17.12.07, 14:01
kłaniam się wszystkim jako Nowy Dzieciak w Bloku (czyli na tym
forum) smile

Jak zniesie ośmioletnia dziewczynka i czteroletni chłopczyk moje
odejście z domu? Kocham je bardzo, ale nie chcę tkwić w zwiazku, w
którym żona jest mi obojętna na tyle, że jej opowieści o tym, jak
adorują ją rzesze facetów w ogóle mnie nie ruszają...? Szarpię się
z tym od jakiegoś czasu... Nie potrafię już okazywać jej uczuć, co
wywołuje jej fale gniewu, wydaje mi się też, że wkurzam ją jako taki
(niejeden raz dała mi to odczuć), a nie chcę, żeby dzieci były
świadkami (lub co gorsza współuczestnikami awantur)... Uwielbiam
dzieci, widzę, że mnie potrzebują (zwłaszcza syn) ale nurtuje mnie
pytanie: czy poświęcenie własnego szczęścia dla zachowania
klasycznego układu rodziny 2+2 zostanie przez nich docenione...?
Jestem czlowiekiem, niestety, którego często męczy nadmiar pytań...
może gdybym zmierzał przez życie prostą drogą, byłoby inaczej...?
Obserwuj wątek
    • salsa13 Re: dzieci... 17.12.07, 14:10
      trzy lata temu odpowiedziałabym inaczej
      czyli - rodzina ponad wszystko!!!
      dzisiaj z perspektywy czasu i opadnięcia emocji
      oczywiście, że nie docenią, za parę lat dzieci pójdą swoją drogą
      i będą się powstrzymywałay przed modelem rodziny gdzie rodzice nic
      do siebie nie czują i tkwią w toksycznym związku, oszukując siebie i
      otoczenie , że wszystko jest ok.
      A nadmiar pytań nie tylko męczy Ciebie, myślę, że wszyscy tutaj
      przeszli przez gonitwę myśli.
      Nie da się inaczej, trzeba wszystko przeanalizować tysiące razy
      przed podjęciem decyzji. Powodzenia!
      Witaj w klubiesmile
    • aron95 Jeśli żona rozrywkowa 17.12.07, 14:53
      to możesz Ty dzieci wziąść
      • wesoly_zniwiarz Re: Jeśli żona rozrywkowa 17.12.07, 15:00
        aron95 napisał:

        > to możesz Ty dzieci wziąść

        nie, nie jest rozrywkowa, choć proponuję wyjścia np. do kina czy
        knajpy, zawsze znajdzie jakąś wymówkę...
        • aron95 Re: Jeśli żona rozrywkowa 17.12.07, 15:04
          Może wcześniej spróbujcie terapii małżeńskiej .
          • wesoly_zniwiarz Re: Jeśli żona rozrywkowa 17.12.07, 15:07
            nie z moją żoną takie numery. Jest... pedagogiem i na
            moje: ,,terapia'' odpowiada: ,,żadna terapia ani wizyty w poradniach
            nie wchodzą w grę''
            • aron95 Re: Jeśli żona rozrywkowa 17.12.07, 15:25
              Skoro rozmowy nie pomagają to słowa pisane użyj . Wypisz w punktach co Ci się
              nie podoba , żona niech to samo zrobi .
              Dajcie sobie czas , gdzieś sie w swoich pretensjach może spotkacie .

              Chwilowa rozłąka na przemyślenia również pomaga .
              Dla dzieci troche poświecić sie warto .
              Rozwieść się zawsze można


              • wesoly_zniwiarz Re: Jeśli żona rozrywkowa 17.12.07, 15:36
                chwilowa rozłąka na przemyślenie nie jest chyba złym rozwiązaniem...
                ale obawiam się, że w przypadku mojego powrotu do stadła,
                fakt ,,rozłąki'' może być wykorzystany przeciwko mnie... podobnie
                jak w kłótniach wykorzystuje moje zawodowe potknięcia żeby mi
                dołozyć...
    • plujeczka Re: dzieci... 18.12.07, 08:40
      nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie Twoje ale pamietaj ,że
      dzieci bardzo przezywaja rozstanie rodziców, bedą pojawiac się
      leki, zamkna sie w sobie itp-ale z 2 strony nie warto tkwic w
      toksycznym zwiazku, po rozstaniu można też opiekowac sie dziećmi
      ale..........warto tez powalczyć o swój zwiazek moze jednak nie jest
      jeszcze za pózno tylko za duzo pretensji i zalu skumulowało się.
      Zycze wytrwałości
    • ivone7 Re: dzieci... 18.12.07, 15:05
      Witaj..
      z perspektywy czasu wiem, ze wszystko da sie przezyc..nawet przez 4-
      latka..warunek tylko jeden trzeba mu objasnic dlaczego tak sie
      dzieje a nie inaczej..
      tak jak opisywales swiat dzieciom, ze slonce swieci..bo..tak samo
      musisz ty im wyjasnic, jesli oczywiscie podejmiesz taka decyzje,
      dlaczego sie rozstajecie z zona...
      ale mysle, ze mimo tego co piszesz o wasz zwiazek jest szansa
      zawalczyc, ona ewidentnie chce wzbudzic twoje zainteresowanie i
      zazdrosc..nie znosi porazek ( terapia bylaby przyznaniem sie do
      takowej)..ja na Twoim miejscu postawilabym ultimatum..terapia, proba
      naprawy albo....
      mam nadzieje, ze bedziesz na tyle konsewentny..ze uda Ci sie
      osiagnac przynajmniej to..ze bedziesz miec swiadomosc ze probowales
      wszystkiego by uratowac malzenstwo i rodzine...
      w klamstwie zyc nie warto...a dzieci na kazde oszustwo sa bardzo
      wyczulone...

      • wesoly_zniwiarz Re: dzieci... 18.12.07, 15:59
        Jestem w tym małżeństwie dla dobra... dzieci. Nie swojego. To jest
        moja motywacja. Gdyby nie one, sekundy bym się nie wahał... bo po 10
        latach małżeństwa wiem NA PEWNO, że to nie jest moja druga połowka
        pomarańczy. Jestem w stanie wiele znieść i zaakaceptować, ale jakoś
        nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, kiedy mój syn nie doczeka mojego
        powrotu z pracy... a potrzebuje mnie i teskni za mna w ciągu dnia do
        tego stopnia, że zbiega w kapciach po klatce schodowej prawie na sam
        dół żeby się przywitać... Dla niego to robię. I dla córki. Czasem
        jednak zabija mnie świadomość, że mijają mnie sytuacje,
        doświadczenia czy wrażenia, które są udziałem bliskości fizycznej
        czy psychicznej drugiego człowieka a których nigdy nie doświadczę ze
        względu na to, jakim jest cżłowiekiem moja małzonka. I - by rozwiać
        Wasze wątpliwości - chodzi o drobne, codzienne gesty wskazujące na
        to, że jest się szanowanym i docenianym jako osoba, a nie
        dostarczyciel pieniędzy czy opiekun dzieci...
        • markus_wak Re: dzieci... 19.12.07, 01:07
          Wydawałoby sie, że życiowe sytuacje sa niepowtarzalne, a czytając Twój post
          przeczytałem o sobie sprzed paru lat. Tylko Ty chyba wcześniej zajrzałeś na forum.
          Nawet typ żony masz podobny, a więc prawidłowości w doborze partnerów to nie
          bajki tylko jakieś tam reguły z życia wzięte. Opowiem Ci o jednym z wariantów
          czy scenariuszy:
          Żona uważa, ze może grac z Tobą ostro bo jesteś zablokowany na pozycji meża
          przez fakt bezwarunkowej miłości do dzieci, może religii. Szczerze mówiąc
          związek z Tobą nie ma byc partnerski, pewnie też uważa że nie jesteś połówka jej
          pomarańczy i okazuje ci to z pełną dezynwolturą, małżeństwem nie jest specjalnie
          zachwycona, ale ma męża a to póki co wartość kobiety podnosi, dzieci sa no i
          dobrego ojca mają więc tym bardziej rozpad związku oznacza dla jej ego
          siarczysty i do tego publiczny policzek. Więc dostajesz przy kazdej okazji za
          jej strach przed konsekwencjami, a z tchórzostwa przed Twoją otwartą reakcją
          zasłania się dziećmi. Taki wojownik w spódnicy tchórzem podszyty, (gdzie te
          amazonki , gdzie.... ?; na pewno znajdziesz takie na tym forum) Jesteś karany
          przy użyciu "kanałów dostępu" do Twojego wnętrza jakimi są tak mało machowskie
          zachowania jak potrzeba bliskości fizycznej, emocjonalnej, szacunku dla swojej
          osoby i ludzkich słabości. I może, ale nie na pewno, zakłada, że nie stac Cię na
          wyprowadzkę, a to jest jedyna rzecz która może ją zranić. A teraz co będzie jak
          ja zranisz ? Czy będzie chroniła dzieci przed skutkami Waszych działań?
          Przerobiłem sytuację bardzo podobną i nadal przerabiam. Dzieci sa manipulowane,
          wykorzystywane do załatwiania doraźnych wyroków na mnie, bo to nie jest łatwe do
          zniesienia, gdy się wie, że facet dzieci kocha na zabój, a ich matki nie.

          Prawdopodobnie to Ty będziesz zmuszony wytłumaczyć i dzieciom i wszytskim wokół
          co się stało. Z dziećmi wędrówki do psychologów masz zagwarantowane o ile żona
          nie będzie Ci tego utrudniać, samotne noce bez brzęczenia dzieciaków są
          koszmarem takim, że wyć się chce, A smutek rozstającego sie z Tobą dziecka drze
          serce jak starą szmatę. Sam się będziesz łamał, i będziesz łamany w celu powrotu
          i udowodnienia, że Ci odbiło, ale zmądrzałeś i wróciłeś - upokorzenie "first
          class'. Dzieci będą miały mętlik w głowie, regresy (poczytaj Nangę - potrafi
          doradzić w tych kwestiach jak nikt inny) i tylko od Twojej konsekwencji i
          absolutnej impregnacji na prowokacje, uprzedzajacej uprzejmości z która nie da
          sie walczyć, masz szansę doprowadzić do jakiej takiej równowagi. I jest całkiem
          spore prawdopodobieństwo, ze dzieci w jakimś stopniu stracisz do czasu az zaczną
          same myśleć. A zaczną na pewno, i to pewnie szybciekj niż ich rówieśnicy bez
          takich doświadczeń. Będzie trzeba bez ustanku powtarzać im razem i kazdemu z
          osobna "kocham Cię", i nie próbować "odkupienia winy" bo uznają, ze matka ma
          racje i to ty jestes winny ich sytuacji. I znosić ich humory nieznośne(dzięki
          Nango za wsparcie jeśli to czytasz smile ) ze stoickim spokojem i
          anielskowybaczającą cierpliwością. Mnie sprawia to wielki problem.

          Tragiponure ? Niestety. Jest tez dobra strona - jesli wytrzymasz i będziesz dla
          nich na każde zawołanie, a nawet bez zawołania, bo matka pewnie zadba by nie
          wołały - ze strachu przed jej niezadowoleniem, będą Cię szanowały - za
          uczciwość, będą smutne , ale będą kochały szczerze. Życie już zawsze będzie
          miało gorzki posmak ( ale czy teraz nie ma ?), i zawsze z otwartym czołem
          powiesz synowi i córce, że nie wolno żyć w zakłamaniu, a decyzje mają
          podejmować zgodnie z własnym sumieniem, a nie ze strachu - i jest nadzieja, że
          to docenią.

          Najlepiej, zanim cokolwiek zrobisz idź do psychoterapeuty sam, powiedz jak jest,
          oceń z nim/nią jakość związku w którym tkwisz, dowiedz się od psychospeca więcej
          o "profilu" swojej żony, abyś wiedział, czy przypadkiem nie wyrzucasz na złom
          związku który może nie będzie z wiekiem nabierał patyny ze szlachetnością
          bentleya czy jaguara, ale do dalszego życia jak najbardziej sie nadaje tylko
          trzeba zmienić styl jazdy i metody serwisu wink. Pamiętaj, że złomowanie to nie
          jest tania impreza .

          Do niczego Cię nie namawiam, ani od niczego nie odwodzę. Ale cokolwiek
          postanowisz będziesz musiał ponieść tego konsekwencje. Możesz próbować naprawiać
          związek, lub nie. A w zasadzie związek i tak będziesz musiał naprawić, bo nawet
          jeśli się rozstaniecie jako małżeństwo, to rodzicami będziecie wspólnie, choć to
          się pewnie zonie bardzo nie spodoba. Musisz sobie odpowiedzieć pod jakim
          sztandarem chcesz odnosić rany. Bez szwanku nie wyjdziesz z tej opresji w której
          jesteś, to pewne.

          Przeczytałem co tu napisałem i niczego nie cofam.
          Pozdrawiam - Markus
          • wesoly_zniwiarz Re: dzieci... 20.12.07, 12:16
            Dzięki Markus za te słowa prawdy. Szczerze mówiąc nikt chyba do tej
            pory nie przedsawił mi tego tak przejrzyjście.
            Psychoterapeuta? Tak, sądzę, że się przyda, choć myśli samobójcze
            mam już za sobą (wielokrotnie wydawało mi się w trakcie konfliktów
            z żoną że staję przed jakimś murem i tylko taki krok może mi coś
            dać, jakby krzyk rozpaczy...). Myślę, że pomoże mi spojrzeć z boku
            na to wszystko...
            Widzisz, naprawa związku w tym przypadku nie polega na ciągnących
            się długo w noc szczerych rozmowach... Bo nie dają one żadnego
            efektu.
            Trzy lata temu , po pięciu latach nieustających rozmów, zmieniłem
            taktykę. Pierwszy raz powiedziałem, że brak mi już uczuć do niej. Że
            przez lata hołubienia córki, a odsuwania mnie na dalszy plan, zabiła
            je we mnie. Zabrałem rzeczy i się wyprowadziłem. Był to dla niej
            szok. Telefonom nie było końca i… jeszcze tego samego dnia wróciłem.
            Jej z biegiem czasu szok minął i.. sytuacja wrócia
            do ,,normalności’’. Czyli stanu pierwotnego. No, prawdę
            powiedziawszy, udało mi się wywalczyć trochę przestrzeni dla siebie.
            Powodem, dla którego wróciłem, były.. dzieci, a zwłaszcza
            kilkumiesięczny wtedy synek. Może gdybym jednak wyprowadził się na
            dłużej, zmiany nie miałyby charakteru przypływów i odpływów ale
            osiągnęłyby jakiś constans? A ja tylko nie chciałem być złym ojcem,
            który porzuca kilkumiesięczne dziecko…
            Od tego czasu, na wzór właśnie przypływów sytuacja wciąż wygląda
            tak samo: jej pretensje sięgają stanu kulminacyjnego, żadne rozmowy
            nie pomagają więc stawiam sprawę na ostrzu noża i mówię, że nie
            jestem w stanie żyć i pokochać ją, kiedy ona w CAŁOŚCI mnie nie
            akceptuje. Wtedy ona uderza w płacz, że ją ranię (na moje
            przypomnienie, że nie bierze się to znikąd tylko ma to swój początek
            lata temu płacz jest jeszcze większy bo: NIE POTRAFIĘ JEJ WYBACZYĆ).
            Po wszystkim ona zmienia się dla mnie. Jest uprzedzająco grzeczna.
            Do momentu… kiedy jej minie. Owszem, w wyniku dzikich awantur udało
            mi się wyrąbać (sic!) nieco szacunku do siebie, lepszej organizacji
            życia rodzinnego, żeby bardziej o siebie dbała, ale… przestałem ją
            kochać. Jej opowieści o tabunach facetów robiących do niej maślane
            oczka w ogóle mnie nie ruszają. Przyjąłbym jej romans z ulgą…
            I tak trwam w tym czymś…

            A może my zwyczajnie do siebie nie pasujemy? Nie ta - przepraszam za
            wyrażenie - chemia?
            Dzięki Tobie Markus i Wam Wszystkim za dobre słowo smile
            • markus_wak Re: dzieci... 21.12.07, 00:44
              Jak już pisałem uważam, ze podobieństwo naszych żon jest uderzające. Są to
              manipulatorki , które jak sądzę z obserwacji własnych i różnych rozmów i lektur
              posiadają jawną lub ukryta potzrebę władzy absolutnej nad otoczeniem wynikająca
              zarówno z kompleksów i niskiej samooceny, jak równiez z niechęci do podejmowania
              działań osobiście oraz dążeniu do unikania odpowiedzialności i przerzucania jej
              na partnera , a nawet dzieci (tak było w moim przypadku).

              Nam udało się dotrzeć do głównego pytania jakie sa nasze cele życiowe i okazało
              się że uległy one zmianie i stały się mocno rozbieżne. W połączeniu z różnicą
              charakterów, potzreb , temperamentu i podejścia do własnej i partnera
              seksualności podobnie jak ty stanąłem przed ścianą. Łączyła nas przeszłość z jej
              równoległym dojrzewaniem, budowaniem własnej osobowości, wiele miłych i
              niemiłych chwil, dzieci i wspólnota majatkowa.
              Myśli samobójcze - tak, ale raczej jako wentyl bezpieczeństwa, natomiast powazną
              sprawa stały się: codzienny alkohol w dawkach pozwalających na sen i krytyczne
              problemy ze zdrowiem. Doszedłem do takiego stanu organizmu ( nie z powodu
              alkoholu, z którym nigdy nie przekroczyłem progu kultury i terapii -ale byłem
              bardzo blisko uzależnienia, że po wizycie u specjalisty jednego i drugiego,
              którzy przedstawili mi swoje wersje leczenia mojej somy, które okaleczyłyby mnie
              na zawsze, powiedziałem sobie dość. Nie ma takiej religii, ani takiego Boga,
              który by ode mnie wymagał samounicestwienia w imię zachowania trwałości
              małżeństwa. Zadałem sobie pytanie : czy kiedykolwiek będę w stanie pokochać żonę
              na nowo tak jak jak kocha się małżeństwo - na dobre i na złe, Czy kiedykolwiek
              zaufam jej tak by nie myśleć, że jak znowu się w życiu potknę, to ona dołączy do
              grona moich przeciwników bo trzymać tzreba z silniejszym. Co będzie kiedy nie
              będę atrakcyjny, silny zaradny - czy wierzę że wtedy będę mógł na nią liczyć
              jako najbliższego człowieka, któremu każdego dnia oddaję wszystko co mam.
              Odpowiedź była negatywna. I zaproponowałem jej dwa warianty dalszego życia:
              kohabitacja lub rozstanie. Wybrała rozstanie. podjąłem decyzję o tym że się
              wyprowadzę, ale na swoich warunkach, tak by dzieci miały szansę i aby nie byc
              łatwym łupem jej zemsty. Więc nie jestem łatwym łupem mimo kolosalnej presji
              jaka na mnie przez róznych posredników wywiera.
              A zeby nie było tak prosto - to nadal kocham w niej to co zawsze kochałem, i
              nadal z przyjemnościa na nia patrzę - bo jest bardzo atrakcyjna kobietą. I nie
              przeszkadza mi mysl że może kogos mieć bo ma do tego prawo, tylko niech się nie
              odgrywa na dzieciach, a robi to notorycznie , choć do wszystkich zabiegów używa
              białych rękawiczek.

              I nie czuję sie winny wobec dzieci, bo dzieci wychowuje się we dwoje. Nawet
              jeśli jest to osobne dwoje. A ze swojej strony wykonuję 200% normy. Jest mi
              tylko niezmiernie szkoda że dopuściłem do tego aby moje dzieci miały taka matkę.

              I dlatego świadomie podjąłem swoją decyzję. I jest mi bardzo ciężko z nią żyć,
              ale czuję się lepiej niż wówczas. Nikt nie obiecywał mi latwego życia i go nie
              mam. Ale czuję smak decyzji a nie gorycz tchórzostwa, zakłamania i karmienia się
              złudzeniami zmian u kogos kto jest od dawna ukształtowany.

              Nigdy za wiele o sobie tu nie pisałem z obawy przed demaskacją, ale wiem jak
              ciężko jest znalleźć się w kleszczach miłości do dzieci i meskiej ambicji i
              dlatego rozpisałem sie bardziej. Niewiele osób rozumie jak trudno jest być
              facetem, który nie może sobie pozwolić na wyłączenie emocji i wrażliwości ze
              względu na poczucie odpowiedzialności za własne dzieci.

              Swoją decyzję podejmij świadomie, i nie cofaj jej bez BARDZO WAżNEGO POWODU.
              Cokolwiek zrobisz zapłacisz za to drogo, więc wybieraj mądrze.

              Markus
          • nangaparbat3 Markus 20.12.07, 23:33
            nawet z tym złomowaniem - mogę się tylko pokłonić. Po prostu.
            • markus_wak Re: Markus 21.12.07, 01:05
              złomowanie jest kontrowersyjnym porównaniem, ale myślę, że dla nas czytelnym wink.

              A chylić czoła nie masz powodu bo do większości przemyśleń i decyzji doszedłem
              bo konsultacjach na forum (choć nie tylko) w czym miałaś swój istotny udział.

              Teraz miałem okazję oddać to co otrzymałem od forumowej społeczności, za co
              jestem Wam wszystkim bardzo wdzięczny.

              Jeśli moja wypowiedź przyda się komuś do podjęcia lepszej decyzji to może gdzieś
              u góry plusa mi postawią ?
              • sylwiamich Re: Markus 21.12.07, 04:16
                Czytając wasze posty stwierdzam że zmory nadal we mnie siedzą.Tyle
                lat po rozwodzie....
                Jestem taką żoną.
                Tak o mnie mówił mój mąż były...tak jak Wy.I ja nadal się w sobie
                doszukuję winy.
                1.Potknięcia.
                Bywały.Bardzo często.Zbyt często.Trudno wspierać kogoś do
                upadłego.Trudno wspierać kogoś, kto SAM podejmuje decyzję, a
                oczekuje, że skutki będzie ponosić cała rodzina...bez szemrania.Bo
                jest to odbierane jako niesubordynacja.Zawsze byłam jego największym
                wrogiem.
                2.Manipulowanie dziećmi.
                Taaa...gdy tato po raz 15 obiecuje i wymyśla ufoludkowe przeszkody,
                a dzieci czekają i wierzą i cierpią...mówiłam złe słowo.Nie licz na
                niego.Ja to znam...zawsze tak robił.Kochaj go, ale nie traktuj jego
                obiecywań poważnie.Zaoszczędzi Ci to rozczarowania.
                3.Straszenie.
                Było...
                Rozwiodę się z Tobą, zabiorę dzieci, skończysz marnie.Wyprowadzki,
                kłótnie, awantury, głupie zagrywki...wszystko co może wymyśleć
                zdesperowany człowiek podstawiony pod ścianą.
                Moja historia nie jest waszą historią.Ale teraz, w nowym związku nei
                mam żadnego z tych problemów.A mój mąż nie ma presji utrzymywania
                dzieci i mnie.I wszyscy powinni być szczęśliwi.Ja jestem dlatego że
                go juz w moim życiu nie ma....tylko dlatego.On...pisze że chce
                wrócić i żebym się przestała wygłupiać.Jestśmy od lat po
                rozwodzie.Nigdy nie traktował mnie seriosmile))))
    • sumeja Re: dzieci... 19.12.07, 11:31
      Mam wrazenie, że czytam o sobie!!!!Ja też jestem z mężem tylko dla
      naszej córeczki.Jes mi kompletnie obojętny chociaż czasem mam
      wątpliwości ale to tylko dlateg, że boję się zostać sama.Ciekawe jak
      długo będę się jeszcze tak męczyć???/
      • storczyk70 Re: dzieci... 19.12.07, 12:25
        Markus napisał samą prawdę. Jestem dorosłym już dzieckiem
        rozwiedzionych rodziców. Zostałam z matką (miałam 10 l.) nie wiem
        czemu? Tu miałam szkołę, koleżanki znałam rodzinę, miejsce. Nie wiem
        jak wyglądało by moje życie z ojcem ale teraz mój wybór byłby inny.
        Terror psychiczny jaki miałyśmy z siostrą w domu po rozwodzie
        ściągał mi do głowy złe myśli. Nikomu się nie skarżyłam, czasami w
        poduszkę powtarzałam, że nie nawidzę matki. Kochałam mojego ojca.
        Kiedy wracał z pracy i szedł do kiosku po gazety uwielbiałam biec z
        nim. Pamiętam jak mówił - będziecie żałowały, że tu zostajecie. Do
        dziś pamiętam ich rozwód i słowa mojego ojca. Jednak kochałam matkę,
        przeżywała nasze spotkania z ojcem, bolała ją głowa itd. Na
        dzieciach robi to wrażenie. Powiedziałam, że nie chcę spotykać się z
        ojcem. Dlaczego - nikomu nie powiedziałam (nie chciałam ranić
        matki).Kontakty się urwały. Czasami, kiedy byłam w okolicy miejsca
        zamieszkania mojego ojca widywaliśmy się - trochę na sztywno.
        Dorosłam, urodziłam dziecko. Napisałam do ojca list. Nasze kontakty
        trwają od ponad 10 lat i oby trwały jak najdłużej. Widujemy się
        kilka razy w roku (mieszka w innym mieście). Moje dzieci go
        uwielbiają a ja wiem, że zawsze mnie kochał. Kocha moje dzieci -
        moja matka prawie ich nie zna. A mieszka ˝rzut beretem˝ ode mnie.
        Miałam pranie mózgu. Nigdy nie usłyszałam nic dobrego o ojcu. Za to
        krytykom jego osoby nie było końca. Kobiety po rozwodzie krzywdzą
        dzieci. Zadbaj o kontakty z dziećmi. Za wszelką cenę! I powtarzaj
        jak bardzo je kochasz. Mów, że zawsze mogą na ciebie liczyć. I
        pamiętaj o tym co mówiłeś, żebyś ich nie zawiódł. Też przechodziłam
        kryzys małżeński, ale nigdy nie mówiłam źle o ojcu moich dzieci. Bez
        względu na to jak źle było między nami. Powtarzał dzieciom, że TATUŚ
        je kocha. Na palce wróciły obrączki i jest ok.
        • storczyk70 Re: dzieci... 19.12.07, 12:38
          A może w czasie ew. rozwodu zawalcz o dzieci dla siebie.
    • aron95 Dzieci powinny z ojcami zostawać 19.12.07, 14:13
      Jak ojciec odpowiedzialny to tylko to dzieciom na zdrowie wychodzi .
      I ojcowie nie są tak mściwi na kontakty matkom pozwalaja bardziej chetnie.
      • salsa13 Re: Dzieci powinny z ojcami zostawać 21.12.07, 07:32
        oj Aron, Aron...
        a co jak matka chętna do kontaktów ojca z dzieckiem
        a tatuś jakoś tak niechętny???
        a podobno nawet i odpowiedzialny...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka