Dodaj do ulubionych

Zanim wybaczę...

13.12.06, 12:15
Mam duży dystans do Berta Helingera, a może uczciwiej jest powiedzieć do
poznania jego metod pomocy psychologicznej. Jest jednak wiele prawd, które
Hellinger głosi, a które mnie przekonują, miedzy innymi:
"Pokłonić się wszystkim partnerom, z którymi kiedykolwiek łączyła nas
bliskość "
Dlaczego ? bo MI jest to potrzebne, może nawet zostać zlekceważone przez
mojego partnera, ale ja w ten sposób oczyszczam siebie i daje sobie
przestrzeń na tworzenie siebie w dalszym życiu.
Ciekawa jestem Waszej opinii na ten temat.
Zainspirowałam się artykułem - rozmową z Markiem Wilkirskim "Zanim wybaczysz"
w grudniowym "Zwierciadle" .
Obserwuj wątek
    • vertigo5 Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 12:23
      Nie bardzo wiem o co chodzi z tym "pokłonieniem", oczyszczeniem, Helingera nie
      znam, "Zwierciadła" nie czytam.
      Co do wybaczenia - sprawa prosta: wybaczyć można komuś kto przeprasza, albo
      wyraża skruchę. Jeśli ktoś wybaczenia nie chce, nie potrzebuje, nie prosi o nie
      to deklaracja o wybaczeniu jest jakąś demonstracją li tylko.

      Ja staram się nie rozmyślać za wiele o mojej ex, o tym co zrobiła. Patrzę do
      przodu, parę lat jeszcze mam do przezycia i na tym staram się koncentrować, ot
      co...
      • akacjax Vertigo, to nie tak... 21.12.06, 00:07
        ertigo5 napisał:
        > Co do wybaczenia - sprawa prosta: wybaczyć można komuś kto przeprasza, albo
        > wyraża skruchę. Jeśli ktoś wybaczenia nie chce, nie potrzebuje, nie prosi o nie
        > to deklaracja o wybaczeniu jest jakąś demonstracją li tylko.

        Nie zgadzam się z tym.
        Wybaczamy dla siebie, nie dla drugiej strony.
        Wybaczenie potrzebne jest nie wtedy, gdy się wszystko wyjasniło, rozwiązało, wytłumaczyło, ale przeciwnie-gdy zostało wszystko niejasne, niemiłe, zagmatwane. I gdy możemy nie szukać sprawidliwości, rozliczenia-jesteśmy na dobrej drodze do wybaczenia.

        I nie potrzeba nam nawet kontaktu z drugą stroną, wybaczyć mamy w swoim sercu.

        Ja jeszcze nie umiem wybaczyć w zasadzie jednej rzeczy-ciągłej niewłasciwej relacji z dziećmi. Bo to tak jakbym miała wybaczyć gryzącemu mnie non stop, że mnie nadal gryzie-jeszcze nie umiem.
    • z_mazur Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 12:25
      Oczywiście ja się z tym zgadzam.
      Wybaczenie jest bardzo potrzebne po rozstaniu z partnerem.
      Niezależnie od tego jakie były motywy i czyja była inicjatywa.
      I wybaczenie jest potrzebne własnie wybaczającemu, a nie temu komu jest
      wybaczane. Ta osoba ma przeważnie w nosie czy my jej wybaczymy czy nie. To
      wybaczenie potrzebne jest nam, przestajemy wtedy czuć zatruwającą nas nienawiść
      i złość.
      Nie wiem na ile skutecznie mi się to udaje zrobić, ale czuję, że wybaczyłem
      mojej eks.
      Paradoksalnie, ona mnie chyba nie do końca.
      • marek_gazeta Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 12:36
        Tzn. czego Ci nie wybaczyła? Przecież to ona popełniła ostateczny błąd?

        A może chodzi o to, że podświadomie zazdrości tego, że po rozwodzie się odnalazłeś i czujesz się szczęśliwy. Może życzyłaby sobie, aby jej były "zdychał" do końca życia z żalu? Niektórym to w jakimś sensie pochlebia.
        • z_mazur Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 12:44
          marek_gazeta napisał:

          > Tzn. czego Ci nie wybaczyła? Przecież to ona popełniła ostateczny błąd?

          To nie do końca tak. Osoba która porzuca też dokonuje tej decyzji pod wpływem
          jakichś przesłanek. Np. w moim przypadku, tego że ja byłem taki, siaki, owaki.
          Jej sytaucja na pewno teraz nie jest dużo bardziej różowa niż przed rozstaniem
          ze mną. I za te niedogodności najłatwiej obwinić mnie. No bo przecież gdybym
          nie był taki, to nie musiałaby się ze mną rozstawać, nie musiałaby być samotną
          matką z kochankiem. Znaczy się wszystko jest moją winą. smile
          • bazyliada Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 12:50
            piszesz z drwiną ??? Znaczy się wszystko jest moją winą. smile
            wydaje mi się, że przeczysz w ten sposób temu co wcześniej pisałeś ( o
            przesłankach itd.)
            może mi sie tylko wydaje smile
            • z_mazur Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 12:56
              Może nie z drwiną, ale z odrobinką ironii.
              Jak już napisałem to obie strony muszą wybaczyć.
              Moja żona podjęła decyzję o naszym rozstaniu, mimo to nie wygląda na specjalnie
              szczęśliwą (w przeciwieństwie do mnie). I wydaje mi się, że za uciążliwości
              swojej obecnej sytuacji obwinia mnie.
              Dopóki mi nie wybaczy tego, że byłem taki jaki byłem i że musiała się ze mną
              rozstać będzie w sobie pielęgnowała niechęć do mnie.
              • bazyliada Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:01
                To juz problem Twojej zony, Ty jesteś ponad to.
                Mądre to co piszesz,
                gratulujęsmile
                • z_mazur Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:05
                  Bez przesady.
                  Teraz to się zaczerwieniłem. smile
              • marek_gazeta Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:11
                > Moja żona podjęła decyzję o naszym rozstaniu, mimo to nie wygląda na
                > specjalnie szczęśliwą (w przeciwieństwie do mnie).

                Cosik mnie się zdaje, że właśnie o to chodzi. Może decyzja o romansie była nieco pochopna, a okazuje się, że nowy partner może nie ma kilku Twoich wad, ale ma inne? W każdym razie dopóki ze sobą nie mieszkali, było super, a teraz proza życia. Dochodzi "bagaż" (np. dziecko - nie jego przecież). Jednym słowem Ty wyglądasz na szczęśliwego i wyzwolonego, ją coś gryzie. Gdyby było odwrotnie, to pewnie ona by wybaczyła.

                Póki Ty chciałeś, żeby wróciła, miała dwóch "adoratorów", to w jakimś sensie jej pochlebiało (zrozumiałeś swój błąd, dotarło do Ciebie, co straciłeś etc.). A teraz, kiedy już masz ją w nosie, to zaczyna się zastanawiać, kto bardziej na tym stracił. Może warto było ratować?

                Nie mam pewności, ale coś w tym może być.
        • bazyliada Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 12:46
          Marku sam napisałeś "ostateczny błąd ", więc w związku zawsze są
          jakieś "wcześniejsze".
          Myślę, że to duża sztuka dostrzec te błędy także, nie tylko te ostateczne, te,
          które stawiają krpokę nad "I" czy przelewaja czale goryczy, czy jak je tam
          nazwiemy...
          • erzsi Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:14
            No pewnie autor ma rację, ale pisze o stanie idealnym.
            Jak na moje możliwości zbyt idealnym wink.
            Bardzo dużo zależy od postawy partnera po rozstaniu. Bo niby jak mam wybaczyć
            mężowi to, że nie poczuwa się w żaden sposób /poza deklaracjami/ do pomocy mi w
            logistyce życia, że alimenty miały być, ale jakoś ich nie ma. Jak matka ma
            wybaczyć ojcu, który wypiął się na ich wspólne dzieci i nie ma z nimi żadnego
            kontaktu?
            Nie ma to nic wspólnego z pielęgnowaniem nienawiści do męża, przekazywaniem
            niechęci do niego jego dzieciom. Nie nienawidzę mojego męża. Mam duże poczucie
            krzywdy, ale wiem, że głównie od jego postawy zależy moje wybaczenie. Tyle, że
            jemu na tym nie zależy. A mi trudno jest wybaczyć, jeśli mąż uważa, że nie
            zrobił nic złego i nie mam mu czego wybaczać.
            Łatwiej jest wybaczyć wszystko to, co dotyczy mnie, dużo trudniej to, co
            dotyczy dzieci. Niestety, nie mam tu dobrych rokowań i obym się pomyliła.
            To, że rozpad związku jest na ogół winą obu stron nie podlega chyba dyskusji.
            • z_mazur Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:24
              Powtórzę jeszcze raz.
              Wybaczanie nie ma nic wspólnego ze skruchą drugiej strony.
              To by było zbyt proste.
              Wybaczamy dla samych siebie.
              Ja też miałem żonie co wybaczać.
              Zdrada, potem decyzja o rozstaniu i zrobienie mnie (wbrew mojej woli)
              weekendowym tatusiem.
              Ona nigdy nie okazała żalu, czy skruchy z tego powodu.
              Za dzieci nie możesz wybaczać, to one kiedyś będą musiały wybaczyć.
              • erzsi Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:44
                Co do dzieci, to niby słusznie mówisz.
                Tylko ja mam małe dzieci, dla nich pojęcie 'alimenty' to abstracja. I pewnie
                kiedyś go z tego rozliczą, ale przez następne 20 parę lat to ja mam się martwić
                z czego je utrzymać, bo tatuś nie poczuwa się do obowiązku. To bardzo
                niesprawiedliwe. Trudno mi jest przejść do porządku dziennego nad tym, nie
                jestem w stanie odpuścić tematu, wybaczyć mu, że nie płaci i zapomnieć o
                sprawie.
                No co ja wypisuję, nie zapomnę, właśnie dla dobra dzieci.
                • marek_gazeta Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:48
                  To jest też jedna z rzeczy, o której myślałem, pisząc wcześniejszy post o zakończeniu małżeństwa. Rodzinę też trzeba w pewnym sensie "zakończyć", ale tu jest trudniej, bo trzeba zajmować się dziećmi, dopóki tego potrzebują, dawać kasę, oraz, co może być nawet trudniejsze - poświęcać czas.
          • marek_gazeta Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:18
            Moim zdaniem nie chodzi o dostrzeganie ostatecznych błędów, tylko o ich uniknięcie. Jeśli dojrzewamy do takiego "błędu", warto się zastanowić - czy warto ratować małżeństwo - i jeśli dojdziemy do wniosku, że nie, rozstać się, zanim bardzo zranimy drugiego człowieka - kogoś, kogo kiedyś kochaliśmy, z kim mamy dzieci itp. To nie jest łatwe, ale możliwe.

            Banalny przykład: powiedzmy, że w małżeństwie kobieta przestaje o siebie dbać, przestaje być atrakcyjna, a facet się podoba. Wg mnie człowiek z zasadami, uczciwy wobec żony, powinien starać się ratować sytuację, a jeżeli to nic nie da - trudno - odejść od żony. Najpierw odejść, a potem dopiero "stukać" inne. To jest trudne, ale chyba możliwe.
            • erzsi Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:37
              Marek, oczywiscie, że tak. Tylko jedna strona nie uratuje związku, muszą chcieć
              tego oboje.
            • anikab Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 16:35
              słowa Marka:
              "Najpierw odejść, a potem dopiero "stukać" inne. To jest trudne, ale chyba
              możliwe."
              Jestem za. Ale mały procent realizuje "rozstanie z rozsądku". Większość ucieka
              nieuczciwie, gdy już ma w czyje ramiona. Przykro jest usłyszeć po latach od
              małżonka "od kilku lat jestem z Tobą nieszczęśliwy". A od kiedy to wie? Odkąd
              ma kochankę! Nóż sie w kieszeni otwiera na taką wieloletnią (obustronną)
              ślepotę. Aby nie ranić innych, trzeba byc dojrzałym (i) człowiekiem.
              Wiem, że powinnam wybaczyć. Nie wiem, czy potrafię. Najpierw muszę sie z tym
              pogodzić. A jak tu pogodzić sie z tym, co zrobił mojemu synowi...
              • so7b Re: Zanim wybaczę... 19.12.06, 07:30
                Anikab, nic nie "powinnaś"... przyjrzyj się temu słowu PO-WINNA. Nie ma żadnej
                winy jest tylko to co chcemy lub czego nie chcemy zrobić smile Nie chcesz w tej
                chwili wybaczyć i nie ma w tym żadnej Twojej winy. Myślę że kiedyś nadejdzie
                inna chwila i wtedy może wybaczysz..
                Tak to przynajmniej jest u mnie - chciałabym wybaczyć, ale nie teraz. Teraz idę
                przed siebie, staram się nie myśleć za dużo o moim prawie-byłym, ale wiem, że
                wybaczenie będzie mi potrzebne do spełnienia siebie. Bo nie chcę zamykać czegoś
                niedokończonego, nie chce odcinać się od tego bólu i pakować go gdzieś w
                zakątek mózgu skąd i tak kiedyś wypełznie. Ale to wszystko jeszcze-nie-teraz.
                Muszę dorosnąć i dojrzeć smile
    • marek_gazeta Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:50
      Czyli przegapiliście ten moment, kiedy można było się jakoś sensownie rozstać. W terminologii pola bitwy - o jeden most za daleko.
      • erzsi Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:54
        Albo może przegapili moment, kiedy można było się porozumieć?
        U nas tak było.
        'Bo z Tobą nie było sensu dyskutować, Ty się nie zmienisz' - powiedzial mój mąż
        na pytanie dlaczego nie wspomniał słowem, że mysli o rozwodzie.
        Kiedy wspomniał było już za późno. A wspomniał, bo kochanka dała mu odwagę i
        złudne nadzieje na przyszłość.
        • marek_gazeta Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 13:59
          Jakbym słyszał swoją byłą... już się nie zmienię, po prostu felerny model. A co tak naprawdę oboje mieli na myśli, kto to wie?

          - A to feler! - westchnął seler.
          • erzsi Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 14:04
            Ja wiem doskonale co to znaczyło: nigdy nie będziesz tak cudowna jak moja
            A. /czyli kochanka / smile.
        • cosmopszczolka Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 22:23
          U mnie wystąpiła analogiczna sytaucja. A juz sie martwiłam, ze to ja taka
          naprawde zła byłam. A to widze istnieje pewnien szblon psychologiczny
          zdradzających mężów. Aż mi sie lżej zrobiło....wink
          • erzsi Re: Zanim wybaczę... 14.12.06, 07:05
            zawsze do usług wink.
    • anja_pl Re: Zanim wybaczę... 13.12.06, 20:53
      mój rzucił zdawkowe "przepraszam", które nic nie znaczyło...
      nie wybaczyłam i na razie nie zamierzam, drugiej stronie nie zależy,...

      staram sie o nim nie myśleć,
      ani rozstrząsać tematu,

      uczę się żyć bez niego i nie chcę siedzieć i zastanawiać się:"wybaczyć"
      czy "nie wybaczyć"... na takie rozterki pójdę do teatrum jak Hamleta wystwiać
      będą,

      mnie jest dobrze jak go nie widzę i o nim nie myślę,
      może to spokój pozorny, ale na razie mi wystarczy

      wg mnie nie można przebaczać komus, kto o to przebaczenie nie zabiega, bo, aby
      wybaczyć musi istnieć krzywda, a jak druga strona jej nie widzi, to nie ma co
      tej stronie wybaczać

    • nangaparbat3 Bazyliada, dzieki za ten wątek 13.12.06, 23:15
      dla mnie to moze najciekawszy z tych, ktore na tym forum czytałam.
      Z przebaczaniem jest straszny klopot, bo nie mozna przebaczać na silę, wmawiać
      sobie, ze przebaczamy - to jest kwestia emocji, zadne oszustwa nie pomogą. Bez
      wątpienia zdolność do przebaczania jest proporcjonalna do naszego poczucia
      własnej wartosci i poczucia bezpieczeństwa. A jeszcze - do stopnioa poznania
      tej raniacej czy krzywdzącej nas osoby, jej życia, jej problemów.
      Sama często mam do czynienia z osobami krzywdzącymi swych bliskich - nie mam
      wątpliwości, ze ci krzywdzący sami byli - są - krzywdzeni. Że sami cierpią,
      przed tym cierpieniem sie bronią. Albo nie cierpia, bo odcieli się od swoich
      uczuć - to jeszcze gorzej, dla nich i dla otoczenia.
      Głeboko wierzę, że jesli Bóg jest i wie wszystko, wszystkie winy bedą nam
      przebaczone.
      No ale my nie Bóg.
      Na pewno dla nas samych lepiej przebaczyć, ale to nie jest sprawa
      intelektualnej decyzji, tylko emocji.
      Jakos sie z tym wiaze problem szukania winnego. Co lagodniejsi czy bardziej
      zdystansowani mówia o dzieleniu winy za rozpad związku. A ja bym proponowala
      nie zajmować sie tym w ogóle. Co nam przyjdzie z ustalenia winnego? Na ile
      jestesmy w stanie określić winy? I co nam z tego przyjdzie? Zamiast szukac
      winnego, może lepiej sprobować rozwiazać problem - jaki by on nie był?
      Nie chce powiedzieć, ze wybaczyć to wpuscic z powrotem pod swoj dach, zapomniec
      o płaceniu (niepłaceniu) alimentów, udawać, ze nigdy nie uderzył. TRzeba dbac o
      swoj (i dzieci, jesli są) spokoj i bezpieczeństwo, stawiać granice zgodnie z
      tym, czego uczy nas doswiadczenie, domagać się poszanowania naszych praw
      i praw dzieci.
      znowu sie zastanawiam, co to własciwie znaczy - wybaczyć. Moze widzieć
      czlowieka z roznych stron, nie ograniczać naszej wiedzy o nim do tego, co nas
      poranilo, co złe, czego nie akceptujemy?
      Gniewać się, owszem, jak najbardziej, ale za konkretne czyny - nie za
      całokształt, ktory zawsze jest wyłacznie naszym wyobrażeniem, zawsze
      przynajmniej w częsci fałszywym.
      • marek_gazeta Re: Bazyliada, dzieki za ten wątek 14.12.06, 09:25
        > Jakos sie z tym wiaze problem szukania winnego. Co lagodniejsi czy bardziej
        > zdystansowani mówia o dzieleniu winy za rozpad związku. A ja bym proponowala
        > nie zajmować sie tym w ogóle. Co nam przyjdzie z ustalenia winnego? Na ile
        > jestesmy w stanie określić winy? I co nam z tego przyjdzie?
        Ja chciałbym wiedzieć, DLACZEGO moje małżeństwo się rozpadło. Nie: kto był winny, tylko: dlaczego. Niestety, obawiam się, że takie ustalenie nie będzie łatwe. W czasie rozmów "okołorozwodowych" żona jednoznacznie wskazała mój trudny charakter jako główną przyczynę, jednocześnie podkreślając, że "winne są oczywiście obie strony" (zgodziłem się z nią, ale byłem w takim stanie, że łykałem wszystko jak ryba). Nie wiem jednak, czy mogę zakładać uczciwe spojrzenie kogoś, komu przez wiele ostatnich miesięcy nie przeszło przez gardło słowo "przepraszam" albo "dziękuję" w stosunku do mnie. Może taka rozmowa będzie możliwa za 10 lat, ale wtedy nie będę już zainteresowany. Ja nie chcę się usprawiedliwiać - ale obserwując zachowanie żony, mam wrażenie, że ta układanka była o wiele bardziej złożona i że doszły problemy na wielu innych płaszczyznach. Zamiast je próbować rozwiązywać, co jest trudne i wymaga czasu, być może zdecydowała się na "cięcie" i rozpoczęcie wszystkiego od nowa.

        To jest trochę tak jak z tymi żonami, które nie mogą się zmienić - czy mąż jest wystarczająco uczciwy w stosunku do samego siebie, aby przyznać, że po prostu żona się zestarzała, znudziła, a on jest wciąż atrakcyjny i ma ochotę na młodszą. A gadanie o wadach żony to takie zagłuszanie sumienia, bo ta młodsza też potrafi mieć muchy w nosie.
        • julka1800 Re: Bazyliada, dzieki za ten wątek 21.12.06, 15:30
          Marku,
          ja tez chcialabym usłyszec: dlaczego? z drugiej strony. Nigdy nie usłyszamam
          konkretnego zarzutu. Skadinad sama powoli doszlam " dlaczego' ale to sa tylko
          moje domysly. Po jakims czasie od rozwodu, a bylo to jakis czas temu, doszlo
          kilka innych rzeczy ktore dopełnily obraz przyczyny rozpadu malzenstwa.

          mam tez wrazenie ze nie zrobilismy wszystkiego by uratowac malzenstwo, ale tez
          to moje wrazenie.

          W kazdym razie to juz BYŁO, i nie wiem czemu naszly mnie dzis wspominki smile))
          Moze Świeta??

      • bazyliada Re: Bazyliada, dzieki za ten wątek 14.12.06, 09:40
        nangaparbat3 smile
        lubię się przyglądac róznym rzeczom, które do mnie przychodzą niespodziewanie-
        takie niespodziewajki wink i ja je oswajam, przyjmuje je i czerpie z nich to co
        mi potrzebne,
        przeczytałm artykuł i chciałam o nim porozmawiać,
        załozyłam wątek i mam mozliwośc poznać różne zdania na temat przebaczania,
        załozyłam wątek i próbuje rozpoznać czym dla mnie jest wybaczanie,
        od kilku dni wydaje mi się, że " problem wybaczania" lub "cud wybaczania"
        otacza mnie wszędzie - słyszę je w piosenkach, których słucham, czytam w
        książce, gazecie - pewnie dlatego tak jest, że potrzebuję teraz refeksji na ten
        temat, a czas świąt temu sprzyja smile
        tak naprawdę to problem przebaczenia nie jest najistotniejszym w moim życiu,
        nawet wydaje mi się, ze nie mam z tym problemu, ale może tak mi się tylko
        wydaje wink

        tym , którzy wytrwali i doczytali do końca ten wpis dedykuję, z uśmiechem smile
        SMILE
        youtube.com/watch?v=PpeyBFTIlgs&search=Smile%20Nat%20King%20Cole%20Myspace
    • sbelatka Re: Zanim wybaczę... 21.12.06, 14:18
      Nie wiem Bazyliada jak masz na imie...

      Ale z przyemnoscia przeczytalam o Bercie H.
      Przez ostani rok ( czekania na to co zrobi moj mąz - odejdzie z kochanka czy
      zostanie z nami) Hellinger mi pomógł. Bylam zrezta na prowadzonych przez niego
      warsztatch. I jestem pod wrazeniem. Nie wiem JAK to dziala. Ale TO dziala.
      Dodam, ze jestem zawodowo zwiazana z pomaganiem ludziom w kryzysie - i choc
      sama oczywiscie nie osmielam sie uzywac metod Berta H. - samam zamierzam dac
      sobie pomoc. Jemu albo jego uczniom.

      A prawdy przez niego głoszone uważam za PRAWDY wlaśnie.

      a w sprawie wybaczania.
      tak, tak, tak.
      zamierzam wybaczymc mojemu mezowi, ze odejdzie po Nowym Roku z kochanka.
      Uwolnic swoje emocje. Posprzatac po nim. ZROBIC miejsce na NOWE. Na to co
      zagosci w moim zyciu.

      zlosc, urazy nie pozwalają na otwarcie sie na NOWE.

      Oczywicie trzeba pzrezyc to co sie ma do przezycie. Zlośc, starch, upokorzenie
      czy co tam kto ma "na stanie"
      Przez rok nurzalam sie w sowoim bólu. W niepweności, oczekiwaniu.
      Ale juz, już czuje ... ze budze sie.
      Ze czas mi bedzie ruszyc w drogę.
      Trudną zapewne ( samam z 2 dzieciaczków) ale ktoż wie gdzie mnie ta droga
      zaprowadzi... Ufam, ze w dobre miejsce.

      A moj mąż. Coż. Mysle, że będzie żyl w smudze cienia.
      On odchodzi zostawiając po sobie zgliszcza.
      Z poczuciem winy zapewne.
      Jakos nie czuje smutku na mysl, ze zapewne niedlugo po tym jak zamieszka ze
      swoja 20 lat mlodsza kochanka, która odeszła od męża zostawiając dziecko(!!!)
      ogarnie go smuga cienia.
      Spodziewam sie, ze w niedlugim czasie bedzie sie budzil z mysla, ze podjął
      najgorsza decyzję w swoim życiu.

      czy mnie to cieszy?
      Może troszke...

      Ale mam nadzieje, że niedlugo przestanie to miec dla mnie jakiekolwiek
      znaczenie.
      a nawet, że bede mu mogla szczerze życzyc wszytkiego dobrego.

      Bo "złe" wraca do nadawców - podwojone.

      I to by bylo na tyle.

      Beata
      • kurka_wodna2 Re: Zanim wybaczę... 21.12.06, 17:17
        Nie wiem jak wybacza się podłość, wyrachowanie, obojetność, złą wolę, krzywdę...
        Ja zawsze odchodzę, uciekam, odcinam wszystkie więzi, informacje- moje
        doświadczenia życiowe są ponure; takie osoby nigdy się nie zmieniają, one nadal
        żyją napędzając się cierpieniami, bólem innych.
        A jakby było mało, to moje wieloletnie obserwacje są także inne od Waszych,
        Forumenki.
        Takim osobom wiedzie się świetnie ,bo wszyscy odsuwając się od nich, uciekając
        od nich- dają im nieograniczoną przestrzeń do działania.

        sad
        • beata407 Re: Zanim wybaczę... 21.12.06, 19:48
          Kiedyś bardzo mądry Ksiądz, a znamy się prawie 20 lat i często rozmawiamy na
          bardzo różne tematy, prowadząc nocne Polaków rozmowy, w momencie gdy na gruncie
          prywatnym rozmawialiśmy o wybaczeniu kazał mi rozróżnić wybaczenie od
          przebaczenia i to wszystko od zapomnienia. Bo wybaczamy dla siebie, przebaczamy
          tym, którzy wyrażają skruchę i o przebaczenie proszą, a zapomnieć o błędach nie
          możemy...Możemy za to wyciągać z nich nauczkę i ich nie powtarzać w przyszłości.
          Wtedy bardzo się z nim spierałam, teraz wiem o czym mówił.
          • crazysoma Re: Zanim wybaczę... 22.12.06, 09:52
            Bo wybaczamy dla siebie, przebaczamy
            > tym, którzy wyrażają skruchę i o przebaczenie proszą, a zapomnieć o błędach
            nie
            > możemy...

            Wybaczenie i przebaczenie... Dobrze, ze to napisalas. Do tej pory nie
            wiedzialam jak polaczyc, w tym temacie, rozne elementy. A teraz juz wiem. Madry
            ten Ksiadz... Dzieki.
        • erzsi Re: Zanim wybaczę... 22.12.06, 09:32
          Kurka, pewnie faktycznie świetnie, ale tylko do pewnego momentu.
          Nie znam nikogo, kto na stare lata cieszy się, że jest sam jak palec.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka