Dodaj do ulubionych

terapia...

29.03.07, 09:23
czy wy też tak macie, że po wyjściu z gabinetu z miękkimi fotelami idziecie
przez miasto, wycieracie łzy i wiecie tak po prostu co MUSICIE zrobić ze
swoim życiem żeby nie umierać po kawałku??? a po powrocie do domu to wszystko
nagle staje się takie odległe, niewykonalne, za trudne i bez sensu???

jestem po pierwszej wizycie u terapeuty, gość na poziomie, bardzo mi pomógł,
nawet wahałam się czy zapisywac się na kolejny termin... nie umiem sobie
odpowiedzieć na pytanie w czym ten człowiek mógłby mi pomóc?

napiszcie jak było u was. jakie mieliście wrażenia w czasie terapii, w czym
wam pomogli terapeuci?
Obserwuj wątek
    • 30-letnia Re: terapia... 29.03.07, 09:24
      chciałam jeszcze dodać, że mój poprzedni nick to ona_trzydziestoletnia, ale był
      makabrycznie długi, więc sobie ułatwiłam sprawę smile
    • z_mazur Re: terapia... 29.03.07, 09:35
      Ja chodziłem na terapię przez ponad pół roku po rozstaniu z byłą żoną i w tym
      czasie uporałem się z demonami związanymi z rozpadem swojego małżeństwa.

      W pewnym momencie wydawało mi się, że już jest ok i wspólnie z terapeutką
      podjęliśmy decyzję o zakończeniu terapii. Po upływie 3 miesięcy spokoju
      pojawiło się jednak sporo innych emocji i umówiłem się ponownie na spotkanie.
      Terapeutka po rozmowie stwierdziła, że jeśli chcę to mogę wrócić bo
      rzeczywiście widzi jeszcze pewne sprawy do przepracowania. Po prostu emocje
      związane z rozpadem małżeństwa maskowały pewne inne sprawy, które wyszły na
      światło dzienne dopiero po uporaniu się z tym problemem.
      Po paru spotkaniach i uspokojeniu tych największych emocji pojawiło się jednak
      też pytanie: "czego ja własciwie chcę od tej terapii?". No i w tym momencie
      dopiero zaczyna się prawdziwa praca. smile
      • 30-letnia Re: terapia... 29.03.07, 09:41
        no właśnie z_mazur, czego oczekiwać od tej terapii?
        • z_mazur Re: terapia... 29.03.07, 09:50
          W początkowej fazie bardzo ważne było dla mnie po prostu uspokojenie emocji.
          Możliwość wygadania się przed osobą, która jest niezaangażowana w żaden sposób
          w moje emocje i co ważniejsze nie ocenia mnie, moich posunięć i samopoczucia.
          To na początku wystarczało. Zadawane w odpowiedni sposób pytania czasem
          zwracały moją uwagę i konfrontowały z wewnętrznymi sprzecznościami twkiącymi we
          mnie. Dzięki tej fazie terapii odzyskałem równowagę emocjonalną. Nie wiem na
          ile terapia miała wpływ na tempo tego prcesu. Ale wewnętrznie czuję, że efekt
          był pozytywny i bez tego dłużej miotałbym się i zadręczał pewnymi sprawami.
          • tricolour Na początku jest tak, jak piszesz... 29.03.07, 09:53
            ... potem pojawia sie pytanie... i co dalej? smile))
            • z_mazur Re: Na początku jest tak, jak piszesz... 29.03.07, 11:23
              No włąsnie doszedłem do tego etapu. smile
              I pojawiła się frustracja związana z brakiem odpowiedzi na pytania "co dalej?"
              "czego ja w ogóle chcę od życia?"...
              Widzę, że to nie takie znowu dziwne. smile))
              • emde74 Re: Na początku jest tak, jak piszesz... 29.03.07, 11:54
                nie dziwne. ale nie ma co się frustrować. "co dalej" samo przyjdzie. żyj dniem
                teraźniejszym, z delikatnymi planami typu: jutro pójdę tu, a pojutrze pojadę
                tam, a za 2 miesiące planuję wakacje tu i tu. wystarczy. strategia (za
                przeproszeniemsmile "nie sr... prądem"smile wypróbowałam i cały czas
                próbuję "organoleptycznie" na sobiesmile. hasło: "nie szukać "co dalej" na siłę"
                mam w głowie cały czas.
      • pepsi80 Re: terapia... 29.03.07, 09:46
        ja jestem po 3 takich spotkaniach i wydaje mi się, że pomaga-chociaż nie mogę
        jeszcze powiedzieć, że jestem w super formiesmileale widzę, że spojrzenie kogoś z
        boku(profesionalisty) jest ważne aby zrozumieć, często tylko zobaczyć pewne rzeczy..
        gg4975740
    • tricolour Zmiany są trudne... 29.03.07, 09:45
      ... a strach przed zaglądaniem w głąb siebie - jeszcze wiekszy. Niechęć do zmian
      potęgowana jest przez przyzwyczajenie do obecnego życia, które może nie jest
      różowe, ale umiejetnie sie w nim poruszamy.

      Terapia niszczy taki lichy, ale stabilny świat i na jego gruzach składa powoli
      życie z kawałków w konkretną całość. Trzeba liczyć sie z bólem niszczenia
      dotychczasowego życia i cierpliwą konstrukcją nowego.

      Nie każdego na to stać. Muszisz podjąć decyzję, czy jesteś zadowolona z tego co
      masz i porównać z ambicjami personalnymi, rodzinnymi, zawodowymi, społecznymi,
      materialnymi, duchowymi, fizycznymi itp...
      Bilans odpowie Ci w jakim miejscu życia jesteś.

    • emde74 Re: terapia... 29.03.07, 10:08
      generalnie jestem za terapią i wszelkiego typu pomocą tego typu dla siebie.
      nawet farmakologiczną (przynajmniej przez ten najcięższy, pierwszy okres). co
      prawda w moim przypadku (chodziłam na terapię 7 miesięcy lat temu 5 czyli wtedy
      jeszcze nie z powodu małżeństwa) tak naprawdę na dojście do siebie nałożyły się
      pewnie i kwestie terapeutyczne, i rozmowy z mądrymi ludźmi, których spotkałam w
      tym czasie na drodze, i wreszcie start z wzięciem siebie samej w garść (a to
      wcześniej wymienione w tym pomogło). antydeprechy też pomogły, ale ważne jest
      tu, by samemu mieć siłę je rzucić (mnie udało się po 2 miesiącach).

      rozmowy z terapeutą były okropnie trudne, ciężkie, niezrozumiałe. była to dla
      mnie droga przez mękę, ale jak napisał z_mazur i tri, to po prostu wchodzenie w
      siebie, a to są mroki, jakie na codzień właśnie odrzucamy i czasami tylko
      podświadomość np. we śnie budzi w nas te lęki, przemyślenia itp. których pełni
      jesteśmy. rozmowa z terapeutą to nie kawka z koleżanką. a sam terapeuta to
      nie "wujek dobra rada"smile. on ma Ci pomóc odnaleźć odpowiedź w sobie. dlatego to
      takie ciężkie, bo nic Ci tu niczego nie proponuje, ale Ty sama krążych po
      głębinach swojej psychiki.

      ja doszłam do siebie tak naprawdę po paru latach. proces wychodzenia z doła, a
      w zasadzie dochodzenia do samej siebie to rzeczywiście kilkuletni, żmudny
      proces. ale nie martw się: w pewnym momencie lampka olśnienia, że jesteś sobą,
      umiejącą walczyć ze swoimi słabościami (bo wątpliwości i pytania zawsze w Tobie
      pozostaną, grunt by z tym pogodzić i iść dalej), się zapala.

      co ważne: w momencie gdy na rozpad małżeństwa nałożyły się u mnie jeszcze inne
      bardzo emocjonalne wydarzenia, których, wierz mi - koń by nie wytrzymał - ja
      przebrnęłam przez to tak, że nawet mój szef przez kilka miesięcy się nie
      kapnął, że u mnie prywatnie "coś nie halo". oczywiście efekty uboczne (gdzieś
      złe emocje trzeba upuścić) są: często klnęsmile, ale generalnie: to zadziała i
      działa! powodzenia!
      • tricolour Klniesz? Świetnie!! 29.03.07, 10:13
        Moja (w cywilu - narzeczona) nie klnie wcale. No... całymi miesiącami nie
        posłysze ostrzejszego słowa w sytuacjach adekwatnych do przeklinania.

        Raz wziąłem ją na zbyt stromą górkę, na narty i zjechać nie mogła. No i
        posłyszałem, że "pierd... góra, kur.., taka stroma, jeb... narty..." reszty na
        swój temat nie słyszałem, bo uciekłem.

        smile
        • emde74 Re: Klniesz? Świetnie!! 29.03.07, 10:19
          tri, ale się uśmiałam! aż musiałam pokazać koleżance z biurka obok (bo ja niby
          pracujęsmile, z czego się tak śmiałam.
          jak ktoś nie klnie albo czasem czymś nie rzuci, to dla mnie nie jest naturalne,
          bo kurcze, jesteśmy złożeni też ze złych emocji. i trzeba je upuścić, no nie ma
          siły. a właśnie mój ex twierdził, że ja się powinnam tylko uśmiechać jak
          Amerykanie, a nie szklankami rzucaćsmile
          to se teraz mogę pokląć do woli!
          • misbaskerwill kobiety.... 31.03.07, 13:12
            > siły. a właśnie mój ex twierdził, że ja się powinnam tylko uśmiechać jak
            > Amerykanie, a nie szklankami rzucaćsmile
            > to se teraz mogę pokląć do woli!

            Wolą szklankami rzucać niż mięsem. Rozrzutne to takie... smile
            • emde74 Re: kobiety.... 31.03.07, 13:47
              oj, ja wolę mięsem znaczy mięsem słownym. ale jak mi ex zabronił, to rzucałam
              szklankami, bo kurcze czymś musiałam. niech się cieszy, że nie w niegosmile))
        • z_mazur Re: Klniesz? Świetnie!! 29.03.07, 11:31
          Też się uśmiałem. smile))

          BTW, emde Ty i depresja?????? Szok!!!!
          To znaczy to jest reakcja na tą informację w konfronatcji z tym jak odebrałem
          Cię przy osobistym poznaniu.
          smile)))
          • emde74 Re: Klniesz? Świetnie!! 29.03.07, 12:01
            tak Z. miałam i prochy też były. ale to było 5 lat temu (i z powodu mobbingu w
            pracy)! dlatego teraz rozwód przechodzę lepiej, bo "co nas nie zabije, to
            wzmocni". jestem tego fizycznym (i psychicznym) przykładem. oczywiście
            nieszczęsne upuszczanie złych emocji jest (zaczęłam palić, o klnięciu już
            wieszsmile, ale z tym też sobie poradzę.
            dlatego przez to co było, teraz miałeś okazję poznać dzisiejszą mnie. wesołą,
            otwartą i towarzyską - i ciężko mnie wyprowadzić z równowagi (to potrafią tylko
            moi współpracownicysmile))), bo mam ogromne pokłady dystansu, mimo genetycznie
            zakodowanej wrażliwości (jestem muzykiem-amatorem).
            smile))))
      • emde74 a jeszcze jedno 29.03.07, 10:14
        podczas mojej walki z depresją (bo to już była depresja) mąż - czyli osoba Ci
        przecież najbliższa - stał z boku, także było dużo trudniej przez to przejść. a
        jak widzisz się udało przy pomocy innych.

        a wiesz co sobie w kontekście tego męża i tej sytuacji stania z boku myślę?
        kiedyś bym go sklęła, że taki nieczuły i w ogóle "mnie nie rozumie"smile. a dziś?
        wiem, że bał się tej sytuacji tak samo jak ja, bo po prostu nie wiedział co się
        ze mną dzieje i nie wiedział jak do tego podjeść i jak mi pomóc. tego też uczy
        terapia, ludzie i doświadzeniesmile
    • magnuna Re: terapia... 29.03.07, 10:52
      chodzilam przez pol roku, juz w trakcie trwania rozwodu. Nie od poczatku
      docieraly do mnie slowa teraputki ale z kazdym tygodniem bylo lepiej. Wszystko
      co slyszalam tam przenioslam na grunt praktyki dopiero po roku.
      Wychodzac z gabinetu....czulam sie silniejsza, czulam wieksza chce do zycia ale
      to szybko mijalo.Wlasciwie nie wierzylam teraputce.Moze nie bylo efektow od
      poczatku bo nie potrafilam tak "od drzwi" odkryc sie przed nia. W miare uplywu
      czasu przelamywalam sie i to to pomagalo.
      Dzieki mojej teraputce przestalam obwiniac sie za wszystko, przestalam sie
      biczowac poczuciem winy (za to ja schrzanilam, za to co zschrzanil maz,).
      Nauczyla mnie dystansu. Dzieki niej (chociaz tu rownie duza zaslug moich
      bliskich) zaczelam powoli odzyskiwac wiare w siebie i zaczelam akceptowac sama
      siebie.
      W czasie rozwodu i po "namietnie" analizowalam cale malzesntwo, gdybalam,
      wybiegalam mysla w przyszlosc, w wyobrazni tworzylam scenriusze cudownego
      zejscia. Zadreczalam sie tym ,brnelam coraz dalej. Dzieki terapii nauczylam
      sie "oszukiwania?" samej siebie, nauczylam sie ucianac te mysli, zamiast nich
      stworzylam miejsce ktore mozna wypelnic czyms innym.
      • 30-letnia Re: terapia... 29.03.07, 12:04
        czy ja wobec tego jestem dziwna? dla mnie terapia nie jest traumatyczna, to nie
        są żadne mroczne odkrycia. raczej jest bardzo budująca, tylko nie wiem dlaczego
        na tak krótko działa? że wracając do domu to wszystko trochę się rozmywa...
        polecił mi też zanim podejmę decyzję przeczytanie książki "żyć w rodzinie i
        przetrwać" - czytaliscie? czy w czymś pomaga?
        brakuje mi tez fizycznego kontaktu z terapeutą. jakies nienaturalne wydaje mi
        się to, że siedzi 1,5 m ode mnie. chyba lepiej czułabym się gdyby siedział
        razem ze mną na tej pieprzonej kanapie, czy dotknął ramienia jak płaczę. ale na
        to pewnie jest jakaś regułka, że ne można wkraczać w "związki" z pacjentem, bo
        się jeszcze nie daj boże zakocha, albo co?

        po zastanowieniu jeszcze chyba mogę dodać, że po tej wizycie jestem jakby
        odarta z nadzieji, ale może właśnie na tym polega terapia, żeby przestać się
        łudzić???
        • emde74 Re: terapia... 29.03.07, 12:12
          ten kontakt o którym piszesz to właśnie kawka z wyryczeniem się u koleżanki,
          ale nie spotkanie terapeutyczne. tak być musi, bo to ma nie być rada, porada,
          pitu-pitu, ale skupienie na odnajdowaniu siebie. wydaje Ci się, że działa
          krótko i ulatnia zaraz "po", ale tak Ci się tylko wydaje. długofalowe skutki
          terapii przyjdą.
          ja bym rzekła, że terapia pozwala na nabranie dystansu niż na łudzenie się. jak
          masz dystans to widzisz rzeczy w innym świetle niż jak na nie napierasz.
        • tricolour Co do fizycznego kontaktu z terapeutą... 29.03.07, 12:17
          ... to nie łudź się - terapia skonczy sie wraz z fizycznym kontaktem, a lekarz
          wyleci z roboty smile)

          Wiesz... nie chcę bć brutalny (ale będę) - lekarz raczej sie w Tobie nie
          zakocha, bo Ty wymagasz pomocy i razie masz bardziej do zaoferowania łzy,
          zagubienie, niepweność niż dojrzałe uczucie. Potrzeba wielu miesięcy, by
          przejrzeć na oczy.
          • 30-letnia Re: Co do fizycznego kontaktu z terapeutą... 29.03.07, 12:59
            tri, jestem normalnie twoja fanką. oczywicie chodziło mi o to, że takich
            kontaktów unika się raczej po to aby pacjent nie zaangażował się emocjonalnie.
            o terapeutę raczej nie ma się co obawiać, prawda? może wyraziłam się
            nieprecyzyjnie, ale już taki mój urok, że zapętlam proste sprawy smile
            • tricolour A dziękuję, dziekuję.... :)) 29.03.07, 13:07
              Mnie terapia nauczyła jednego: odebrała mi złudzenia i zmusiła do patrzenia na
              rzeczy chłodnym okiem.

              Straciłem przez to 70% znajomych, dla których stałem sie niewygodny przez swoje
              cyniczne (w sensie: realne) widzenie świata. Nie żałuję, bo i tak ich nie
              ceniłem za relatywizowanie, myślowe lenistwo i widzenie siebie w roli ofiary w
              najróżniejszych konfiguracjach - tyle, że wcześniej nie zdobyłem się na stosowny
              dobór znajomych.
          • anula36 tri to dobrze podsumowal, ale dodam 30.03.07, 18:14
            jako czlowiek ktoremu dane byly obie strony kanapy, ze to niestety o wiele bardziej dziala w druga strone ( tzn klienci popadaja w fascynacje terapeuta) jako osoba ktora po pierwsze wysluchuje i stwarza wrazenie idealnego zrozumienia, po drugie przenosi sie na niego wiele swoich emocji.
            Znam kilka zwiazkow powstalych na kanwie kontaktu terapeutycznego, ale osobiscie w zyciu prywatnym szukam ludzi nie wymagajacych extra wsparcia, raczej wesolych, na luzie, zdystansowanych do rzeczywistosci, przeciwienstwo mojej klienteli zawodowejsmile
    • maleme Re: terapia... 29.03.07, 11:56
      chodzę od 8 miesięcy. Na pierwszym spotkaniu usłyszałam o wszystkich mozliwych
      "skutkach ubocznych" podjęcia terapii, usłyszałam, że "terapia nie burdel,
      klient nie musi wyjść zadowolony" wink) i żeby sie mogło polepszyć, to sie musi
      pop...rzyć. I podpisuję sie pod wszystkim, co napisał tri, choć sama czasem się
      przed terapia bronię. Ale wiadomo nie od dziś, że rozwiązanie problemu jest dużo
      trudniejsze i bardziej bolesne od trwania w nim, ja zdecydowałam sie na tę drogę
      i póki co nie żałuję. Przecież jedyne co mogę naprawdę zmienić w życiu to ja
      sama. I czekam na tę chwilę, kiedy, jak mówi moja terapeutka "rozkwitnę jak
      kwiat" wink)
    • akacjax Re: terapia... 29.03.07, 12:27
      Tak, to nie wypłakiwanie się tylko-ale szukanie przyczyn takiej reakcji.
      Relacja z terapeutą przechodzi różne etapy. Jest nawet taki moment-gdy uważamy, że terapeuta ma bezwzgledna słuszność..i my staramy się jakby podporządkować-ale tu nie o to chodzi-tylko o to, by odnaleźć siebie, własną drogę.
      Do tego potrzeba wielkiego kontaktu ze sobą+wiedza i doświadczenie terapeuty.
      Nie można liczyć, że kilka wizyt uleczy emocje. Czasem długo jeszcze po zakończonej terapii rozwiązuje się wywołane na spotkaniach tematy.
    • alone33 Re: terapia... 29.03.07, 22:47
      Ja caly czas zastanawiam sie czy nie isc na terapie.Czesta zmiana nastoju,
      emocjonalna hustawka, raz jestem zdecydowana ze lepiej mi samej a raz popadam w
      totalny dol. Od odejscia meza minely 4 m-ce a ja chwilami chcialabym zeby
      wszystko naprawil, przeprosil i wrocil. Wiem ze jest to niemozliwe ale ta wiez
      emocjonalna jednak jeszcze we mnie tkwi, jeszcze nie wygaslo uczucie...
      Ostatnio jak rozmawialam z mezem o problemach z corka, ze sie budzi, nawala w
      szkole to stwierdzil ze to ja wprowadzam chora atmosfere i dziecko odczuwa moje
      emocje, ze nie potrafie pogodzic sie z jego odejsciem i powinnam sie leczyc
      itp.Moze na prawde jest mi potrzebna wizyta u terapeuty. Chcialabym zeby moja
      nadzieja na odbudowanie tego zwiazku umarla, nie chce sie zadreczac i obwiniac
      za niektore rzeczy.Musze zaakceptowac to co sie stalo i dla dobra dziecka
      utrzymywac z nim w miare poprawny kontakt.
      Jesli ktos zna w W-wie dobrego i niedrogiego terapeute to prosze o kontakt..
      • marek_gazeta Re: terapia... 29.03.07, 23:19
        Hehe... dobrego i niedrogiego. W Warszawie smile)) Mnie też dajcie znać. A, chciałbym jeszcze, żeby była ładna.
        • z_mazur Re: terapia... 29.03.07, 23:25
          Hmmm, wygląda na to, że mieszkanie na prowincji ma jednak zalety.
          W tej przychodni, z usług której ja korzystam są trzy urocze terapeutki. Na dodatek terapia jest refundowana przez Fundusz, czyli darmowa. smile
          • emde74 z_mazur 30.03.07, 10:36
            kolejny...smile a co z autopodpisem? już się z nim nie identyfikujesz?smile))))
            ech, chłopy...
        • emde74 marek 30.03.07, 10:34
          Mareczku, Ty chyba nie potrzebujesz...smile no chyba że w ramach terapii:
          pończoszki, szpileczki, majteczkismile)))
          i to są właśnie faceci: ma być ładna. a kojarzysz co ma z_mazur w podpisie?
          Zgrabny tyłek nie jest dany na całe życie itp itd tralala...
      • emde74 alone33 30.03.07, 10:32
        dam Ci namiary na dobrego psychologa. mailem. M.
        • alone33 Re: alone33 30.03.07, 10:41
          Dzieki M. za namiar do psychologa. Dlugo sie nad tym zastanawialam ale chyba
          musze sprobowac i isc na takie spotkanko. Wmawiam sobie ze jest wszystko ok,
          daje sobie rade ale chwilami padam i wszystko wydaje mi sie bez sensu.
          Czekam na @.
    • marek_gazeta Re: terapia... 29.03.07, 23:13
      Terapeuci pomogli spompować trochę kasy. Na szczęście poprzestałem na rozmowach wstępnych. Na terapię indywidualną trzeba było za długo czekać, na grupową - myślę, że to była złota decyzja - nie zdecydowałem się. Proszę nie krzyczeć, że popełniłem błąd - kasę wydałem na narty we Włoszech. Taka terapia też pomaga.
      • magnuna Re: terapia... 30.03.07, 10:01
        Dlaczego nie zdecydowales sie na grupowa?
        • marek_gazeta Re: terapia... 30.03.07, 10:08
          Pisałem już o tym kiedyś. Trzeba się decydować w ciemno (po darmowej, półgodzinnej rozmowie wstępnej), koszt ok. półrocznej terapii (raz w tygodniu po 2 godziny) oscyluje wokół 2.500 (trzeba zapłacić nawet w przypadku rezygnacji z uczęszczania), grupa skupia ludzi o bardzo różnych problemach (a nie np. ludzi w trakcie rozwodu), wreszcie nie złapałem kontaktu z prowadzącym grupę terapeutą-ciapciakiem.

          Kasę, jak już wspomniałem, wydałem na narty. Świetna terapia grupowa, polecam.
          • magnuna Re: terapia... 30.03.07, 10:25
            Marku ja chodzilam na grupowa, tyle ze nie placilam za to. Zapytalam bo
            chcialam wiedziec dlaczego nie chciales grupowej. Fakt, ludzie tam sa z roznymi
            problemami. Na grupowej wlasnie poznalam moja terapeutke, osobe ktora naprawde
            mi pomogla. Bo spotkania z cala grupa byly czasem straconym. Poza mna w trakcie
            rozwodu byla 1 osoba, chodzila na terapie zeby miec dodatkowe papiery do
            sprawy. Z przykroscia stwierdzam, ze na 12 osob tych, ktorzy rzeczywiscie
            potrzbowali terapii byly moze 4. Reszta potrzebowala papierow dla roznych celow
            (np. renty).Spotkania w grupie to byla po prostu sciema.
          • magnuna Re: terapia... 30.03.07, 10:29
            masz racje, narty to rewelacyjna terapiasmile
          • emde74 marek i terapia grupowa we Włoszech 30.03.07, 10:38
            terapia grupowa he, he smile trójkącik?smile czy inny czworobok?smile
      • emde74 marek 30.03.07, 10:37
        szkoda tylko że "pożyczyłeś" to piękne nakrycie głowy. skutek uboczny terapiismile
    • danagr Re: terapia... 30.03.07, 11:00
      chodzilam pol roku na terapie indywidualna, nieodplatnie i do terapeltki ktora
      postawila mnie na nogi, ale nie do konca. Podreperowala moje poczucie wlasnej
      wartosci, wiem jak wygrzebac sie z dolka nie pozostajac w nim zbyt dlugo itd.. I
      nagle trach....juz nie bedzie pracowala, a przedemna jeszcze dluga droga do
      odnalezienia siebie i praca nad soba. Wiem, ze sama nie dam rady, zbyd duzo
      dzialo sie w moim zyciu co bardzo nadwyrezylo moja psychike, musze poszukac
      kolejnego terapelty ale na dobrego nie latwo jest trafic a na prywatne wizyty
      nie moge sobie pozwolic. Moze ktos z was polecilby jakiegos w Wawie.
      • julka1800 Re: terapia... 31.03.07, 23:08
        Chodzilam w Wwie przez dosc krótki czas do pewnego terapeuty, dosc mlody jak na
        terapeute, i co wazne uslugi swe wykonywal za darmo w ramach pewnej
        organizacji. Mi pomogl i moge go polecic ale czy pomoze innym ,tego nie wie
        nikt
    • pomimo1 Re: terapia... 01.04.07, 10:37
      pierwsze podejscie do terapii bylo zanim powiedzialam mezowi,ze chce rozwodu.Nie
      potrafilam sobie po prostu wyobrazic,ze dam sobie rade. Szukalam wsparcia. Zycie
      sie mi wtedy wyjatkowo pokomlikowalo. Poszlam do Pani Terpaeutki,ktora patrzyla
      na mnie,jak na dziwolaga i zerkala na zegar. Wyszlam, zaczelam szukac terapii
      prywatnej. Czulam sie coraz gorzej.kolejny terapeuta- kolejna porazka. Zwialam
      po 3 ciej wizycie. Trafilam do psychiatry. Mowilam o strachu przed odejsciem,ze
      chyba ciagle tego meza kocha,ze mnie bil itd. Lekarz zapisal prozac, o ktory
      prosilam i powiedzial, ze farmakologia nic nie pomoze dopoki nie rozwiaze
      problemu w domu i wyraznie powiedzial,ze to PROBLEM. po 3 mcach , na prozacu
      odeszlam od stolu z obiadem ze slowami,ze odchodze. Bralam leki jeszcze 2 mce.
      Maz sie dowiedzial zrobil ze mnie wariatke. Odstawilam leki,gdy sie wyprowadzil,
      ale znow bylo zle. Zaczelam terapie u psychologa. To, ze jestem chora na
      czlowieka (bylego meza) juz wiedzialam. Bylam po rozwodzie, wiedzialam ile mi
      zrobil krzywd, a plakalam proszac po rozwodzie o powrot!!!!! Przyszlam na
      terapie z przekonaniem,ze nic mi nie pomoze. Chodzilam regularnie. Nagle
      musialam na miesiac przerwac z powodu studiow.
      Wczoraj znow mialam wizyte. Przyszlam, rozmawialam. I ku mojej radosci
      uslyszalam,ze moge powoli myslec o zakonczeniu terapii. Wiem,co bedzie dalej...
      Mam plany, wiem, gdzie zrobilam blad i MAM DO NIEGO PRAWO. mam prawo bladzic,
      mam prawo kochac, plakac, marzyc. Nie musze byc zawsze lubiana, nie musze sie
      obwiniac za to,co mnie spotyka. Musze po prostu umiec z tym walczycsmile)))
      wyszlam z gabinetu z torba na plecach i ....pobieglam do mojej przyszlej
      wpolniczki omawiac dalsze losy mojej i jej przyszlej firmysmile)))))))
      Tyle dobrego sie ostatnio dziejesmile)))) Wiem,ze beda zle chwile,ale ja juz
      wiem,jak sobie z tym radzic.


      5 mcy temu nie uwierzylabym,ze terapia mi pomoze.


      ________________________________________________________________________
      Opowieść zaczyna się z księciem, który całuje anioła, a kończy z łysym
      mężczyzną, który przez stół patrzy na grubą żonę
    • rozwodnica Re: terapia... 01.04.07, 13:08
      Już pisałam...moja terapia trwa od listopada, ale regularnie chodzę od stycznia.
      Nie pomaga. Może dlatego, że jak mówi terapeutka "to taki nurt" w którym
      aktywność leży po stronie pacjenta - czytaj: ja gadam, ona słucha. Jak milczę,
      ona milczy. Bardzo rzadko zadaje jakieś pytanie, czasem sformułuje wniosek który
      nie jest dla mnie nowością bo... bo to co jej mówię już 1000 razy przemyślałam.
      Nieliczne grono osób które mnie znają blisko twierdzi zgodnie, że za dużo myślę.
      Za dużo tworzę scenariuszy, za bardzo analizuję. I tym sposobem na terapii nie
      dokonałam ani jednego odkrycia odnośnie swojej osoby czy życia. Pytania które
      mnie dręczyły nadal pozostają bez odpowiedzi.
      Może powinnam zmienić terapeutę. Ale do tego trzeba chęci do czegokolwiek, do
      życia...ja wychodząc od psychologa mam poczucie zmarnowanej godziny.
      • tricolour To po co tam chodzisz? 01.04.07, 13:21
        Czy do dentysty też być chodziła bez efektu? Gdyby nadal bolał ząb, a Ty byś
        miała poczucie zmarnowanej wizyty, też byś chodziła?

        Masochistka?
      • akacjax Re: terapia... 01.04.07, 14:06
        To zmien terapeutę, na takiego, który rzuci Ci jakies wyzwanie, a nie zostawi tylko samej sobie. Przecież nie chodzi o to, byś sama odkryła wiedze psychologiczną, lecz by profesjonalista użył tej wiedzy, by Tobie pomóc.
        • rozwodnica Re: terapia... 01.04.07, 18:24
          Bo jeszcze zakładam, że niekoniecznie mam monopol na rację. Terapeutka twierdzi,
          że to musi potrwać.
          • z_mazur Re: terapia... 01.04.07, 21:54
            A rozmawiałaś o tym z terapeutką???
            Ja własnie postępy zacząłem robić jak porozmawiałem z terapeutką na temat moich oczekiwań w stosunku do terapii i ich realności (a raczej nierealności).
          • 30-letnia Re: terapia... 01.04.07, 22:12
            ja myślę, że trzeba ci terapeuty, który będzie z tobą bardziej kompatybilny, bo
            chyba z obecnym sie nie zgrywasz. mój terapeuta też raczej słucha i milczy. co
            jakiś czas rzuci jakąś uwagę, mądrą, wyważoną. całkie sporo pyta - nie wiem czy
            to wynika z tego, że to dopiero początek terapii czy raczej z tego, że takie ma
            metody. zadaje mi pytania które zmuszają mnie do jasnej odpowiedzi na pytania,
            które skrywam głęboko w sobie. i po wyjściu z gabinetu na prawdę czuję, że mi
            pomaga.

            mam jeszcze pytanie. jak często macie te wizyty? bo ja na razie co 2 tygodnie.
            chodze prywatnie i płacę 70 zł/godz.
    • der1974 Re: terapia... 01.04.07, 14:00
      Pytania i poszukiwanie odpowiedzi będą się pojawiać całe życie. Nikt tych
      odpowiedzi nie udzieli za nas samych, a w wielu przypadkach jest wątpliwe, że w
      ogóle istnieją odpowiedzi. Ale to nie jest powód żeby się załamywać. Kiedy nie
      widać sensu, można iść na terapię w stylu narty, inne hobby, znajomi,
      sprzątanie, praca. I jednak nie planować w miarę możliwości niczego, nie pisać
      scenariuszy, które przerażają. Widać jeszcze nie czas na to.

      Mnie gdzieś ostatnio zabiło pytanie co dalej. Po paru tygodniach dotarło do
      mnie, że polubiłem ten punkt w życiu, w którym jestem. I na razie mi to
      wystarcza. Potem przyjdą kolejne pytania. To wtedy się będę miotał. A na razie
      staram się cieszyć z tego co po prostu jest we mnie i jest obok.

      • z_mazur Re: terapia... 01.04.07, 21:56
        No to Der witaj w klubie... smile

        Też właśnie mam problem z odpowiedzią sobie na pytanie "Co dalej...?" i "Czego ja właściwie chcę...?".
        • tricolour Może pomóc? 01.04.07, 22:16
          Kobiety, rodziny, miłości, bliskości... poczucia spełnienia. Rozkwitu
          wrażliwości, poczucia sensu i kolei rzeczy...

          smile
          • der1974 Re: Może pomóc? 02.04.07, 09:42
            Ja poproszę o zmniejszenie wrażliwości.
    • chalsia Re: terapia... 02.04.07, 00:06
      nie pamiętam dokładnie, ile czasu korzystałam z psychoterapii ale co najmniej
      ze 2 lata.
      W początkowym okresie 2 razy w tygodniu, potem raz na tydzień. Ewidentnie
      zmniejszenie czestotliwości spotkań działa na niekorzyść, bo wydłuża proces.
      To jest/ma być praca nad sobą i to ciężka, w dodatku w trudnych okolicznościach
      życiowych, więc im spotkania częstsze (2 x tydz), tym lepsze i szybsze efekty.

      W podsumowaniu o terapii - warto, polecam.
      Chalsia

      PS. Niestety daleko nam do amerykańskich standardów - 3 spotkania za frico by
      sprawdzić czy dana szkoła terapii i konkretny terapeuta "pasują".
    • e07 Re: terapia... 02.04.07, 00:16
      Wychodziliśmy z terapii małżeńskiej, a więc dwuosobowej i braliśmy sie za łby w
      samochodzie. Terapia odkrywała w nas pokłady agresji. Ale to nie pomogło
      naszemu małżeństwu, jak widać po moim powrocie na forum. Nie oczyściło, nie
      wymiotło śmieci ze związku odkrywając brylant miłości. Ale może pomogła
      zrozumieć, że nie mamy szans i dzięki temu nie będziemy sie męczyć ze sobą do
      końca życia? Tak przynajmniej to sobie tłumaczę...
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka