agita123
26.03.08, 19:12
Czesc. Juz nie mam siły. Daze do rozwodu spokojnego i
pzyjacielskiego. Moze to moje mzonki ze cos takiego wogole da sie
przeprowadzic???
Skad wy bierzecie energie zeby przerwac toksyczny zwiazek??? Skad
odwage na przejscie przez piekło i batalie, po ktorej nie zostaje
juz nic.
Pozycie malzenskie ustalo kompletnie jakis rok temu. Nigdy nie bylo
ok i wlasciwie nie wiem jak zrobilismy dziecko. Spimy w oddzielnych
pokojach, placimy rachunki na pol, nie wychodzimy razem do
znajomych, ostatnie swieta spedzilismy oddzielnie.
Nastawił moich rodzicow przeciwko mnie - to byl koszmar, osaczenie
na całej linii. Wyslał mnie na terapie - oddzyskalam kontakt z
rodzicami i zyskalam przekonanie ze moje uczucia sie nie zmienia.
Zaciagnal mnie nawet do egzorcysty...
Wszelkie rozmowy o rozwodzie za obopolna zgoda nie wychodza. Bo: 1.
Bog poswiecil zwiazek malzenski ktory jest do konca zycia i
gwarantuje ze bedzie dobrze, 2. bo zgoda na rozwod jest wbrew jego
przekonaniom i jak teraz sie zgodzi to za 3 lata bedzie mial raka, a
jak go ktos kiedys zapyta to on do konca byl pzeciwko.
Czy rozwod kiedy jedna strona nie chce sie zgodzic jest bardzo....
hmmm... meczacy? Mam dziecko... Poprostu nie chce zeby bylo szarpane
przez to wszystko. Chciałabym zeby mimo wszystko mial ojca i odzicow
ktorzy zachowuja wzglednie dobre relacje. Czy to wogole jest
mozliwe??? Chyba własnie dochodze do wniosku ze jednak nie.