babaruba
29.12.06, 04:21
Jutro a w zasadzie już dziś jestem umówiona do prawnika w sprawie rozwodu,
głównie chodzi mi o sprawy finansowe.
Bałam się, rozwodu, zostania samej, do chwili podjęcia decyzji. Może to
dziwne ale w tym momencie poczułam jak spada wielki kamień. Długo nad tym
myślałam. Małżeństwem jesteśmy od 9 lat, spotykaliśmy się wcześniej jakieś 5.
Bywało różnie ale jakieś 4-5 lat temu zaczęło się psuć. Na wszelkie uwagi że
żle się dzieje słyszałam jedną odpowiedź "ale mnie jest dobrze". Im dalej tym
gorzej...Może kiedyś napiszę szczegółowiej, na razie musi przyschnąć.
Dwa dni temu oznajmiłam, że występuję o rozwód i jesli się nie dogadamy
wskażę jego jako winnego rozpadu. Przeżył szok. Sądził że żona jest mu dana
raz na zawsze, obojętnie co by nie robił.
Po jednym dniu przemyśleń wystąpił z propozycją żebyśmy jeszcze raz
spróbowali bo on biedaczek przywykł do tego, że go utrzymuję, dla dobra
sprawy jest nawet skłonny się ze mną przespać.
Cieszę się żę nareszcie przejrzałam na oczy. Szkoda mi tylko tych lat . Jak o
nich myślę to sądzę że konkurs na idiotkę roku wygrałam w przedbiegach...