nangaparbat3
16.11.06, 20:37
Wiec tak:
żeby zrozumiec dzień, trzeba przelecieć tydzień, od poniedzuialku znaczy -
wywiadowka w szkole corki, zebranie z pania dyrektor, z pania wychowawczynią,
rozmowa z pania psycholog, wychodze o 19, jeszcze musze pojechac zrobic coś w
ramach dodatkowej pracy-nie-pracy - w domu jestem wieczorem, po osmej, a moze
po dziewiatej.
Wtorek - po pracy do domu, obiad dla dziecka, po godzinie wychodzę, znowu
praca, ta dodatkowa, bo z pensji plus alimenty (a nie są takie niskie - 700
zł) nie mam najmniejszej szansy nas utrzymać. Jest rewelacyjnie, ciesze się
jak glupia, bo okazuje sie, ze coś mi sie udalo - zreszta pisalam o tym przy
okazji watku rozweselajacego - tak sie cieszę, ze ide spać o drugiej. Środa -
wstaje o szostej. Odwozę corke do szkoly, jak co dzień, to troche nasz
rytual, takie wspolne poł godziny, kiedy dobrze sie rozmawia. Tym razem
pracuje od 10, ale za to do 20, u na są wywiadowki.. Dziecko je obiad u
dziadkow. Wieczorem moja mama telefonuje z wyrzutami, ze cały dzień mnie nie
ma, a corka sama i tak byc nie powinno. To osobny problem: jak na Was
dzialaja wyrzuty rodziców?
Czwartek. Nieoczekiwanie dostaje dodatkową robotę, najgorszą, jaką potrafie
sobie wyobrazić - siedzenie przez dwie godziny na stolku i nierobienie tak
naprawdę niczego. Komisja nadzorujaca na probnej maturze.
Ale nic to, udaje mi sie wrocić do domu na 15, ugotować obiad, ledwo trzymam
sie na nogach, wiec kładę się, żeby się zdrzemnąć. Jeszcze przegladam
dzisiejszą gazetę, wreszcie zamykam oczy - i wtedy sasiad zaczyna wiercić.
Dokladnie nade mną. Blok betonowy. Dramat. Ale wyobraźcie sobie, ze jestem
tak zmeczona, że mimo wiercenia leżę w jakimś takim połletargu chyba z
kwadrans. Mam nadzieję, ze skończy, ale nic z tego ( w tej chwili dalej
wierci!), zagladam na forum i czytam, ze ex powinna rozliczać się z
alimentow. I wtedy piszę do Marka, skadinąd powściagajac emocje.
Zabieram corke i jedziemy do sklepu, potrzebna jej ciepla bluza. Kto chodzil
po sklepach z ciuchami z nastolatką strojnisią ten wie. Inni moze sie jeszcze
dowiedzą. Upał. We Wroclawiu dzisiaj 16 stopni, a chyba wszędzie grzeją, albo
my się za cieplo ubieramy, po dwoch godzinach szukania bluzy (bezskutecznego,
ale - dwie godziny kontaktu z dziekiem!) jedziemy do marketu kupić cos do
jedzenia. jestem już tak zmeczona, że ledwo stoję. Mam uczucie, ze przepaliły
mi się bezpieczniki, ze za chwile pobije kogoś lub chociaż opluję - nie ze
śmiechu bynajmniej. I wtedy - widzę TO: KALENDARZ ADWENTOWY DLA NASTOLATEK. A
na obrazku zamiast gwiazdek i aniolkow - czterech polnagich pieknisiow,
pieknie umiesnionych, z wielkimi bialymi skrzydlami. Wołam corkę - i
wybuchamy takim smiechem, jaki dawno nam się nie zdarzyl. Goraco polecam -
warto pojść do Kaufladu zeby to zobaczyć. Oczywiscie kupujemy.
Kolejka do kasy, kolejka po wedliny, kolejka po pieczywo - z tej ostatniej
rezygnujemy, bo obie juz mamy dość. Kiedy pakujemy rzeczy do bagażnika,
podchodzi pan proszalny parkingowy:
- Może mialaby...
- Nie, prosze odejść, ja dzisiaj jestem wściekła, dzisiaj nikomu nie pomagam!
- No widzę, że pani w takim faszystowskim humorze... Ale i tak dziekuję, bo
pani sie uśmiecha! Przyjemnie sie z panią rozmawialo, po ludzku - mowi , i
gębę szczerzy.
Taaaaak.... Usmiecham się? No uśmiecham, bo mi wystarczy powiedzieć "jestem
wściekła", zeby cała złość uszla jak z przekłutego balonika. Na szczęście.
A teraz wracam do tego wielkiego niepokoju Szanownych Panow, żeby żona grosza
na siebie nie wydala:
jak juz pisałam wcześniej, mozliwości zarobkowania, samotnej matki są
ograniczone. Mozliwości kształcenia się samotnej matki są ograniczone.
Mozliwości odpoczywania są ograniczone ( a trzeba odpocząć, żeby pracować,
jednak). Osoba, z którą dziecko mieszka, jest do jego dyspozycji praktycznie
przez całą dobę.
Moj ex powiedzial, jak z trzynastoletnia corką wyjechal na tydzien za
granicę: wreszcie poczułem smak ojcostwa. Zwłaszcza jak zaczęla ryczeć jak
bobr posrodku ulicy na dwudziestostopniowym mrozie. I oczywiscie nie byla w
stanie powiedzieć, dlaczego.
Ja nie narzekam na swoje zycie, powiedzialaby, że wprost przeciwnie. Alimenty
corki zostały przez nas dogadane bez pomocy sądu. Kiedy ex mial problemy,
zmniejszylismy je do 500 zł, bo prosił. Potem z powrotem 700, przy okazji
rozwodu, i trzeba było oddac dziecko do społecznej szkoły.
Wsciekam się, bo nie mozna porownywac mozliwości zarobkowych osoby, ktora
sama jest na co dzień z dzieckiem z taką, która tym dzieckiem zajmuje sie co
drugi weekend na przyklad. Chyba zresztą nawet prawo nie przewiduje, ze
rodzice muszą lozyc na dziecko dokladnie tyle samo.
Slowo daję, ze w grudniu policżę kazdy grosz, ze zlości.
---
Tut hin tiro ćaćipen, man hin miro, ale hin amen ćhib, kaj pesi te dovakeras.
(Ja mam swoją prawdę, ty swoją, ale mamy jezyk, żeby się porozumieć.)