się nie jestem w stanie do niego przytulić". I potem ta >litania: tak stara się, tyra na rodzinę, nie ma nałogów, nie zdradził, jest ciekawy, nadal mnie fascynuje >intelektualnie, chcę przyjaźni z nim, to dobry człowiek.....

                              >aha no i mojej perspektywy też wszystko to co napisałem, jest prawdą
                              >1 nie zdradziłem
                              >2. nie mam nałogów
                              >3. większość kasy na rodzinę
                              >4. doskonałe wakacje co rok + wyjazdy
                              >5. wysłuchiwanie problemów, dawanie wsparcia
                              >6. ciekawię ją intelektualnie
                              >7. lubi mnie

                              >to jednak nie spełnia definicji ideału, prawda?
                              >pytanie czemu odchodzi (pomimo kilkuset przeanalizowanych elementów tego odejścia), stale jest >aktualne.

                              >Lata samotności w związku są na dłuższą metę równie wyniszczające co jednorazowa zdrada.

                              >na pewno wyniszczające, ale gdyby to był jakiś uniwersalny mechanizm, to prawie nie istniałyby >małżeństwa/dłuższe związki. Z całą odpowiedzialnością piszę, że nie znam długiego (niech będzie >15 >lat stażu) związku/małżeństwa w którym nie pojawia się doznanie "samotności w związku".

                              >ja też ją wspieram, znów powróciły dziesiątki więzi nas zawsze łączących. Tyle że to niestety za mało >by być razem (to jest jej jednostronna opinia).

                              >I nigdy nie było problemów i nieporozumień finansowych i nie ma ich nadal? I zawsze mieliśmy spojną >wizję wychowania dzieci i mamy ją nadal? I skoro dzieliliśmy mnóstwo pasji i dzielimy je nadal

                              I perełka na koniec:

                              >Kajam się praktycznie przez wszystkie posty i prawie całą winę biorę na siebie tak że ludzie od miesięcy >wymownie stukają się w głowę.
                            • wredna1zmija Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 20:20
                              jeśli ty uważasz, że utrzymywanie z WŁASNĄ ŻONĄ przyjacielskich stosunków to kajanie się uwłaczające twojej GODNOŚCI to ja się wcale nie dziwię, że żona chce się z tobą rozwieść..

                              Chwila, czy wy czasem nie jesteście małżeństwem?
                              • obs2 Re: Dobro dzieci...i ja 05.03.17, 15:45
                                >jeśli ty uważasz, że utrzymywanie z WŁASNĄ ŻONĄ przyjacielskich stosunków to kajanie się
                                >uwłaczające twojej GODNOŚCI to ja się wcale nie dziwię, że żona chce się z tobą rozwieść..

                                z nieustanną fascynacją obserwuję na różnych forach wypowiedzi osób które - jak widać gołym okiem- potrafią pisać, nie potrafią jednak czytać. A już na pewno - ze zrozumieniem.
            • sdhufvbksdhfvbksdhfvbsdkfhvb Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 09:32
              Ja mam taką sytuację, że to ja wpadłam na pomysł terapii, mąż się zgodził, ale to ja raczej jestem stroną sprawczą, bo on powiedział, że już nie wie, czy mnie kocha, czy nie. Po 10+ (!) sesjach pani zasugerowała po raz drugi terapię indywidualną dla męża, i zaczął sobie tak życie układać, żeby móc na nią chodzić - co traktuję jako chęć do zmiany z jego strony. Po drodze się okazało, że ja też mam nad czym pracować, więc to nie jest tak, że tylko jedna strona jest winna. Nie znam Twojej sytuacji, ale wiem jedno (potwierdzone przez znajomego, który jest psychoterapeutą) --> "coś" zaczyna się ruszać dopiero po kilku sesjach, a poza tym powinnaś się cieszyć, że wreszcie coś mu w głowie przeskoczyło i chce się zmienić, to podstawa do sukcesu. Nie chcesz z nim być dlatego, że jest w Tobie cała masa negatywnych uczuć i zranień, ale może w trakcie terapii coś "pyknie", jak wyrzucisz z siebie wszystko bez ogródek, całe okropieństwo, które Ci zrobił (a on Tobie, spodziewaj się tego - i może niektóre rzeczy faktycznie będą do zmiany, np. to w jaki sposób wyrażasz swoje zdanie, tzn. pozwalasz, żeby on go w ogóle nie brał pod uwagę). W razie czego terapeuta wypunktuje subtelnie wszystkie negatywne rzeczy Wam obojgu, więc będziecie wiedzieć, co robiliście źle, i będzie nad czym pracować (mój mąż też wylał mi na głowę kubeł pomyj na pierwszej sesji, rzeczy sprzed kilkunastu lat, a tak naprawdę to był raczej jego problem, że nie umiał załatwić sprawy w momencie, kiedy się pojawiła, tylko dusił to w sobie). Nie ma gwarancji sukcesu, ale jeżeli faktycznie zależy Ci na dzieciach tak, jak mówisz, to to jest właśnie najlepsze, pokazujesz, że dorosły walczy do końca, świadomie steruje swoim życiem, a nie tylko zabiera zabawki i wynosi się z piaskownicy. Jeżeli kiedyś dawno, dawno temu łączyło Was prawdziwe uczucie, to warto się nad nim pochylić. Nie będzie idealnie (choć kto wie, może... życzę z całego sercasuspicious), ale będzie poczucie, że zrobiłaś wszystko, co w Twojej mocy, a to uwalnia psychicznie. Powodzenia!
            • leda16 Re: Dobro dzieci...i ja 23.03.17, 15:47
              aguti_1 napisała:
              > Mam jeszcze taki dylemat. Parę lat temu namawiałam męża na terapię małżeńską, a
              > le nie zgodził się. W końcu w zeszłym roku w czerwcu poszliśmy na jedno spotka
              > nie.


              I po jednym spotkaniu wyobrażałaś sobie, że Wasze małżeństwo będzie uleczone? Przecież nawet zwykłą grypę leczy się tydzień.



              Pani psycholog słuchając go robiła coraz większe oczy i jasne dla mnie sta
              > ło się, że faktycznie ta terapia nie ma sensu,


              A cóż miały do tego oczy psychologa? W myślach jej czytałaś czy w oczach?



              bo jak zwykle dowodzi swoich rac
              > ji oraz że wszystko to moja wina.



              Tak Wam psycholog powiedziała, już na pierwszym spotkaniu, że psychoterapia nie ma sensu??? Czy może raczej tak było, że Ty na psychologa swoje chciejstwo projektowałaś? Dobry psychoterapeuta nie będzie się bawił w prokuratora. Psychoterapia małżeńska polega na nauce satysfakcjonujących obie strony form komunikacji. Ta nauka, to długi, wielomiesięczny, bolesny proces a nie zadania domowe i jedno spotkanie. Skoro mimo dobrej woli Ty nadal pozostałaś "potulna" a mąż dominujący i jest Ci teraz z tym źle, to albo psychoterapeuta był nie profesjonalny albo w Tobie, bez oglądania się na męża, nie było woli zmiany. I nie ma do tej pory. Łatwiej rozwalić dzieciom rodzinę niż przestać być potulną, stawiać granice i wymagać. Zresztą jak ten psycholog miał pokazać swój profesjonalizm na pierwszym i zarazem ostatnim spotkaniu, zwłaszcza przy Twoim z góry powziętym założeniu bezsensu tego, co robicie i koncentracji na cudzych oczach?


              Potem dostaliśmy jakieś zadania domowe i póki
              > ja je ciągnęłam, to były,


              A on miał swoje zadania i tak je ciągnęliście jak konie kierat, bez śladu entuzjazmu. Nie cieszyłaś się, że mąż chociaż na tydzień spełnia Twoje oczekiwania, przynosi śniadanie do łóżka, robi to, co lubisz?


              i przypomniał sobie o terapii w styczniu.


              A Ty też zapomniałaś?

              Teraz chce, żebyśmy do tej k
              > obiety dalej chodzili i odwrotnie, niż kiedyś, pokłada w tym wypowiedzeniu wsze
              > lkich żalów przed osobą obiektywną duże nadzieje.
              Uważam to za stratę czasu, n
              > awet, jak w czymś się zmieni, za rok czy dwa znowu będzie to samo, a ja zmarnuj
              > ę dużo czasu.


              Nie na tym polega psychoterapia małżeńska. Dopieszczać się może na psychoterapii indywidualnej, zaś tam macie pracować tylko nad małżeństwem. Ale napisałaś tutaj jedną ważną rzecz - on ma jakieś żale do Ciebie, które Ty ignorujesz i uważasz wysłuchanie ich za stratę czasu zamiast je omawiać z psychoterapeutą? Niestety, dalsze Twoje słowa pokazują, że chcesz żeby się nie udało, bo to da Ci pretekst do wyplątania się z tego małżeństwa bez zmiany własnej samooceny i wizerunku biednej, zaniedbywanej, uciśnionej ofiary.


              No i...Ja już nie chcę z nim być, naprawdę nie chcę, dość mam już
              > próbowania. Obawiam się tylko, że to jakoś wykorzysta, powie, że on chciał nap
              > rawiać, ratować związek, ale ja nie chciałam, więc ja się przyczyniłam do rozpa
              > du.


              Przecież taka właśnie jest prawda. A Ty za swoje postępowanie nie chcesz przyjąć odpowiedzialności.


              Może powinnam pochodzić na tę terapię,


              Z takim nastawieniem?! Tylko po to, żeby i tak zwalić na niego winę za rozwalenie dzieciom rodziny i zmianę męża w bankomat? Bo dzieci oczywiście mają zostać z Tobą. Odwrotnej sytuacji sobie nie wyobrażasz, prawda? No cóż, ja uważam, że kto rozwalił dzieciom rodzinę dla własnego chciejstwa, temu dzieci powinno się odebrać i obciążyć alimentami. Ale to tylko moje zdanie.


              on i tak nie jest w stanie pójść na
              > kompromis w żadnej istotnej dla mnie kwestii...



              Trudno mu się dziwić...

              Nie mam też zbyt wiele czasu, c
              > hciałabym w czerwcu czy maju wynająć mieszkanie, żeby zapisać dzieci do szkoły,
              > no może w lipcu. Bo nie chcę ich przenosić w ciągu roku. Jak nie zdążę, będę m
              > usiała czekać następny rok.



              A co dzieci na to? Posiłkujesz się przysłowiem: "dzieci i ryby głosu nie mają"?
              >
        • delfina77 Re: Dobro dzieci...i ja 03.03.17, 22:32
          "Moje chłopaki nie odczuwają naszych kłótni, mają z każdym z osobna dobre relacje, ale z pewnością obserwują bardzo kiepski model związku i uczą się takiego traktowania kobiet, jaki prezentuje mój małżonek. I także obserwują moją, uległą postawę. Ale mąż uważa, że rozwód bardzo odbije się na dzieciach, że potrzebują codziennie się do niego przytulić. Deklaruje, że gotów jest wiele zrobić".
          To niech robi. Daj mu miesiąc czasu na zmianę stosunku do ciebie, niech zacznie cię traktować z szacunkiem, wprowadź równouprawnienie przy obowiązkach domowych i zobaczysz, czy się wywiąże. Może coś z tego wyjdzie, może nie. Miesiąc to nie jest dużo, niech się wykaże skoro, jak twierdzi, zależy mu. A jeśli nie, zastanowisz się co dalej. I nie bądź taka uległa
      • marzena.cupta Re: Dobro dzieci...i ja 07.07.17, 19:29
        Właśnie odpuścili ale nie sobie tylko rodzinie którą stworzyli.
    • nekaj Re: Dobro dzieci...i ja 03.03.17, 20:12
      to się, babo, rozwiedź!
    • 99niebieskakropka Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 00:48
      Jeżeli Jesteś przekonana, że Chcesz się rozstać to zrób to. Ale przestrzegam przed gierkami i manipulacjami dziećmi i zakulisowymi rozgrywkami kończącymi się w sądzie.
      Każde wyjście jest katastrofalne dla dzieci. Zarówno patrzenie na wrogich sobie rodziców, jak i ich rozstanie. Jednak gdy do rozstania dochodzi to niech ono będzie najbardziej łagodne jak to możliwe. Jeżeli ze sobą rozmawiacie to zróbcie wszystko aby się dogadać co do opieki i wychowania. To jest kluczowe dla dobra dzieci. Optymalna jest opieka naprzemienna, oczywiście zakładając, że oboje chcecie na równi dzieci wychowywać.
      Pójście na przysłowiowe noże doprowadza do jeszcze większej katastrofy, w wyniku której będą cierpiały jeszcze bardziej dzieci, a i Wam życie to nieźle wypaczy.
      Przeszedłem przez to wszystko więc myślę, że wiem o czym piszę.
      Pozdrawiam i życzę aby skończyło się jak najlepiej to możliwe.
    • czegotychcesz Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 08:39
      Jestem zwolenniczką ostrych cięć, bo przerabiałam już t.zw. powroty dla dobra dziecka, niestety to się nie uda, jeśli będąc z nim czujesz, że jesteś na dnie, to musisz się z tego związku wyrwać, bo inaczej wylądujesz w psychiatryku, jestem brutalna, ale nikt Ci nie pomoże, musisz sama sobie pomóc !!! a t.zw. "dobro dzieci" to fałsz, dzieci chcą szczęśliwej matki i spokojnego unormowanego życia !!!
      • 99niebieskakropka Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 12:16
        A skąd wniosek, że dzieci chcą szczęśliwej matki? Reprezentujesz bardzo złe podejście, jednostronne, często doprowadzające do pogłębiania i tak trudnej sytuacji, jaka jest rozstanie rodziców. Jeżeli w związku nie występują sytuacje przemocowe lub inne patologie, a w tym przypadku chyba o tym nie ma mowy, to dzieci powinny mieć w miarę możliwości swobodny dostęp do obojga rodziców.
        Dzieci powinny patrzeć na spokojnych, układających sobie życie rodziców, a nie być przez jedną stronę szczute na drugą. Niestety, pisząc, "dzieci chcą szczęśliwej matki" Sugerujesz, że jest tylko jedna właściwa prawda.
        Dobro dzieci, to nie żaden fałsz. Jest tak samo ważne jak dobro rodziców.
        • wredna1zmija Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 20:33
          >Dzieci powinny patrzeć na spokojnych, układających sobie życie rodziców,

          w momencie gdy pozostawanie w związku budzi obrzydzenie u kobiety trudno mówić o spokojnych rodzicach układających sobie życie
          • 99niebieskakropka Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 21:43
            Jejku, oczywiście, że miałem na myśli rodziców mieszkających oddzielnie.
        • koto.podobna Re: Dobro dzieci...i ja 14.03.17, 00:30
          Tak, dzieci chcą - nieświadome tego najczęściej, oczywiście, choć to zależy od ich wieku - szczęśliwej matki. A dlaczego? dlatego, że tylko szczęśliwa mama potrafi je wychować na szczęśliwych, zdrowych psychicznie, normalnych ludzi.
          • leda16 Re: Dobro dzieci...i ja 23.03.17, 16:02
            koto.podobna napisała:

            > dzieci chcą - nieświadome tego najczęściej, oczywiście, choć to zależy od
            > ich wieku - szczęśliwej matki. A dlaczego? dlatego, że tylko szczęśliwa mama po
            > trafi je wychować na szczęśliwych, zdrowych psychicznie, normalnych ludzi.



            To mit. Na pewno swoimi emocjami żadna matka swoich dzieci obciążać nie powinna a szczęście nie jest czymś co mąż daje żonie w prezencie na imienin,y jak paczkę przewiązaną różową kokardką. Jeśli ta kobieta nie była szczęśliwa w małżeństwie, to jako rozwódka też szczęśliwa nie będzie. Zresztą ile jest ludzi, tyle definicji szczęścia, więc nie popadajmy w egzaltację i pustą frazeologię. I jeszcze zapytam przekornie - Twoim zdaniem nieszczęśliwa wdowa potrafi wychować dzieci na szczęśliwe, a nieszczęśliwa porzucona kobieta ? Frazes o szczęściu integralnie związanym z normą i zdrowiem psychicznym litościwie pominę milczeniem.
            • koto.podobna Re: Dobro dzieci...i ja 30.03.17, 16:47
              Ledo a dlaczego kobieta uwolniona od złego małżeństwa nie może być potem szczęśliwą rozwódką? Znam osobiście takie przypadki - i to niejeden. Te babki wychowały samodzielnie całkiem szczęsliwe dzieciaki. A pokaż mi proszę owych zdrowych psychicznie, normalnych i jednocześnie nieszczęśliwych ludzi? czy na odwrót, tych szczęśliwych ale psychicznie rozwalonych i "nienormalnych"? Pewnych rzeczy przecież nie da się przeskoczyć czy im zaprzeczyć.
              • leda16 Re: Dobro dzieci...i ja 30.03.17, 20:38
                koto.podobna napisała:

                > Ledo a dlaczego kobieta uwolniona od złego małżeństwa nie może być potem szczęś
                > liwą rozwódką?


                Pisałam, że aby rozmawiać o szczęściu, wpierw trzeba to pojęcie dokładnie zdefiniować, czego nie zrobiłaś.


                A pokaż mi proszę owych zdrowych
                > psychicznie, normalnych i jednocześnie nieszczęśliwych ludzi?


                Polecam spacer na pierwszy z brzegu oddział onkologiczny. Twierdzisz, że chorzy na raka są równocześnie chorzy psychicznie, nienormalni?

                czy na odwrót, ty
                > ch szczęśliwych ale psychicznie rozwalonych i "nienormalnych"?


                Takich znajdziesz w każdym szpitalu psychiatrycznym z diagnozą zespołu urojeniowego - urojenia bogactwa, religijne, posłannicze itp. Większość ludzi z chorobą afektywną w fazie maniakalnej też jest bardzo zadowolona z siebie i życia. Nie napiszę "szczęśliwa" bo dla mnie szczęście to momenty a nie ustawiczna euforia.
    • kaz_nodzieja Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 14:58
      A co konkretnie z mężem jest "nie tak" bo piszesz dość ogólnikowo? Bije Ciebie lub dzieci? Jest hazardzistą, alkoholikiem? Nie pracuje lub pracuje, ale nie daje pieniędzy na dom? Wrzeszczy bez powodu na Ciebie lub dzieci i się na nich wyżywa?
      • obs2 Re: Dobro dzieci...i ja 05.03.17, 15:14
        >A co konkretnie z mężem jest "nie tak" bo piszesz dość ogólnikowo? Bije Ciebie lub dzieci? Jest hazardzistą, alkoholikiem?
        >Nie pracuje lub pracuje, ale nie daje pieniędzy na dom? Wrzeszczy bez powodu na Ciebie lub dzieci i się na nich wyżywa?


        te stereotypowe klisze odchodzą już do historii.
        Obecnie przyczyną rozpadu małżeństwa jest pogarda żony dla wiernego, utrzymującego rodzinę faceta, którego winy są zgoła nieco inne:
        - nie "wprowadza na obroty",
        - nie jest "świeżą bryzą"

        Ponadto żona, szanując (choć emocjonalnie gardząc) pracę i poświęcenie oraz wierność męża, ogłasza że
        - dotarło do niej, że kończy się jej czas biologicznej atrakcyjności i "chciałaby pożyć"

        To są obecnie przyczyny rozwodów.
        Po prostu do kobiet dotarło że - kolejny cytat- owszem są monogamiczne. Ale "seryjnie".

        Emerytur nie będzie. Nie dlatego, że ZUS się zawali i zbankrutuje jako piramida finansowa.
        To też. Ale głównie dlatego, że po prostu nie będzie dzieci. Bo dzieci ludzi rozwodzących się obecnie widzą błahość przyczyn rozwodów. I już nie popełnią tego błędu jakim jest małżeństwo. I dzieci po prostu nie będą rodzić.
        I nie będzie składek. I tyle. Ludzkość upadnie sama z siebie. Niepotrzebna wojna nuklearna, zderzenie z planetoidą i
        inwazja kosmitów. Wystarczy wyciągnięcie wniosków z zachowań 35, 40, 45 latków.
        Gdybym był na miejscu mojej 15- letniej córki, zakodowałbym sobie: nigdy małżeństwa, nigdy dzieci.
        Bo rozpada się małżeństwo przyjaciół, wierne (do czasu rozpadu), złączone dziesiątkami spraw i złączone jednością wizji spraw fundamentalnych. To co dopiero inne???
    • ahoy2 Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 15:41
      Samotność jest dobra, czasem i w związku. Znajdziesz kogoś innego, obarczona dziecmi? A jak się zestarzejesz, czego nie bierzesz pod uwagę, warto być z przyjacielem. Nie możecie z mężem się dogadać w sprawie wspólnego zycia bez awantur, dawanie sobie wolności, dzielenie sie obowiązkami, dyskusji bez awantur? W pracy też nie każdego kochasz a jakoś się nie awanturujesz o drobiazgi. Owszem, jeśli mąż jest alkoholikiem, bije cię, jest narkomanem i nie bierze udziału w wychowywaniu dzieci, w pokrywaniu części kosztów to się rozwiedź. Małżeństwo to jak biznes, warto w nim byc uczciwym,, dawać coś z siebie a nie tylko żądać. Może nie chcesz z nim spać? Nie śpij, powiedz mu o tym, zrewiduj umowę małżeńską. Możecie być wspólnikami, przyjaciółmi (gdy nie będziecie ograniczać drugiemu wolności, gdy wywiązujecie się z zobowiązań). Nie bądźcie nastolatkami, bo jak są dzieci to pewnie osiągnęliście jakąś dojrzałość, może tylko nominalnie? Odpowiedzialność i życzliwość a nie marzenia i wymagania.
      • kaz_nodzieja Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 15:44
        100/100
        • aguti_1 Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 21:40
          Nie piję, nie bije i nawet nie zdradza. To znaczy, że jest takim dobrym mężem? Nie, nie da się z nim porozumieć, jeśli ma inne zdanie, nigdy go nie zmienia. Nie jest też moim przyjacielem, używa mnie tylko do swoich celów, już dawno to sobie uświadomiłam. Dojrzałość? Nie posiada. Główną przeszkodą w dojściu do porozumienia jest jego obrażanie się, o wszystko, o bzdury i trwanie w tym miesiącami i latami. Kiedyś chodziłam za nim i przepraszałam, próbowałam udobruchać, bo źle znosiłam taką atmosferę w domu. Ale ile można, to upokarzające, gdy on nigdy pierwszy nie wyciągnął rękę do zgody. Nie chcę z nim spać? To on nie chce, od lat. Ile się można prosić, a często spotykać z odmową, to też upokarzające. A ostatnimi laty, gdy jest obrażony, w ogóle wystarcza mu oglądanie panienek w internecie. A ja się na białe małżeństwo nie umawiałam. Ale to też nieważne i małostkowe, prawda? Nie szkodzi, że żyję jak sześćdziesięciolatka, a życie ucieka. Moje potrzeby są przecież nieistotne, prawda? Proponowałam mu parę lat temu, żeby każde z nas mogło sobie ułożyć życie emocjonalne na własną rękę, spotykać się z kimś, ale mieszkając nadal razem, właśnie że względu na dzieci. Nie zgodził się. Chwilę się przejął, był normalniejszy - tak że trzy tygodnie. Potem znowu się obraził. I tak jest zawsze.
          Nie wiem, czy znajdę kogoś innego, ale przynajmniej nie będzie musiała oglądać dzień w dzień jego nadętej gęby. Zawsze obrażony, zawsze ma dużo uwag krytycznych, nigdy nie docenia i nie chwali, bo uważa, że "jak pies za bardzo się spoufala, to zaczyna wchodzić na głowę, a jak parę razy dostanie kijem, to nabiera respektu", więc on nie będzie mnie cenił, nikomu nie wyraża uznania, mnie też nie będzie. Tak powiedział też na terapii.
          Ja po prostu nie mogę żyć bez bliskości, nie tylko fizycznej, ale także zaufania, życzliwości. Chciałabym, żeby mnie po prostu ktoś lubił, ktoś miły i pogodny. Na prawdę za dużo żądam? A próbowałam dogadania się i ułożenia podejmowała dziesiątki i setki. Zawsze tylko ja. I zawsze się obrażał.
          Od wielu lat mam właściwie depresję i wiem, że źle się to skończy.


          Chciałabym właśnie jak najlepiej się z nim dogadać, jak najspokojniej. I w sprawie rozwodu, i potem też. Nie chcę mu ograniczać dostępu do dzieci, chciałabym, żeby ze trzy razy w tygodniu były u niego. Dzieci taty potrzebują. Nie chcę też żadnych kłótni ani walki, więc jeśli mnie do tego nie zmusi, będę tego unikać, zwłaszcza że nie mam najmocniejszej psychiki. Chciałabym się dokładnie dogadać w sprawie opieki, dzielić później prawa i obowiązki,
          • aguti_1 Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 21:53
            Coś za szybko się wysłało.
            C.d.
            Utrzymywać jak najlepsze stosunku z nim, może lepsze, niż w tej chwili.
            Trudne to straszniesad
            • wredna1zmija Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 22:14
              powiem ci tak: rozwód z samej natury rzeczy jest trudnym przeżyciem. Pytanie jest czy bez rozwodu będziesz żyła z kimś życzliwym czy z wrogiem. Bo rozwodzisz się zawsze z wrogiem. Nawet jeśli oboje chcecie rozwodu jest ciężkim przeżyciem. A jeśli druga strona widzi przyjemność w gnębieniu cię w samym małżeństwie to przy rozwodzie dopiero zobaczysz na co go stać bo z jakiej racji ma tanim kosztem pozwolić wymknąć się swojej ofierze?
              • 99niebieskakropka Re: Dobro dzieci...i ja 04.03.17, 23:41
                Dokładnie tak, dlatego myślę, że trzeba postępować stanowczo i zdecydowane, ale nie z ukrycia i nie za plecami.
                • aguti_1 Re: Dobro dzieci...i ja 05.03.17, 12:51
                  Nie rozumiem, czy ja postępuję z ukrycia i za plecami?
                  • 99niebieskakropka Re: Dobro dzieci...i ja 05.03.17, 13:06
                    Nie wiem jak Postępujesz, ale przestrzegam się przed czymś takim. Powiem jeszcze jedno, staraj się dogadać ze swoim facetem poza sądem. W sądzie często puszczają nerwy i coś co mogło by zostać załatwione w sposób pokojowy, jest tam wywlekane, przeinaczane i doprowadza do jatki.
                    Po swoich doświadczeniach, już z perspektywy czasu wiem, że w moim przypadku rozstanie było słuszną decyzją. Dzieci odczuwają skutki rozstania rodziców, ale przynajmniej nie patrzą na wzajemną nienawiść między matką i ojcem. Mam nadzieję, że to ich też nauczy tego, że czasem lepiej odpuścić, niż robić coś na siłę, raniąc się wzajemnie.
                    Wszystko przed Tobą, życzę Tobie, Wam, jak najlepiej.
          • leda16 Re: Dobro dzieci...i ja 23.03.17, 16:20
            aguti_1 napisała:
            Dojrzałość? Nie posiada.


            Większą lub mniejszą dojrzałość posiada każdy. Po prostu wymyślasz co się da, żeby go zdeprecjonować i siebie wykreować na ofiarę.

            Proponowałam mu parę lat temu,
            > żeby każde z nas mogło sobie ułożyć życie emocjonalne na własną rękę, spotykać
            > się z kimś, ale mieszkając nadal razem, właśnie że względu na dzieci. Nie zgodz
            > ił się.


            Kobieto, żyjesz w XXI wieku, nie musisz pytać męża czy możesz przyprawić mu rogi smile I kto tu jest niedojrzały?


            uważa, że "jak pies za bardzo się spoufa
            > la, to zaczyna wchodzić na głowę, a jak parę razy dostanie kijem, to nabiera re
            > spektu", więc on nie będzie mnie cenił, nikomu nie wyraża uznania, mnie też nie
            > będzie. Tak powiedział też na terapii.


            No to wyciąg z tego adekwatne wnioski - weź ten kij i...


            Chciałabym, żeby mnie po prostu ktoś lubił, ktoś miły i pogodny


            Więc czemu nie poszukasz sobie kochanka? Przynajmniej miałby powód do rozwodu. A ten mąż od początku był taki obrażalski, czy dopiero jak dałaś sobie dwoje dzieci zmachać? Taką patologiczną komunikację niszczy się w zarodku.



      • obs2 Re: Dobro dzieci...i ja 05.03.17, 15:06
        > Małżeństwo to jak biznes

        no własnie, a z kolei znajoma która cały czas ratuje i na razie z bardzo niepewnym skutkiem swoje 20 letnie małżeństwo, mówi że małżeństwo jest służbą.
        Tak, to jest pewien dramat który odkrywa się po latach. Że małżeństwo wydaje się być na początku oczywistym przypieczętowaniem miłości dwojga młodych ludzi którzy (tak np. było w moim przypadku) zgodnie chcieli mieć dzieci, chcieli kroczyć przez życie razem. A potem okazuje się, że ta wizja (jakkolwiek prawdziwa), powzięta jest w chwili chemicznego zatrucia mózgu, które mija po 2, ekstremalnie po 3 latach. I wtedy dożyciowa przysięga wiążąca się również z istotnymi skutkami prawnymi, finansowymi no i najczęściej z dziećmi, jaką jest małżeństwo, staje się układem dokładnie biznesowym, a równocześnie jest służbą. I nagle któraś ze stron - w ostatnich latach coraz częściej kobieta- odkrywa, że tego nie chce. Może być przyjaźń, wspólnota dziesiątek spraw nadal. Ale i tak się nie da razem trwać....
        • aguti_1 Re: Dobro dzieci...i ja 05.03.17, 15:23
          Dziękuję smile
          Tak, chciałabym się dogadać z facetem w najmniejszych szczegółach odnośnie opieki, napisać plan wychowawczy i w ogóle. Da się dogadać, on raczej nie będzie że mną walczył, bo za dużo ma do stracenia, mimo wszystko rozumie, że najlepiej załatwić sprawy spokojnie.
          Ja to chemiczne zatrucie mózgu miałam aż do urodzenia pierwszego dziecka, kiedy właśnie mąż sobie całkiem odpuścił staranie się, czyli 7 lat, a może trwałoby to dłużej. Jak widać, facet wytrwałością zdołał nawet takie uczucia zniszczyć.

          Może jeszcze że dwa lata temu dałoby się te uczucia reanimować... Teraz już za późno.

          Też właśnie myślę, że lepiej rozstać się teraz, kiedy jeszcze da radę ułożyć sobie poprawne stosunki, niż gdy będziemy już się nienawidzić.
          • koto.podobna Re: Dobro dzieci...i ja 14.03.17, 00:40
            Podjęłaś dobrą decyzję Aguti, jeśli jest jak piszesz i czujesz się tak, a nie inaczej to nie ma czego żałować. Sama to wiesz. Małżeństwo - i związek w ogóle, to coś więcej niż układ mieszkaniowo-logistyczno-biznesowy pomiędzy dwiema osobami. Bądź nawet i sama później, ale spokojna i w miarę szczęśliwa, na tyle na ile się da. Znam to z autopsji. Dasz radę! smile
            • pct3 Re: Dobro dzieci...i ja 15.03.17, 20:34
              >Bądź nawet i sama później, ale spokojna i w miarę szczęśliwa, na tyle na ile się da. Znam to z autopsji

              no właśnie z tym spokojem później to największy problem....Życzę jak najszybszego jego uzyskania. Ale bywa ciężko.
              • aguti_1 Re: Dobro dzieci...i ja 16.03.17, 00:17
                Dziękuję, w ogóle wszystkim za wsparcie i rady smile
                Będzie ciężko, ale nie ciężej, niż przez ostatnie lata. W sumie na razie, gdy się wreszcie po latach zdecydowałam, radzę sobie psychicznie lepiej, niż myślałam. Człowiek zdesperowany potrafi najwyraźniej znaleźć w sobie siły, których się nie spodziewałwink
      • obs2 Re: Dobro dzieci...i ja 23.03.17, 16:42
        > Samotność jest dobra, czasem i w związku. Znajdziesz kogoś innego, obarczona dziecmi?

        moje doświadczenia pokazują, że jest to kwestia dni.
        Moja żona pozostając decyzją własną sama z dwójką dzieci, znalazła partnera z którym kto wie czy nie pójdzie do ołtarza, w ciągu bodajże 16 dni....
        I facet ma zupełnego bzika. Jest młodszy i tak dalej.
        Tak więc nie ma problemu. Może nie każda będąca sama z dziećmi znajdzie kogoś innego w ciągu 16 dni, ale raczej znajdzie...faceci to straszni desperaci.
        Amant mojej żony to podobno facet po długim związku z dość koszmarnym rozstaniem... Cóż, oporny na wiedzę jak widać. Wszedł w zaawansowany związek ze starszą dzieciatą babką, w szesnastej dobie po jej rozstaniu - rozstaniu prawie 20 letniego związku i 18 letniego małżeństwa....
        • koto.podobna Re: Dobro dzieci...i ja 30.03.17, 16:38
          Nie da się od razu "wejść w zaawansowany związek", bo każdy związek ma swój początek, rozwinięcie itd. To, że być może masz na myśli, że zamieszkali szybko razem i z sobą sypiają, nie oznacza chyba, że ich relacja jest zaawansowana? wink Tym bardziej dla kogoś, kto ledwie się rozstał z mężem po latach małżeństwa... Może to dla Twojej byłej to tylko miła rozrywka, aby oderwać się od przykrej rzeczywistości - a że ów pan się mógł zakochać, lub pomylić hormony z miłością to też inna sprawa.
          Niemniej wierzę, że i samotna matka może znaleźć miłość i szczęście z kolejnym mężczyzną. Ale do tego potrzeba dojrzałości obojga.
        • koto.podobna Re: Dobro dzieci...i ja 30.03.17, 16:39
          Nie da się od razu "wejść w zaawansowany związek", bo każdy związek ma swój początek, rozwinięcie itd. To, że być może masz na myśli, że zamieszkali szybko razem i z sobą sypiają, nie oznacza chyba, że ich relacja jest zaawansowana? wink Tym bardziej dla kogoś, kto ledwie się rozstał z mężem po latach małżeństwa... Może to dla Twojej byłej to tylko miła rozrywka, aby oderwać się od przykrej rzeczywistości - a że ów pan się mógł zakochać, lub pomylić hormony z miłością to też inna sprawa.
          Niemniej wierzę, że i samotna matka może znaleźć miłość i szczęście z kolejnym mężczyzną. Ale do tego potrzeba dojrzałości obojga.
    • marzena.cupta Re: Dobro dzieci...i ja 07.07.17, 16:28
      Ach jak ja lubię te wynurzenia znudzonych spokojnym i bezproblemowym życiem! Te narzekania starzejących się kobiet, które by sobie poszalały bo to już ostatni moment. Ach co tam dzieci, ich spokój i bezpieczeństwo, dom który do tej pory stworzyły przecież to mi się należy. Idź, idź w tango niech się tobą świat pobawi. Rozwiedź się najpierw bo ten facet to ostatnia przeszkoda w drodze do szczęścia. Dzieci już nią nie są bo je olałaś, przeciez juz postanowiłaś ze będziesz się dobrze bawić.
      Tylko nie obudź się z ręką w nocniku.
    • marzena.cupta Re: Dobro dzieci...i ja 07.07.17, 16:34
      Oj bidulka
    • veuvequlicot Re: Dobro dzieci...i ja 10.07.17, 17:00
      Mąż to mąż, ojciec to ojciec. Nie przestanie nim być po rozwodzie. Ja jestem takim dzieckiem ze związku ratowanego na siłę i w wieku 13 lat modliłam się, żeby się rodzice rozwiedli. Gdyby zrobili to wcześniej i ładniej, to może bym ich błędów nie powtarzała.
      Moja córka zamiast kłótni i płaczącej matki ma dwoje silnych rodziców, którzy na szczęcie, przy pomocy terapeuty, dogadują się niezle NIE mieszkając razem. Dla dobra dzieci.
      • tzn.aga Re: Dobro dzieci...i ja 12.07.17, 21:53
        Amen

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka