Dodaj do ulubionych

Przegrałam...

23.10.06, 08:01
...swoja wojnę o związek.
I tyle. Happy endu nie będzie.
Obserwuj wątek
    • z_mazur Re: Przegrałam... 23.10.06, 08:02
      Jak to nie będzie?
      Teraz to już będzie tylko Happy, a End niekoniecznie
    • moniamir Re: Przegrałam... 23.10.06, 08:05
      Nic nie przegrałaśsmile...poprostu coś się skończyło, a cos nowego zaczyna...
    • kasiar74 Re: Przegrałam... 23.10.06, 08:11
      tam gdzie się cos kończy , cos się zaczyna, ak70 przyjedź do nas do Wrocławia
      • brzoza75 Re: Przegrałam... 23.10.06, 08:35
        myślałam ostatnio o Tobie zastanawiając się czy milczenie jest wynikiem tego że
        się udało czy tego że nastąpił end, pomyśl tak, gdybys nie spróbowała powalczyć
        zastanawiałabys się do końca życia co by było gdyby a tak wiesz komu
        poświęciłaś czas i czy było warto, trzymaj się ciepło nie bez powodu masz taką
        sygnaturkę!
    • anja_pl Re: Przegrałam... 23.10.06, 08:34
      przyjedź do Wrocławia na spotkanie,
      wstaniesz na nogi,

      pamiętaj : gorzej już być nie może, ale jest lepiej, bo wiesz, że nie masz co
      niego liczyć i możesz wreszcie sama zacząć żyć wg Twojego rytmu

      trzymaj się
      • to.ja.kas Re: Przegrałam... 23.10.06, 08:40
        AK za jakis czas bedziesz mogła stwierdzic czy to prazka czy
        przewrotnie....wygrana....jestes na tyle dobra osoba, ze napewno to drugie....w
        to wierze.
    • wiewiorka29 Re: Przegrałam... 23.10.06, 08:53
      A wiesz AK, że od paru dni myśli o Tobie "chodziły mi po głowie", zamierzałam
      dziś pytać na forum co się u Ciebie dzieje...
      Skończył się jakiś etap w Twoim życiu, dla Ciebie bardzo ważny, ale nie myśl
      absolutnie, że przegrałaś wszystko, może w tym samym momencie wygrałaś coś co
      jeszcze trudno Ci sobie uswiadomić. Tylko nie ugrzęźnij w żalu za przeszłością ,
      rozpamiętywaniem, bo przed Tobą przyszłość, która może być lepsza, jesli jej na
      to pozwolisz i dasz szansę samej sobie. Życzę uśmiechu. Trzymam kciuki za Ciebie.
    • crazysoma Re: Przegrałam... 23.10.06, 09:13
      Kochana.
      Jesli zwiazek jest tak dlugotrwala walka, jak u Ciebie, o tak rozne priorytety,
      w najprostszych oczekiwaniach, to uwierz, Wasza przegrana nie jest Twoja
      kleska... I to jest bardzo wazne, choc Ty teraz o tym nie myslisz. Dawno temu
      zapmietalam takie zdanie:
      "Trzeba wielkiej sily, by dotrzec tam, gdzie sie bitwy przegrywa".
      A Ty te sile masz, jestes super Kobieta i Matka. Widzialam, to wiem co mowie. I
      widzialam Twoje oddanie komus, kto chyba tego kompletnie nie widzi i ma to za
      nic. Bo woli lateksowe lale od zywej, myslacej, wrazliwej istoty. Sory,
      musialam to napisac...
      9 listopada bede w Kielcach. Pomysl, jak moglbysmy sie spotkac...
      Trzymaj sie, dzielna Kobieto.
      • phokara Re: Przegra?am... 23.10.06, 09:47
        Ak,
        Nigdy nie wiesz czy ta dzisiejsza przegrana nie bedzie jutro Twoim zwyciestwem.
        Nie mozna walczyc bez konca, na pustym polu bitwy. Zrozumiesz to i zobaczysz, jak piekne sa
        krajobrazy... 'dalej'.
        Trzymaj sie.
      • ak70 Re: Przegrałam... 23.10.06, 09:53
        Dzięki, dzięki, dzięki... za to, że jesteście i przywracacie mi wiarę w ludzi i
        przyszłość.
        Kiedy powiedziałam mu, że chcę, aby sie wyprowadził, bo juz nie moge patrzeć
        jak z nienawiścia patrzy na własne dziecko, jak odpycha jego ręce, kiedy
        Piotrek rzuca mu sie na szyję, jak wrzeszczy na niego o nic, jak woli spędzac
        czas przy komputerze grając w strzelanki zamiast w piękny dzień zabrac małego
        na spacer i pokazac mu jaka piekna jest jesień - zapytał tylko: jestes tego
        pewna? a potem przysłał smsa: "jestes jak politycy, potrafisz tylko obiecywać,
        nie pozwalasz mi wychowywać dzieci tak jak ja chcę, zastanów sie dobrze, bo
        jeśli teraz odejde to juz nie wrócę"...
        On po prostu nic nie zrozumiał z tego co na terapii mówili, z tego co ja
        kazdego dnia wspólnego życia starałam sie mu przekazać... ale juz się nie
        obwiniam. Jest mi po prostu bardzo, bardzo smutno i źle, ale teraz juz wiem, że
        to walka z wiatrakami, że on tak naprawdę bedzie już zawsze dbał tylko o
        siebie, a miał za nic uczucia moje i dzieci. Wczoraj juz wypłakałam wszystkie
        łzy... jeszcze raz dziękuje Wam za wsparcie smile)
        Aga
        PS. Crazy, dzięki za ciepłe słowa smile mam nadzieję, że bedziesz w Kielcach
        dłużej niz tylko 9 listopada? Puść smsa jak dotrzesz, to sie umówimy.
        Pozdrowienia dla Ciebie i dziewczynek!!
        • mamba234 Re: Przegrałam... 23.10.06, 10:53
          Jeszcze w kwietniu mogłabym napisać identyczny wątek. Też miałam poczucie
          porażki, że nie wyszło, nie udało się. Teraz po 6 miesiącach czuję, że
          paradoksalnie ta "porażka" wyszła mi na dobre.
          I tego mojego obecnego stanu- kochana AK - życze Ci z całego serca ...

          Pozdrawiam

          Mamba
          • 13monique_n Re: Przegrałam... 23.10.06, 10:56
            Podpiszę się mamba pod twoimi słowami. Tylko pewnie inny wymiar czasu bym tam
            wstawiła. Ale wniosek jest ten sam. Ta "porażka" wyszła" mi na dobre. I jak
            powiedziała Pho, krajobraz "co dalej" zaczyna mnie coraz bardziej zachwycać. Bo
            dalej jest życie po prostu.
            • libra22 Re: Przegrałam... 23.10.06, 11:07
              Trzymaj się Ako, nie mogę już nic mądrego dodać, bo wszystko już dziewczyny
              napisaly, a ja sie tylko podpisuję.
              Mam nadzieję, że już niedługo będziesz szczęśliwa i spokojna. I nie daj mu się
              wpędzić w poczucie winy. Gdybyś ciągnęła to dłużej (wg mnie) zabijałabyś siebie
              po trochu.

              sciskam
            • brzoza75 Re: Przegrałam... 23.10.06, 11:10
              Ak rok temu kiedy ja zaczynałam Ty miałaś dylematy, teraz dolączysz do nas ale
              wiesz... nie musi być do końca źle, na początku zawsze są doły mniejsze lub
              większe... zobacz wokół ile ludzi wyciąga do Ciebie ręce aby pomóc Ci się
              wspiąć i iść dalej, nikt z nas nie wie do końca jak będzie dalej ale dalej na
              pewno można już iść z podniesioną głową, czy porażka czy przegrana to dopiero
              się okaże, trzymaj się ciepło.
              • makaveli31 Re: Przegrałam... 23.10.06, 11:42
                Ja też walczyłam o związek, ale dziś wiem, że była to walka z wiatrakami.Z
                jednej strony żałuję tego, a z drugiej nie. Żałuję bo moja godność była równa
                zeru, zgadzałam się na wszystko w imię ratowania związku, a nie żałuję bo mogę
                kiedyś powiedzieć dzieku - próbowałam. Nie udało się.
                • 374.4w Re: Przegrałam... 23.10.06, 13:20
                  niczego nie przegrałaś, spójrz na swoją sygnaturkę i idź dalej do przodu,
                  pozdrawiam
                  • ak70 Re: Przegrałam... 23.10.06, 13:29
                    Dziewczyny... mimo tego co przeszłam i co jeszcze pewnie przejdę, nie żałuję...
                    bo wierzę, że mój wybór jest dobry, że Ten Pan co patrzy na mnie z góry nie
                    potępia mnie... i że kiedyś, gdzieś - prędzej czy później - znajdę swoje
                    OKNO smile)
                    Dziękuję, że jesteście ze mną!!
                    • berek_76 Re: Przegrałam... 24.10.06, 13:29
                      > Ten Pan co patrzy na mnie z góry nie
                      > potępia mnie... i że kiedyś, gdzieś - prędzej czy później - znajdę swoje
                      > OKNO smile)

                      Ak, POTĘPIA??? Bóg napraw enikogo nie potępia, a już na pewno nie osobę, która
                      walczy o ludzi, kórych kocha.

                      Ak, błagam, nie dawaj sobie wmówić, że miłość jest równoznaczna z pozwoleniem na
                      włażneie sobie na głowę! NIKT, a juz Kościół w żadnym wypadku, nie wymaga, żeby
                      żona dawała się krzywdzić w imię świętości węzła małżeńskiego.

                      I NIKT normalny nie uważa, że "dobro dziecka" to dwoje nienawidzących się ludzi
                      pod jednym dachem i rozdrate dziecko między nimi. Ty masz dziecko wychować,
                      zapewnić mu podstawy do bycia dobrym, porządnym, szczęsliwym człowiekiem. A na
                      to wpływa głownie przykład. jaki przykład dacie dziecku, krzywdząc się cały czas?

                      Bóg nie musi Ci dawać żadnego okna smile Ono jest tu cąły czas, tylko nawet nie
                      widzisz szyby smile . Wszystko, co się dzieje, dzieje się na dobre. Wiele dobrych
                      rzeczy też boli. To, że coś boli, nie znaczy, że jest złe.

                      Trzymaj się, kochana, i pamiętaj:

                      ZAWSZE MUSISZ PAMIĘTAĆ, CO JEST DOBRE, A CO ZŁE.
                      Nie dawaj sobą manipulować.
                      -----------------------
                      Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)
    • misbaskerwill Re: Przegrałam... 23.10.06, 13:30
      Chyba wszyscy przegraliśmy tę bitwę.
      Bo życie nie polega na tym, by ciągle wygrywać.
      To porażki najwięcej nas uczą.
      Pamiętaj - przegrałaś bitwę, nie wojnę. A życie toczy się dalej.
      Młodzież dalej całuje się w autobusach, dzieci radośnie biegają - w tej chwili
      jakby nam na przekórwink.
      Ale może jeszcze do nich dołączymy, póki nas osteoporoza nie zjadła smile
      • brzoza75 Re: Przegrałam... 23.10.06, 13:46
        Misiu każdy z nas ma swoja porażkę...

        Ak nie czekaj aż otworzy on zdecydowanie nie ma w zwyczaju nas o tym informować
        kiedy? gdzie? i o której, otwiera i to od nas zależy czy je otwarte zauważymy i
        czy wystarczająco duża jest przestrzeń aby tam się wcisnąć....
    • scriptus Re: Przegrałam... 23.10.06, 13:49
      Witaj w klubie. Ja już też przestałem walczyć. Myślę, że niemal 100 % ludzi
      piszących na tym forum może powiedzieć to samo.
      Nie będę pisał dyrdymałów w rodzaju - nie martw się, bowiem pomartwić się
      musisz, jak każdy, kto przegrał. Napiszę tylko, że współczuję, i że czas leczy
      rany, z czasem boli coraz mniej. Życzę Ci, żebyś znalazła jakieś swoje
      sensowne ...i co dalej.
    • alinawk Re: Przegrałam... 23.10.06, 14:13
      Witaj AK70.Ja dwa lata temu trafiłam na to forum.Miałam problemy, ale jakoś
      zabrakło mi odwagi, żeby o nich napisać.Też walczyłam o swój związek, wydawało
      mi się że wygrałam...Jakiś czas było dobrze.Teraz po tych dwóch latach stoję
      dokładnie w punkcie wyjścia.Jak to ktos tu dobrze napisał, dosłownie walka z
      wiatrakami.Nie wiem co robić, czy walczyć dalej...Ale ile można i to
      samemu?
      A odnośnie tej twojej sygnaturki to kiedyś przeczytałam taki komentarz, że
      owszem, Pan Bóg otwiera okno, ale po to aby się z niego rzucić...Taki czarny
      humor na koniec, bo nastrój mam denny...No nic, żyć dalej jakoś trzeba, trzymaj
      się jakoś.Pozdrawiam Cię serdecznie.
      • to.ja.kas Re: Przegrałam... 23.10.06, 14:18
        No to z tym oknem do rzucania poprawiłyscie sobie humor smile)))
        A tak poważnie, to walki rzadko kiedy daja taki efekt na jki tu czasem liczą
        forumowicze i forumki......bo walka z kim? O co?
        Zwiazek dwojga ludzi to nie moze byc wojna i walka jesli ma sie miec z nieg
        satysfakcje....Moim zdaniem i z mojego doswiadczenia wynika, ze z chwila kiedy
        zaczyna sie walka a nie obopulna chęć bycia w związku konczy sie tak naprawde
        sens bycia ze soba.....chyba ze zalezy nam na cielesnym, fizycznym posiadaniu
        kogoś a nie na uczuciu.....

        Mysle, ze zawsze lepiej przestac walczyc i uswiadomic sobie jej bezsens, zadna
        walka na dłuzsza mete nie przynosi zysku....i AK w koncu to zrozumiała, teraz
        juz z gorki...zostaje jej zrozumiec, ze szczescie moze znalezc nie posiadajac
        mezczyzny w domu, ze siła jest w Niej i tego jej zycze
        • scriptus Re: Przegrałam... 23.10.06, 15:51
          to.ja.kas napisała:

          ...
          > A tak poważnie, to walki rzadko kiedy daja taki efekt na jki tu czasem liczą
          > forumowicze i forumki......bo walka z kim? O co?
          > Zwiazek dwojga ludzi to nie moze byc wojna i walka jesli ma sie miec z nieg
          > satysfakcje....Moim zdaniem i z mojego doswiadczenia wynika, ze z chwila kiedy
          > zaczyna sie walka a nie obopulna chęć bycia w związku konczy sie tak naprawde
          > sens bycia ze soba.....chyba ze zalezy nam na cielesnym, fizycznym posiadaniu
          > kogoś a nie na uczuciu.....
          >

          Nie zgadzam się, walka nie musi być przegraną.
          Jeżeli porównamy ją np do walki o kontrakt. Są dwie strony, jeśli kontrakt jest
          korzystny dla obu stron, mogą być zadowolone. Jeżeli kontrakt jest niekorzystny
          dlka jednej ze stron, wchodzi jakaś trzecia, czwarta strona... Walka o dobry
          kontrakt polega na tym, że obie strony starają się zrozumieć, o co chodzi tej
          drugiej stronie. Jeżeli obie strony podchodzą do sprawy uczciwie, to jest to
          walka o sumie niezerowej. Obie strony są wygrane. W momencie jednak, gdy jedna
          strona usiłuje ugrać coś kosztem drugiej, kontrakt może zaistnieć, ale jego
          realizacja staje pod znakiem zapytania. Przegrane są wówczas obie strony,
          bardziej przegraną jest strona słabsza i bardziej zaangażowana (finansowo, itp).
          Podobnie może być w związku dwojga ludzi. W małżeństwie, zwłąszcza na początku
          też ustalane są pewne zasady współżycia. Również mogą być łamane przez jedną,
          czy obie strony. Część z nich mogła zostać ustalona niekorzystnie, lub mogły się
          zmienić z upływem czasu warunki. Wtedy pewne zasady, podobnie jak w kontraktach
          handlowych się renegocjuje, czy ustala na nowo. I znów, szanse są tylko przy
          dobrej woli obu stron.
          Tyle o walce o małżeństwo. Wiem, trochę cynicznie brzmi porównanie związku do
          kontraktu handlowego, ale, przyjmując pewne uproszczenia widać bardzo wyraźne
          analogie. Zwłaszcza konkluzja ... szanse są tylko przy dobrej woli obu stron.
          Nie wiem dlaczego, o tą dobrą wolę z obu stron chodzi najbardziej. Reszta, to
          tylko szczegóły do dogrania, gra o sumie niezerowej. W przypadku rozpadających
          się małżeństw, najczęściej ujemnej.
          • to.ja.kas Re: Przegrałam... 23.10.06, 15:55
            Scri alez ja sie z Toba zgadzam, najbardziej z tym jak piszesz o dobrej woli
            obu stron......ale ja ciagle czytam i ciagle obserwuje walke jakby na przekór
            drugiej osobie.....ona chce ratowac małzenstwo, on ma w nosie....on chce
            budowac i utrzymac rodzine przy sobie...ona wolałaby uciec....rozumiesz....a
            kiedy obie strony chca tego samego wynniku - czyli ZWIĄZKU to juz dla mnie nie
            walka, tylko praca by osiagnac kompromis jak dojsc do celu ktory jest
            wspolny....smile)))
    • vertigo5 Re: Przegrałam... 23.10.06, 15:11
      Trudno w takim momencie uwierzyć, że może być lepiej ale ... to jest prawda.
      Jednego nigdy sobie nie zarzucisz - że nie zrobiłas wszystkiego aby małżeństwo
      uratować. Wielu z nas tak próbowało ratować rodzinę (ja też...) ocierając się
      momentami o poniżenie. Ale wartało choćby po to aby nie mieć dylematów za rok,
      dwa, pięć - czy na pewno zrobiło się wszystko aby ocalić rodzinę.
      Ak, zobaczysz, ze odetchniesz... Przyjmij świat i rzeczywistość takimi jakimi
      są... . I pisz tu dużo z nami ! Nie chowaj się !

      Ściskam mocno

      vertigo
    • jicky7 Re: Przegrałam... 23.10.06, 17:17
      AK, ja tez przez to przeszłam. Było to najgorsze 6 miesięcy mojego życia. Ale
      nie żałuję ani jednego dnia. Bardzo wiele dowiedzialam się o sobie, o swoim
      mężu. Wiele zmieniłam w swoim życiu. I wierzę, że jeszcze wiele zmian przede
      mną.

      Kiedy było mi bardzo źle siadałam do kompa i czytałam wpisy na forum. Nieraz
      płaknęłam sobie, ale częściej się śmiałam, choć czasami był to śmiech przez łzy.
      Odrodziłam się. Nie pozwoliłam wpędzić się w poczucie winy.
      Teraz cieszy mnie każdy dzień, widok kolorowych jesiennych drzew za oknem,
      poranna kawa, łaszenie się kotów i tyle jeszcze innych rzeczy. Żyję pełnią
      życia, mimo gdzieś tlącego się bólu. I głęboko wierzę, że przede mną wiele
      cudownych chwil.
      Trzymaj się Ako, będzie dobrze. smile
    • nangaparbat3 Re: Przegrałam... 23.10.06, 20:28
      Witaj, Ak, cieszę się, ze piszesz, szkoda, ze smutno. Ale rację mją ci, ktorzy
      piszą, ze teraz moze byc juz tylko lepiej.
      "Gdzie mieszka Bog? Wszędzie. Wszędzie tam, gdzie sie Go wpusci."
      Bylo cos niedawno o nieoczekiwanych i dobrych scenariuszach, jakich nikt z nas
      by nie przewidzial. Potwierdzam.
      Życzę wszystkiego, wszystkiego dobrego.
    • der1974 Re: Przegrałam... 23.10.06, 22:06
      A skąd Ty wiesz co będzie dalej? Dzisiaj źle. Ale daj czas czasowi. On nas
      wszystkich oswaja z rzeczywistością. Nie można wszystkiego wygrywać. Ja też
      przegrałem, wszyscy przegraliśmy coś ważnego. Raz się wygrywa raz przegrywa.
      Tylko co z tego? Życie będzie się toczyć dalej, jutro wstanie Słońce, Ty się
      obudzisz zdołowana, a wszystko i tak będzie się toczyć swoim tokiem. A za jakiś
      czas się ucieszysz, że się obudziłaś i wszystko będzie normalnie. To naprawdę
      kwestia czasu i wszyscy odrabiamy te lekcję. A zapewniam Cię, że spojrzysz na
      siebie inaczej. O wiele lepiej.
    • maheda Re: Przegrałam... 23.10.06, 22:26
      Kochana! Patrz na swoją sygnaturkę i powtarzaj ją sobie do upojenia.
      Przykro mi, że tak jest, przykro mi, że nie stanął na wysokości zadania i okazał
      się wielkim dzieckiem, a nie osobą odpowiedzialną.
      Cieszę się, że nie dałaś sobą pomiatać i nie dałaś zrobić z siebie wiecznie
      przepraszającej służącej - brawo!
      Trzymaj się cieplutko, kochana moja, myślę o Tobie!
      • ak70 Re: Przegrałam... 24.10.06, 09:10
        Wczoraj sie do mnie nie odzywał... ale był jakis taki... przygaszony.
        Zapytałam natomiast Piotrka, który jest tatusia chłopcem do bicia, "Piotrusiu
        kochasz tatę?"... papatrzył na mnie ze zdziwieniem "jasne mamo! nawet o to nie
        pyta, bo to oczywiste! mógłby co prawda być dla mnie lepszy jak tatusiowie
        kolegów, ale wole byc z tata niz bez taty"....
        Cholerka! I mam dylemat... znowu ja... mój mąz nie ma dylematów... w domu jest
        poligon z jednym żołnierzem, który ma wykonywać polecenia, natychmiast i bez
        gadania!! A ten żołnierz i tak go kocha... ech! życie...
        • misbaskerwill Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:19
          > Zapytałam natomiast Piotrka, który jest tatusia chłopcem do bicia, "Piotrusiu
          > kochasz tatę?"... papatrzył na mnie ze zdziwieniem "jasne mamo! nawet o to nie
          > pyta, bo to oczywiste! mógłby co prawda być dla mnie lepszy jak tatusiowie
          > kolegów, ale wole byc z tata niz bez taty"....

          Dzieci kochają swoich rodziców. Nawet jak są przez nich notorycznie krzywdzone.
          Jak żałuję, że mój syn nie potrafi jeszcze tak wyrażać swoich uczuć. Choć pewnie
          i to nie przemówiłoby do szanownej właścicielki naszego dziecka.

          Kwestia dzieci w rozwodzie była już wielokroć podejmowana. Musisz patrzeć przez
          pryzmat przyszłości dziecka, tego, jakie wzorce dla swojego ew. małżeństwa
          będzie od Was czerpał. Czy dla jego dobra będzie lepiej widzieć rodziców
          rozdzielonych, czy skłóconych...
          To tak w baaaardzo ogólnym zarysie. Mam nadzieję, że czytałaś lub przeczytasz
          wątki Mądrych Ludzi, którzy o tym już niejednokrotnie dyskutowali na forum.
          • brzoza75 Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:24
            Ak jaki masz dylemat? że syn kocha ojca...przeciez jest jego ojcem, nie zawsze
            taki był zapewne, moja córka tez kocha tatę i tęskni za nim , mimo ze był dla
            mnie jaki był, to jest miłość dziecka, w żaden sposób nie może się przekładać
            na Twoja miłość do męża, kurcze inny wymiar.
            • 13monique_n Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:26
              Właśnie to mialam dopisac. Oby jak najdluzej i w jak najlepszym stanie zachowac
              milosc dzieci do taty. To zrozumiale, normalne i jak najbardziej oczywiste. Zas
              to, czy tata i mama sie kochaja (albo nie) i czy potrafia ze soba byc, to jest
              inna sprawa i zupelnie inny wplyw na dzieci.
              • brzoza75 Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:30
                tak Monique i tu należy się wykazać (złe słowo)tu ukazuje się nasza dojrzałość
                czy umiemy te dwie sprawy pogodzić i proporcjonalnie rozdzielić...
                • 13monique_n Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:32
                  brzoza75 napisała:

                  > tak Monique i tu należy się wykazać (złe słowo)tu ukazuje się nasza dojrzałość
                  > czy umiemy te dwie sprawy pogodzić i proporcjonalnie rozdzielić...
                  Brzozko, inaczej zwyczajnie nie mozna. No nie wolno. Nie mozna dzieciom tego
                  stresu dorzucac. A w dodatku to taka lekcja praktyczna szacunku, nawet kiedy sie
                  ze soba nie zgadzamy. Tylko przez przyklad to dziala, slowa to stanowczo za malo.
                  • brzoza75 Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:40
                    wiem Monique ,dokładnie nie możemy im komplikować dodatkowo rzeczywistosci
                    swoimi schizami, tylko kazdy do tego dochodzi sam, jedni szybko inni z czasem,
                    sama nauczylam sie na swoich bledach ale wazne jest aby ich juz nigdy wiecej
                    nie popelniać, wyryc w drewnianej tabliczce i zrobic sobie order z ziemniaka za
                    wytrwałość.
                    • to.ja.kas Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:42
                      Order z ziemniaka to naprawde super pomysł smile
                      • brzoza75 Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:45
                        smile
                      • 13monique_n Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:58
                        Order z ziemniaka potrafia dac dzieciaki, ktore na przyklad skwitowaly jedna z
                        moich rozmow z Exem (ktorej byli swiadkiem) "mama, ale Ty z tata calkiem
                        normalnie rozmawiacie!". Ogrom uznania, jaki w tym zdaniu uslyszalam jest moja
                        motywacja do trzymania pionu. Zalic sie moge offline do kogos zaufanego. smile
                        • to.ja.kas Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 10:00
                          Monique Ty chyba juz dawno masz za soba okres uzalania sie......ja mysle, ze
                          to "czasem" to resztki pory deszczowej i tego Ci zycze smile)))
                          • 13monique_n Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 10:05
                            to.ja.kas napisała:

                            > Monique Ty chyba juz dawno masz za soba okres uzalania sie......ja mysle, ze
                            > to "czasem" to resztki pory deszczowej i tego Ci zycze smile)))
                            >
                            racja Kasiu big_grinDDD Zycie mnie zawsze cieszylo, ale teraz szczegolnie. I po co
                            narzekac? no, bywa gorzej, albo mniej latwo... ale ja, cholera, latwo nigdy nie
                            lubilam big_grinDD
                            • to.ja.kas Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 10:08
                              " bo z prądem ino gówno płynie" smile)))
                              To nie moj cytat smile))))
                              To cenie w ludziach....umiejetnsc odczuwania radosci....trudno ja odczuwac jak
                              ktos bliski robi wszystko bysmy chodzili nieszczesliwi i smutni....tylko po co
                              nam ktos taki????
            • ak70 Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:29
              Brzózko... nie spodziewalam sie, ze powie inaczej (choc czasem, jak juz byl
              totalnie przez m. zdolowany potrafil krzyknac "nienawidze cie"), napisalam to
              tylko, bo moja decyzja zaczyna sie chwiac...
              Dajecie mi sile, abym wytrwala, wiem, że być może lepszy tatus weekendowy,
              który poswięci dziecku godzine w tygodniu, bo będzie wiedział, że nagrodą jest
              święty spokój i oddzielne mieszkanie, niz taki, który jest codzień, ale jakby
              go nie było...
              Moja miłość jeszcze jest... tli się... cholera, zbierzcie sie i dmuchnijcie! to
              może wreszcie wyjde na prostą smile)
              • brzoza75 Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:33
                Ak to musisz Ty sama podjąć decyzję, my możemy zrobić sabacik i zaczarować
                przyszłego twojego eksasmile
                Co do chwiejności zauważyłam, zwykle tak już jest że po nocy pełnej czarnych
                mysli wychodzi słońce.
              • to.ja.kas Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:40
                Ak robisz dla swojego związku i dzieci cos co jest chyba najgorsze....nie ma w
                Tobie konsekwencji....o wymaganiach wobec meza nie wspomne bo tu juz duzo na
                ten temat Ci pisaliśmy wszyscy.
                Nie mowi sie o rozstaniu poki sie nie jest pewnym swojej decyzji, pokazujesz
                tylko ze nie nalezy Twich słów traktować poważnie i to wszystko to strachy na
                lachy...a to nie powoduje ani checi zmiany ani szacunku.
                Jestes dobrym Człowiekiem, z determinacją walczacym o cos co nie istnieje i co
                nie jest korzystne dla nikogo. Ze Scri jestescie obydwoje
                niesamowici......tylko jak patrzy sie na Wasza szamotaninę, to co piszecie,
                Wasze nastroje i zycie ktore upływa w smutku i oczekiwaniu...na co?...nie
                wiem.....jak sie wie, ze mozna inaczej i wcale nie gorzej a napewno
                przyjemniej, jak sie wie, ze mimo iz boli na poczatku to owoce tegpo bolu sa
                lepsze niz tej walki o "zwiazek"....to zal.....Ale to Twoja decyzja AK....gdyby
                ktokolwiek chciał Cie namawiac do czegokolwiek zrobiłby błąd....Ty i tak
                zrobisz to co dyktuje Ci serce.....nie nadarmo Biblia mowi, ze serce jest
                zdradliwe smile
                Pozdrawiam Cie i trzymam kciuki bys znalazła siłe do odnalezienia mozliwosci w
                jakich spełniałabys sie jako kobieta, matka, kochanka i partnerka......bycie
                zona w tym wszystkim jest najmniej istotne....sama chyba to widzisz....
                • brzoza75 Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:43
                  uuuuu i poleciała zimna woda, Kasiu cholernie ciężko jest podjąć ta decyzję,
                  może gdyby ona się z nami spotkała w realu łatwiej byłoby jej uwierzyć że jest
                  jakeś po i co dalej...? namacalne i że swiat sie nie kończy i nie można być
                  niewolnikiem własnych uczuć?
                  • to.ja.kas Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 09:51
                    Jesli zbyt lodowata to przepraszam......moze dlatego, ze szarpałam sie z
                    draniem 7 długich lat i wierzyłam i dawałam szanse i NIKT do jasnej cholery
                    przez tyle lat nie zechciał wylac na mnie tego kubła tylko patyczkował sie i
                    współczuł, współczuł, współczuł mam taka awersje do mazania sie !!!!!
                    W to ze jest "dalej" mozna uwierzyc patrzac wokół....bo istnieje swiat za oknem
                    i ludzie i to WSZYSTKO co sprawia, ze swiat jest taki fascynujący i
                    wspaniały....
                    Brzózko ja nie mam nic przeciwko byciu niewolniczka własnych uczuc.....poki te
                    uczucia mnie nie niszczą....
                    Ale ja sama walczyłam z draniem 7 lat, o 7 lat za długo i wiem jakie sa
                    dylematy i jaki bol i jakie watpliwosci i jak dawanie kolejnych szans powoduje
                    tylko wieksze rozbabranie (oj jaka ja głupia cipa byłam i jak cholernie go
                    ropzpusciłam).....kobiety nie popełniajcie tego błedu....ostatnia szanse daje
                    sie RAZ.....jesli nie jestescie pewne czy macie na to sile, nie straszcie po
                    proznicy bo to smieszne a własciwie załosne.
                    • sinsi Re: A czego się spodziewałaś... 24.10.06, 10:30
                      Popieram...
                      To bardzo ważne co napisała To.ja.kas.
                      Choć zarazem bardzo trudno samemu dojrzeć do tej wiedzy. (ta cholerna tendencja
                      do uczenia się tylko na swoich błędach)
                    • tricolour A ja nie chciałem tak napisać... 24.10.06, 14:58
                      ... to znaczy chciałem "pociągnąć" po konsekwencji, szacunku do siebie samego itp.

                      Dobrze, że mnie wyręczyłaś.

                      smile
                      • to.ja.kas Re: A ja nie chciałem tak napisać... 24.10.06, 15:03
                        Tri
                        smile))
                        Szacunek do samego siebie to PODSTAWA PODSTAWOWA....bez tego ANI RUSZ....
                        • crazysoma Re: A ja nie chciałem tak napisać... 24.10.06, 15:26
                          Ale wiesz Kas, ze sa osoby, ktore siebie "szanuja inaczej" i wtedy nie masz sie
                          juz do czego odwolac? Szacunek lezy, emocje leza, milosc tak naprawde tez lezy.
                          Taka osoba w zyciu pierwsza nie odejdzie, nawet jesli sie po niej jezdzi
                          wzdluz, wszerz i po przekatnej.
                          • to.ja.kas Re: A ja nie chciałem tak napisać... 24.10.06, 15:29
                            Wiem Crazy....wiem .... a bezsilnosc zawsze mnie wkurzała....
    • jicky7 Re: Przegrałam... 24.10.06, 10:08
      AK, decyzja należy do Ciebie, ale...
      Stań przed lustrem, spójrz na siebie i powiedz patrząc sobie w oczy :
      jestem wspaniałą kobietą
      ktoś, kto tego nie dostrzegał to po prostu doopek ( mówiąc oględnie)
      przede mną wiele wspaniałych lat, pełnych szczęścia i radości życia
      dosyć bycia służącą przepraszającą za wszystko
      chcę zapewnić synowi szczęśliwe dzieciństwo i młodość
      CHCĘ ŻYĆ PEŁNIĄ ŻYCIA
      Odwagi dziewczyno. Jesteś silna. Walcz o siebie.
      • akacjax Re: to trwa, ale czas leczy.. 24.10.06, 13:12
        Teraz miotają Tobą różne emocje. Czujesz pustkę, porzucenie, złość. Tak ma być.Gdy podejmiesz decyzję, że to naprawdę koniec, musisz jakoś zakończyć ten związek. Taki proces wychodzenia trwa długo, ale uznaj, że tak jest, ze możesz przez to przejść, bo inni już to sprawdzili.
        Przeczytaj: kobieta.gazeta.pl/edziecko/1,55005,3538597.html?as=3&ias=3&startsz=x
        Artykuł może zawężony do części przypadków, ale może Twój mieści się w tym.Może coś znajdziesz dla siebie.
        Najtrudniejsze, co mamy do pokonania-być ponad swoje złości i inne emocje(całkiem naturalne i słuszne) gdy chodzi o dzieci i ich relację z ojcem.
        Teraz gdy jestes taka poraniona musisz więcej zadbać o siebie-na wszelakich fronatach, dogadzać sobie, zaopiekować się sobą-bo czyż nie tak dbamy o ranę?
        Dasz radę! Powodzenia!
      • tricolour Trochę to trywialne... 24.10.06, 15:03
        ... bo co to znaczy "odwagi dziewczyno". Albo "jesteś silna".

        To są tak ogólne sformułowania, że można wziąć je dosłownie, rzucić pracę i
        zatrudnić się w lesie jako drwal. Albo górnik, bo górnik odważny jest.

        tongue_out
        • phokara Re: Troche˛ to trywialne... 24.10.06, 15:06
          Odezwy o duzym ladunku emocji zazwyczaj bywaja trywialne i niezwykle kiczowate, nie
          zauwazyles?

          > ... bo co to znaczy "odwagi dziewczyno". Albo "jestes´ silna".

          To nic nie znaczy. Tylko to, ze jestesmy z nia. Byc moze to jednak cos znaczy.
          • tricolour O to, to... 24.10.06, 15:10
            Albo znaczy albo nie znaczy... smile)

            Ale ja jednak nie będę z Ak70. Bo taki scenariusz wydarzeń został przewidziany
            na forum kilka miesięcy temu.
            No nie mam zbyt wiele współczucia do osoby, która zrobiła jak chciała, a niemal
            wiadomo było, że robi źle. No o czym gadać?
            • to.ja.kas Re: O to, to... 24.10.06, 15:15
              Tri....popolemizuje z Tobą....MY wiedzielismy jak sie to najprawdopodobniej
              skonczy....dla NAS było to oczywiste....AK chciała sprobować, bylo i mysle, ze
              ciagle w niej jest duzo naiwnosci...ok nazwijmy to nadzieją....podobno ona
              umiera ostatnia....musiała sama sie przekonac by wiedziec to co Ty, ja i kilka
              innych osob wiedzielismy od poczatku.....bo pewne błedy zawsze przynosza
              okreslone, niemiłe konsekwencje....brak szacunku do siebie - brak szacunku
              innych do nas....lekcewazenie siebie...lekcewazenie nas....brak
              konsekwencji....nie traktowanie tego co mowimy powaznie....błaganie by ktos
              wrocił....stwierdzenie "chciałas to jestem i ciesz sie, ale niczego nie
              wymagaj".
              Ale by to wiedziec, czasem trzeba to samemu sprawdzic....szkoda ze tak jest....
              Mimo wszystko trzymam kciuki za AK bo to Dobry Człowiek....
              • tricolour Ja też popolemizuję... 24.10.06, 15:18
                ... bo AK pisze w pewnym momencie "Cholerka! I mam dylemat... znowu ja... ". Ona
                to pisze teraz, że ZNÓW ma dylemat.

                Co ma zrobić jej facet, by Ak nie miała dylematu? Ile razy ma ją zlekceważyć i
                sponiewierać? Ile ma być "ostatnich" szans?
                • to.ja.kas Re: Ja też popolemizuję... 24.10.06, 15:21
                  Nie wiem Tri....na to pytanie nie zna odpowiedzi pewnie nawet sama Ak.....mnie
                  tez to irytuje, bo zawsze irytuje mnie gdy czlowiek dobrowolnie pozwala sobą
                  pomiatac, zwłaszcza jak robi to porzadny człowiek, matka, kobieta....ale na to
                  wpływu nie mamy....
                • sinsi Re: Ja też popolemizuję... 24.10.06, 15:23
                  tyle, aż ONA zrozumie że ma dość.
                  nawet jak za 10 lat będzie pluć sobie w brodę, że tak długo zwlekała i tyle dała
                  się upokarzać.
                  nie wyciągniesz nikogo z toksycznego związku jeśli on sam nie będzie tego
                  chciał. jesli go wyciągniesz za wczesnie, to przy najbliższej okazji znowu
                  zwieje do sekty. i zupę bedzie słodzić.
                  • tricolour Owszem... 24.10.06, 15:26
                    ... ale oprócz pocieszania warto pokazać i drugą - mniej przyjemną - stronę medalu.
                    Pokazać, że jak ktoś lezie na wprost dziury, to do niej wpadnie.
                    • to.ja.kas Re: Owszem... 24.10.06, 15:28
                      I tu z toba sie zgodze.....czasem jak sobie przypomne jak mnie załowano i
                      litowano sie nade mna i głaskano....to teraz załuje ze nie znalazł sie nikt kto
                      dal kopa w tyłek i powiedział "wez cos k...wa z tym zrob, bo to Cie zabije.
                      Jestes glupia i jesli pozwalasz sie tak traktowac to nie dziw sie, ze tak cie
                      traktuje"...tzn znalazł sie...po 6 latach....po roku od spotkania tej osoby
                      byłam po rozwodzie....
                      Dziekuje jej za to....
                    • sinsi Re: Owszem... 24.10.06, 15:38
                      tricolour napisał:

                      > ... ale oprócz pocieszania warto pokazać i drugą - mniej przyjemną - stronę med
                      > alu.
                      > Pokazać, że jak ktoś lezie na wprost dziury, to do niej wpadnie.


                      Oczywiście. Bo potrzeba empatii połączonej z trzeźwym osądem problemu. I tylko
                      razem spełnią swoją funkcję wyciągania z problemu. Osobno nie.
              • brzoza75 Re: O to, to... 24.10.06, 15:21
                ostatnie pytanie Tri rozumiem, że Ty na poczatku byłes wszystkowiedzacy? i nie
                potrzebowałes wsparcia? jak równiez osoby które Cie wtedy wspierały
                trywialnymi "stary będzie ok " zasługiwały na potepienie, jasne .
            • phokara Re: O to, to... 24.10.06, 15:20
              > Albo znaczy albo nie znaczy... smile)

              Moze znaczyc dla kogos, a dla Ciebie nic. Takie wlasnie prawidla rzadza wypowiedziami
              emocjonalnymi. Troche, jak z czytaniem poezji.

              > Ale ja jednak nie be˛de˛ z Ak70. Bo taki scenariusz wydarzen´ zosta? przewidziany
              > na forum kilka miesie˛cy temu.

              To prawda - sama go 'przewidywalam' ale nawet, jak sie wlascie ziscil nie poczuwam sie do
              ogloszenia sie Sybilla.

              > No nie mam zbyt wiele wspó?czucia do osoby, która zrobi?a jak chcia?a, a niemal
              > wiadomo by?o, z˙e robi z´le. No o czym gadac´?

              A ja wlasnie mam wspolczucie dla osob slabych i totalnie pogubionych. Fakt, ze mi do nich juz
              slow brakuje ale wspolczucia akurat nie. Tylko z tego wirtualnego wspolczucia to nic
              sensownego nie wynika... duzo energii w gwizdek.


              • brzoza75 empatia 24.10.06, 15:23
                ale trzeba się z tym urodzić...
                • tricolour Ludzie rodzą się różni. 24.10.06, 15:24
                  Jedni mają empatii na kilogramy i rozdają ją nawet przez Net. Inni mają mniej i
                  bardziej sobie cenią swoje skromne zasoby.

                  tongue_outP
                  • sinsi Re: Ludzie rodzą się różni. 24.10.06, 15:25
                    chciales powiedzieć: mają tak mało, że wolą nie pokazywać nikomu bo ledwie dla
                    samych siebie starcza?
                    • tricolour Nie. Chciałem powiedzieć... 24.10.06, 15:27
                      ... że empatia forumowa jest tania. Mogę napisać wszytao, bo mnie to mało
                      kosztuje - tyle co klepanie w guziki.

                      Mnie interesuje, co zrobiłem dla realnych ludzi.
                      • sinsi Re: Nie. Chciałem powiedzieć... 24.10.06, 15:35
                        Nieprawda. Jak poczytasz swoje wypowiedzi, zobaczysz jak dużo Cie kosztuje
                        powiedzenie komuś tu czegoś miłego i czułego w necie. Jak poczytasz forumowe
                        historie, zobaczysz jak wiele osób wchodzi tam po to żeby rozładować się na kimś
                        , zbluzgać, a nie spróbować go zrozumieć i pocieszyć jak ma doła. Jesli
                        interesuje cie tylko realnosc to nie rozumiem co tu robisz i dlaczego "tanio"
                        rozdajesz sądy i oceny. Ocenienie i krytykowanie dla taniej zabawy to żadna
                        rozrywka. Dla nikogo.
                        • brzoza75 Sinsi 24.10.06, 15:38
                          odpuść zaraz poleci po całości
                          • sinsi Re: Sinsi 24.10.06, 15:40
                            E, Brzozasmile Ja sie przeca nie kłócę, tylko rzeczowo komentuję wypowiedz smile.
                            • brzoza75 Re: Sinsi 24.10.06, 15:44
                              Sinsi ale ja to już przerabiałam z Tri zobaczyszsmile)))
                              • sinsi Re: Sinsi 24.10.06, 15:46
                                Przewrażliwiona jesteś smile "zobaczysz noc w środku dnie, jakie wielkie oczy ma
                                strach, zobaczysz wszystko to samo co jaaa..", chyba sobie SDM posłucham z tego
                                wszystkiego. wink
                                • brzoza75 Re: Sinsi 24.10.06, 15:52
                                  kurcze fajny pomysl dawno nie słuchałam smile
                        • tricolour Mylisz się. 24.10.06, 15:49
                          • sinsi Re: Mylisz się. 24.10.06, 15:50
                            To tylko Twoje zdanie.
                            • tricolour I co z tego. 24.10.06, 15:51
                              Zresztą pisz o sobie. Pomożemy Ci.
                              • sinsi Re: I co z tego. 24.10.06, 15:52
                                W którym punkcie sie mylę.
                                • to.ja.kas Moge zapytac... 24.10.06, 15:52
                                  ....co Wy sie dzisiaj tak drapiecie????
                                  Pogoda Was tak nastraja????
                                  smile
                                  • sinsi Re: Moge zapytac... 24.10.06, 15:54
                                    Nie wiem czemu kolega mnie drapie, ale z tego co wiem on ma to w genach, ja
                                    natomiast od rana mam dobry humor a pogoda zaczyna być sennie-barowa aż miło.
                                    • to.ja.kas Re: Moge zapytac... 24.10.06, 15:59
                                      No własnie po pracy biegne do baru.... Humor mam doskonaly...ostatnio zreszta
                                      ciagle mam taki, aczkolwiek jestem kobieta i handry typu "nikt mnie nie kocha,
                                      nikt mnie nie lubi i NAPEWNO nikt mnie nie rozumie" są mi znane doskonale smile)))
                                      Kolega Tri czasem drapie, ale wierz mi Sinsi tak wiele osob pije sobie z
                                      dziobków, ze taki Tri stanowi wspaniała przeciwwage....inaczej zagłaskalibysmy
                                      sie na smierc....a by pomoc czasem trzeba powiedziec cos co zaboli, dac
                                      kopniaka, a nie tylko trzymac za reke i plakac nad złym losem, oraz
                                      mowic "bedzie lepiej"...I mysle, ze Tri jest taka osoba....dobrze przejrzec sie
                                      czasem w takim krytycznym lustrze.....
                                      ....a moze ja w koncu do tego dojrzałam???
                                      Bo ja cholernie głupia i naiwna kiedys byłam....
                                      ...a czasem mysle, ze niewiele sie zmieniło w niektorych kwestiach....
                                      • sinsi Re: Moge zapytac... 24.10.06, 16:19
                                        Jasne, że ważne jest postawienie w pion a nie samo głaskanie. Ktoś przeżył juz
                                        tyle a ktoś inny tyle a ktos inny jeszcze więcej. I kazdy może mówić ze swojego
                                        miejsca to na co jego doswiadczenie i wiedza mu pozwala. Ja go przecież nie
                                        tępię i nic nie poradzę, że się zapaździerza na mój widok, widocznie lubi, jego
                                        sprawa.
                                        Ideałem jest ktoś kto potrafi trzymać za rękę kiedy trzeba a innym razem daje
                                        kopniaka kiedy trzeba, nie przepadam za rozdzieleniem tych dwóch kwestii w dwóch
                                        osobach równo na pół. Taka życiowa alergia. Ale ja całe życie będę naiwnasmile)
                                        wiem to już na pewno.
                                        • to.ja.kas Re: Moge zapytac... 24.10.06, 16:21
                                          Niestety ja tez z niej nie wyrastam, tylko obszar jej działania jest płynny...
                                          smile
                                  • tricolour To nie pogoda. 24.10.06, 15:55
                                    Nie lubię jak ktoś nagle z czytacza zamienia się w wielkiego komentowacza. I od
                                    razu z gotowymi wnioskami...
                                    • sinsi Re: To nie pogoda. 24.10.06, 15:56
                                      Dlaczego nie lubisz siebie? Hę?
                                      • tricolour Mogę cię poprosić... 24.10.06, 15:58
                                        ... byś się ode mnie odpimpała? Nie lubimy się od początku, to zróbmy z tego
                                        użytak i nie gadajmy do siebie.

                                        OK?
                                        • sinsi Re: Mogę cię poprosić... 24.10.06, 16:05
                                          Prosic zawsze możesz. To nawet ładnie z Twojej strony. To czy mnie lubisz czy
                                          nie lubisz a tym bardziej wiedza na temat moich uczuc do Ciebie jest wyłącznie
                                          wytworem Twojej wyobraźni z którą nie będę polemizować bo masz do swoich odczuć
                                          wyłączne prawo.
                                          Jak na razie zadałam pytanie żebyś wyjasnił dlaczego uważasz że się mylę i w
                                          którym punkcie mojej wcześniejszej wypowiedzi :
                                          "Ty: empatia w necie jest tania i to tylko klepanie w klawiaturę.
                                          Ja:Jak poczytasz swoje wypowiedzi, zobaczysz jak dużo Cie kosztuje
                                          powiedzenie komuś tu czegoś miłego i czułego w necie. Jak poczytasz forumowe
                                          historie, zobaczysz jak wiele osób wchodzi tam po to żeby rozładować się na kimś
                                          , zbluzgać, a nie spróbować go zrozumieć i pocieszyć jak ma doła. Jesli
                                          interesuje cie tylko realnosc to nie rozumiem co tu robisz i dlaczego "tanio"
                                          rozdajesz sądy i oceny. Ocenienie i krytykowanie dla taniej zabawy to żadna
                                          rozrywka. Dla nikogo"
                                          No ale jak nie chcesz ze mną gadać to ja Ci przeciez nie zabronię. Po to bozia
                                          dała wolną wolę, żeby z niej korzystać, wystarczy przestać mi odpowiadać.
                                          Ja nie widzę powodu, żebym komukolwiek miała składać delkaracje, że więcej się
                                          juz do niego nie odezwę. Po prostu jak nie mam ochoty to nie komentuje. Wydawało
                                          mi się, że to proste. ?
                                          • tricolour Mylisz się. 24.10.06, 16:17
                                            1. Mylisz się w tym, że mnie powiedzenie komuś czego miłego COKOLWIEK kosztuje.
                                            Te sprawy nie wiąża się u mnie z żadnym KOSZTEM.
                                            2. Ja nie wchodzę na forum, by sie wyładować. Jestem to codzienie. Mój styl
                                            wynika z charakteru, a nie z doraźnej chęci przywalenia komuś.
                                            3. Jedni pocieszają, a inni nie pocieszają - to normalne.
                                            • sinsi Re: Mylisz się. 24.10.06, 16:28
                                              Naprawdę?
                                              ad1. A sprobujesz czasem potrenowac to na forum? zamiast tego co zwykle? bo jak
                                              Cie to nic nie kosztuje to dlaczego praktykujesz jednotorowy styl wypowiedzi?
                                              Taka kreacja by być innym z tłumu czy ki diabeł?
                                              ad2. O "wyładowywaniu" nie było akurat w twoim kontekście. I nie tyle o chęci
                                              szło ile o efekt.
                                              ad3. Ale nie chodzi o to kto to robi, tylko Kogo i w jakiej potrzebie...
                                              • tricolour Może spróbuję... 24.10.06, 16:29
                                                ... ale najpierw się zastanowię...
                                                • sinsi Re: Może spróbuję... 24.10.06, 16:31
                                                  o, jak najbardziejsmile).
                      • brzoza75 Re: Nie. Chciałem powiedzieć... 24.10.06, 15:36
                        Ładnie nas wszystkich podsumowałeś Tri , to co tu robisz lubisz czytać tanią
                        forumową pocieszalnię? Ty zapewne uwazasz, że większość z nas ma tylko
                        przyjaciól z netu , wow jaki Ty fajny jesteś.
                      • phokara Re: Nie. Chcia?em powiedziec´... 24.10.06, 15:40
                        > ... z˙e empatia forumowa jest tania. Moge˛ napisac´ wszytao, bo mnie to ma?o
                        > kosztuje - tyle co klepanie w guziki.

                        To mozna rozszerzyc generalnie na rzeczywistosc wirtualna po calosci. To wszystko jest tylko
                        klepaniem w guziki... Kazdy sobie tu moze zamiescic wszelkie madrosci z czterech stron
                        swiata i juz. Moim zdaniem empatia to tez swiadomosc, ze po drugiej stronie siedzi calkiem
                        realny czlowiek z krwi, kosci i problemow. I nie wystarczy wylaczyc komputera, zeby i on i jego
                        bol przestaly istniec.

                        > Mnie interesuje, co zrobi?em dla realnych ludzi.
                        Ach... dla realnych ludzi to Ty nawet nie chciales wejsc do fontannny.
                        • brzoza75 Tak! PHO 24.10.06, 15:45
                          Mnie interesuje, co zrobi?em dla realnych ludzi.
                          > Ach... dla realnych ludzi to Ty nawet nie chciales wejsc do fontannny.


                          Własnie ! dzięki Pho tego mi brakowałosmile
                        • tricolour Owszem - nie chciałem. 24.10.06, 15:49
                          I nie dlatego, że to miało być dla realnych ludzi - tylko dlatego, że to miało
                          być dla uciechy realnych ludzi moim kosztem.
                          Mogliśmy wejśc dla zabawy wszyscy - na to nikt nie wpadł.

                          Mówiąc inaczej - śmiejcie się z siebie.

                          smile
                          • phokara Re: Owszem - nie chcia?em. 24.10.06, 15:57
                            > Moglis´my wejs´c dla zabawy wszyscy - na to nikt nie wpad?.

                            Nikt nie wpadal tez na to, zeby na ogolnym forum wyjezdzac 2 miesiace wczesniej z takimi
                            deklaracjami, prawda?
                            Nie, zebym byla wredna wydra... ale wiesz, Ty tak zawsze slicznie potrafisz wypunktowac
                            wszystkich w niekonsekwencjach ich pisania i dzialania... ja sie po prostu ucze od 'miszcza'.

                            > Mówia˛c inaczej - s´miejcie sie˛ z siebie.
                            A dziekuje za rade, stosuje odkad pamietam. Ale z Ciebie tez sie chetnie posmieje. Nie powinno
                            sie wartosciowac smiechu!
                            • tricolour Deklaracja? 24.10.06, 15:59
                              Uważasz, że to co piszesz o sobie (co zrobiłaś, jaka jesteś) też jest
                              deklaracją? Nieźle.
                              • phokara Re: Deklaracja? 24.10.06, 16:25
                                Oooo.... bedziemy sie teraz czepiac slowek? Jak tej fontanny?

                                To moze tak:
                                Nikt 2 miesiace wczesniej nie umieszczal na forum wypowiedzi w trybie oznajmujacym iz wlezie
                                do fontanny. Zrobil to ktos poslugujacy sie nickiem Tricolour.

                                Czy uwazasz, ze skoro Tricolour napisal (ze cos zrobi) w formie zdania oznajmujacego to
                                oznaczalo, ze to byla mogla byc deklaracja czy tez nie ma takiej mozliwosci? Tego zapewne
                                sie nigdy nie dowiemy.
                                Ale czemu ow Tricolour sadzi, ze wszyscy powinnismy sie plawic w tej fontannie, w imie jego
                                zdan oznajmujacych, to juz kompletnie nie rozumiem. Czy to oznacza, ze jego zdania sa
                                inniejsze i lepsiejsze i okraglejsie od innych tu wypisywanych zdan?
                                Tak sobie pozwolilam raz zwrocic Ci uwage. Mam nadzieje, ze potraktujesz mnie laskawie i
                                milosiernie chocby przez wzglad na fakt, ze zwracalam uwage na Twoje wlasne slowa.
                                Przy ktorych zaiste, reszta jest milczeniem.

                                pozdrawiam cieplo.



                                • tricolour Momencik. 24.10.06, 16:29
                                  Posłuże się tylko wyszukiwarką w określonym celu i zaraz wracam...
                                  • tricolour Bez sensu. 24.10.06, 16:35
                                    Nie będę szukał, co powiedziaŁem miesiąc, czy dwa temu...

                                    Miałem włazić do wody? Zmieniłem zdanie.
                                    • phokara Re: Bez sensu. 24.10.06, 16:58
                                      Wlasnie z sensem.
                                      Wszyscy mamy prawo i do wlasnych zdan i do zmian owych.
                                      A wody w fontannie przez to nie ubedzie. I tyle.
                                      • tricolour Bez sensu... 24.10.06, 17:18
                                        ... bylo szukanie swoich wypowiedzi sprzed miesiecy...

                                        smile
                                        • phokara Re: Bez sensu... 24.10.06, 17:23
                                          No wiem.
                                          Ale stworzylam sobie wlasna wersje i postanowilam sie jej trzymac. I nie puszczac. Sie.

                                          smile

                                          patrzaj - nawet morde zrobilam powyzej.
                • to.ja.kas Re: empatia 24.10.06, 15:25
                  Nie Brzoza, rodzisz sie z wrazliwoscia, mam wrazenie ze empatie nabywa sie z
                  doswiadczeniem smile
                  • brzoza75 kasiu 24.10.06, 15:40
                    to ja jestem cholernym wyjątkiem mam to od urodzenia smile
                    ale widze ze moja Mała odziedziczyła to po mniesmile
                    • to.ja.kas Re: kasiu 24.10.06, 15:45
                      Szczerze Brzoza.....trudno byc empatycznym i rozumiec sytuacje ktorych W OGOLE
                      sie nie zna i nie potrafi sobie wyobrazić.....Ty i Twoja Mała jestescie
                      naznaczone jak ja i moja Mała (trzeba napisac "niestety").....jest takie
                      powiedzenie "syty głodnego nie zrozumie" i ja sie z tym powiedzeniem zgadzam....
                      Moja Mala tez jest wrazliwa....czasem az mi jej szkoda....
                      • brzoza75 Re: kasiu 24.10.06, 15:48
                        Kasiu ale ja to odbieram jako dobra monete, bede jej mogla kiedys powiedzieć
                        jak z tym walczyć , oczywiście z tym co bylo..
                        • to.ja.kas Re: kasiu 24.10.06, 15:50
                          Ja czasem tez odbieram to jako dobra monete, a czasem jej wspolczuje...bo wiem
                          ile cierpien moze jej to przyniesc....czasem, w niektorych sytuacjach wolalabym
                          by byla taka jak Tri...rzeczowa, logiczna, racjonalna i na zimno przyjmowac na
                          klate.....tak jest latwiej....wrazliwosc natomiast jest piekna.....
                          • brzoza75 Re: kasiu 24.10.06, 15:58
                            nie pozwolę na to aby stała się cyniczna,rzeczowa,
                            wrażliwość nie zawsze niesie cierpienie ze sobą, pozwala na inne podejście do
                            świata i najwazniejsze inne jego postrzeganie, ile można przezyć wspaniałych
                            rzeczy...smile
                          • phokara Re: kasiu 24.10.06, 15:59
                            > by byla taka jak Tri...rzeczowa, logiczna, racjonalna i na zimno przyjmowac na
                            > klate.....tak jest latwiej....wrazliwosc natomiast jest piekna..

                            Wydaje mi sie, ze zbyt latwo szufladkujemy osoby na tym forum. Bym uwazala z tym 'na
                            zimno'.
                            • to.ja.kas Re: kasiu 24.10.06, 16:03
                              Pho...pewnie nie tylko na forum.....nie da sie uniknac oceniania nas przez
                              innych i samemu oceniamy.....jakbysmy chcieli tego uniknąć smile
                  • sinsi Re: empatia 24.10.06, 15:41
                    "Empatia - w psychologii termin oznaczający umięjętność wczuwania się w czyjeś
                    emocje.
                    Osoba nie posiadająca tej umiejętności jest "ślepa" emocjonalnie i nie potrafi
                    ocenić ani dostrzec stanów emocjonalnych innych osób.
                    Osoba posiadająca tę umiejętność potrafi na podstawie obserwacji zachowania,
                    mimiki twarzy, ruchów ciała i sposobu mówienia odgadnąć stan emocjonalny
                    obserwowanej osoby.
                    Empatia, obok asertywności jest jedną z dwóch podstawowych umiejętności
                    wchodzących w skład tzw. inteligencji emocjonalnej"

                    aż poszłam do Wikismile
                    • akacjax Re: empatia 25.10.06, 06:53
                      Ja tej empatii miewam nadmiar-aż do bólu. I gdy się zgłębiłam w poszukiwanie przyczyn-wylazły, ale jako mój problem. I już wiem, że nadmiar empatii-to zły znak.
                      A co do głaskania i tzw. kopów-aby poczuć kopa i działać trzeba mieć odpowiedni zadek(stan, by poczuć, zrozumieć o co chodzi). A to przychodzi z czasem.
                      Gdy x lat temu ktoś mówił do mnie-właśnie na takiej zasadzie-wstań i idź...to ja tego nie rozumiałam. Bywa tak, że trzeba najpierw być głaskanym-by się wzmocnić do podjęcia rzuconej rękawicy.
        • jicky7 Re: Trochę to trywialne... 24.10.06, 17:08
          A dlaczego nie?? Jeżeli to pomogłoby stanąć na nogi.
          • ak70 Posłuchajcie... 26.10.06, 09:18
            ... nie bylo mnie wczoraj, a kiedy dzisiaj zajrzałam troche mnie przytkało, że
            wątek tak sie rozrósł! I troche mi smutno, że tri i sinsi, potem pho właśnie
            tutaj sie ścięli... nigdy nie chciałam byc przyczyną nieporozumień miedzy
            innymi osobami, przepraszam, że ten wątek wywołał takie negatywne emocje.
            Dziękuję wszystkim (to.ja.kas - kiedys sie nie zgadzałysmy w jakiejs kwestii,
            ale Twój kubeł lodowatej wody podziałał dzisiaj jak powinien) - wiem, ze
            przewidzieliście wcześniej takie zakonczenie, że mnie ostrzegaliście, ale - jak
            ktoś tez tu słusznie zauważył - najlepiej i najefektywniej człowiek uczy się na
            WŁASNYCH błędach... prawdziwą sztuką (i czasem błędem, bo każdy człowiek jest
            jednak inny) jest korzystanie z cudzych.
            Jest mi smutno i ciężko, ale dzięki Wam wiem, że nie jestem sama... choć na
            pewno mając kogoś tu, na miejscu, w realu byłoby mi łatwiej. Mam telefony do
            kilku osób stąd, ale... jakoś nie mam odwagi zadzwonić i ryczeć komuś przez
            telefon użalając sie nad sobą. Pozostaje mi łazienka, w której sie zamykam i
            wychodzę juz bez makijażu, z czerwonymi i podpuchniętymi oczami - kiedy mi
            bardzo źle. A źle jest cały czas i nie będzie narazie lepiej, dopóki on sie nie
            wyprowadzi i mój stan sie nie unormuje.
            Wczoraj byłam na terapii grupowej DDA... pierwszy raz... usłyszałam kilka
            historii ludzi z grupy i stwierdziłam, że jestem szczęściarą. Jakoś mimo tego
            wszystkiego co sie we mnie dzieje, życie mnie cieszy... cieszą mnie uśmiechy
            dzieci i ich ciepłe rączki, które mnie rano oplatają... cieszy mnie
            rozśpiewanie Matiego, który codziennie po przedszkolu urzadza mi występy...
            cieszy mnie, że Piotrek pomimo wszystko potrafi się uśmiechać i cieszyć z życia
            (chyba ma to po mnie)... cieszę się, że mam dobrą pracę, którą uwielbiam, konto
            bez debetu i oboje rodziców, na których mogę zawsze liczyć smile))
            Mój optymizm i radość życia są wrodzone... chyba dlatego nigdy nie rozumiałam
            jak mozna rano nie uśmiechnąć sie do swojego dziecka, które przybiega, aby się
            przywitać... jak można je odepchnąć kiedy sie przytula... jak można nie
            posłuchać kiedy opowiada o czymś z takim zaangażowaniem, że jego oczy po prostu
            świecą...
            Nie zostanę sama... mam dwóch wspaniałych chłopców, którzy mnie kochają... mam
            Was i forum (dzięki Jarkoni!!), gdzie mogę sie wypłakać i wiem, że
            zrozumiecie... pogłaskacie, przytulicie, a potem wylejecie kubeł zimnej wody na
            łeb, kopniecie w tyłek i ustawicie w pionie smile))
            Na terapii małżeńskiej zastanawiali się (a mój m. w ogóle tego nie rozumie),
            dlaczego relacje między Piotrkiem i jego ojcem są dla mnie ważniejsze niż nasz
            związek... wczoraj chyba zrozumiałam...
            Ja tez miałam takiego ojca, dla którego nie byłam nigdy dość doskonała...
            zawsze mogłam cos zrobić lepiej... NIGDY nie usłyszałam od niego, że coś
            zrobiłam dobrze, że jest ze mnie dumny... wiem z jakim drżeniem przyjmowałam
            zawsze odgłos otwieranych przez niego drzwi "do czego przyczepi się tym razem?
            o co będzie miał pretensję? czy przyjdzie trzeźwy?"... mój mąż nie pije, ale
            kiedy otwiera drzwi wracaja do mnie demony przeszłości: "co mu sie nie spodoba?
            o co bedzie miał pretensje do Piotrka? czy się powstrzyma czy go bedzie
            szarpał? co przykrego tym razem mu powie?"... i wtedy ja znowu staje sie ta
            małą dziewczynką, która kuliła sie na krzesełku w swoim pokoju, kiedy ojciec-
            władca wracał do domu...
            Dlatego DOKŁADNIE WIEM co czuje mój syn, wiem JAKIE konsekwencje takiej tresury
            tatusia poniesie w przyszłości... i wiem, że ABSOLUTNIE NA TO SIĘ NIE ZGADZAM!!
            Wolę, aby mój syn miał kiedys pretensje (jeśli je będzie miał), że odeszłam od
            jego ojca niż borykał sie z takimi emocjami z jakimi ja nie moge sobie do dzis
            poradzić.
            Ufff! Troche sie rozpisałam, ale musiałam to z siebie wyrzucić... ściskam Was
            wszystkich... dziękuję, że jesteście... choć wirtualnie, ale to dla mnie bardzo
            dużo znaczy, że ktoś w Krakowie, Warszawie, Poznaniu czy Szczecinie o mnie
            myśli, przeżywa moje emocje i stara się pomóc....
            Kończę, bo sie zaraz poryczę...
            • to.ja.kas Re: Posłuchajcie... 26.10.06, 09:27
              Rycz Mała rycz....
              to pomaga jak jasna cholera......wierz mi....
              W KOŃCU PISZESZ SENSOWNIE !!!!!!!!!!!!!!
              W KONCU POWIEDZIAŁAS "NIE ZGADZAM SIE" !!!!!!!!!!!!!!!
              rany, pociesze Cie i tak szybko Ci poszło!!!!!!!!!!!
              Piękny post AK smile)))
              • brzoza75 Re: Posłuchajcie... 26.10.06, 10:51
                Ak ja mam dzis taki cudny nastrój że kilogram Ci wysyłam pocztąsmile))
                Trzymaj się Mała i bądź silna i ja tam wirtualnie Cię wspieram bo mam na to
                ochotę a to co MÓWI TRI to ja bym się w ogóle nie przejmowała smile
                • to.ja.kas Re: Posłuchajcie... 26.10.06, 10:56
                  Brzózko mysle , ze AK martwi sie ogolną wymianą zdan a nie tym co mówi
                  Tri .....no bądźmy obiektywne wink))))
                  A ze matrtwi sie zupełnie niepotrzebnie i po cholere bierze wine za utarczkę na
                  siebie to juz zupełnie inna sprawa smile))))))))))
                • ak70 Re: Posłuchajcie... 26.10.06, 11:04
                  Brzózko... zaglądałam na poczte... a tu ani grama... wink)))))
                  Dzięki za wsparcie, a co do tri.... hmmm.... żebym nie wiem ile wątków czytała,
                  to on zawsze na przekór (to chyba wrodzone)... i albo można go za to kochać,
                  albo tolerować i przechodzić do porządku dziennego, że tak musi być... ja
                  wybrałam to drugie rozwiązanie, niemniej jednak jakos tak mi sie smutno
                  zrobiło... ale wyjde z tego smile))
                  • brzoza75 Re: Posłuchajcie... 26.10.06, 12:00
                    bo to poczta lotnicza otwórz okno smile
            • sinsi Re: Posłuchajcie... 26.10.06, 10:46
              ak70 napisała:

              > I troche mi smutno, że tri i sinsi, potem pho właśnie
              > tutaj sie ścięli... nigdy nie chciałam byc przyczyną nieporozumień miedzy
              > innymi osobami, przepraszam, że ten wątek wywołał takie negatywne emocje.

              No naprawdę Przestan!., to były całkiem miłe przegadane "ścięcia", a Twojej
              "winy"(e?!) w tym ani grama, zeby Tobie przykro miało być!




              Powodzenia. Jestes Wielka. I rycz teraz ile się da! do oporu.
              Aż złapiesz nowy oddech.
              Pozdrawiam.




              • ak70 Re: Posłuchajcie... 26.10.06, 11:07
                Sinsi... dzięki. Rycze... tylko nie bardzo wiem co powiedzieć dzieciom kiedy
                pytaja czemu... sad((
                Gdzie ten nowy oddech?? (to chyba jak wywietrze mieszkanie po wyprowadzce
                m.) wink))
                Pozdrowienia z Krainy Latajacych Scyzoryków!
                • to.ja.kas Re: Posłuchajcie... 26.10.06, 11:21
                  Powiedzieliscie dzieciom i wytłumaczyliscie co ma sie stac w najblizszych
                  dniach?
                  Moje dziecko gdy dzialo sie zle nie pytalo....ona wiedziala...i to było
                  najgorsze....
                  • ak70 Po weekendzie 30.10.06, 08:16
                    Kasiu... nic dzieciom jeszcze nie mówiłam... jakos nie potrafię się na to
                    zdobyć... mały jest taki radosny... Piotrek czuje, że sie coś święci, ale jak
                    zaczynam jakąś rozmowę on biegiem zmienia temat... myślę, ze on wie, ale jeśli
                    nie usłyszy tego ode mnie to chyba - mimo wszystko - wiedziec nie chce.

                    W weekend miałam poważną rozmowę z m. Gadalismy do 2.30 w nocy... chyba ze 4-5
                    godzin. Powiedział mi, że nie chce sie wyprowadzać... że nie potrafi sobie
                    poradzić z uczuciami do Piotrka... że sie stara, ale czasem go ponosi. Że po
                    moim liście i smsach poczuł sie jakbym mu wbiła nóż w plecy... że teraz boi
                    się, że po kolejnej kłótni znowu będe chciała go wyrzucic z domu zamiast
                    porozmawiać... Ja tez mu powiedziałam z czego wynika taka moja walka i dlaczego
                    dla mnie jest tak ważne aby dzieci miały ojca przez duże "O". Byc może to
                    głupie, ale myślę, że zrozumiałe, że chcę, aby moje dzieci miały lepiej niz
                    ja... żeby nie bały się dźwięku klucza w zamku i tego, że tata wraca do domu...
                    żeby nie musiały stawac na głowie, aby zadowolić ojca, który i tak zamiast
                    pochwały da im tylko gorzkie wymówki lub "mogłes/aś sie bardziej postarać".
                    Żeby czuły się cos warte, a nie głupie, niezdolne i beznadziejne... Wiem jak to
                    jest, bo ja tak czułam sie przez całe 23 lata swojego życia, dopóki nie
                    wyprowadziłam sie z domu.
                    I wiecie co sobie jeszcze uswiadomiłam?? Że tak naprawdę nie kochałam mojego
                    męża kiedy za niego wychodziłam... był dla mnie szansą ucieczki z domu, którego
                    nienawidziłam. Dlatego za niego wyszłam... miłość przyszła potem, kształtowała
                    sie i dojrzewała długo, ale jest... brak tylko teraz (podobnie jak w domu
                    rodzinnym) poczucia bezpieczeństwa, oparcia i dziennej dawki "kocham cię,
                    jestem z tobą, juz zawsze będę". A to jest potrzebne DDA do życia jak
                    powietrze...
                    Nadal mieszkamy razem. Ale powiedziałam mojemu mężowi, że teraz oczekuję od
                    niego juz konkretnych działań i efektów. Że musze widzieć jego starania, że
                    teraz już nie ma czasu na słowa, teraz jest czas czynów i zmian. Jeśli ja
                    potrafiłam podjąć ogromny wysiłek, aby być z człowiekiem, który mnie zdradził,
                    potrafiłam wybaczyć cały cholerny 2005 rok, kiedy gnoił mnie i poniżał na
                    każdym kroku - to on też MUSI. I kropka.

                    Pewnie zaraz posypia sie na mnie gromy... zwłaszcza od to.ja.kas... no trudno.
                    Ale myślę, że tak naprawdę zrozumiec mnie i logikę (powiedzmy, że tak to nazwę)
                    mojego działania) mogą tylko te osoby, które mają podobne przeżycia z
                    dzieciństwa.
                    Co nie znaczy, że nie jestem ciekawa i głodna Waszych komentarzy smile))
                    Pozdrawiam w mroźny poranek!!
                    • sinsi Re: Po weekendzie 30.10.06, 08:28
                      Czy Twój mąż chodzi na terapię?
                      • 374.4w ak 30.10.06, 09:08
                        mam wrażenie, że Ty uważasz, że coś robisz, a tak naprawdę cały czas drepczesz
                        w miejscu, a Twoją wymówką i usprawiedliwieniem we własnych oczach jest o, że
                        jesteś DDA.
                        różne są modele życia
                        • to.ja.kas Re: ak 30.10.06, 09:19
                          Nie zamierzam Cie strofowac, za Twoje decyzje zapłacą Twoje dzieci i Ty sama.
                          Kiedys one powielą taki chory model związku, będą cierpiec i tłumaczyć sie DDA.
                        • phokara Re: ak 30.10.06, 09:54
                          W pelni sie zgadzam z 374.4 (alez ja sie musze skoncentrowac zeby napisac ten nick!)

                          Mi sie juz nie chce komentowac tej historii.
                          Tylko na marginesie. Rozmawialam ostatnio z psychiatra, ktory pol-zartem, pol-serio stwierdzil,
                          ze gdyby nie diagnozowac i nie nazywac rozmaitych traum to sporej czesci pacjentow zyloby
                          sie duzo lepiej i prosciej. Zamiast sie notorycznie definiowac jako XXX (mozne byc DDA) i na tym
                          fiksowac ludzie sila rzeczy wlaczaliby naturalny instynkt zycia i nie doszukiwali konca swiata w
                          kazdym swoim bledzie. Zreszta bledy popelniaja wszyscy.
                          Ale jest tak, jak napisala 374.4 (uffff) - rozne sa modele zycia i kazdy sobie wybiera taki, jaki mu
                          pasuje albo nie pasuje ale innego szukal nie bedzie. Zwlaszcza, ze tak perfekcyjnie wpasowuje
                          sie w podrecznikowy wzor.



                          • crazysoma Re: ak 30.10.06, 09:59
                            > Ale jest tak, jak napisala 374.4 (uffff) - rozne sa modele zycia i kazdy
                            sobie
                            > wybiera taki, jaki mu
                            > pasuje albo nie pasuje ale innego szukal nie bedzie

                            No. Ale i tak sie z Toba chcialabym Ak spotkac w tych Kielcach smile
                          • to.ja.kas Re: ak 30.10.06, 10:01
                            o to to Pho, juz o tym pisałam....ludzie wsadzaja w siebie w jakies szufladki
                            DDA, ADHD, XXX, Sratatata i mają usprawiedliwienie dla każdej głupoty którą
                            robia.Teraz jest papierek na wszystko, na dysleksje, dysgrafie, dysfunkcje....i
                            to usprawiedliwia, jak nie ma papierka to sami stwierdzamy, ze jestesmy
                            usprawiedliwieni jakąś ułomnością, nerwicą, pierdołą.....a tak obserwując to
                            jest to zwykłe lenistwo...tez miałam dość zimnego domu i ojca którego nie
                            cierpiałam w domu bo rodzice byli marnym mazenstwem, tez sie kłocili, tez nas
                            sie wtedy czepiał....tez wyszłam za maz za bydlaka by uciec z domu....no i co
                            mam to usprawiedliwiac czym? Na kogo zwalic wine? To był moj dorosły, choc
                            głupi wybór z którego konsekwencjami przyszło mi sie zmierzyc.
                            .....ludzie zamiast sie usprawiedliwiac i słuchac terapeutów ktorzy czesto dla
                            kasy wmowia nam wszystko to do jasnej cholery zacznijcie myslec i
                            działac....mimo, ze myslenie boli....ale wierzcie mi - jest opłacalne.
                            • ak70 Re: ak 30.10.06, 10:29
                              Kasia... no po tym poście i po tym co napisała pho tez mi sie odechciało tu
                              pisać. Byc może szczerość jest moją wadą, zbyt długa bierność i wiara w sens
                              walki też... otwarcie sie tutaj duzo mnie kosztowało, potem juz poszło po
                              całości... teraz okazało sie, że Wy - podobnie jak mój m. - uważacie, że jestem
                              nudna... i pewnie tak jest... więc nudzic zdecydowanie przestaję i więcej nie
                              zamierzam.
                              Dziekuje wszystkim, którzy rozumieją. I przepraszam tych, wg których napisałam
                              o kilka słów za dużo.
                              ----
                              Sygnaturki brak sad
                              • to.ja.kas Re: ak 30.10.06, 10:36
                                Ani ja, ani Pho nie napisałysmy ze jestes nudna...natomiast ze jestes
                                niekonsekwentna a oczekujesz ze uzyskasz owoce konsekwencji niszczac
                                drzewo "konsekwencja w związku" które je rodzi jest naiwne....masz prawo do
                                naiwnosci i sobie badz...to jest forum, tu sie pisze i nie nikt nie napisze co
                                NAPRAWDE sadzi o tym co tu bazgramy...mi sie dostalo pare razy, dostało sie Tri
                                i dostało sie innym....staramy sie podejsc do problemu nie personalnie do
                                AK.....pojmujesz?....bo to olbrzymia róznica.
                                Pisz lub nie, Twoj wybór, tak jak to co robisz w swoim zyciu, ze swoją rodziną
                                AK....ale piszac tutaj zdaj sobie sprawe ze wystawiasz sie na ocene...po to sie
                                tu piszesz, a ja rzeczywiscie jak pisal juz Tri ktorego mimo jego zlosliwosci i
                                kilku wymiany ciosów bardzo cenie nie zamierzam głaskac po głowce i
                                mowic "bedzie dobrze" jak narazie sa wszelkie symptomy tego, ze bedzie do dupy
                                (czego Ci oczywiscie nie zycze ).....
                                • phokara Ak - na zakonczenie 30.10.06, 10:53
                                  Nie zamykaj sie i nie uciekaj z forum. To bez sensu. Tu jest miejsce dla wszystkich.
                                  Ja juz po prostu nie bede sie dopisywala do Twoich postow. Bo ani ja nie umiem ich pisac, ani
                                  Ty nie umiesz ich czytac. Ale naprawde jest tu mnostwo ludzi, krorzy Cie otocza takim slowem,
                                  jakiego potrzebujesz.
                                  • to.ja.kas Re: Ak - na zakonczenie 30.10.06, 10:56
                                    Ja tez juz wiecej niz nie napisze pod Twoimi postami ....daje słowo ....
                              • sinsi Re: ak 30.10.06, 11:16
                                Ak, a co z Twoja konsekwencją?
                                Założyłaś temat. "Przegrałam walkę o związek, happy endu nie będzie". Kropka.
                                Jak długo tak myślałaś? Godzinę? Dwie? A potem juz tylko o tym, jakby tu nadal
                                kontynuowac to co jest i co Ci tak strasznie nie odpowiada? Szukanie powodow dla
                                ktorych "musisz nadal" zostac z mezem...
                                Mam wrażenie, że bardzo wybiórczo odbierasz to co tu wszyscy chcieli Ci
                                przekazać. Bo chyba nie chodzi o to, żeby tu sie wspierać po to, zeby tam z
                                cierpiętniczym poświęceniem znosic cięgi od męża.
                                schemat: przemyslenie-decyzja- działanie.
                                jak na razie masz: przemyslenie-decyzja w prawo-przemyslenie-decyzja w
                                lewo-przemyslenie -decyzja w prawo-przemyslenie-decyzja w lewo...itd itd
                                i jedno czyjes zdanie wystarczy, zebys zmienila kierunek.
                                hustawka ktora na pewno nikomu dobrze nie robi.
                                choc trudno Ci zarzucic brak konsekwencji w .. trzymaniu sie na sile malzenstwa
                        • ak70 Re: ak 30.10.06, 10:23
                          DDA nie jest moja wymówką... jest moim PROBLEMEM z którym staram sie sobie
                          poradzić.
                          Wiem, że drepczę w miejscu, choc może nie do końca, bo jeszcze pół roku temu
                          nie byłabym w stanie powiedzieć męzowi tego co powiedzialam podczas ostatniej
                          rozmowy... wczoraj wieczorem jeszcze raz mu o tym przypomniałam. Robię drobne
                          kroczki, ślimacze bądź żółwie, ale robię. I staram sie nie oglądac za siebie,
                          bo - uwierzcie - nie jest to dla mnie widok budujący.
                          • phokara Re: ak 30.10.06, 10:33
                            DDA jest i Twoim problemem i Twoja wymowka. To czesto lazi w parze.
                            A jesli robisz drobne kroczki, jak napisalas, zolwie badz slimacze, to dobrze. Jest postep -
                            niezauwazalny ale jest. Jezeli niezauwazalny postep nie jest sprzecznoscia sama w sobie. Dla
                            mnie jest.
                            Wiesz Ak, wczoraj pojawil sie na forum post babuszki. Moze go przeczytaj bo dla mnie byl
                            wstrzasajacy. Zapewne z powodu wymienionej tam liczby lat.
                            Niewazne. Ja Ci szczerze i z calego serca zycze zebys tymi zolwimi i slimaczymi kroczkami
                            doszla gdzies w zyciu zanim Ci sie skonczy. I tyle.
                            • 13monique_n Re: ak 30.10.06, 10:53
                              phokara napisała:

                              > DDA jest i Twoim problemem i Twoja wymowka. To czesto lazi w parze.
                              To fakt. Nie ma u mnie DDA, ale bylo usprawiedliwianie sie dla tkwienia w czyms,
                              co sensu nie mialo. Pho swiadkiem. Tak samo, jak swiadkiem, jak zmiana moze
                              wplynac na czlowieka, kiedy raz przestanie szukac usprawiedliwien.
                              ktos, kogo bardzo cenie powtarza - miekko do czlowieka, twardo do problemu. To
                              jest problem - niekonsekwencja wobec partnera. Bo w wyniku jej czesto wraca - do
                              nas - brak szacunku, brak liczenia sie z naszym glosem i istnieniem czasem (albo
                              tym, co o naszym istnieniu swiadczy).
                              Kasia dobrze pisze, AK. I Ty to dobrze czujesz. Tylko z jakiegos powodu wciaz to
                              wypierasz z umyslu.
            • nangaparbat3 Ak, posluchaj proszę 30.10.06, 17:08
              Nie masz za co przepraszać - jeśli ktos tu sie posprzeczał w Twoim wątku, to
              każdy ze sprzeczających sie odpowiada za siebie.
              Natomiast zaniepokoil mnie jedno jedyne zdanie z Twojego
              postu "Posluchajcie...".
              To zdanie:
              Nie zostanę sama... mam dwóch wspaniałych chłopców, którzy mnie kochają...

              Ak, nie "chłopcow" - synkow, nie "kochają" - "potrzebują".

              Może ja jestem przewrażliwiona, ale w tym zdaniu pobrzmialo mi jakbyś chciala,
              by synkowie zastąpili u Twego boku mężczyznę. To bardzo często sie zdarza,
              niemal norma u samotnych matek synom, dla dzieci - niszcząca.
              Pamietaj, ze jestes sama z dwojką dzieci. Dzieci i tylko dzieci, nawet jak
              zaczna się golić, a Ty bedziesz im siegała do ramienia.

              Pewnie piszę zupelnie niepotrzebnie, ale wole dmuchać na zimne.
              Gorąco pozdrawiam i zyczę duzo, duzo szczęścia.
              • ak70 Re: Ak, posluchaj proszę 31.10.06, 11:31
                Widzisz nanga!! i dokładnie wiesz o co chodzi!! Też sie boję właśnie tego, ze
                zacznę dzieci traktowac inaczej jeśli zostaniemy sami (to jest jedna z wielu
                rzeczy, których sie boję...).
                Poza tym składam absolutny hołd WSZYSTKIM którzy napisali pod sam koniec.
                To.ja.kas.... pho... monique... jicky7... i wreszcie sinsi (dzięki za schemat
                postępowania, porządnie nim oberwałam przez łepetyne!)... przepraszam Was
                dziewczyny za to co napisałam wczoraj!!! Nie chcę się usprawiedliwiać ani
                tłumaczyć... powiem tylko, że ta reakcja spowodowana była kolejnym poczuciem
                klęski... ja po prostu nie potrafie podjąć tej decyzji!! Bardzo, naprawdę
                bardzo bym chciała, żeby mój mąż zaczął pisać na tym forum - to byłby pełny
                obraz tego co sie działo... a tak - znacie tylko jedna strone medalu (choc
                starałam się siebie nie oszczędzać i pisać wszystko zgodnie z prawdą).
                Na pewno łatwiej jest pisać juz po... bo wtedy juz sie wie "...i co dalej"..
                mąż mnie nie bije, nie pije, sprząta, robi zakupy, odprowadza malego do
                przedszkola... kiedys rozmawiałam z koleżanką z klasy z podstawówki i ona mi
                powiedziała "ty to jestes chyba nienormalna! fajnego masz chłopa, a szukasz
                dziury w całym!"... no właśnie.
                Przyjedźcie do Kielc... choc może to ja przyjadę wreszcie na któres ze spotkań.
                I nie gniewajcie sie na mnie... pho: umiesz pisać i ja umiem Cie czytać...
                monique dobrze napisała: ja to wypieram ze swojego umysłu! (moze właśnie
                dlatego, że moje poczucie sprawiedliwości wyje do księżyca, bo znacie tylko
                MOJE odczucia, MOJĄ interpretację wydarzeń)...
                To.ja.kas... pisz! Ja naprawdę tego chcę... i naprawdę powiedziałam m., że
                teraz oczekuje konkretów i działań, a nie obietnic... I zdaję sobie tez sprawę,
                że nie przyjdzie wróżka, nie dotknie go czarodziejską różdżką i on nie pokocha
                nagle swojego syna, a razem stworzymy rodzine z bajki. To jest powolny proces...

                Proszę, bądźcie ze mną... dajecie mi siłę, choć trudno mi wprowadzic w czyn
                wasze rady... ale nie mam nikogo, komu mogę wypłakac sie w mankiet kiedy mi źle.
                Buziaki!!!
                Aga
                • 374.4w Re: Ak, posluchaj proszę 31.10.06, 11:37
                  Proszę, bądźcie ze mną... dajecie mi siłę


                  przecież jesteśmy! wink
    • jicky7 Re: Przegrałam... 30.10.06, 16:17
      AK, dziewczyny mają rację - szukasz usprawiedliwienia do trwania w trupim
      związku. Jeżeli nie myślisz o sobie ( a powinnaś vide: post Babuszki ), to
      pomyśl o dzieciach. Jakie dzieciństwo, jaką młodość im gotujesz ? A jeżeli one
      w swoim dorosłym życiu powielą ten upiorny wzorzec ?
      Każdy boi się drastycznych zmian w swoim życiu. Ale nie pójdziesz do przodu,
      jeżeli niczego nie zmienisz. A jeszcze gdzie w tym wszystkim szacunek dla samej
      siebie?
      Jakąkolwiek podejmiesz decyzję, będzie ona uszanowana. Tylko dlaczego sama
      sobie zamykasz drogę do szczęścia, a już na pewno do spokoju wewnętrznego?
      Trzym się. Przytulam.
    • jicky7 Re: Przegrałam... 30.10.06, 16:20
      Acha, ja też przegrałam walkę o związek, ale wygrałam walkę o SIEBIE. smile
      • brzoza75 Re: Przegrałam... 31.10.06, 11:39
        Acha, ja też przegrałam walkę o związek, ale wygrałam walkę o SIEBIE. smile

        kwintesencja jak dla mnie , może własnie to okno zostało po to otwarte abyś
        znalazła w tym droge do siebie?
        pomyśl o sobie i spokoju wewnętrznym jak go odnależć może wtedy odpowiedzi na
        pytania znajdą się same, trzymaj się i myślę o Tobie .
    • kasiar74 Re: Przegrałam... 31.10.06, 12:07
      wiecie co ja rozumiem że brak konsekwencji może wkurzać, sama siebei wkurzam
      nieraz
      ale przecież kobieta trafiła na kogoś ...delikatnie mowic niegodnego jej uwagi,
      manipulatora, kreci się w toksycznym związku, no okey. Ale czy naprawdę ONA
      jest winna, ona jest słaba, nie szanuje siebie itd. a moze kurcze to ten
      szubrawiec tłamsił kobietę latami, zrobił jej krzywdę, zamotał. Teraz krzyczmy
      wszyscy, walnijmy ją w łeb, zapominając o tym jak sami się zbieralismy latami.
      Wszystko wiedzący Tricolour 2 lata temu pisał na forum jak bardzo go rani że
      była żona nie chce z nim gadać przez telefon i wtedy trzeba było mu tłumaczyc
      ze sorka ale rozpad to rozpad. Chodził na terapie nie wiem jak dlugo a teraz
      jedzie po wszystkich jak po burej kobyle bedac z 10 lat po rozwodzie.
      Przypominam ze mowicie do ludzi ktorzy sa w trakcie, ktorzy podejmuja decyzję.
      widac AK potrzebuje jeszcze czasu. Zapewniam że jak dostanie po raz kolejny po
      uszach tak jak ja to nie bedzie meic watpliwosci.
      • to.ja.kas Re: Przegrałam... 31.10.06, 12:12
        To co Kasia proponujesz???tongue_out
        Mówic "biedna AK, biedna..." ???
        To forum wiec kazdy mowi co uwaza za stosowne i kazdy mowi z perspektywy
        własnych doswiadczen..Tri równiez...i dobrze, bo mozna sprobowac sie uczyc od
        innych i skrócic droge do zdobycia rozsądku....

        Pozdrawiam smile
        • kasiar74 Re: Przegrałam... 31.10.06, 12:27
          wiesz co AK jest bardzo szczera, zauwazyłas? W zamian za to dostaje w łeb. Może
          po prostu nie ma sensu operować skrajnymi opiniami. Może dziewczyna potrzebuje
          więcej czasu, ilu z nas zmarnowało swoje dlugie lata zycia. Kiedys i tak
          dojrzeje do tej myśli, albo po prostu zrobi za nią to mąż to byłoby dla niej i
          dla zapewne zabwieniem. Czasami nie da się racjonlanie wyjasnić że ktoś z kim
          jestesmy blisko potrafi z jednej strony kochac , zabiegać, a za chwile byc 10
          lat świetlnych myslami dalej. Zauważyłam tez że często zowlennicy
          chirurgicznego cięcia które na pewno jest nalepszym wyjsciem w takich sytacjach
          często były: bite, ewidendnie zdradzane np. mąż calkiem oficaljnie mial
          kochanke i wychodzil z domu z usmieszkiem numer 3 i nie potrafil sie zdecydowac.
          Ja rozumiem AK bo taki typ jak jej i moj maz potrafia nieprawdopodobnie
          zmanipulowac, i niestety dlatego to tak wyglada i tak trwa, ale ja nie szukam
          winy w sobie i nie będę wpedzac w poczucie winy tej kobiety. Nie powiem nie
          szuanujesz siebie to inni cie nie szanuja, powiem dziewczyno pokochaj samą
          siebie, wyjdź do ludzi z takimi samymi poroblemami, może pożyczę jej ksiązkę
          któa mi dał ktoś kiedys rozwnie mocno zamotany "toksyczna miłość". Poki co AK70
          przyjedź do Wrocławia, pogadamy, może złapiesz nieco dystansu do swojego życia
          jak zobaczysz jak to wyglądało u innych.

          Pzodrawiam cię imienniczko kociaro
          • to.ja.kas Re: Przegrałam... 31.10.06, 12:52
            Moja Drgoga imienniczko, alez nikt nie daje Jej po głowie, szanuj siebie czy
            kochaj siebie....wsio rawno...wazne by robic sobie dobrze (jakby nie brzmiało)
            i wymagac tego od innych smile
            Moze AK podejmie kiedys decyzje, moze nie, moze jej zycie upłynie na próbach i
            walce ???....jej sprawa....
            Znam takie osoby (min moja mama) ktore NIGDY nie zrobiły niczego dobrego dla
            siebie, a zycie upływa w zastraszajacym tempie i tylko zal patrzec na nia jak
            je sobie zmarnowala i na fakt uzmysłowienia to sobie przez nią.....to
            straszne.....ale za moją mamę tez nie przzyje zycia, chociaz czasem mialabym
            ochote.....

            Nie mam złych uczuc do AK a moje opinie sa opiniami osob ktore przeszly...i
            moze dlatego uwazam je za lepiej ugruntowane niz kogos kto guzik wie o zyciu tongue_out
            A rozczulac sie nie lubie i niezbyt czesto to robie, bo to najczesciej psu na
            bude sie zdaje.....no coz taki charakter mam obrzydliwy tongue_out

            smile))))
          • jicky7 Re: Przegrałam... 31.10.06, 13:18
            Kasia, masz rację. Każdy potrzebuje czasu i dla każdego ten czas jest inny.
            Mogą być to lata a czasami tylko miesiące. U mnie było to pół roku walki z góry
            skazanej na niepowodzenie. Ale ja wtedy o tym nie wiedziałam. Popełniałam błąd
            za błędem. Byłam wręcz ( słownie ) wdeptywana w ziemię. Podjęłam ostatnią
            próbę - napisałam do męża dwa listy pełne miłości, tęsknoty i mimo wszystko
            nadziei. I on te listy wymejlował kochance ( fuj, nie lubię tego słowa,
            ale "ukochana" nie przejdzie mi przez klawiaturę). I to był KONIEC. Coś we mnie
            stwardniało na beton. Powiedziałam sobie "it is my turn". Otrząsnęłam się.
            Zajęło mi to 2 miesiące ale teraz (prawie) oddycham pełną piersią.
          • jicky7 Re: Przegrałam... 31.10.06, 13:21
            Ja też jestem kociara. Może wszystkie kociary tak mają smile
          • wiewiorka29 Re: Przegrałam... 07.11.06, 11:19
            Kasia74 ładnie ujęła to co istotne. AK, na pewno wszyscy tu Ci dobrze życzą choć
            nie każdy umie przekazywać to w sposób właściwy, więc nie załamuj się i nie
            obrażaj tylko staraj się wzmocnić siebie i wyjdź do innych ludzi jak
            zasugerowała Kasie74, nie skupiaj się tylko na mężu i jego postępkach, i na
            remontowaniu w pojedynkę czegoś co zgrzyta przy prawie każdym zakręcie, z oddali
            lepiej widać co szwankuje w związku, czasem dystans jest potrzebny(nawet
            konieczny), żeby na spokojnie podjąć własciwą decyzję i móc się pogodzić z jej
            konsekwencjami.
            Jak Ty będziesz pewniejsza siebie, spełniona jako kobieta a nie tylko jako matka
            i żona, to sama poczujesz, że możesz żyć szczęśliwie niezależnie od innych, a
            też dla dzieci to ważne, żeby ich nie obciążać domowym konfliktem i przymusem
            tkwienia w toksycznych silnie emocjonalnych ukladach i pokazywaniu tego,ze
            milosc idzie w parze z niechęcią, krzykiem i strachem.
            To bardzo trudne wszystko, ale proces wychodzenia z tego już zaczęłaś,...
            Ja niezmiennie trzymam kciuki za Ciebie i chciałabym żeby Ci się UDAłO (i nie
            mówię tu wyłącznie o małżeństwie ale o żYCIU! -bo to o wiele więcej...).
            Powodzenia !
            • 13monique_n Re: Przegrałam... 07.11.06, 11:39
              wiewiorka29 napisała:


              > mówię (...) ale o żYCIU! -bo to o wiele więcej...).
              > Powodzenia !
              Wiewiórka - jak to dobrze czasem tak zwyczajnie to przeczytac. Życie - to o
              wiele więcej
              • amws Re: Przegrałam... 07.11.06, 14:16
                oj ak, jak ja Ciebie rozumiem, mam przeciez to samo....
                i też tak cholernie trudne i kecenie się w kółko, i ta ciągła niepewnośc co
                dotego, co robić, co chcę itp. wiem jedno, chcę normalności, miłości, chcę
                szczęścia dla M. i niesty nadal się łudzę, że R. się zmieni, że ...no właśnie,
                że co własciwie?
                w każdym bądź razie, wczoraj z poczty odebrałam pismo z sądu, ze w związku z
                tym, że w przeciągu roku nie zostało wznowiony mój pozew- sprawa o rozwód
                zostaje rozwiązana, i to dało mi w kośc. Bo sama nie wiem, co robić, bywa
                fajnie, ale jest też i tak , że płączę po 3-4 razy w tyg. , że nie mogę na R
                liczyć, ale ... no właśnie boję się tej decyzji, tego "co dalej", jak dam sobie
                radę sama- samiuteńka z M.

                oj ak, buziaki wielkie
                A
                • ak70 Re: Przegrałam... 09.11.06, 14:39
                  Dzięki Ci wielkie za to co napisałaś amws!! Co prawda w moim przypadku żadnego
                  pozwu nie było, ale kręcę sie w kółko... niby jakies zmiany na lepsze w
                  stosunku do starszego syna, jakies wspolne granie na kompie, mniej krzyku...
                  ale z drugiej strony minimalna pomoc przy małym, który teraz jest chory (mam
                  czwartą noc nieprzespaną, bo kaszle i śpimy na siedząco), no chyba, że mu
                  powiem co ma zrobić, to robi... niby to tez nie jest złe, ale w stosunku do
                  mnie absolutny chłód, zero rozmów, mijamy sie jak obcy ludzie....
                  wiem dlaczego tak jest... zrezygnowałam z terapii DDA ("no a przeciez obiecałaś
                  mi, że będziesz chodzić, jestes jak politycy, tylko obiecywać potrafisz!" - to
                  cytat z m.) i on się wściekł... ale na tej terapii głowny psycholog (w sumie
                  jest ich tam chyba czworo) powiedział, że jeśli ktoś ma bieżące problemy,
                  jakieś bieżące nierozwiązane sprawy to nie powinien teraz zaczynać terapii
                  DDA... bo ona polega na tym, że skupiamy się na sprawach z przeszłości i żadne
                  problemy teraźniejsze nie powinny nam zaprzatać głowy. Powiedziałam to m. ale
                  nie przyjął tego chyba do wiadomości, bo chodzi naburmuszony. Ja płaczę
                  wieczorami w łazience - zero reakcji. Zapytał mnie "czego ty w końcu
                  chcesz?"... No jak to czego??!! Miłości, wsparcia, poczucia bezpieczeństwa i
                  stabilizacji, faceta, na którym bede sie mogła oprzeć i na nim polegać, który
                  bedzie kochał mnie i swoje dzieci, będzie je przytulał z radością, przytuli
                  mnie, kiedy będe go potrzebowała (nawet jak bedzie na mnie zły) i będzie chciał
                  ze mną zawsze rozmawiać....
                  Nie powiedziałam mu tego, bo przecież słyszał to ode mnie juz setki
                  razy... "juz ci mowiłam czego chcę". Na tym "rozmowa" sie skończyła sad

                  Wiewiórka... życie to o wiele więcej i ja to wiem. właśnie dlatego mówie głosno
                  co mi sie nie podoba, staram sie zmienić siebie, aby innym było lepiej i tego
                  samego wymagam. Koleżanki mówią "nie bije? nie pije? kasę na dom daje? pomaga
                  trochę? no to czego ty dziewczyno od niego chcesz!!!"... no właśnie. A ja chcę
                  tego "o wiele wiecej"... chcę radości z każdego rozpoczetego dnia, realizacji
                  wspólnych planów i marzeń, usmiechu na twarzach dzieci, miłości w oczach
                  partnera... i jeszcze tego wszystkiego o czym pisałam juz wyżej.

                  Decyzja jest bardzo, bardzo trudna, bo byc może Wy wszyscy tez - jak moje
                  wspomniane koleżanki - po poznaniu "wersji drugiej strony"
                  powiedziałybyscie: "no czego ty chcesz dziewczyno!!". Wiem, że dobrze mi
                  życzycie i jestem Wam bardzo za to wdzięczna. Wiem, że wściekacie się czytajac
                  moje kolejne posty, w których użalam sie nad sobą i... nic dalej nie robię.
                  Staram się... to dużo... wymagam zmian... to dużo... na decyzje zawsze jest
                  czas (tak, wiem, post babuszki, czytałam i nie zamierzam tyle czekać), jest mi
                  źle... ale jeszcze dam czas czasowi.

                  Ściskam Was!! Wielkie buziaki ze Scyzorykowa... szkoda, że Was tu nie ma sad
                  • wiewiorka29 Re: Przegrałam... 10.11.06, 13:39
                    Juz pora wziąć się w garść i nie miotać się w jednym miejscu. Nie odpowiada Ci
                    to co masz to zmień to. Kiszony ogórek nie zrobi się nagle świeży dlatego, że
                    kiszony Ci przestał smakować. Masz takiego jaki jest, możesz z niego zrobić
                    sałatkę i uznać, że Ci smakuje, albo wyrzucić i udać się do sklepu po świeżego.
                    Ponadto, to Ty żyjesz w tym małżeństwie a nie twoi znajomi, i Ty i Twój mąż
                    musicie ocenić czy Wam to odpowiada, a nie kierować się gadaniem, że nie pije i
                    nie bije więc nie wybrzydzaj tylko cierp w pokorze. Odpowiada Wam ten układ to w
                    nim bądzcie- nie odpowiada, to kończcie to zadręczanie się. Co do przerwania
                    terapii to nie bardzo rozumiem czy byłaś na indywidualnych konsultacjach po
                    których Ci psycholog odradził w nich udział, czy to była wypowiedź ogólna
                    psychologa na grupie a Ty skorzystałaś z furtki, żeby z tej terapii uciec. Bo
                    myślę, że jakby DDA nie mieli problemów z bieżącym zyciem to by wcale do
                    psychologa nie chodzili z "syndromem DDA" bo po cholere by mieli tracić czas?
                    • ak70 Re: Przegrałam... 16.11.06, 09:30
                      To dobre pytanie wiewiórka... dzieciństwo bardzo wpłynęło na moje obecne życie
                      i na życie wszystkich, którzy mieli w domu alkoholika. Psycholog mi nie
                      doradził przerwania terapii, ale powiedział, że jeśli w czasie terapii nie
                      potrafię sie skupić na przeszłości, aby rozwiązać ten problem, aby nauczyć sie
                      radzić sobie z pewnymi zachowaniami i emocjami, że jeśli cały czas myślę tylko
                      o bieżących problemach (nie wszystkie z nich wynikają z tego że jestem DDA) to
                      nie ma to sensu, to znaczy, że to nie jest TEN moment. Nie powiedział, że W
                      OGÓLE nie powinnam chodzić, tylko nie TERAZ. Doradził mi kontynuację terapii
                      małżeńskiej, a kiedy sytacja sie w miarę ustabilizuje wtedy mogę zacząć DDA.
                      Chodzi tez o to aby mój mąż wspierał mnie podczas tej terapii lub przynajmniej
                      nie "dokładał mi" od siebie.
                      Co do ogórka... myślę, że jest tak, że ogólnie nie jest mi źle, ale jest sporo
                      rzeczy, które mi przeszkadzają i bolą. Ale chyba w żadnym związku nie jest tak,
                      że WSZYSTKO jest cudowne. Związek wymaga kompromisów, rozmów, ustalania zasad,
                      empatii... tej ostatniej mam w nadmiarze, chyba za nas dwoje sad
                      Byc może dlatego podejmując decyzje nie patrzę na SIEBIE tylko na męża i
                      dzieci - jak one wpłyna na nich. A przy tym kompletne zero asertywności i
                      niemożność mówienia "nie", choćby "tak" kosztowało mnie mnóstwo czasu i
                      wysiłku sad(( Taka juz jestem, ale staram sie nad soba pracować KAŻDEGO dnia...
                      i nie po to aby innym było ze mną gorzej, tylko po to, aby mnie było ze sobą (i
                      innymi) lepiej.
    • naemi Re: Przegrałam... 07.11.06, 14:22
      Dlaczego traktujesz to w kategorii przegranej lub wygranej?
      Aby coś wygrać...nowe, lepsze życie, trzeba z czegoś zrezygnować.
    • garciem Re: Przegrałam... 09.11.06, 22:09
      Przegralam malzenstwo, ale wygralam corke. Po rozwodzie poznalam mojego
      obecnego partnera i z tego zwiazku urodzila mi sie wspaniala corenka. Z nim
      mezem nie mialam dzieci.
      Niestety nowy zwiazek trzeszczy w szwach i chyba tez go przegrywam, a raczej
      poddaje sie. Ciekawe co wygram nastepnym razem?? wink
      • ak70 Re: Przegrałam... 16.11.06, 09:19
        wiesz... podziwiam Cie, a z drugiej strony mnie przerażasz....
        pierwszy związek nieudany.... drugi częściowo tak (no bo masz córkę)... jeszcze
        sie nie skończył, a Ty juz się zastanawiasz nad trzecim? hmmm... "i co dalej?"
        to chyba dla Ciebie dobre pytanie... tylko gdzie Cie zaprowadzi?
        • sinsi Re: Przegrałam... 16.11.06, 13:21
          AK, a powiedz, jak myslisz- lepiej być w jednym nieudanym i nieszczęśliwym
          związku całe życie w którym się męczysz, czy w trzech-czterech różnych, które
          -gdy są to dają satysfakcję a gdy się kończą -to nie stają się tragedią życiową?
        • garciem Re: Przegrałam... 16.11.06, 18:18
          Droga AK,
          ja zastanawiam sie nad Twoim cytatem...Bo on nie pasuje do tego w jaki sposob
          rozumujesz. Czasami w zyciu nie dostaje sie swojego szczescia od razu. Droga do
          niego jest dluga i cierniowa. Moja niestety taka jest. "nastepny raz" to dla
          mnie czas, ktory nadejdzie jak w koncu sie zbiore i odejde. Zastanawiam sie jak
          bedzie, lepiej czy gorzej? A zastanawiam sie, nie tracac poczucia humoru, bo
          nie bede plakac zalosnie nad soba. Jest jak jest i bede wstawac za kazdym razem
          jak sie przewroce.
          • 13monique_n Re: Przegrałam... 16.11.06, 18:45
            Wiesz, garciem, nie mogę się nie uśmiechnąć do Twojej determinacji i odwagi.
            Odwagi do wstawania, jak to nazwałaś. Imponuje mi to ogromnie. Pozdrawiam.
            • tricolour A mnie nie imponuje. 16.11.06, 18:51
              Bo znacznie lepiej jest zdawać do kolejnej klasy bez problemów niż powtarzac
              lata wielokrotnie.
              Bo takie powtórki oprócz determinacji, odwagi, konsekwencji, ambicji zdradzają
              także nieumiejętności w dokonywaniu zyciowych wyborów lub (i) utrzymywaniu
              poważnych relacji.
              • garciem Nie moge sie nie zgodzic :-) 16.11.06, 19:08
                Jesli przygladalabym sie sobie z boku oj duzo mialabym komentarzy. Oj latwo sie
                komentuje, oj latwo sie wypowiada opinie wink
                • tricolour Ważne, by tych opini się nie bać... 16.11.06, 19:09
                  ... ważne, by chcieć wysłuchać, co maja do powiedzenia o nas inni...

                  smile
                  • garciem Odpowiedzialnosc 16.11.06, 19:14
                    Opinie wypowiada sie latwo. Tym latwiej im mniej sie wie. Sluchac trzeba zawsze.
                    Liczyc sie, nie zawsze. Odpowidzialnosc za glupote i za zle decyzje tez pozosi
                    sie zawsze smile
                    • tricolour To jest piękna świadomość. 16.11.06, 19:26
                      Że moge podejmowac decyzje, że konsekwencje muszę ponosić. Odpowiedzialność ma
                      dla mnie swoją głębię... bardzo miłą i perspektywiczną. Ale to już osobiste sprawy.

                      smile
                      • garciem Re: To jest piękna świadomość. 16.11.06, 19:30
                        Zdecydowanie.
                        Osobista glebia.
                        Pozdrawiam
                        G.
                  • kasiar74 z rozmowy z socjologiem z UW 16.11.06, 20:56
                    Polacy jako naród mają bardzo niską samoocenę. Poza tym zyjemy w kulturze
                    osądzania, w poczuciu, że wszyscy wszystkich nieustannie oglądają i formułują
                    sądy. A osądzenie, czyli zwykle "przyłożenie " komuś, jest łatwym, skutecznym
                    mechanizmem psychologicznym, żeby samemu lepiej sie poczuć. Dopóki widze
                    niedoskonałości u innych, dopóty moja niedoskonałość psychiczna czy fizyczna mi
                    nie doskwiera.
              • 13monique_n Re: A mnie nie imponuje. 17.11.06, 01:33
                nie wszyscy potrafią zrobić wszystko od ręki. za pierwszym razem. Ale próbują.
                Rzeczą ludzką jest mylić się, niewybaczalne jest jedynie tkwić w błędzie.
          • ak70 Re: Przegrałam... 17.11.06, 18:23
            Garciem... ja Cie nie osądzam, bo to Twoje życie )jesli tak to zabrzmiało to
            sorry, nie było to moim zamiarem). Po prostu pierwszą myślą po przeczytaniu
            postu było wrażenie "lekkości" wyrażeń - jakby to co napisałaś było ci
            obojętne, nie budziło w Tobie smutku, jakiejś refleksji.. po prostu "spływało
            jak po (nie wiem czy moge uzyć tego sformułowania, ale niech tam wink) kaczce".
            I z jednej strony wzbudziło to moja zazdrość (to był ten podziw, a jednocześnie
            ukłucie zazdrości, że ja tak nie potrafię), ale też przeraziło, że tak lekko o
            tym piszesz. Miałam odczucie, że zbierasz punkty i doświadczenia ("aha, z tego
            związku juz nic nie wycisnę, mam dziecko, szkoda czasu dłużej, zobaczymy kto
            następny i co od niego dostanę/uzyskam"), nie patrząc na to czy i jak wpływa to
            na inne osoby uwikłane w zwiazek.

            Nie twierdzę, że trwanie w małżeństwie za wszelką cenę jest dobre! Nie wiem czy
            czytałaś moją historię, ale w zasadzie trafiłam tutaj, bo wreszcie odważyłam
            sie powiedzieć "nie". Bo rozważałam (i nadal tak jest) ten krok ostateczny dla
            związku jakim jest rozwód. Ale - choć wiele osób tutaj to denerwuje - wciąż
            zwlekam z podjęciem decyzji, bo nie jestem sama w tym układzie. Jest jeszcze
            dwóch małych chłopców, jest jeszcze dużo pięknych wspomnień... i wreszcie jest
            jeszcze ten mężczyzna, który kiedys był całym moim światem i dla którego ja
            bylam najważniejsza. Oboje sie miotamy... oboje próbujemy znaleźć wyjście,
            ustalic jakies zasady, dogadac się... i oboje mamy piekielny strach przed
            rozstaniem, a jednocześnie przed dalszym wspólnym życiem. Ja robię drobne
            kroczki w kierunku niezależności, uwolnienia sie spod wpływu, odzyskania wiary
            w siebie... malutkie, ale ciągle do przodu, żadnego cofania się nawet o
            milimetr. I chyba to prawda, że co 7 lat człowiek sie zmienia, bo jest we mnie
            jakaś taka determinacja, jakiej jeszcze nie było (to pewnie dobroczynny wpływ
            forum smile)

            Nie znam Twojej historii... nie znam Ciebie i nie zamierzam Cię osądzać. Tylko
            zastanowiła mnie ta lekkość wypowiedzi i stąd moje pytanie dokąd ona Cię
            zaprowadzi. Ale nie oczekuje odpowiedzi smile)
            Pozdrawiam
            • 13monique_n @@@@ masz AK :) 17.11.06, 18:28
              • ak70 Re: @@@@ masz AK :) 17.11.06, 18:38
                Czytałam, wielkie dzięki!!
                Ale, cholerka, nie miałam czasu odpisać, a nie chciałam tego "odwalać".
                Napisze w poniedziałek, życzę udanego spotkania, pozdrów wszystkich ode mnie!!!
                Myślami będe z Wami, buziaki!!! smile))))))))))))))))))))))
      • nangaparbat3 Re: Przegrałam... 16.11.06, 21:07
        garciem napisała:

        > Przegralam malzenstwo, ale wygralam corke. Po rozwodzie poznalam mojego
        > obecnego partnera i z tego zwiazku urodzila mi sie wspaniala corenka. Z nim
        > mezem nie mialam dzieci.
        > Niestety nowy zwiazek trzeszczy w szwach i chyba tez go przegrywam, a raczej
        > poddaje sie. Ciekawe co wygram nastepnym razem?? wink


        Napisalo mi sie wczoraj: malzenstwo dalo mi corkę, rozwod - niezalezność. To
        jest coś. smile))
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka