Witajcie. Choć formalnie rozwodu nie biorę, bo związek wolny, to
reszta podobna... Z jedenj strony wiem ze pocieszenim dla mnie moze
byc brak przykrych rozpraw sądowych, ale z drugiej problem pojawił
się przy podziale "majątku", na szczęście niedużego na dzień
dzisiejszy, bo mieszkanie wynajęte, wspólny dom dopiero miał się
budować, ale ... niezdążyliśmy, a w listopadzie miały być
fundamenty wylewane...

Ale nie w tym rzecz w tej chwili, teraz
nie wiem jak sobie poradzić w zaistniałej sytuacji. Jak przestać
kochać? Bo to niestety ja kocham nadal a On układa sobie życie z
kimś innym. Zresztą próbował już tak od jakiegoś czasu, ze mną
planował wspólne życie, dzieci, ten nieszczesny dom, wiele razy
wyobrażaliśmy sobie jak to za rok będziemy siedzieć przy kominku
itp., a w międzyczasie spotykał się z tą drugą, obiecywał jej
wspólne mieszkanie, mówił że ze mną już nie jest, tylko że razem
mieszkamy bo mieszkanie wynajęte, jednym słowem okłamywał i mnie i
ją. Tak szczerze to od kwietnia wiedziałam że mnie zdradził
(zdradza), ale za każdym razem kiedy przyłapałam go na ewidentym
kłamstwie (tak było chyba 3 razy), kazałam się wynosić to prosił,
obiecywał że nigdy więcej, że to był błąd, że to ze mną chce być. A
ja go kocham więc wierzyłam. Ostatni raz powiedziałam stanowcze
nie, spotkałam się nawet z tą drugą która na początku była równie
wkurzona za te wszystkie kłamstwa,zrozumiała ciągłe wymówki
dlaczego nie chciał z nią zamieszkać, i też powiedziała nie. Tylko
że szybko zmiękła i on przeniósł się do niej,nie zabierając nawet
wszystkich rzeczy,tylko parę ubrań. Ja jak później uświadomiłam
sobie że teraz jestem sama, że ciągle mimo wszystko go kocham
chciałam żeby wrócił,ale on już nie chce. powiedział że za bardzo
mnie skrzywdził, że jest mu potwornie wstyd, że nie chciał, że nie
wie dlaczego to zrobił, że naprawdę chciał byc ze mna, mieć ten
dom,że ona miała być tylko przygodą, ale potem nie potrafił
skończyć, a ja zaczęłam drążyć....że gdybym sie tak nie czepiała to
on by to skończył, ale... A teraz nie chce mnie więcej krzywdzić bo
na to nie zasługuje.I poszedł czym skrzywdził mnie najbardziej.
Jest mi źle tak jak nigdy dotąd. Przez pierwsze 2 tygodnie miałam
zwolnienie bo nie miałam siły iść do pracy,nie wstawałam z
łóżka,nie jadłam,teraz jakoś funkcjonuje,ale w jakimś otępieniu,jak
mrano otwieram szafe i widzę (męskie koszule których nie zabrał) to
od razu płacz. Wiem że on nie wróci, choć jeszcze gdzieś tam tli
się jakaś nadzieja. Może dlatego że ciągle jeszcze żyje w takim
zawieszeniu, ciągle są tu jego rzeczy,ciągle nie wiadomo co moje co
jego, on z tą drugą szuka mieszkania, i mówi mi że teraz nie ma
gdzie zabrać reszty rzeczy, ale ja jak na to patrze to cierpię
jeszcze bardziej. Za każdym razem jak kłądę się spać liczę że jak
się obudzę to wszystko okaże się tylko koszmarnym snem. Zwyczajnie
nie potrafie bez niego żyć. i tęsknię, potwornie. A do tego jeszcze
święta, pierwsze samotne... Chyba nie dam rady

Przepraszam ze
tak się rozpisałam, ale musiałam się komuś wygadać.