fiducia_32
08.01.07, 20:32
Naprawde.
Tak mnie naszlo,kiedy odpowiadalam pieknej_julii na post. Lubie go. Nie
przeraza mnie telefon od niego,nie boje sie ja zadzwonic. Nie boje sie o nim
rozmawiac ze wspolnymi znajomymi. Troche czasu mi to zajelo. No,bo w koncu
rozstanie z powodu milosci do kogos innego bylo. Walczylam o ten zwiazek, on
zreszta tez. Na milosc jednak nic sie nie poradzi...I nie mam pretensji, ze
sie zakochal, bo to oznacza, ze ja MUSIALAM wczesniej nawalic. No,bo nikt nie
robi przeciez tego tak dla sportu. Nie odchodzi sie od zony latwo, od rodziny
i calego dotychczasowego zycia. Kiedys uslyszalam takie zdanie, ze Ci
porzucani sa egoistami w zwiazkach. I zgadzam sie z tym. Znacznie trudniej
jest odejsc niz zostac. Dzisiaj sama to wiem...Dzisiaj sama to przezywam..
Nie wiem, jak bylo z Waszymi eks,ale widzialam jak maz sie meczyl z ta
sytuacja, a ja sie meczylam z nimi, na poczatku z soba, bo zachowywalam sie
okropnie. I krzyczalam i plakalam i wyrzucalam itp. Chyba klasyka.
Ale ktoregos dnia zrozumialam,ze nie wygram z miloscia. Jesli jest prawdziwa.
Taka ich sie okazala. Sa malzenstwem, maja dziecko. Spotykam sie czasami z
moim bylym mezem na kawie. Rzadko bardzo, przy okazji swiat,urodzin itp. nie
z powodu dziecka, bo nie zdazylismy go miec. Gdzies po roku zaczelismy bardzo
szczerze rozmawiac o jego odejsciu. Dlaczego, co go ujelo w obecnej zonie, z
czym ja sie meczylam. Powiedzial mi kiedys, ze kiedy poczul, ze ja oslablam w
swoim zalu i poukladalam sie z soba, on zaczal byc znowu szczesliwy. I juz
zdarzaja sie dni kiedy odpuszcza mu poczucie winy. I mysle sobie ze ok, ze
tak powinno byc. Bo z miloscia sie nie wygra, nienawisc tez jej nie pokona.
Nie mozna zapomniec tego co bylo, ale mozna nauczyc sie z tym zyc.
Pozdr
G.