Dodaj do ulubionych

To brzmi jak przepis - ale ile w tym prawdy?

19.03.07, 23:02
kobieta.interia.pl/wiadomosc-dnia/news/rozwiedz-sie-po-ludzku,634369
Coraz częściej się rozwodzimy. Czy jest z nami tak źle, bo nie potrafimy
stworzyć trwałej rodziny? Czy może tak dobrze, bo w związkach, które nie mają
szans, nauczyliśmy się mówić: "do widzenia"?

I wreszcie: czy rozwodząc się, nie zamieniamy miłości w nienawiść, a po
małżeństwie nie zostawiamy tylko wypalonej ziemi?

Przez całe dziesięciolecia w Polsce rozwodziło się 30 - 40 tysięcy małżeństw
rocznie. Od kilku lat ta liczba rośnie - w ostatnim roku wzrosła
dramatycznie. Sądy doliczyły się 106 tysięcy pozwów rozwodowych! Co się
stało, że więzy małżeńskie rwą się jak nitki babiego lata?

Ogromna część zeszłorocznych rozstań to rozwody dla pieniędzy. Małych, ale
stałych. Nowe przepisy przyznały zasiłek na samotnie wychowywane dziecko. Ale
nie oszukujmy się: to nie powód, dla którego ostatnio coraz częściej rozwodzą
się wykształcone, dobrze zarabiające młode kobiety.

Silna kobieta odchodzi

Beata (41 lat), ekonomistka, rozwiodła się w lipcu ubiegłego roku. Nie
zrobiła tego dla pieniędzy. Należy do rosnącej grupy kobiet, które decydują
się na rozwód, bo... mężowie nie dotrzymują im kroku: mają problemy z brakiem
pracy, pieniędzy albo skłonność do topienia frustracji w alkoholu. Mecenas
Iwona Winiarska, która prowadziła sprawę Beaty, twierdzi, że takich klientek
ma coraz więcej. Silne kobiety występują przeciwko swoim słabym mężczyznom.
Kiedyś ich wspierały, ciągnęły za uszy - teraz zrobiło się to zbyt trudne.
Nie mają siły.

- Michał, mój mąż artysta, wymagał adoracji, zaangażowania, zachwytów. 15 lat
ciężko pracowałam, żeby wystarczało nam na życie i żeby on mógł czasem coś
stworzyć - mówi Beata. - Dłużej już nie mogłam... i nie chciałam. Wiem, że
Michał mnie kochał, ale zbyt wiele odpowiedzialności za nasze życie
przerzucił na mnie.

Nad decyzją Beata zastanawiała się dwa miesiące. Potem wynajęła mieszkanie i
wyprowadziła się z dziećmi. Zostawiła 47-letniemu mężowi dom, meble,
komputer, nawet psa. Córki wciąż mają swój pokój u taty, bo Beata chciała,
żeby jak najmniej w ich życiu się zmieniło. W sądzie winę wzięła na siebie.
Swój rozwód uważa za dobry, bo udało się rozwiązać małżeństwo już na drugiej
rozprawie. No i nie są z Michałem na noże. Starają się dogadać. Do
rozwiązania pozostało jeszcze mnóstwo problemów.

W życiu Beaty od dawna jest inny mężczyzna, ale nie mieszkają pod jednym
dachem. Wynajmują dwa osobne mieszkania. Beata waha się, bo nie wie, jak
ułożą się jego stosunki z dziećmi. Trudno to nazwać stabilizacją... Twierdzi
jednak, że na rozwód zdecydowała się w samą porę: - Dopóki jesteśmy w miarę
młodzi, każde z nas ma szansę na ułożenie sobie życie z kimś innym. Za
dziesięć lat mogłoby się nie udać.

Prawdopodobnie wiele Polek myśli dziś tak, jak Beata: "Związek nie może być
dla mnie ciężarem. Obrączka na palcu to za mało, liczy się jeszcze jakość
wspólnego życia. Jeśli jest źle, rozstańmy się, i to szybko. Nie czekajmy, aż
dorosną dzieci".

Dorosłe Dziecko Rozwiedzionych Rodziców

Rozejść się nie jest dziś sztuką, sztuką jest rozejść się dobrze. Przeciętny
polski rozwód to niemal zawsze przedłużająca się w czasie trauma, a gdy
trzeba zdecydować o winie - rzeźnia. Jeśli jedna strona czuje się
skrzywdzona, trudno oprzeć się pokusie, aby tej drugiej nie "dokopać" i nie
pokazać, czyje będzie na wierzchu. Najczęściej oboje partnerzy wychodzą z
takich bojów boleśnie poobijani. I nie tylko oni, bo często kartą przetargową
w wojnie rodziców są dzieci. Bywa, że dziecko samo włącza się w spory:
próbuje dorosłych godzić, uważa, że wina jest po jego stronie, bo nie było
dość grzeczne. Rodzice, walcząc ze sobą, wolą nie myśleć, że krzywdzą także
dziecko. Często do końca życia.

Znany warszawski terapeuta opowiada, że ze zdumieniem patrzył, jak 35-letni
pacjent opłakuje na jego kanapie rozwód mocno już starszych rodziców. Gdy
zapytał, czego mężczyźnie najbardziej żal, usłyszał: "choinki...". Ktoś, kto
wychował się w rozbitej rodzinie, może przez resztę życia nie zbudować
trwałego gniazda. Dlatego syndrom Dorosłego Dziecka Rozwiedzionych Rodziców
(DDRR) leczy się dziś z pomocą psychoterapii jak syndrom Dorosłego Dziecka
Alkoholików (DDA). Z pewnością wiele osób, wiedząc o tym, zrezygnowałoby z
rozstania - wyłącznie dla dobra dzieci. Niektórzy, rozwodząc się, już dziś
pamiętają o tym, by łagodzić dziecięcy stres.

Znakiem czasów jest, że pary korzystają z pomocy mediatorów. Nie tylko, by
ustalić najwygodniejsze warunki rozstania, ale by maksymalnie chronić dzieci.
Dorośli radzą się psychologów, jak mówić dziecku, że rodzina się rozpada. Tak
jak rodzice Witka (7 lat). Rozstali się przed rokiem, ale dopiero za miesiąc
po raz pierwszy staną przed sądem. Ich pozew czekał w kolejce od grudnia (w
Warszawie rozstrzyga się po kilkadziesiąt spraw rozwodowych dziennie).

Mediacje z sukcesem

Gabrysia (27 lat), mama Witka, tłumaczka, rozwodzi się, bo nie miała wyboru.
To jej mąż Grzegorz (27 lat) zdecydował, że odchodzi. I poinformował ją o tym
w rocznicę ślubu.

Na początku zdecydowali się na mediacje, jednak szybko zostały one zerwane.
Gabrysia spodziewała się więc prawdziwej wojny: oboje nieźle zarabiają, mają
mieszkanie, samochód, oszczędności. Jest co dzielić. Gabrysia chce rozwodu z
orzeczeniem o winie męża. Obawiała się, że to oznacza drogę przez mękę. Na
szczęście ostatnio wrócili do mediacji. Z powodzeniem. Grzegorz zgodził się
uznać, że rozwód jest z jego winy - w zamian za przyznanie naprzemiennej
opieki nad dzieckiem.

Gabrysia nie wyklucza, że jeszcze kiedyś między nią a byłym mężem "będzie
fajnie". Nie mają trzydziestki, a na dobre stosunki po rozwodzie pracuje się
przecież latami. Jest gotowa się starać - dla syna. - Ja wiem, że pewnie
znajdę sobie kiedyś lepszego faceta - twierdzi. - Ale Witek lepszego ojca nie
znajdzie. Na razie jednak nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy się przyjaźnić.
Grzegorz mnie zranił, robił rzeczy, które trudno wybaczyć. Nie wiem, jak
miałabym zapomnieć o tych uczuciach i jeszcze zamienić je w coś pozytywnego.
Może kiedyś się dowiem...

Rozwód dojrzały jak jabłko

Elżbieta (51 lat) i Robert (53 lata) wiedzą, jak się rozstać, a mimo to
pozostać... no właśnie: "przyjaciółmi"? Nie, to za duże słowo. "Dobrymi
znajomymi". Ich rozwód wśród przyjaciół jest stawiany za wzór. Od sześciu lat
nie mieszkają razem, ale dzwonią do siebie, wspierają się wzajemnie i
spotykają podczas rodzinnych uroczystości. Oboje są psychologami, zajmują się
psychoterapią. Wiedza i doświadczenie zawodowe nie uratowały jednak ich
małżeństwa. Robert mówi, że jego rodzice żyli jak pies z kotem, a to nie
pomaga w budowaniu własnych dorosłych związków.

Robert jest też DDA. Elżbieta długo nie wiedziała, za co zbiera w ich
związku "baty". Po latach doszła, że to za matkę, która piła, i że Robert
ranił ją nieświadomie. Oboje nie godzili się na byle jaki związek i długo
próbowali się dogadać. 23 lata... Ale nie wyszło. Gdy najmłodsze z dzieci
dorosło, Robert wyjechał w świat. Za oceanem dogonił go list rozwodowy.
Elżbieta napisała go, bo zdecydowała, że nie chce dłużej żyć bez miłości.
Robert z podróży wrócił już do innej kobiety. - Zajęłam się sobą, odzyskałam
mnóstwo energii, radość życia. Już nie muszę cierpieć z tego powodu, że jakiś
facet mnie nie kocha! - mówi Elżbieta. Ten proces był jednak żmudny: -
Rozstać się psychicznie z BYŁYM to wykonać ogromną pracę - twierdzi. -
Pracowałam nad wybaczeniem, bo tylko to daje wolność. Wybaczałam mu w myślach
wszystkie zranienia. Podczas medytacji przepraszałam go za wszystko, czym
sama go raniłam. Rozłączałam się z nim na wszystkich poziomach: mentalnym -
to przekonanie o nierozerwalności małżeństwa, uczuciowym - to przebacz
Obserwuj wątek
    • decymka cd 19.03.07, 23:08
      to przebaczanie, energetyczno-fizycznym - to oczyszczanie ciała z napięć, i
      duchowym. Trochę to trwało, ale w końcu ból się rozpuścił. Na rozprawę
      rozwodową Elżbieta przyszła pogodzona z sobą i z otoczeniem: - Dzięki temu nie
      zmieniłam miłości w nienawiść.

      Robert ich rozwód porównuje do rozstania dojrzałego jabłka z drzewem: długi,
      łagodny proces, który nie jest stratą. Obecnej partnerce BYŁEGO Elżbieta
      życzyła powodzenia. - Przeprosiła mnie za to - wspomina - że zgadzała się na
      oszukiwanie mnie. Dziś spotykamy się. Potrafimy rozmawiać.

      Dobrze zszyty patchwork

      To, czy rozwód będzie aksamitny, czy po cierniach - zależy od klasy partnerów.
      Jeżeli jedna strona przyznaje się do winy i opuszcza wspólny dom tak, jak stoi,
      trudno ją oskarżać o całe zło świata. Wspaniałomyślność procentuje, choć czasem
      dopiero po latach.

      Rozwodzącym się ludziom jednak często bardziej zależy na wyszarpnięciu
      jakichkolwiek pieniędzy niż na ułożeniu sobie przyszłości. Dlatego pary
      zgadzają się, by o przebiegu sprawy decydowali adwokaci. A jeśli zaprawiony w
      bojach prawnik wybierze ostry kurs, na sali sądowej zaczyna się jatka.
      Wywlekane są najintymniejsze sprawy, przyjaciele obojga nakłaniani są do
      naciągania prawdy, mówi się rzeczy, które bolą nawet po latach. To później
      najtrudniej naprawić.

      Hanka (31 lat), projektant wnętrz, po rozwodzie przeprosiła męża za to, co
      mówił o nim w sądzie jej adwokat. Nie spodziewała się, że będzie aż tak
      paskudnie. Piotr (31 lat), architekt, postanowił o tym zapomnieć - ze względu
      na córkę, sześcioletnią Ewę. Po latach widać, że warto było przeprosić i warto
      było schować dumę do kieszeni.

      - Najgorzej robi się wtedy, kiedy włączają się znajomi - mówi Piotr. - W
      dodatku za ekspertów uchodzą ludzie, którym się w związkach nie udało, sami
      rozwiedli się, i to źle. Hankę ostrzegano, że po rozwodzie będzie mnie musiała
      pytać o wszystko, co dotyczy córki, że nie będzie mogła wyjechać z nią bez
      mojej zgody. Życzliwi przekonali ją, że powinna mieć rozwód z orzeczeniem o
      winie. Świat jest pełen świadków, więc "dla dobra samotnej matki" jej znajomi
      przed sądem mówili o mnie jak najgorzej. Zaprzeczyłem. W końcu Hanka się
      rozmyśliła, a jej prawnik mnie przeprosił.

      Przez półtora roku starali się ułożyć w miarę poprawne kontakty. Piotr mówi, że
      aby tak się stało, trzeba wiele przełknąć, przemilczeć, wiele razy zacisnąć
      zęby. Ułożyło im się, kiedy była żona urodziła drugie dziecko i poczuła się
      bezpieczna w nowym związku. Zrobiło się na tyle miło, że gdy Małgosia, młodsza
      córka Hanki, zachorowała, to Piotr, jako specjalista w rodzinie, stawiał jej
      bańki. Jego kontakty z byłą żoną i z córką nigdy nie ograniczyły się do rozmów
      o alimentach i bycia "niedzielnym tatą". Pomogła mu w tym... mama. Dom matki
      Piotra pozostał otwarty dla byłej synowej, tak samo jak dla wnuczki. Mogła w
      nim bywać z kolejnym mężem i ich wspólnym dzieckiem. Co więcej, właśnie
      tę "przyszywaną" babcię druga córka Hanki uznała za babcię ukochaną.

      Piotr ożenił się ponownie i ma w tym związku dwoje dzieci. Ilona, jego druga
      żona, miała na tyle wielkie serce, by nie buntować się przeciwko zastanym
      układom. Powstała prawdziwie "patchworkowa rodzina", która spotyka się w święta
      przy jednym stole, a czasami jeszcze na nartach. Ilona umawia się nieraz z
      Hanką na kawę, by poplotkować o ich "wspólnym" mężu...

      Aksamitnie, po szwedzku

      Styl gładkich, przyjacielskich rozstań znamy jednak głównie z amerykańskich
      filmów.

      W Polsce to jeszcze nieczęste. W krajach bogatych ludzie częściej rozstają się
      z partnerami i zakładają nowe rodziny, zachowując przyjazne stosunki. Popularne
      są ułatwiające rozstanie intercyzy, łatwiejsze są procedury rozwodowe (od
      stycznia uproszczono je np. we Francji). Jeżeli wierzyć kolorowym pismom -
      najłatwiej i najprzyjaźniej rozchodzą się celebrities. Prawnicy sprawnie dzielą
      dobytek, a na otarcie łez strona porzucana otrzymuje solidne odszkodowanie. To
      pozwala za jakiś czas znów ładnie uśmiechać się do wspólnych fotografii.

      A w Polsce czeka nas wkrótce rozwód gwiazd w zupełnie innym stylu. Jagna
      Marczułajtis (27 lat), jeszcze niedawno opowiadająca prasie o wielkiej miłości
      do męża Sebastiana Kolasińskiego (29 lat), oskarżyła go, że ją zdradza i bije.
      Mąż twierdzi, że to bzdury i pomówienia... Zapowiada się walka na śmierć i
      życie. Mają dwuletnią córeczkę...

      Łatwiej jest rozejść się po ludzku, kiedy uczucia dwojga ludzi nie są aż tak
      namiętne. Gdy oboje pamiętają jeszcze, jak się kochali, ale też wiedzą, że
      nadal się lubią - i próbują rozejść się jak przyjaciele.

      Może powinniśmy stworzyć specjalne procedury rozwodowe przypominające ślubne?
      Na pomysł takiej uroczystości wpadli Szwedzi. Rozwód po szwedzku
      opisywała "Polityka":
      - Czy ty, Svenie, chcesz być nadal mężem Brigitty? - pyta pastor.
      - Nie!
      - A ty, Brigitto, czy chcesz być żoną Svena?
      - Nie!
      - Rozejdźcie się więc w pokoju swoimi drogami. Bądźcie dobrzy dla siebie i
      dbajcie o pomyślność dzieci. Niech was Bóg błogosławi w tych wysiłkach. Na znak
      rozwodu złóżcie przede mną swoje obrączki.

      Co złączaliśmy uroczyście, przy świadkach, może powinno być równie pięknie
      rozłączone. Abyśmy obiecali, że będziemy dobrzy dla siebie nawzajem, i
      dotrzymywali słowa, tak jak dotrzymywaliśmy małżeńskiej przysięgi. Przynajmniej
      przez jakiś czas...

      Aldona Krajewska

      Tekst pochodzi z magazynu

      Źródło informacji: Marie Claire

      • your_and Re: cd 20.03.07, 17:57
        Przepis na co? Rozchodzenie się? Nie ranienie siebie, dzieci patnera (tego to z
        premedytacją nawet) przy okazji?
        Dużo bardziej skomplikowane jest jak latami utrzymać satysfakcjonujący
        związek...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka