puszka.z.kawa
04.04.06, 07:35
Małe wprowadzenie: rodzice rozwiedli się, kiedy miałam rok, wychowywała mnie
mocno toksyczna matka, ojciec nieregularnie płacił alimenty i tyle go
widziałam (z dzieciństwa pamiętam raptem kilka spotkań, matka miała o nie do
mnie straszne pretensje, zawsze mówiła o ojcu źle, a na mnie wrzeszczała
"kłamiesz jak twój ojciec", "jesteś brudas jak twój ojciec" itd.).
Na studiach dostawałam od ojca alimenty (200 zł na "dzisiejsze pieniądze")
bardzo nieregularnie, zazwyczaj musiałam po nie do niego pojechać i przejść
upokarzającą procedurę łażenia po znajomych, od których chwilę przed odjazdem
pociągu pożyczał "na studia dziecka". Przez całe studia pracowałam (matka w
ogóle odmówiła płacenia), wynajmowałam coś kątem i wiecznie bałam się, że nie
zdobędę kasy na czynsz i wyląduję pod mostem (a wracać nie było dokąd -
wyprowadzenie się od matki było najszczęśliwszą chwilą w moim życiu). Ojciec
zarabiał całkiem nieźle, ale pieniądze dostawał w dużych porcjach co parę
miesięcy i wtedy urządzał przyjęcia, kupował sobie jakieś gadżety itp., więc
po tygodniu nic nie zostawało. Mam dwu braci przyrodnich, synów ojca z
kolejnego małżeństwa, które też się zresztą rozpadło, ale kiedy bracia mieli
po kilkanaście lat. Teraz wszyscy od dawna już jesteśmy pełnoletni. Ojciec
sprzedał dom, zaczął budować kolejny, też sprzedał i został z niczym (ostatnio
ściga go komornik).
A teraz ten uroczy tekst: siedzimy sobie przy śniadaniu w moim mieszkaniu,
które niedawno kupiła mi rodzina matki (ojciec naturalnie nie dołożył ani
grosza, pomógł mi tylko przy przeprowadzce i od lata obiecuje, że zrobi coś
tam przy remoncie generalnym, który usiłuję przeprowadzić własnymi rękami - na
obietnicach się kończy, a nie proszę go w końcu o partycypację finansową,
tylko o poświęcenie kilku dni - czasu ma w diabły, ale mu się nie chce). No
więc ojciec opowiada, jak to sprzedał swoją ostatnią nieruchomość - działkę,
spłacił część długów, a resztę pięniędzy, uwaga, "podzielił między dzieci".
Sprawa jest sprzed roku lat, coś tam o tym słyszałam od braci, no ale easy - w
końcu wszyscy jesteśmy dorośli, ojciec ma prawo robić ze swoimi pieniędzmi co
chce. Tyle, że mimo wszystko łzy stanęły mi w oczach, a zdarza się to rzadko.
Zapytałam, czy rozumie, jaką przykrość właśnie mi zrobił, bo w końcu dzieci ma
troje, a nawet nie raczył mnie wymienić. A on na to, że tak wyszło i nie wie,
po co mu mówię o jakichś przykrościach, jemu też jest przykro (opryskliwym
tonem).
Jak sobie radzicie w takich sytuacjach? Mi przez te głupie parę zdań humor
padł na całej linii. I tak mam okropne kłopoty z samooceną (jestem klasycznym
DDD, matka biła mnie itd.), od kiedy pamiętam czułam, że ojciec ma mnie w
nosie (prawie żadych prób kontaktu, zero prezentów pod choinkę, ze dwa listy
przez całe życie - zaproszenia na jakieś swoje imprezy), że nie jestem
pełnowartościowym dzieckiem i że nie mam prawa mieć żadnych potrzeb, przede
wszystkim emocjonalnych, bo to rodziców nie obchodzi, jestem dla nich jakąś
pomyłką i ciężarem. Od kiedy wyjechałam na studia minęło kilkanaście lat, dużo
w tym czasie przepracowałam, głównie właśnie w kwestii swojej i potrzeb, na
codzień jest OK, ale wystarczy jeden taki gówniany tekst, żebym znów czuła się
jak śmieć...