dworzec centralny warszawa -droga do- kolega podwożący mnie, cobym na pociąg
się nie spóźniła, wozi w aucie tarantulę Dianę, robiącą "pi" i
wysterylizowaną. zawał niemal na miejscu.
dworzec środek - Brzoza niemal zakwitła, Miś przytuptał.
jedziemy pociagiem do Wiednia. przystanek docelowy nasz - Katowice.
współpasażer po wysłuchaniu w milczeniu naszych opowieści rozwodowych załamał
się i zadzwonił do swojej teraźniejszej kobiety:
"kurwa, jakieś kółko różańcowe ze mną jedzie, ja pierdolę, zawsze się staram
jakieś normalne towarzystwo w drodze załapać, a tu kurwa jakieś rozwodniki,
opowiadają sobie...." - monolog trwał dość długo, zupełnie pan nie
przejmował się, że siedzimy obok, mówił głośno i wyraźnie - "jak się z Magdą
rozchodziłem, to kurwa, daliśmy sobie buzi w policzek i spoko, a ci tutaj
pieprzą jakieś farmazony, kurwa, kółko różańcowe, ile ten się rozwodził, ile
tamten, o co tu chodzi, ciekawe jak długo jeszcze będą jechać, nie wydolę...."
tu Brzoza uprzejmie zauważyła, że do Katowic, a pan kontynuował: "i bardzo
dobrze", sam do Wien jechawszy na roboty.
smiech nasz, jaki nastąpił w przedziale, przyrównać można było do trąb
jerychońskich, jak na kółko różańcowe przystało.
moja uwaga dotycząca haniebnego spóźnienia się na "Anioł Pański" i nieszpory
doczekała się równie miłego komentarza.
było nad wyraz sympatycznie
na miejscu peronowym katowickim czekała Mamba i Adaś. stali obok siebie,
kompletnie się nie znając, więc gdy ruszyliśmy rozradowani krzycząc
wniebogłosy [jak na kółko różańcowe...] nieco zaskoczeni byli.
wyprowadziwszy nas na manowce przedperonowe, Adam podciął nam Brzozę i
wywiózł na kilka godzin, a Mamba, Miś i ja ruszyliśmy autobusem do samochodu.
po wielu tarapatach i historiach mrożących krew w żyłach dojechaliśmy do
domostwa Mamby.
okolice cudne, przeprowadzamy się tam z Miśkiem, jak tylko wyrzucimy teściów
Mamby i zakopiemy ich na działce, do tego celu przeznaczonej.
żarcie przepychota, mały MamboSyn po prostu rewelejszyn. załapany cudny
kontakt z Miśkiem, ze mną niezgorszy, bo łaskotki mam, a to się Małemu
najwyraźniej podobało

na pożegnanie zapytał: "a kiedy znowu przyjedziecie?", po czym odpowiedzial
sobie sam: "w niedzielę!" i poszedł

a my ukradliśmy matkę jego rodzoną i
jej samochód, po czym umknęliśmy do klubu.
klub ładny, w środku ponownie zakwitła Brzoza, obok rozrosła się cudnie
Kruszynka, a jeszcze obok Adaś wspomniany wyżej.
poczęli przychodzić goście kolejni i proszę bardzo niech się wpisują

cudni
wszyscy, wymieniać nie będę, ok? bo jak zapomnę kogoś, to normalnie wstyd....
ale strasznie miło było Was poznać i zobaczyć wcześniej poznanych
o, Mazurek, za latanie do baru, rezerwacje, załatwianie stolika, szatni i
wszelkich wszeteczności - RESPECT

)))
dodam jeszcze tylko, że padła niecna propozycja Mamby:
"-Misiu, włożysz mi"
i parę innych zagwozdek.
oczywiście przelatywanie na krzesłach na stojąco, siedząco, jakkolwiek - było
jak najbardziej.
wróżby z dłoni, zapowiedziane są taroty, grzańce, piwa, jedwabne dlonie,
wijąca się mamba, tańce, śmiechy, opowieści o panu z pociągu i tarantulach, o
różnych różnościach.
wydałam się, że języki obce, dialekty, gwary działają na mnie orgazm-
mistycznie, co wykorzystane do bólu było. ale warto.
sodomia i gomoria zapanowała.
ach, zapomniałabym, Mamba chciała uszczęśliwić jakąś kobietę, przejeżdżając
jej męza.
niestety, był za szybki.
wyściski, ściski, przytulachy, gnioty, całusy - odbywały się nagminnie i
zupełnie nie wiem, czemu służyły te ataki na moją osobę. wszak najgrzec-s-
niejszą osobą w towarzystwie byłam.
a to, ze pilnowałam, żeby D. podrywał M.... czy wkładałam ręce pani B. w
dłonie pana M. czy doprowadzałam do stanu upojenia panią B., a potem...
ekhem... to już naprawdę nie moja wina., grzańce i stan mój były po prostu za
mocne emocjonalnie. Herkules by nie zdzierżył, a co dopiero ja...
warszawa pojechała o godzinie 4.25, pożegnawszy się z katowicami, machając
szalikami wcale nie kibicowymi, ale równie zalotnie.
Miś odprowadził mnie do metra, ale jedyne, co zdołaliśmy z siebie wykrzesać
przez te około 5 minut to "ale mróz", powtórzone jak mantra razy trzynaście.
a wracając smutno mi było, bo tak
a potem już nie, bo wysiadłam przystanek wcześniej z niewidomą Panią,
podprowadzając ją na miejsce, w które chciała iść i po raz kolejny
zauważyłam, jakie mam szczęście.
buzi
Wasza Phi
p.s. kiepsko się czuję, więc dziś mnie nie będzie, strasznie mi z tego powodu
przykro. nie kwitłabym jednakowoż takim humorem jak wczoraj, więc nie żal

p.s.2 do zobaczenia Wszystkim za czas jakiś ponowny, oby szybki
phi
"Nie skarżę się, bo po co.. i tak nie mam gdzie, choć noce wciąż mijają mi,
jak ciezki sen, jak słaby film.. a potem przychodzi dzień, by przypomniec mi,
że wszystko co teraz mam to tylko sen.. Tak pusto tu bez Ciebie, aż brakuje
słów.."