Dodaj do ulubionych

przyjaciele a rozwód

15.12.08, 12:35
WITAJCIE!
chciałam dołączyć do Waszego grona- świeżo upieczona, rozwód prawomocny za 2
dni....Po przejściach jak Wy wszyscy,dużo za mną. Jestem w nowym związku,
razem parę mcy, jest cieplutko, milutko, troska wzajemna i wogóle. Takie
spełnienie marzeń o prawdziwym związku, wspieraniu, bliskości i zrozumieniu
jakiego nie dane było mi zaznać. Tak to ja się zakochałam-ale ta znajomość to
był katalizator by wyjść ze związku z mężczyzną pracoholikiem, dla którego
troska o rodzinę kończyła się na przyniesieniu pieniędzy, zamkniętym
emocjonalnie. Myślę że bardzo się męczyliśmy razem choć ze względu na poczucie
obowiązku wzgl siebie i dzieci jakoś kleiliśmy to małżeństwo żyjąc obok siebie
a nie razem te lata.
Z Byłym łączy mnie 16 lat i 2 chłopców 15 i 8 lat którzy zostali ze mną.
Akceptują nowego partnera, nie ma większych zgrzytów.Mnie powoli udaje się
wyjść na prostą, odstawiłam prochy przeciwdepresyjne, uczę się żyć z poczuciem
winy i odpowiedzialności..
No ale mam doła w związku z zachowaniem wspólnych z Byłym przyjaciół.
Na początku mojej drogi do rozstania tj w maju napisałam do nich wszystkich
maila-chciałam ich poinformować co się dzieje i jakoś zadośćuczynić byłemu że
to JA zdecydowałam się na rozwód...
Na szczęście nie dali się wplątać w sprawę sądową ale nie odzywają się wogóle.
Jakoś nikt nie ma czasu -a ja myślę że chęci..
Strasznie mnie to boli, chciałabym poczuć tą odrobinę akceptacji i
przyzwolenia na układanie życia tak jak ja tego potrzebuję. Nikt z nich nie
przepłacze za mnie moich łez, nie przechoruje depresji....
Czy też czuliście takie odrzucenie, izolację, ostracyzm bo śmieliście
zniszczyć "święty związek małżeński"??
Dla wyjaśnienia dodam że nigdy nie dałam się poznać jako romansująca, jestem
katoliczką- a może byłam bo teraz to już tylko wierzącą- śpiewałam 7 lat w
chórze przykościelnym ale mnie w związku z sytuacją wyprosili stanowczo...
Kurde-to wszystko bardzo boli, myślałam że mamy XXI wiek...
Strasznie smutno nie mieć z kim umówić się na kawę i pośmiać tak poprostu z
niczego.
Co myśleć o zachowaniu ludzi?? Co robić??
Obserwuj wątek
    • tricolour Czego byś oczekiwała? 15.12.08, 12:42
      Przyjaciele oraz inni ludzie (np. chór) mają prawo do własnych
      odczuć i decyzji. Nie mają obowiazku spałeniać Twoich oczekiwań i
      udawać, że nic się nie stało jeśli dla nich się stało.

      Zdecydowałas się na rozwód, to także pogódź się z konsekwencjami i
      byc może stratą części przyjaciół.
      • uruk.hai najwazniejsze , że jesteś szczęśliwa 18.01.09, 19:30
        Reszta się z czasem ułoży. Znajdziecie nowe "kółka towarzyskie". Ja byłam 10 lat
        temu w podobnej sytuacji. Ja wystapiłam o rozwód, co oczywiście nie było łatwa
        decyzją. Obawiałam sie co będzie dalej, jak dam sobie radę itp. Zaskoczeniem
        były dla mnie reakcje "przyjaciół". Niby nikt nic wprost mi nie zarzucił, ale
        okazało sie, że nagle wszyscy stali sie wielce tradycyjni i zapomnieli o swoich
        komentarzach , że nie pasujemy do siebie z mężem... Wiedziałam , że po rozwodzie
        będzie trudno, ale nie przypuszczałam, że jakiekolwiek "fochy" mogą mnie spotkać
        ze strony znajomych.
        Powiem Ci jak to wygląda z perspektywy czasu. Rozwód to była jedna z
        najlepszych, choć najtrudniejszych, decyzji w moim życiu. Wzięłam swoje życie w
        swoje ręce i czuję sie spełniona. Mam nowych przyjaciół, na których już wiem ,
        że mogę liczyć w każdej sytuacji. Czasem spotykam się ze "starymi " znajomymi, i
        kiedy na nich patrzę jestem trochę zażenowana, że uważałam ich za prawdziwych
        przyjaciół a okazali się zwykłymi hipokrytami...
        Ty jesteś w lepszej sytuacji o tyle, że już znalazłaś drugą połówkę, która Cię
        wspiera. Dokonałaś dobrego wyboru i bądź szczęśliwa. Nie odwracaj się za siebie
        - nie warto!!!
        • prakseda2 a co zrobiłaś, żeby ratować małżeństwo? 18.01.09, 22:04
          Czyli jak rozumiem - chłop harował, a paniusi się zachciało amorków, kwiatków i
          uniesień?

          A co zrobiłąś, aby ratowac to małżeństwo?

          jakiś przewodnik duchowy, terapeuta rodzinny, lektura, psychologa?

          Czy po prostu tkwiłaś biedna w tym niedobrym związku, a potem - jak tylko
          poczułaś inne spodnie, to poleciałaś jak ćma, usprawiedliwiając swój ruch
          "zimnem" emocjonalnym męża.

          Nigdy wcześniej taki nie był?

          Więc co mu zrobiłaś, że taki się stał?

          Wyobrażam sobie faceta, który harował od świtu do nocy, a tymczasem żonka
          "miltko" się zabawiałą, a wkońcu go porzuciła.

          A dzieci?

          Czasami myślę, że aby móc posiadać dzieci, to ludzie powinni przechodzić
          skomplikowane i długotrwałe testy - czy są na to gotowi. I posiadanie dziecka
          bez takiej licencji byłoby nielegalne.

          Poczytaj sobie, jak rozwody wpływają na życie dziecka. I nie wmawiaj, ze to dla
          nich lepsze, bo nei widzą kłócących się rodziców. Jak to było najważniejsze, to
          trzeba było się nie kłócić. Dla dziecka o wiele ważniejsze jest to, ze rodzice
          sa razem - niechby sie klocili.


          Brak odpowiedzialności, egoizm, niedojrzałość.

          I jeszcze oczekujesz, że bedziemy Cię po główce głąskać - tak, dobrze
          dziewczynko, wyzwoliłaś się, jesteś szczesliwa, a to najważniejsze.

          Żenada.
          • uruk.hai Re: a co zrobiłaś, żeby ratować małżeństwo? 18.01.09, 22:09
            prakseda2 napisała:

            > Czyli jak rozumiem - chłop harował, a paniusi się zachciało amorków, kwiatków i
            > uniesień?
            >
            > A co zrobiłąś, aby ratowac to małżeństwo?
            >
            Nie kazde małżeństwo jest warte ratowania. Życie jest za krótkie , żeby je
            marnowac z powodu jednej złej decyzji.
            • linkaro Re: a co zrobiłaś, żeby ratować małżeństwo? 18.01.09, 22:19
              uruk.hai napisała:

              > prakseda2 napisała:
              >
              > > Czyli jak rozumiem - chłop harował, a paniusi się zachciało
              amorków, kwia
              > tków i
              > > uniesień?
              > >
              > > A co zrobiłąś, aby ratowac to małżeństwo?
              > >
              > Nie kazde małżeństwo jest warte ratowania. Życie jest za krótkie ,
              żeby je
              > marnowac z powodu jednej złej decyzji.


              Zgadzam sie w calej rozciaglosci z uruk.hai jednoczesnie bedac w
              sprzeciwie do nastepujacych slow prakseda2: "Dla dziecka o wiele
              ważniejsze jest to, ze rodzice
              sa razem - niechby sie klocili".

              Znam bowiem osobe, ktora wychowywajac sie posrod rozlicznych klotni,
              majac 10 lat zyczyla sobie (sic!) aby rodzice rozwiedli sie.
              Co wiecej - owczesne 10letnie dziecko, dzis bedac juz osoba dorosla
              ma tych samych, wciaz razem zyjacych rodzicow i nadal przystaje przy
              tym samym zdaniu.
              `Rada` tudziez stwierdzenie paraksad2 jest dla mnie nieco
              kontrowersyjne.
              • prakseda2 Tak, jasne. :] 18.01.09, 23:46
                Ty znasz takie dziecko, a ja sama jestem dzieckiem rodziców rozwiedzionych i
                najmilej wspominam dni, kiedy rodzice byli razem. Jako dziecko nie dostrzegałam,
                ze byli nieszczesliwi - co jest chyba naturalne. I moja trauma zaczęła się w
                momencie, kiedy rodzice nagle zaczeli to pokazywać. Wszystko jednak w tamtym
                czasie bym oddała, aby rodzice jednak się dogadali - tym bardziej, ze po latach
                OBOJE tego żałują.


                A co do Śniezynki - męża się bierze na dobre i na złe.
                Czy on ją bił?
                Katował?
                Sprzeniewierzał pieniadze?
                Molestował dzieci?
                Zdradzał?

                Nie. Wiec cos to takiego sie stalo, ze nie mozna bylo podjąc wysiłku ratowania
                zwiazku, zwlaszcza sakramentalnego?

                Otóz stało sie, nowy chłop sie pojawił na horyzoncie.

                Sama reakcja przyjaciól i znajomych potwierdza, ze mam rację. Bo czemu raptem
                wszyscy sie odwrocili od niej? Wszyscy się mylą? Biedna Śnieżynka.

                Tylko jakos ani slowa o przeżyciach dzieci, o ich milosci do ojca, ktorego teraz
                zastapil jakis obcy facet. Liczy się tylko ona, ona, ona.


                • prakseda2 I jeszcze jedno! 18.01.09, 23:49
                  Gdyby nie było dzieci - powiedziałabym: i dobrze.

                  Twój mąz przynajmniej pozbył się nieudanej, zgryźliwej, niewiernej i
                  nielojalnej zony, ktora w dodatku wywleka swoje problemy na forum i jak pokazało
                  życie, nie była lubiana w towarzystwie. Tylko wygrał.

                  Ale masz dzieci. A jak sie ma dzieci, to sie siebie stawia na drugim miejscu.

                  Katoliczko od siedmiu boleści...
                  • annika.h posłuchaj,zgryźliwa babo praksedo 19.01.09, 01:27
                    na jakiej podstawie twierdzisz ,że autorka postu jest zgryźliwą babą? Na jakiej
                    podstawie wypisujesz ,że mąż harował a ona marzyła o kwiatkach ,szmatkach itp.?I
                    że nic nie zrobiła ,żeby ratować małżeństwo ,bo nie pisze nigdzie ,że nie
                    próbowała.Nie potępiaj jej,bo nic nie wiesz o jej związku poza tym ,że mąż był
                    pracoholikiem (od siebie dodam,że przynoszenia kasy do domu to nie
                    wszystko).Tyle napisała.A co do ratowania małżeństwa za wszelką cenę dla dobra
                    dzieci to pozwól,że się z tobą nie zgodzę,jak również z twierdzeniem ,że dzieci
                    i ich odczucia są najważniejsze.Toksyczna rodzina to żadna rodzina.Rodzice mojej
                    kuzynki dla jej i jej siostry dobra trwali przy sobie niszcząc swoje i swoich
                    córek życie.Efekt jest taki ,że obie dorosłe już córki starają się trzymać jak
                    najdalej od swoich nienawidzących siebie i całego świata rodziców.I nie wybaczą
                    im do końca życia tego piekiełka.Według ciebie ta droga przez mękę była pewnie
                    ok?Aha i jak najbardziej katolicka ,tu się z tobą zgadzam.
                    • prakseda2 To tylko potwierdza moja tezę. 19.01.09, 05:21
                      dalej - jeszcze poproszę, kolejne argumenty, które świadczą o mojej racji.

                      Tak jestem zgryźliwa. Jako dziecko z rozbitej rodziny nie umiem tworzyc
                      normalnych relacji między ludzkich. Popatrz na statystyki w ośrodkach
                      opiekuńczych i zakąłdach poprawczych. 90% przestepstw, w tym ciezkich -
                      popełniajad zieci z robitych rodzin.

                      A nauka? a szkola? Zajdź do najbliższej i popytaj psychologa szkolnego o statystyki.

                      Ale dalej mozesz pieprzyć o szcześciu wspaniałej katoliczki, mamusi, ktora
                      gdzieś ma swoje dzieci, a liczy się tylko zaspokajanie jej potrzeb - erotycznych
                      i nie tylko.

                      Nie pisała nic o maltretowaniu przez meza, o patologii. Wrecz przeciwnie,
                      pisala, ze oboje jakos kleili to malzenstwo i to byl jedyny dojrzaly ruch z jej
                      strony.

                      Ale poznała chlopa i juz wszystko przestalo sie liczyc. SPojrzcie prawdzie w
                      oczy i nie usprawiedliwiajcie swoich niezaspokojonych chuci.
                      • vharia Re: To tylko potwierdza moja tezę. 19.01.09, 06:45
                        Wiesz co, też nie jestem zwolennikiem łapania się za drugie spodnie,
                        kiedy coś nam nie gra (tak samo jak i za drugą spódnicę w przypadku
                        panów). Też uważam, że nad małzeństwem się pracuje, a nie wymienia
                        na inne modele, bo te modele tylko na początku są słodziutkie i
                        milutkie, potem zauroczenie mija i problemy też się pojawią.
                        Ale:
                        Nie zgadzam się KOMPLETNIE z poradami, aby trwać w toksyznym związku
                        dla dzieci a już szczególnie z tym, że te dzieci i tak nie widzą, co
                        sie dzieje.
                        Przedszkolak może nie widzi. Ale trucizna, która jest w tej rodzinie
                        już się sączy do jego głowy. Starsze dziecko widzi i cierpi.
                        Nastolatek widzi jak na dłoni i nienawidzi obojga rodziców. Nie
                        wiesz tego chyba własnie dlatego, że twoi rodzice sie rozwiedli- nie
                        doczekałaś czasów, kiedy miesiącami i latami oglądasz dwoje
                        najbliższych, ale zimnych lub nienawidzących sie ludzi. Rozwód
                        wywołuje nieprawdopodobne cierpienie u dzieci. Życie w rodzinie,
                        która sie nienawidzi NISZCZY dzieci. Odbiera im radość życia i
                        wykrzywia spojrzenie na stosunki międzyludzkie.
                        Charakterystyczne jest to, że dla ciebie również trauma zaczęła się
                        w momencie, kiedy rodzice "zaczęli to pokazywać". Po pierwsze w
                        pewnym momencie sie dorasta do tego, aby "to" zobaczyć. po drugie
                        jak sobie wyobrażasz skuteczne udawanie szczęścia przez kilkanaście
                        lat?!

                        Nie wywołał mojej wielkiej sympatii post założycielki wątku. Też mi
                        to trochę pachnie ucieczką w kwiatki. Ale faktycznie nie napisała,
                        że nie ratowała związku i że poprostu przesiadła się na inne kolana.
                        Choć może tak było? Może znajomi wiedzą, dlaczego się zmyli?
                        Tak czy siak, dzieci nie będą słuchać nocą do poduszki awantur, kto
                        co komu zrobił w tym związku...
                  • catriona Prakseda 19.01.09, 09:16
                    Ja jestem dzieckiem rodzicow ktore sobie zyczylo zeby sie rozwiedli odkad
                    pamietam. Wiem, ze bylaby to dobra decyzja wtedy i teraz.

                    Rozumiem Twoje prawo do odmiennej opinii.

                    Natomiast nie podoba mi sie bardzo to ze przypisujesz sobie prawo do OCENIANIA
                    czlowieka na forum, ktory tu przyszedl po WSPARCIE.

                    Moze warto byloby wpisac cos takiego na gorze w tym forum (i w wileu innych
                    zreszta).

                    Nie chodzi o to zeby kazdemu slodzic, ale nie widze powodu do wylewania witriolu
                    na osobe ktora ma problemy, bo to do niczego nie prowadzi. Nawet krytyke mozna
                    wyrazic w taki sposob zeby byla strawna, Twoj sposob krytykowania razi mnie.
                    Jezeli nie mozesz pomoc komus kto tu przyszedl po pomoc i tylko sobie chcesz
                    ulzyc, to sie lepiej nie odzywaj. Takie jest moje zdanie.
                • uruk.hai Re: Tak, jasne. :] 19.01.09, 06:50
                  prakseda2 napisała:

                  Wszystko jednak w tamtym
                  > czasie bym oddała, aby rodzice jednak się dogadali - tym bardziej, ze po latach
                  > OBOJE tego żałują.

                  Jak żałują to czemu do siebie nie wrócili ??? Nieodwracalna jest tylko śmierć,
                  tylko trzeba trochę elastyczności i otwartości w myśleniu żeby to pojąc.
                  >
                  > A co do Śniezynki - męża się bierze na dobre i na złe.
                  > Czy on ją bił?
                  > Katował?
                  > Sprzeniewierzał pieniadze?
                  > Molestował dzieci?
                  > Zdradzał?

                  Gratuluję światopoglądu : "nie pije, nie bije, więc to wystarczy, zeby przy nim
                  trwać w pustce emocjonalnej". To dopiero żenada!!!
                  • prakseda2 Re: Tak, jasne. :] 19.01.09, 08:09
                    Ależ wrócili!!!

                    Tylko co z tego, skoro dzieci już dorosły i zostały wyposażone w odpowiedni bagaż?

                    Rodzice moi nigdy sie nie kłócili. Wręcz przeciwnie, raczej były ciche dni. ALe
                    pamiętam wspólne spacery na sankach, na kilka dni przed pierwszą rozprawą.
                    "Pokazywanie" rozpadu zaczęło się w sądzie. Do tego czasu było wszystko ok - z
                    punktu widzenia dziecka oczywiście.


                    A moja "wyliczanka" była na argument, że panna sobie odpuściła małżeństwo, bo
                    było własnie nie wiadomo jak destrukcyjne.

                    DOpóki mąż/żona nie zachowuja się patologicznie i mają dzieci - maja obowiązek
                    walczyć. Walka czasami trwa latami, ale opłaca się w większosci wypadków.

                    W końcu - chyba nikt nas końmi do ślubu nei zaciągał, prawda? Jeśli mąż się
                    zmienił - moze trzeba było mu pomóc zrozumieć - dlaczego tak się dzieje, NAM
                    pomóc zrozumieć, co się stało i czy my nie ponosimy winy za to?

                    Pracoholizm jako powód do rozwodu to jest chore. Alkoholików żony nie opuszczają....

                    Jeśli to nałóg, to trzeba było pomóc mężowi z tego wyjśc, a nie uciekać do
                    innego łóżka.

                    Egoizm, egoizm i niedojrzałość. I instynkt - zupełnie jak psy, a nie ludzie...

                    Dalej nie będę się wypowiadać, bo nie dociera.

                    Współczuję mężowi, któremu zabrano dzieci i rodzinę, współczuję dzieciaczkom
                    nieodpowiedzialnej matki, współczuję przyszłemu partnerowi. Bo za kilka lat
                    zapachną inne spodnie, a on zapewne już nie będzie taki milusi i słodziusi...


                    W końcu MĄŻ na poczatku też taki był, tak?

                    Żenada.
                    • prakseda2 I całkiem na zakończenie 19.01.09, 08:22
                      Wyobrażam sobie - że z nowego związku powstaną nowe dzieci.

                      Jak partner znowu "zaniedba" żonę, to co potem? Kolejny partner?

                      Dzieci z wieloma babciami, braćmi i siostrami - te mają wspólną matkę, te ojca,
                      podwójne babcie, wigilie to tu, to tam, to samo z wakacjami...

                      Nawet nie wyobrażacie sobie, jaki to ból dla dzieci. Jak to burzy ich świat. Jak
                      cięzko jest w banalnie łatwych sytuacjach - typu szkoła: zrób drzewo
                      genealogiczne, opisz swoją rodzinę... To są drobiazgi, ale z drobiazgów życie
                      się składa.

                      Nikt z nas nie jest idealny. Śnieżynka zapewne też nie jest - dała sobie jednak
                      prawo do burzenia życia innym i robienia, co tylko ma ochotę. "za karę".



                      Owszem. Jeśli małżeństwo niszczy, małżonek niszczy psychicznie, czy fizycznie i
                      po konsultacji psychologa rodzinnego, najlepiej dwóch - okazuje się, że nie
                      można nic zrobić - to separacja. Jeśli to ma dzieciom ponoć służyć i nie chodzi
                      o "nas".

                      Ale po co dzieciom fundować kolejnych wujków, rozdarcie dziecka - kiedy kocha
                      ojca, a wujek tuli się do matki.

                      Płaczę teraz, bo wspominam swoje dziecinstwo. Zmarnowane dziecinstwo, bo moim
                      rodzicom nagle się coś odwidziało...


                      • kasper254 Re: I całkiem na zakończenie 19.01.09, 09:33
                        Cholernie mądrze piszesz, praksedo. Niestety, taki poglad jest
                        dzisiaj niemodny, smieszny, świadczy o "niedojrzałości" tego, który
                        go wypowiada. Dzisiaj modne jest kontraktowanie związku między
                        dwojgiem ludzi np. na kilka lat, na otrzymywanie szczęścia, a jak go
                        nie ma - poszukiwanie innego pola zycia itd. Dzieci i rodzina się w
                        ogole nie liczą. Człowiek dzisiejszy nie ma przeszłości ani
                        przyszłości; dryfuje, szarpie sie. W konsekwencji na świat
                        przychodzą dzieci i wnuki niczyje i samotne, a rodzina jest tylko
                        formą a nie treścią. Świat rozpoada sie na miliony kawałków. I
                        szukamy uzasadnień.
                      • vharia Re: I całkiem na zakończenie 20.01.09, 06:31
                        Prakseda, nie myślałaś o terapii?
                        Pytam zupełnie serio.
                        Nie wiem ile masz lat, ale jeśli powyżej 20 to taką traumę nieczęsto
                        się spotka. Mogłoby pomóc.
                      • jedenon Re: I całkiem na zakończenie 20.01.09, 09:02
                        Wiesz to naprawdę smutne co piszesz tak naprawdę to nie śnieżynka powinna tu
                        rozpoczynać temat a Ty. Bo Ty Cierpisz z powodu tego co się stało. I tak
                        naprawdę to Ty potrzebujesz pomocy. Wiem że rozwód to Twój czuły punkt myślę że
                        powinnaś porozmawiać z rodzicami powinniście wrócić do punktu zero odtworzyć
                        wasz świat którego tak Ci brakowało przez tyle lat. Jeśli będziecie ze sobą
                        szczerzy to macie szansę. Wiesz rozwód to poważna sprawa zwłaszcza kiedy są
                        dzieci i nie wyobrażam sobie żeby było rozeszli się o drobiazg. Jak już pisałem
                        jesli rodzina jest chora i nie można jej uleczyć to trzeba przyjąć taką opcję że
                        może należy się rozejść nie ma tutaj łatwych i dobrych decyzji bo każda z nich
                        jest zła i krzywdzi inne osoby. Ty Byłaś w centrum rozwodu Twoich rodziców nic o
                        nich nie napisałaś nie wiem jacy oni byli nie napisałaś jak wyglądało Twoje
                        życie po rozwodzie. Ludzie popełniają błędy zawsze tak było jest i będzie
                        najgorsze błędy są takie kiedy myśli się tylko o sobie. Jesli ktoś podjął
                        decyzję (tak jak to sugerujesz w przypadku śnieżynki) tylko z myślą o sobie mąż
                        i dzieci są nie istotne to jest to tragedia. Ale myślę że w tym przypadku tak
                        nie jest. Oczywiście wiemy niedużo o tym co się u śnieżynki działo ale jeśli
                        jest tak jak u mojej przyjaciółki (proszę bez domysłów) Jeśli próbowała
                        wcześniej ratować to co było między nimi ale się nie udało to to była słuszna
                        decyzja zarówno dla niej jak i dla dzieci. prakseda Ty miałaś doświadczenie
                        życia w rozbitej rodzinie ale pamiętaj że są ludzie którzy mają doświadczenie
                        życia w chorej rodzinie. Powiem Ci tak miałem kiedyś przyjaciółkę której rodzina
                        się rozwiodła tak to prawda cierpiała z tego powodu obwiniała się o to że to
                        może jej wina. Mimo wszystko wyrosła na wspaniąłą wrażliwą kobietę założyła
                        wspaniałą rodzinę i daje z siebie wszystko żeby Ta rodzina była silna -) I wiem
                        że się uda -) Z drugiej strony znam przyjaciółkę która żyła w chorej rodzinie
                        gdzie rodzice ciągle się kłócili gdzie na próżno szukać miłości (a przecież to
                        na miłości ma się opierać związek) ona również cierpiała myślę że nie mniej niż
                        ta pierwsza. Tak jej też się udało stworzyć rodzinę mam nadzieję że równie
                        dobrą jak ta pierwsza choć czasem widzę że nie potrafi okazać miłości drugiej
                        osobie. Dwa życia dwie osoby dwa zakończenia na szczęście dobre -). Czemu o nich
                        piszę ? Żeby Ci udowodnić ludzkie życie wygląda różnie czasem cokolwiek zrobisz
                        będzie źle Oceniasz Śnieżynkę pod kontem swojego życia. Nie wiesz jak wyglądało
                        jej życie obecnie nie wiesz jak wyglądało życie jej dzieci. A już na pewno nie
                        wiesz jak mogłoby wyglądać za parę lat.
                        Czasem może być już tylko gorzej. Ty miałaś tą sytuację że nie widziałaś kłótni
                        rodziców pomyśl o tym że inni mają to na co dzień. Że dla wielu osób dom zamiast
                        bezpiecznym schronieniem może być znienawidzonym miejscem. Myślisz że tylko
                        alkoholizm może doprowadzić do destrukcji rodziny? Jesteś w błędzie znam
                        sytuację gdzie mąż jest zainteresowany wyłącznie pieniędzmi (to trochę
                        przypomina sytuację Śnieżynki) interesuje go praca (dodajmy w pracy) w domu musi
                        mieć piękną i zadbaną żonę która zrobi za niego wszystko nie chodzi o obiad ale
                        np. przytacha ziemniaki pojedzie sama z dzieckiem do szpitala kiedy popsuje się
                        jej samochód sama go naprawi a kiedy powtórnie zajdzie w ciążę to zginie bo to
                        jej obiecał . Ona jest rzeczą. Najgorsze jest to że sama się obwinia o to że tak
                        jest. Na zewnątrz nikt o tej rodzinie nie powie złego słowa co się dzieje w
                        środku wie niewiele osób.
                        Prakseda pozdrawiam Cię serdecznie postaraj się uśmiechnąć życie może być dobre
                        to najczęściej zależy od nas samych.
                        Przepraszam że tak długo -)
                    • anna.zetka Re: Tak, jasne. :] 19.01.09, 18:58
                      prakseda2 napisała:

                      > Pracoholizm jako powód do rozwodu to jest chore. Alkoholików żony
                      nie opuszczają....

                      A ja w tej i każdej innej chwili jestem gotowa usiąść i zapłakać nad
                      losem moich dzieci z ojca pracoholika, któremu to dom i rodzina
                      przeszkadzały. W karierze, rozwoju, czasie wolnym przeznaczonym dla
                      miliona innych, ważniejszych spraw niż podstawowe potrzeby i
                      obowiązki wobec dzieci (o żonie nie wspominam).

                      I nad swoim losem, gdzie matka nie miała możliwości uciec przed
                      ojcem alkoholikiem i gdzie całe życie pragnęłam, by go
                      zostawiła. "Wychowali" w duchu katolickim pięcioro dzieci z
                      olbrzymimi deficytami emocjonalnymi. Mogę Ci podpowiedzieć parę
                      sposobów na błyskawiczne usuwanie siniaków. Mogę pomóc w wymyśleniu
                      kłamstwa tak prawdopodobnego, że żaden sąd nie będzie w stanie tego
                      podważyć. Taka umiejętność jest czasem wymagana, by przetrwać
                      jeszcze jeden dzień.

                      Czasem się warto praksedo dwa razy zastanowić, czy się klepie, bo
                      się lubi klepać, czy wali pięścią na oślep, bo inaczej się nie
                      potrafi.


          • ascenth Dobrze że sa tak odważne kobiety!!! 18.01.09, 22:24
            Jasne - powinna zacisnąć zęby i przetrwać najgorsze , a potem by się
            przyzwyczaiła . To taki trend, że misją kobiety jest poświecenie dla rodziny.
            Kobieta poprzez małżeństwo i macierzyństwo zyskuje tożsamość, poza tymi
            obszarami jest przecież nic nie warta. Szczęście osobiste nie jest istotne.
            Dobrze, że są takie kobiety jak Ty Śnieżynko, które potrafią podejmować trudne
            ryzykowne decyzje. Prawda jest taka - często kto nie ryzykuje, nie ma szans na
            szczęście, bo o szczęście trzeba walczyć. Ty nie będziesz należała do smutnych
            kobiet, które przegrały swoje życie tkwiąc w niewłaściwych związkachsmile
            • oleole111 Re: Dobrze że sa tak odważne kobiety!!! 19.01.09, 00:14
              ascenth napisał:

              > ryzykowne decyzje. Prawda jest taka - często kto nie ryzykuje, nie ma szans na
              > szczęście, bo o szczęście trzeba walczyć.

              A co to jest to niby szczęście? coś co kupisz na kilogramy bo rozreklamowali tu
              i tam? o szczęście się nie walczy: daje się i otrzymuje w zamian. kto nie daje
              nie dostaje....kto zabiera je innym....hmmm czuje posmak żółci ble
          • oleole111 mało kiedy się z kimś zgadzam...ale 19.01.09, 00:11
            prakseda2 ma niestety rację
            czasami od związku trzeba uciec (przemoc w jakiejkolwiek formie, ...i takie tam)
            ale z tego co opisujesz i jak o tym piszesz to gdzieś tam po prostu małżeństwo
            ewoluowało nie w tę stronę co powinno...a gdzie ty wtedy byłaś? jak wpłynęłaś na
            to co się między wami stało? ile z siebie dałaś? przecież nikt nie obiecywał, że
            będzie łatwo. za parę lat/miesięcy będzie to samo i co wtedy zrobisz?
          • tingri praksenada2 jestes zenujacy 19.01.09, 00:28
            od razu zakladasz ze nic nie zrobila. Skad wiesz? Jak zrozumialem facet byl
            niereformowalny. I w imie czego miala sie z nim meczyc? zycie ma sie tylko
            jedno. Jak inni pisali, z czasem sie wszystko ulozy. Czas jest potrzebny do
            budowania zwiazkow, z przyjaciolmi, nowymi, rowniez. Skoro cie nie akceptuja
            twoich decyzji, ktore sa dobre dla ciebie, to nie sa twoimi przyjaciolmi.
            • prakseda2 Re: praksenada2 jestes zenujacy 19.01.09, 05:24
              To duzo wyczytales, z tego opisu niedopieszczonej zoneczki, ktorej z nowym
              panem jest milusio i słodziusio.

              Szok, ze ją jeszcze usprawiedliwiacie.

              Jej przyjaciele i znajomi widocznie maja lepszy obraz sytuacji niz my, ktorzy
              poczytali jej subiektywny i tendencyjny post.

              A mnie możecie atakować, najwidoczniej potrzebujecie wyładować swoje frustracje,
              prosze bardzo. smile)))
              • a_dlaczego_nie Re: praksenada2 jestes zenujacy 19.01.09, 09:55
                >A mnie możecie atakować, najwidoczniej potrzebujecie wyładować
                swoje frustracje, prosze bardzo. smile)))

                Z twoich postów, które przeczytałam do tej pory wynika, że to Ty
                wyładowujesz swoją frustrację, wynikającą z tego co zrobili twoi
                rodzice. W wypowiedziach innych ludzi nie widać tyle agresji i
                nienawiści.... Przydałoby się trochę obiektywizmu smile))
          • jacek226315 Re: a co zrobiłaś, żeby ratować małżeństwo? 19.01.09, 01:20
            oto sie mylisz,twierdzac,ze dla dzieci najwazniejsze jest by rodzice
            byli razem bez wzgledu na wszystko.Moje kuzynki kiedy wyszly za
            maz ,wyprowadzily sie natychmiast z domu rodzinnego i nie chca
            widziec ani matki ani ojca za atmosfere jaka stworzyli. Rodzice
            zmuszali sie do siebie twierdzac,ze musza byc ze soba dla dobra
            dzieci.Matka chorobliwie zazdrosna i zaborcza,ojciec ponizajacy
            matke.Chcialabys zyc w takiej atmosferze?Nie ma nic gorszego jak
            trzymanie sie siebie dla "dobra dzieci"
          • ksingu Re: bzdury piszesz prakseda2.. 19.01.09, 09:44
            "Dla dziecka o wiele ważniejsze jest to, ze rodzice
            > sa razem - niechby sie klocili."

            Bzdury totalne piszesz!!!!, zaściankowy sposób myślenia zaślepionej
            katoliczki..
            Piszę z perspektywy dziecka, które musiało nie tylko patrzeć jak
            rodzice się kłócą i biją, ale również brać w tym udział.. jako
            piłeczka do żonglowania pomiędzy rodzicami.. Obydwoje niedojrzali i
            nieodpowiedzialni..
            Wyobraź sobie, że wolałabym aby rodzice się rozwiedli.. ale kochana
            katolicka rodzinka mówiła, że to dla dobra dzieci.. ale nikogo nie
            obchodził strach dziecka..


            "> Brak odpowiedzialności, egoizm, niedojrzałość."

            właśnie Ty przejawiasz.. super kurde odpowiedzialna osoba - pewnie,
            niech dzieci cierpią i jeszcze ubierzmy to w przykrywkę, że to dla
            ich dobra!!!
            masz pojęcie jak wygląda życie w rodzinie, gdzie ojciec jest
            alkoholikiem!!?? a poza tym też harował od rana do nocy, i co,to
            właśnie ta praca całkowicie go usprawiedliwia?? a zszarpana psychika
            na całe życie dziecku zostaje.. Niby taka mądra jesteś, a nie wiesz
            że małe dziecko chłonie najwięcej? że jego psychika kształtuje się
            od pierwszych lat życia?

            Szkoda słów, na taką ciemnotę..

            Po za tym nie potrzeba męża alkoholika, aby pomyśleć o rozwodzie..
            Dzieci są świetnymi obserwatorami, i wiedzą co się dzieje, choć może
            nie do końca to rozumieją.. Nie zawsze najlepszym dobrem dla dziecka
            jest trzymanie się za wszelką cenę małżeństwa.
            • prakseda2 Re: bzdury piszesz prakseda2.. 19.01.09, 09:51
              To Ty jesteś ciemna.

              Czytaj uważnie - pisze o TYM KONKRETNYM PRZYPADKU. Czyli nie ma alkoholu,
              przemocy. Jest tylko zapracowany mąż, ojciec dzieci, który może nie ma czasu,
              fantazji, pomysłu, jak zabawić szukającej nie wiadomo czego żonę. A właściwie
              wiadomo czego - żeby było słodziusio i milusio.

              Dla mnie wystarczą fakty. Nowego gacha zna kilka miesięcy, a rozwód niedawno
              otrzymała.

              Póki nie miała nowego faceta na horyzoncie - nie przeszkadzało jej to. Mąż może
              był mało ciekawy i zapracowany, ale był miłym wyjściem awaryjnym, żeby nie tkwić
              w samotności.

              I trafiłaś jak kulą w płot. Nie jestem katoliczką, to Twoja rozwiedziona
              Śnieżynka w objęciach nowego faceta i zlewająca uczucia dzieci - twierdzi, że
              nią jest.
              • ksingu Re: bzdury piszesz prakseda2.. 19.01.09, 10:07
                Widzisz, piszę o ciemnocie jako sposobie myślenia.. natomiast Ty
                mnie wyzywasz.. i pokazujesz kim jesteś... jakoś nie mam szacunku do
                takich osób..

                To jest życie "sniezynki", jeśli ma ochotę zaznać bliskości drugiego
                człowieka i zrozumienia, to dlaczego nie? skoro biorą rozwód, to
                oznacza, że mąż za bardzo nie protestował.. a to że mąż pracował i
                przynosił pieniądze do domu, to znaczy, że to ma być cały jego wkład
                w małżeństwo??
                Nie znamy dokładnie ich sytuacji, więc w 100% nie można traktować
                wszystkiego dosłownie.. a wina praktycznie zawsze leży po obydwu
                stronach...
          • owocoskala Re: a co zrobiłaś, żeby ratować małżeństwo? 19.01.09, 09:56
            prakseda2 napisała:

            > Czyli jak rozumiem - chłop harował, a paniusi się zachciało
            amorków, kwiatków i
            > uniesień?
            >
            > A co zrobiłąś, aby ratowac to małżeństwo?
            A Ty co wiesz o mężach pracocholikach? Ja takiego nie mam ale
            znajome - owszem. Zwłaszcza jeden to chory przypadek. Akurat tak sie
            składa że znałam zony facetów na analogicznych stanowiskach w tej
            samej firmie. Jeden spędzał duzo czasu z rodziną, drugi myślał że
            firma się bez niego zawali. O psychologu itd nie było mowy. Wcale
            nie siedział bez przerwy w pracy żeby zarabiać, nawet płacili mu
            stosunkowo mało jak na to stanowisko bo było wiadomo że i tak bedzie
            się zarzynał dla idei. Kiedy dziecko powinno byc zawiezione do
            szpitala i tak firma była ważniejsza. Na urlopie - do firmy. Kobieta
            chce widywać męża, dzieci chcą miec ojca. Pracocholizm to choroba,
            trudno z niej leczyć jak delikwent nie widzi problemu.
            • mariefurie Re: a co zrobiłaś, żeby ratować małżeństwo? 19.01.09, 10:17
              Równowaga jest sprawą bezcenną. I nie tylko z punktu widzenia chodzącego po
              linie. wink
          • jedenon Re: a co zrobiłaś, żeby ratować małżeństwo? 19.01.09, 11:09
            żenada to to co napisałeś. Jakim prawem kogokolwiek oceniasz, skąd wiesz jak
            wygląda takie życie. Mogę Ci tylko powiedzieć że często takie życie to prawdziwe
            bagno. Trzeba mieć dużo siły żeby się z tego wyrwać.
            Często jest tak że pieniądze stają się najważniejsze a reszta to tylko
            narzędzia. Facet często myśli że jak przynosi pieniądze to reszta już go nie
            dotyczy a przecież rodzina to nie pieniądze. Żona dzieci to nie jest jego
            własność (czasem sytuacja jest odwrotna). Jeśli nie dbasz o rodzinę nie dziw się
            że się rozpada. Nie wiem jak było w tym przypadku nie mam zamiaru nikogo osądzać
            z reguły winę ponoszą dwie strony.
            To nie zawsze jest tak że dla dziecka dobrze jest żyć w rodzinie byle jakiej ale
            rodzinie. Jeśli dziecko widzi że coś jest nie tak ono obwinia się również za to.
            Cierpi jeśli widzi że dwoje ludzi są sobie obcy a ono nic nie może zrobić choć
            jest jedynym łącznikiem pomiędzy nimi. Tu nie ma dobrego wyjścia można
            powiedzieć że każde wyjście jest złe.

            A co do ogólnego tematu przyjaciół poznaje się w biedzie, jeśli Cię zostawili to
            po prostu spróbuj ułożyć sobie życie od nowa tak abyś Ty i Twoje dzieci i Twój
            nowy mąż abyście byli szczęśliwi. Ja życzę Wam szczęścia.

          • myfanawy Re: a co zrobiłaś, żeby ratować małżeństwo? 19.01.09, 11:24
            > Dla dziecka o wiele ważniejsze jest to, ze rodzice sa razem -
            > niechby sie klocili.

            "Niechby sie klocili", pod warunkiem, ze naprawde CHCA byc razem. Bo takie bycie
            razem, na sile, z obowiazku to jest - za przeproszeniem - o kant d. potluc,
            dzieci tez to czuja doskonale i pisze Ci to jako DDRR.
    • plujeczka Re: przyjaciele a rozwód 15.12.08, 14:13
      przyjaciel to ktoś taki kto przychodzi kiedy wszyscy inni juz
      odeszli-wydaje mi się ,ze Ty nigdy nie miałaś przyjaciół , to byli
      po prostu znajomi a tych mozna mieć " na pęczki" .Nie zawracaj
      sobie głowy takimi głupstwami, ułozyłać sobie zycie od nowa, jesteś
      szcześliwa to powinno Ci wystarczyc a przyjaciele jeszcze
      nadejdą...bo powtarzam miałaś znajomych a nie przyjaciół a to
      róznica.Pozdrawiam serdecznie
    • ivone7 Re: przyjaciele a rozwód 15.12.08, 15:49
      na poczatku witaj....
      a teraz napisze Ci co mi sie nasunelo po przeczytaniu Twojego postu..
      przykro sie czyta, ze przyczyna rozwodu jest po raz kolejny beak
      komunikacji pomiedzy ludzmi..ze ludzie ze soba nie rozmawiaja, ze
      darza do porozumnienia..tylko tak po prostu odchodza..bo tak jest
      zdecydowanie latwiej..
      widzisz ja nie naleze do choru koscielnego, nie nalezalam do zadnej
      oazy..ale sumienie nie pozwolilo mi na zrobienie kroku, ktory ty
      jako prawdziwa katoliczka robic nie powinnas..
      co prawda nie mnie Cie oceniac..ani ludziom..ale nie dziw
      sie...wiara na pokaz..sztandary milosci, wiary..itd..a domowe
      podworko odlogiem stoi..
      czemu najpierw nie odeszlas od meza...a dopiero potem poszukalas
      sobie nastepcy..? czemu nie potrafilas w pore powiedziec mezowi, ze
      oddalacie sie od siebie, ze praca i czas, ktory jej poswieca..zabija
      w was milosc?
      wiesz sniezynko..moze u Ciebie w domu wygladalo to inaczej..a na
      zew.inaczej...moze znajomi uwazaja ze skrzywdzilas swoim
      postepowaniem ex meza..moze nie akceptuja ze tak szybko jestes w
      zwiazku z nowym partnerem..
      nabierz troche dystansu..stan z boku...czy jakby twoja przyjaciolke
      spotkal podobny los co Ciebie..tez bys to tak szybko zaakceptowala?
      daj czasowi czas..prawdziwi przyjaciele wroca..tylko musza sie
      oswoic..ze twoj obraz mozliwe ze dotad idealny..jest jednak nie
      pozbawiony rys..
      pozdrawiam
      • jarkoni Re: przyjaciele a rozwód 15.12.08, 22:20
        Wszyscy moi wspólni z byłą żoną znajomi, sądziłem, że przyjaciele, olali mnie
        wszyscy totalnie, co do jednej persony. Minęło już 5 lat. Nikt nigdy nie spytał
        co się właściwie stało i jak to było.. Ale skoro to ja się wyprowadziłem ze
        wspólnego domu- to widać nieobecni nie mają racji..
        • ivone7 Re: przyjaciele a rozwód 15.12.08, 22:59
          hmmm..bo to zalezy jak widzieli was, Ciebie i ex ...moi znajomi, przyjaciele nie
          zostawili mnie, moglam na nich liczyc ba..licze na nich i oni na mnie do tej
          pory...ale oni nas znali, i wiedzieli co ja soba reprezentuje..a co przedstawia
          soba moj ex..to ze na niego nikt nie mogl liczyc, jak zachowywal sie w stosunku
          do nas...i to ze niektorzy widzieli go z innymi...ze tak powiem kobietami...
          kazdy zasluguje sobie sam jak jest postrzegany..nie tylko po rozwodzie..
          • jarkoni Re: przyjaciele a rozwód 15.12.08, 23:47
            Iwonko, ja jak wiesz, wyniosłem sie do wynajętej kawalerki zostawiając wszystko
            i nie podając adresu, bo niby po co. Natomiast wszyscy "przyjaciele" znali mój
            numer telefonu, ale nie zadzwonił nikt. Dlatego śmiem przypuszczać, że doskonale
            zostałem obrobiony przez byłą bez jakiejkolwiek szansy na obronę, dlatego
            zauważyłem, że "nieobecni nie mają racji".. I tyle.
            • hagi_no chciałaś to masz 18.01.09, 19:12
              Chciałaś cieplutno i milutko to masz. Pretensja że inni tego nie
              rozumieją? Ano dlatego że ta większość (jeśli nie wszyscy) uważa, że
              zrobiłaś facetowi rogi i rozrzucając nogi na boki zrobiłaś sobie
              dobrze zostawiając go na lodzie.
      • ewcia.ewcia Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 14:06
        Mysle że to co powiedziałaś nie sprawdza sie w każdym
        przypadku.Mówisz dialag. Taka rzecz nie istnieje jeśli obie strony
        tego nie chcą. Ja niestety próbowałam rozmawiac tak jak sugerujesz
        mówiłam zróbmy coś bo jest zle, prosiłam, robiłam wszystko co
        proponował a i tak zawsze było cos nie tak, efekt był taki olał mnie
        bo łatwiej było zacząć zycie z kochanką która musiał pocieszac bo ja
        mąż zostawił.
    • akacjax Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 07:06
      > Czy też czuliście takie odrzucenie, izolację, ostracyzm bo śmieliście
      > zniszczyć "święty związek małżeński"??

      > Dla wyjaśnienia dodam że nigdy nie dałam się poznać jako romansująca, jestem
      > katoliczką-

      A może Twoi znajomi są katolikami zgodnie z sumieniem i zasadami religii, co w
      tym dziwnego, że nie potrafią tak szybko zaakceptować Twoich wyborów i działań?

      > Na szczęście nie dali się wplątać w sprawę sądową ale nie odzywają się wogóle.

      Z tego, to się może lepiej cieszyć...bo nie wiadomo jakie skutki by to niosło.

      > Co myśleć o zachowaniu ludzi?? Co robić??
      Żyć swoim życiem, budować nowe znajomości, jak piszesz jesteś w nowym
      związku(jak na początku bywa zawsze-ciepłym i w ogóle), czyli nie jesteś sama.
      • d234 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 07:49
        Witaj, dziwię się, że ludzi z otoczenia nazywasz przyjaciółmi. Jacy to są
        przyjaciele, kiedy milczą, jacy to są przyjaciele, kiedy nie potrafią
        wyśrodkować tego co widzą, jacy to są p5rzyjaciel, którzy nie wspierają Ciebie.
        Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
        Masz nowe życie, nową szansę, prawdziwego przyjaciela przy swoim boku, którego
        akceptują Twoi synowie. Dziękuj za to Bogu, losowi. Uśmiechaj się i żyj
        szczęśliwie.
    • kasper254 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 07:53
      Ciekawy jestem, czy/jak długo były ci miłe pieniądze byłego męża
      pracoholika, czy gasiłaś ten jego pożar namiętności pracy głębią
      swoich uczuć, namiętnością żarliwego katolicyzmu, czy tylko
      ograniczyłaś się do piękniejszego śpiewania w chórze? Katolicy maja
      do do siebie, że zasady wiary wyznają o tyle, o ile jest im to
      wygodne. Ciekawy jestem, w którym miejscu i czasie nagle wszystko
      stało się rutyną i trzeba było przewietrzyć alkowę chłodnego
      emocjonalnie świata, a przy okazji zamrozić męża-pracoholika?
      Gdy znajdziesz odpowiedż na te pytania, być może
      antycypujesz doznania zanikających cieplutkich chwil, wspierania,
      bliskości...być może, bo życzę ci wreszcie - po 16 latach katorgi z
      b. mężem, z którym łączą cię tylko (sic) dzieci, skonkretyzowanych
      marzeń. Chciaż wiem z życia, że ciepło dawkowane zawsze i z
      nieustanną siłą przeradza się w lód. Spróbuj jeśćź codziennie
      czekoladki...
      Nie rozumiem, dlaczego w cudzysłowie zamykasz zasadę trwałośc i
      związku małżeńskiego? A gdybym tak w cudzysłowie zamknął twój obecny
      cieplutki świat - jak byś się czuła? Odebrałaś byś to jako kpinę,
      szyderstwo, drwinę?
      Jesteś winna rozpadu związku, stygmatyzacji zachowań twoich
      synów. I koniec. I kropka. To dobrze, że w ludziach jest jakaś
      przyzwoitość i zobaczyli - być może jeszcze - gdy ty tylko widziałaś
      pieniądze pracoholika - jeszcze jego serce... Być może; nie wiem na
      pewno. Jednak już wiesz, co można myśleć o zachowaniu ludzi... być
      nie wszyscy są katolikami i do tego wierzącymi, a być może
      śpiewającymi w chórze.
      Moja była żona jest pewnie podobna do ciebie. Gdy już się
      nasyciła zamożnością, zrozumiała, że coś jeszcze było do zdobycia.
      Bardzo nisko upadła, czego ci nie zyczę, a tak na marginesie -
      przyjaciele zostali przy mnie. I to wcale nie oznacza, że życie
      jest sprawiedliwe: ot, mimowolny egzamin na sprawiedliwość
      jednostkową. Jestem ciekawy: a jak twoje dzieci, a konkretnie czy
      pogodziły się z tą niegodziwością, niesprawiedliwością, czy też może
      próbowały chociaż walczyć, jak członkowie chóru, bo przecież nie
      tylko o twoje życie chodziło... Ciągle ten chór...
      • useless00 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 18:48
        kasper254 napisał: "Katolicy maja
        do do siebie, że zasady wiary wyznają o tyle, o ile jest im to
        wygodne. ..itd..." - gratuluję! Nie będę polemizować, bo pewnie zostanę wyzwana od moherowych bojowniczek, albo ojcorydzykowych radykałów. Cóż relatywizm i radykalizm jest raczej cechą ogólnoludzką, co widać na załączonym przykładzie.

        Nie jesteś katolikiem, nawet chrześcijaninem, a w każdym razie na pewno nie inteligentnym człowiekiem, o mądrości nie wspomnę.

        Kasper254 - każdy sądzi według siebie. I na podstawie swoich doświadczeń. A Ty nie masz pojęcia o czym mówisz. Over.
        • mariefurie Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 19:13
          To fakt, Use. Sami święci się tutaj zebrali. I to tacy, co nóż w kieszeni noszą...a nuż (nóż) się przyda...

          Nie przejmuj się tą gadaniną Sniezynka. Zawsze się przeciez znajdzie ktoś, kto bedzie chciał Ci z buta przyłozyc. Samo zycie!
          Co do przyjaciół - częsc byc moze nigdy nimi nie była, cześc po prostu najzwyczajniej nie wie, jak zareagowac i na pewno, z czasem (z tymi prawdziwymi) realcje powrócą do normalności.

          pozdrawiam,
          manderla


          ps. straciłam poprzednie konto.
        • tricolour Wyszło dosyć zabawnie... 16.12.08, 19:47
          gdy raz piszesz:

          "Między wyrażeniem swojego zdania a osądzeniem jest różnica w sposobie
          dobierania słów i odniesień. Tylko i aż, można wyrazić swoje zdanie, nie
          obrażając, nie uogólniając, nie upokarzając"

          a raz:

          "Nie jesteś katolikiem, nawet chrześcijaninem, a w każdym razie na pewno nie
          inteligentnym człowiekiem, o mądrości nie wspomnę"
          • useless00 Re: Wyszło dosyć zabawnie... 16.12.08, 21:28
            No racja, sama sie złapałam na tym, musze uważać na pierwsze odruchy. Bywają zgubne. smile Jak zwykle Tri czujny. wink
    • timi_i_aga Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 09:03
      W sumie ja mam kontakt ze wspólnymi znajomymi, chyba też dlatego że każdy z nich
      na moim miejscu zrobiłby to samo, więc nie jako do mnie nic nie mają. Po moim
      rozstaniu z mężem posypały się wszystkie (!) pary z tego towarzystwa - jedno
      małżeństwo + jedna para narzeczeńska....
      Z dziewczynami mam kontakt, cały czas, bez problemu. Do "naszych" jakoś nie mam
      potrzeby sie odzywać ale wiem już, że bez problemu mogę sobie z nimi pogadać.

      To raczej "mężuś" ma problem z moimi znajomymi - tzn oni trzymają go na dystans
      ale wiem, że nie chcą mieć nic z nim wspólnego. Wydaje mi sie że to wszystko
      zależy od takiego trzeźwego patrzenia na świat - skoro ktoś był nie fair i druga
      połówka mówi koniec to nie znaczy że jego męża/żonę trzeba od razu odseparować
      od siebie. Choć różni są ludzie i powiązania. Ot tyle.
    • dorata351 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 09:22
      Ktos napisał , że najpierw należałoby skończyć stary zwiazek , a
      potem pocieszać się przy kimś innym. Tez tak myślę. Taka z Ciecie
      katoliczka jak za pezproszeniem z koziej dupy trąba. Katolik podobno
      nie uznaje rozwodu , a nawet jeśli do tego dojdzie, ma swiadomość ,
      że grzeszy jeśli zwiąże się z kimś innym ( "nie opuszczę Cię aż do
      śmierci ). Dla mnie akurat to totalna bzdura, ale to juz inna
      sprawa. Ty jesteś katoliczką bardzo egoistycznie w tym zakresie w
      jakim Ci wygodnie. A przyjaciół to raczej nie miałaś. Niestety.
      Trzymaj się "cieplutko, milutko".
      • useless00 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 19:41
        Dorata, a po poczuciu winy czytałaś w poście Śnieżynki? Kto w ten sposób wypowiada się o cudzym wyznaniu, zna się na tym jak kura na pieprzu - leci po wierzchu, że żydzi to oszuści, muzułmanie to terroryści, buddyści to ofiary itd. A trąbą z koziej dupy jest ten kto nie znając wiery, wewnętrznych przeżyć i rozterek kogoś, ocenia go i szufladkuje. Można być katolikiem i rozwalić święty związek małżeński. A można byc ateistą i rozwalić cudze życie. Ludzie pozostają ludzmi, tylko. Nie wiem, czy słyszałaś o duszpasterstwach związkow niesakramentalnych? Nie? To widać.
        • ivone7 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 20:06
          wiesz..tyle tylko ze ja jako osoba wierzaca..po prostu bym nie zdradzila,
          wolalabym skonczyc malzenstwo..a nie prowadzic podwojne zycie..i juz..
          poczucie winy..no coz trudno, zeby go nie bylo..
          mysle, ze kazdy moze bladzic..tylko tyle, ze ludzie wierzacy powinni zyc w
          zgodzie ze swoja wiara..czy to judaizm, czy katolicyzm, czy buddyzm..a nie
          wybierac to co jest im wygodne..
    • sniezynka.22 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 11:14
      Miło Was poznać.
      Dziwi mnie jak ludzie po przejściach mogą tak łatwo i lekko wydawać sądy o drugiej osobie po moich kilku zdaniach-wszak wiadomo że to jest zaledwie fragment całości, wszystkich lat, prób,rozterek itd. Nie będę tutaj rozwijać wątku katolickiego bo to nie ma sensu- okazuje się że ile ludzi tyle postaw. I traktowanie wybiórcze zasad. Lecz skoro tak to gdzie "nie sądżcie abyście nie byle sądzeni"? Zostawmy to.
      Dziwi mnie też że i dla Was wielu życie jest czarno-białe i myślenie schematami..
      A poza tym trochę nie pojęłam jeszcze zasad tego forum- mamy się tu oceniać, dołować czy może wspierać wzajemnie swoim doświadczeniem?
      Może jednak postawić na pozytywy i wysyłać w świat dobrą energię???
      • tricolour To nie jest kółko wzajemnej adoracji... 16.12.08, 11:40
        ... a wsparcie nie polega tylko na głaskaniu i przyklaskiwaniu.

        Wyeksponowałas przykładami swój katolicyzm podczas gdy czyny
        świadczą przeciwnie więc nie dziw sie krytyce.
        • sniezynka.22 Re: To nie jest kółko wzajemnej adoracji... 16.12.08, 12:14
          nie chodzi o adorowanie. Ale po co odreagowywać na drugich własne frustracje
          • tricolour Zależy od punktu widzenia... 16.12.08, 15:51
            ... i możesz uważać, że ktoś odreagowuje na Tobie swoje frustracje pisząc
            krytyczny post.

            Można też uważać, że dzieli się doświadczeniem i przemyśleniami.
          • ivone7 Re: To nie jest kółko wzajemnej adoracji... 16.12.08, 18:34
            nikt nie odreagowuje...po prostu czesc z nas ma inne zdanie na ten temat..
            tak samo jak twoi znajomi...zastanow sie nad tym..
      • sniezynka.22 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 11:55
        aha jeszcze cosik.
        Swojej części winy się nie wypieram, ale związek tworzą 2 osoby i obie muszą o niego dbać. Myślę że nigdy nie jest do końca tak że winna jest tylko 1 strona jak mi tu niektórzy sugerują. Nie dsm sobie tego wmówić.
        A więc jesteśmy na forum współwinnych- bo czy ktokolwiek może szczerze przed sobą powiedzieć że nie ponosi winy?
        Nie sądzę żeby ktoś z was zakładał sobie rozwód jako doświadczenie do przeżycia?? Poprostu czasem tak się zdarza pomimo dobrej woli i staraniom. Każdy człowiek zmienia się w trakcie życia, nabywa doświadczeń i zdarza się że drogi dwojga rozjeżdżają się.. Jeśli człowiek nie zorientuje się w porę bywa za pózno by cokolwiek skleić, czasem ten drugi nie chce a może zwyczajnie brak sił. A zamiast bliskości jest 2 obcych którzy szli kiedyś jedną drogą..
        Myślę że każdy z nas chciałby dojść z tą wybraną osobą aż do kresu i kiedy się nie uda to bardzo boli i żal..
        A mimo to musimy żyć jakoś dalej i starać się nie zgorzknieć lecz pisać swoje dalsze życie najpiękniej jak umiemy.
        • dorata351 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 12:43
          Masz rację, czasem tak bywa , że się oddalamy, ze kazdy ma jakąś
          winę, mniejszą lub większą. Jedno jest dla mnie niezmienne, jakieś
          zasady trzeba mieć, nie mozna kłamać i oszukiwać, ranić innej osoby
          tłumacząc sobie , ze mam prawo być szczęśliwa. Pewnie miałaś
          powody , żeby podejmować takie a nie inne decyzje. A na krytykę sie
          nie obrażaj. Mnie też się dostało, chociaż to nie ja zderadzałam (
          tak w skrócie) i pewnie słusznie.
          • phokara Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 13:31
            > Co myśleć o zachowaniu ludzi??

            Nie myśleć. Jak się zaczyna myśleć o 'zachowaniu ludzi' - to powstaje coś
            takiego, jak w tym wątku. Każdy sobie myśli, co chce i ocenia, jak chce, z
            głównego postu wyciągając cytaty, które najbardziej go interesują, dorabiając do
            tego pianę z własnych doświadczeń. Taki lajf.

            Co do tematu przewodniego - przyjaciele się nigdy nie odwracają, a inni nie
            powinni nas obchodzić, bo my też ich za bardzo nie obchodzimy.
            A śpiewanie w chórze w ogóle tu nie ma nic do rzeczy. Wiem, bo śpiewałamsmile)))
        • kicia031 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 16:01
          związek tworzą 2 osoby i obie muszą o
          > niego dbać. Myślę że nigdy nie jest do końca tak że winna jest
          tylko 1 strona j
          > ak mi tu niektórzy sugerują. Nie dsm sobie tego wmówić.
          > A więc jesteśmy na forum współwinnych- bo czy ktokolwiek może
          szczerze przed so
          > bą powiedzieć że nie ponosi winy?
          > Nie sądzę żeby ktoś z was zakładał sobie rozwód jako doświadczenie
          do przeżycia
          > ?? Poprostu czasem tak się zdarza pomimo dobrej woli i staraniom.
          Każdy człowie
          > k zmienia się w trakcie życia, nabywa doświadczeń i zdarza się że
          drogi dwojga
          > rozjeżdżają się.. Jeśli człowiek nie zorientuje się w porę bywa za
          pózno by cok
          > olwiek skleić, czasem ten drugi nie chce a może zwyczajnie brak
          sił. A zamiast
          > bliskości jest 2 obcych którzy szli kiedyś jedną drogą..
          > Myślę że każdy z nas chciałby dojść z tą wybraną osobą aż do kresu
          i kiedy się
          > nie uda to bardzo boli i żal..

          No wszystkie te zlote mysli bardzo sa pikne, panocku. Tylko jak to
          piekno sie ma do tkwienia w tak niesatysfakcjonujacym ukladzie do
          czasu az sie nie trafi inny chetny, zdrady malzenskiej i porzucenia
          partnara dla innej osoby?
        • akacjax Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 20:37
          Warto rozdzielić dwa tematy-rozwód i nowy zwiazek. Pytanie-czy rozwodziłabyś
          się, gdybyś nie miała wsparcia w nowym partnerze?

          A co do forum i jego formy-tyle tematów się pojawia, że lecimy schematem, na 99%
          się sprawdza....wink))))

          Rozwód ujawnia przyjaciół i znajomych zaledwie. Jednak i im warto dać czas-by
          sie oswoili z sytuacją, czasem niezreczną, gdy nie wiedzą jak się zachować,
          zwłaszcza gdy znają dobrze obu ex-małżonków.
        • zelka-to-ja Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 20:59
          sniezynka.22 napisała:

          > aha jeszcze cosik.
          > Swojej części winy się nie wypieram, ale związek tworzą 2 osoby i obie muszą o
          > niego dbać. Myślę że nigdy nie jest do końca tak że winna jest tylko 1 strona j
          > ak mi tu niektórzy sugerują. Nie dsm sobie tego wmówić.
          > A więc jesteśmy na forum współwinnych- bo czy ktokolwiek może szczerze przed so
          > bą powiedzieć że nie ponosi winy?
          > Nie sądzę żeby ktoś z was zakładał sobie rozwód jako doświadczenie do przeżycia
          > ?? Poprostu czasem tak się zdarza pomimo dobrej woli i staraniom. Każdy człowie
          > k zmienia się w trakcie życia, nabywa doświadczeń i zdarza się że drogi dwojga
          > rozjeżdżają się.. Jeśli człowiek nie zorientuje się w porę bywa za pózno by cok
          > olwiek skleić, czasem ten drugi nie chce a może zwyczajnie brak sił. A zamiast
          > bliskości jest 2 obcych którzy szli kiedyś jedną drogą..
          > Myślę że każdy z nas chciałby dojść z tą wybraną osobą aż do kresu i kiedy się
          > nie uda to bardzo boli i żal..
          > A mimo to musimy żyć jakoś dalej i starać się nie zgorzknieć lecz pisać swoje d
          > alsze życie najpiękniej jak umiemy.

          Popieram. Tak. Bo tym razem to nie alkohol, przemoc, hazard czy zdrada sa przyczyną rozpadu, tak oczywiste powody, prawda? Jak dla mnie zrobiłaś coś najlepszego co można było, powalczylas i odeszlas pozwalając sobie na inna szanse smileA czy lepszą? Okaze sie za X lat.
      • ivone7 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 18:32
        przepraszam w czym mam Cie wspierac? ze zdradziłas meza i zle sie z tym czujesz,
        ze inni tego nie pochwalaja...wybacz ode mnie tego nie uzyskasz, bo ja zyje
        zgodnie z jakimis zasadami, mimo ze z pewnymi sprawami sie nie obnosze..
        tutaj dostaniesz szczere zdanie na kazdy temat..bo ludzie tutaj zdecydowanie
        pisza to co mysla, czasami jest to bolesne ale prawdziwe...ale pozwala popatrzec
        na cos z dystansem..z troche innego niz wlasny czubek nosa punktu widzenia..
        musisz przyjac, ze nie wszyscy zyja tak jak ty..nie wszyscy mysla tak jak ty..i
        nie wszyscy pochwalaja zachowanie takie jak twoje...
        i nikt tu nie osadza..tylko wyraza swoje zdanie a to jest duzaaaa roznica
        • useless00 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 19:32
          "i nikt tu nie osadza..tylko wyraza swoje zdanie a to jest duzaaaa roznica"

          Między wyrażeniem swojego zdania a osądzeniem jest różnica w sposobie dobierania słów i odniesień. Tylko i aż, można wyrazić swoje zdanie, nie obrażając, nie uogólniając, nie upokarzając.

          Jeśli chodzi o przyjaciół, a szczególnie tych z chóru. Naczelną zasadą chrześcijan jest wybaczanie i zrozumienie. Ale są też pewne zasady instytucjonalne, którymi kierują się ludzie w organizacjach przykościelnych. Ludzie pozostają ludzmi niestety. I drzagę w cudzym oku widzą nie widząc belki w swoim. To jak zachowują się "przyjaciele" teraz wynikac może z z Twojego zachowania wcześniej. Jeśli nie ostali się, nie masz co ich żałować. Niektórzy może potrzebują czasu, a niektórzy są twardogłowi i nie wybaczą żadnej ułomności - odpuść ich sobie. Oni przestrzegają swoich zasad, a kto nie z nimi ten przeciw nim. Niestety to bardzo prawdziwe, niezależnie od wyznania, czy jego braku.
          • ivone7 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 19:43
            masz racje...ale czytajac historie sniezynki..nie doczytalam, tego ze ona widzi
            to ze jakos nie do konca tak postapila...widzi drzazge w oku przyjaciol czy
            znajomych..ale przyczyny tego nie potrafi dostrzec czyli tej belki....
            jesli urazilam moim stwierdzeniem..to przepraszam..nie chcialam ani upokorzyc,
            ani obrazic..ani uogolniac..
            • phokara Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 20:48
              > masz racje...ale czytajac historie sniezynki..nie doczytalam, tego
              >ze ona widzi to ze jakos nie do konca tak postapila...

              Bo nie o tym był przecież wątek.

              >...widzi drzazge w oku przyjaciol czy znajomych..ale przyczyny tego
              >nie potrafi dostrzec czyli tej belki....

              No bo najlepiej i najwyraźniej widzi się belki na czyjejś drodze i
              cudzymi oczami. Zwłaszcza, że nie trzeba świecić własnymi za
              pomyłkę. Czy to życiową czy w ocenie. Takie życie.
              • kasper254 phokaro 16.12.08, 21:03
                Też wspominałbym pobyt w chórze kościelnym (sam byłem ministrantem),
                gdybym umiał tak mądrze analizować, tak zręcznie i mądrze
                odpowiadać, jak ty. Widocznie wspólne śpiewanie na prawdziwą, a nie
                na fałszywą, jak to najczęściej w życiu bywa, nutę, dobrze ci
                zrobiło. Też byłbym dumny - z siebie - a czasami i z chóru
                kościelnego, chyba, że śpiewałby w nim także o.Rydzyk.
                P.s. nie zamierzałem obrażać katolików. Mój nieżyjący już teść i
                siostra - głęboko wierzący, żarliwi katolicy - są (ów nieżyjący teść
                jest dalej ze mną, każdego dnia; gdybym o nim zapomniał, umarłby
                naprawdę)wg mnie jednymi z najwspanialszych ludzi, jakich spotkałem.
                • phokara Re: phokaro 16.12.08, 21:32
                  Z żalem muszę zdementować, że nie był to chór kościelny. Szkoda, bo
                  może zaliczyli by mi to urzędowo w poczet zasług katolickich. A tak
                  jako agnostyk z tendencjami mistycznymi i ciągotami duchowymi do
                  filozofii wschodu będę musiała pójść po śmierci - nie wiem gdzie.

                  Podoba mi się określenie 'śpiewania na prawdziwą nutę'. To
                  najważniejsze. Tylko jeszcze z pokorą warto pamiętać, że nuty
                  prawdziwe nie brzmią tak czysto, jak CHCIELIBYŚMY je wyśpiewać. Na
                  marginesie dodam, że nie ma w tym jakiejś strasznej tragedii, bo
                  większość słuchaczy i tak jest głucha.
                  To tak pół żartem, pół serio.

                  Dobrych świąt i ciepłych kolęd życzę
                  • kasper254 Re: phokaro 17.12.08, 21:56
                    Nieważne, jaki to był chór. Masz wystarczająco uznane zasługi u
                    mnie: za mądrość, za ciepło przekazywanych słów i niezwykłą
                    delikatność.
                    Masz rację co do nut, naszych możliwości i skonkretyzowań, a
                    także wrażliwości słuchaczy. Ja sam byłem głuchy tak długo, a
                    jeszcze bardziej głupi. Muzykę brałem za obrazy, a nie uczucia, a
                    człowieka oglądałem zza szyb pędzącego pociągu. I sam byłem za tą
                    szybą.
                    Pójdziemy po śmierci tam, gdzie jest cisza, a nuty są tylko takie
                    w swoich dżwiękach, jak nie tylko chcielibyśmy je wyśpiewać, ale
                    także - a może przede wszystkim - wysłuchać. Jeśli będziemy słuchali
                    tej niemej muzyki z bliskimi - wszystko będzie jak tutaj, bo
                    przecież dość krzywd zaznaliśmy.
                    Święta spędzę daleko poza Europą - w ciągłej jeszcze ucieczce.
                    Życzę tobie i sobie - i wszystkim - ukojenia.
                    • phokara Re: phokaro 18.12.08, 21:53
                      > Święta spędzę daleko poza Europą - w ciągłej jeszcze ucieczce.

                      Bardzo zazdroszczę. Tak się akurat poplątało mi wszystko pod koniec
                      roku, że najchętniej zrobiłabym tak samo ale nie mogę. Będę musiała
                      uciekać myślami. Oczywiście wiem, że uciec się nie da, a jadąc
                      daleko zmienia się tylko klimat, nie siebie czy sytuację. Ale z
                      doświadczenia wiem, że taki dystans, taka zmiana, działa jak
                      pozytywny przeciąg. Czasem dużo wyraźniej widzi się to, co nam
                      najbliższe z daleka. I to jest bardzo potrzebne. Oddech.

                      Jakoś to wszystko refleksyjnie-smutno zabrzmiało, niepotrzebnie
                      zupełnie, bo wcale nie mam poczucia, że "dużo krzywd" zaznałam.
                      Wręcz przeciwnie, pomino wszystko ciągle mi się wydaje, że jestem
                      farciarą. I w ogóle bardzo się cieszę własnym życiem, choć czasem
                      się mocno ze sobą szarpiemy oboje, haha. Ale bez wątpienia jest to
                      szczera miłość.

      • panijedna1 Re: przyjaciele a rozwód 18.01.09, 19:18
        dobrze powiedziane (napisane).
        po prostu tak to juz jest, kiedy para sie rozstaje, traci sie wielu
        znajomych. wiem z doswiadczenia. okazuje sie, ze tak na prawde nic
        albo niewiewiele nas z innymi wczesniej nie laczylo.
      • rum-buraczek Re: przyjaciele a rozwód 18.01.09, 20:29
        > A poza tym trochę nie pojęłam jeszcze zasad tego forum- mamy się tu oceniać, do
        > łować czy może wspierać wzajemnie swoim doświadczeniem?

        Tak działają otwarte fora jak widzisz; musisz sama wyłowić wartościowych
        partnerów do romowy, a resztę zignorować.
        No, a o mądrych rozmówców, jak i z resztą w ogóle o mądrych ludzi, trudniej niż
        o tych nieco mniej mądrych wink

        Pzdr
    • adela38 Re: przyjaciele a rozwód 16.12.08, 21:56
      Wiesz... moze to byc tak, ze inni sie boja, ze zaraza na nich przejdzie... Ze
      podzialasz jak przyklad dla ich partnerow i ci byc moze tez spojrza krytycznie
      na wlasny zwiazek...i moze tez odejda albo zaczna romansowac...
    • sniezynka.22 Re.dajcie spokój 18.12.08, 18:28
      zostawcie chór, katolicyzm itp. Co poniektórzy mylą chyba katolików ze świętymi??? Wszyscy powinni starać się jak mogą ale jesteśmy tylko ludźmi- grzesznymi w dodatku. Jakoś na moje zdanie o współwinie w rozpadzie związków oddźwięk nie był taki spontaniczny...
      Osobiście myślę że każdy ma swoją drogę, swoje winy i zasługi, każdy będzie odpowiadał za nie i nikomu nic do tego.. Dlatego nie wyobrażam sobie żebym miała kogoś oceniać,potępiać, narzucać cokolwiek,dyktować jak ma żyć...
      Dziękuję za dobre słowa i za krytykę choć nie jestem typem który widzi tylko z perpektywy "czubka własnego nosa".
      Faktycznie ludziska chyba boją się tego że będą może musieli zacząć się bardziej starać o swoje związki, przemóc lenistwo i zacząć dawać coś więcej od siebie. Myślę że wiązanie ślubem małżeńskim i wymaganie trwania w nim bez względu na wszystko jest bardzo wygodne.. Bo współmałżonek to w takim ujęciu niewolnik na dobre i na złe bez możliwości zmiany..
      Pozdrawiam Wszystkich- patrzcie życzliwej na świat POMIMO WSZYSTKO.
      • sipa6610 Re: Re.dajcie spokój 18.12.08, 21:21
        > zostawcie chór, katolicyzm itp. Co poniektórzy mylą chyba
        katolików ze świętymi
        nie zauważyłem żeby ktoś to mylił - Ty się pochwaliłaś, że jesteś
        katoliczką. Choć potraktowanie sakramentu małżeństwa słowami:
        > Myślę że wiązanie ślubem małżeńskim i wymaganie trwania w nim bez
        względu na w
        > szystko jest bardzo wygodne.. Bo współmałżonek to w takim ujęciu
        niewolnik na d
        > obre i na złe bez możliwości zmiany..
        świadczy raczej "głębokiej powierchowności" Twojego katolicyzmu.
        A zdaniem o współwinie nikt się nie przejął, bo to krótkie zdanie
        było. Z postu, w którym o rzeczonej współwinie wspominasz bije
        raczej radość i zadowolenie z obecnej sytuacji. Co zrozumiałe, bo
        jak wspomniałaś jesteś zakochana (tzw. motyle znaczy). Plus
        zdziwienie, że otoczenie tych odczuć nie podziela, co już mniej
        zrozumiałe, a właściwie dziecinne. Podobnie jak zdanie o
        zadośćuczynieniu. To raczej było pogrążenie byłego męża.
        Bardzo byłbym ciekaw Twoich odczuć po przeczytaniu posta takiej
        treści swojego byłego męża, gdyby to on znalazł sobie "katalizatorkę"
        pozwalajcą mu wyjść ze związku z zamkniętą emocjonalnie żoną...

        PS. Zakochanie to jeszcze nie miłość, napisz coś za kilka lat...
        • phokara Re: Re.dajcie spokój 18.12.08, 22:00
          > PS. Zakochanie to jeszcze nie miłość, napisz coś za kilka lat...

          To prawda. A ja szczerze życzę autorce, żeby to była miłość, bo ona
          naprawdę czyni cuda i pozwala życzliwie patrzeć na innych, a na
          świat we właściwej skali. "Pomimo wszystko", jak sama autorka
          napisała.
    • crazyrabbit Śnieżynko! 19.12.08, 00:22
      Przede wszystkim, trochę źle stargetowałaś to forum wink
      Większość osób piszących tutaj, to osoby zdradzone przez byłych
      współmałżonków, więc nie dziw się, że ich osąd Twojego postępowania
      jest mało obiektywny.

      Ja mogę Ci życzyć jedynie powodzenia. Gdyby nie taki właśnie KTOŚ,
      kogo spotkałam kiedyś, w trakcie mojej życiowej porażki, zwanej
      szumnie małżeństwem, pewnie jeszcze długo męczyłabym siebie, exa i
      nasze dziecko czas jakiś.

      Wyrzutów sumienia nie mam. Z resztą, z tego co wiem, to ex święty
      też nie był. Lasia miała nadzieję na złapanie go po rozwodzie, ale
      spotkał na swej życiowej drodze moją next, i dzieki Bogu smile Bo next
      moja osobista to porządna kobieta, a tamta to zwykły lachon.

      Katoliczką nie jestem, więc trudno mi oceniać. Poza tym uważam, że
      nie mam prawa oceniać kogokolwiek. Bo w życiu bywa bardzo różnie. I
      NIKOMU prawo do oceny nie jest dane.

      Co do tzw. przyjaciół... akurat było tak, że nasi wspólni znajomi
      pytali mnie, czemu jestem z exem, więc problemu po rozstaniu nie
      było. Nieliczni wspólni pozostali wspólnymi i jakoś to godzą. Poza
      tym jestem z exem w bardzo popzytywnych relacjach, więc wojny nie ma.

      Możliwe, że Twój drugi związek nie przetrzyma "próby czasu", ale nie
      bolej nad tym. Takie jest życie. Ważne, że odnalazłaś SIEBIE i swoją
      godność.
      Małżeństwo to tylko układ między dwojgiem ludzi i czasem po prostu
      nie wychodzi. Ale to moje zdanie i nie każdy musi się z tym
      zgodzić smile

      A Kasprowi życzę z okazji świąt, żeby nie musiał uciekać.
      Spokojna przystań i rozliczenie się z przeszłością to bardzo ważna
      rzecz. Zapewnia spokojny sen.

      Piszę to jako kobieta po przejściach, będąca z mężczyzną z tzw.
      odzysku smile
      Pewne rzeczy zaczyna się doceniać, szanować i pielęgnować dopiero,
      jak trafi się ta prawdziwa "druga połówka".

      Idę spać. Mój Mężczyzna czeka smile)
      • blenkitny Rabbitku:)) 19.12.08, 06:27
        W sumie to jestescie podobne. Obie duzo, duzo mowicie o swoich nowych polowkach.
        Zazdrosc ze tak slodko, cieplo i przytulnie. No i prawie mozna sobie wyobrazic,
        co Rabbi robilas po zamknieciu komputera-tak sugestywnie piszesz.

        Sniezynkosmile)
        Watek spiewaczy mnie zaintrygowal. Czy Twoj Generator ciepla i troski
        w Twoim chorze nie byl orghanista? Lub conajmniej chorzysta?
        On jako glos meski stal za za Tobasmile) jako glosem zenskim, no i...
        no i zaczelo sie..he?..he?
        Bo tak z tym chorem wyskoczylas, jak troll jakis.
        Musi byc zwiazek przyczynowo-skutkowy. Jaki?

        U Nas w Krakowie chorow masa..U Nas to by moglo sie zdazyc...
    • blenkitny Rabittku:) 19.12.08, 19:48
      Co znaczy -> O k*****a! - moja chora wyobraźnia mi nic nie
      podpowiada.
      Pewnie jakieś wasze króliczkowo-zajączkowe zawołanie? smile)

      W każdym "nocnym" poście zawsze wspominasz o swoim Zajączkusmile)
      że ON śpi obok, że ON właśnie czeka...smile)
      Pomyślałem sobie że pewnej nocy napiszesz;
      Muszę kończyć, bo On właśnie jest pode mną i czeka...

      Spokojnych Świąt Króliczkusmile) i temu Kicającemusmile) za Tobąsmile)

      Szczegółow nie pisz, nie przeczytam-wolę czytać fora.

    • jurek.powiatowy Re: przyjaciele a rozwód 18.01.09, 18:25

      Każda nowy związek to przyjemność i milutkość. Szkoda, że rozstałaś się nie
      myśląc o dzieciach. Bo to one cierpią najbardziej. Dla wspólnych znajomych
      zawsze już będziesz tą złą, która odeszła, która się znudziła i która złamała
      przysięgę kościelną.
      Nie licz na zrozumienie i wybaczenie wspólnych znajomych. Szczerze mówiąc, ja
      też bym nie chciał mieć kogoś tak fałszywego za znajomego jaką Ty się okazałaś.
      Skoro nie miałaś skrupułów aby odejść od męża i dzieci, to nie dziw się, ze Oni
      Ci już nie ufają.
      Owszem potrzeba na wszystko czasu, ale moja rada jest taka, że jeżeli już
      zdecydowałaś się powiedzieć A to powiedz B. Czyli zamknij ten etap i poszukaj
      innych, nowych znajomych.
      I nie obwiniaj męża za rozpad, bo obawiam się, że on nie był niczemu winny.
    • glus.1 Re: przyjaciele a rozwód 18.01.09, 18:34
      być może twój były mąż podzielił się z przyjaciółmi treścią pozwu,
      może opowiadał, co na sprawie rozwodowej usłyszał na swój temat, być
      może nie zgadzają się z tym, co o zostało napisane w pozwie i co o
      nim było mówione na sprawie, może mają na jego temat inne zdanie,
      może mieli inne spojrzenie na wasze małżeństwo - nie wiem, ale mają
      do tego prawo.
      • vharia No właśnie-baaaardzo prawdopodobne! 19.01.09, 07:12
        Zgadzam się w 100%.
        Tu nawet katolicyzm lub jego brak nie ma nic do tego.
        Poprosił mnie nie tak dawno kolega o przepisanie na komputerze
        odpowiedzi na pozew ze strony szanownej małżonki. Stąd wiem co tam
        było- a było, oj było... Dodam, że autorka pozwu pisząc go spędzała
        już od jakiegoś czasu cieplutkie i milutkie chwile z nowym panem.
        Znalazłam sie więc mw w sytuacji znajomych autorki wątku...
    • smurfmadrala Re: przyjaciele a rozwód 18.01.09, 20:45
      Twoja relacja jednoznaczna albo jednostronna.
      Reakcja przyjaciół-albo się nie poznali na opisanych zaletach charakteru albo
      właśnie docenili całokształt.
    • fields1 Bądźmy poważni. 18.01.09, 21:39
      Najpierw Twoje zwierzenia:
      "nigdy nie dałam się poznać jako romansująca, jestem
      katoliczką- a może byłam bo teraz to już tylko wierzącą- śpiewałam 7 lat w
      chórze przykościelnym ale mnie w związku z sytuacją wyprosili stanowczo...
      Kurde-to wszystko bardzo boli, myślałam że mamy XXI wiek... "
      A teraz moja sugestia. Bądź tak łaskawa nie wycierać sobie buzi "katoliczką".
      Bycie katoliczką od romansowania nie szczepi. A nie bycie katoliczką z wierności
      bynajmniej nie zwalnia. Krótko mówiąc oba warianty są trochę obok tematu. Nie
      mówiąc już o chórze i XXI wieku...
      Jeśli jesteś przekona o tym, że Bóg pochwala to co robisz to nie ma problemu i
      nie musisz się ani katować ani usprawiedliwiać faktem, że jesteś/byłaś
      katoliczką (o chórze rzecz jasna nie zapominając).
    • starakobieta50 Re: przyjaciele a rozwód 18.01.09, 22:04
      Mam dużo więcej lat jak większość odpowiadających na Twój list ale...może i
      więcej spokoju w ocenia sytuacji.
      Znajomi muszą sobie poukładać po czyjej stronie stoją ,tak już jest .
      Dzisiaj ,po 10 latach od rozwodu myślę ,ze to normalne i...w sumie dobrze. Bo
      nie da się utrzymywać ze wszystkimi takich samych układów Byli tacy ,którzy
      bardziej lubili Ciebie ,inni męża.I..tez to normalne.
      I..lepiej ,ze tak się stało bo nie ma przenoszenia opowieści od jednego do
      drugiego byłego małżonka .Ja nie wyobrażam sobie sytuacji że moja koleżanka rano
      spotykała się ze mną a po południu z moim eks.Była by niepewność ,ze może
      powiedziała ,nawet nieświadomie coś czego sobie nie życzyłam by eks wiedział.
      Nie dyskutuj też ludźmi o religii itp .Szkoda Twojego czasu .Ludzie i tak maja
      swoje zdanie i...czasami słyszą tylko siebie.
      Nie daj sobie też wmówić ,ze jesteś zła katoliczka ,zła matka itp.

      • belfer-ks Re: przyjaciele a rozwód 18.01.09, 23:13
        To fenomenalne jak nasze społeczeństwo jest obłudne i w sumie nawet
        bezczelne..."Śnieżynka" napisała kilka zdań a Wy wszyscy, którzy jej
        odpisywaliście już macie jej pełny obraz, wiecie o Niej wszystko,
        komentujecie do woli...jakie macie prawo?jaką musicie mieć odwagę do
        tak ostrych momentami osądów.Jeszcze niektórzy próbują mieszać w to
        wiarę...szczyt bezczelności!!
        Ivone...czy jakośam, Ty to chyba jesteś biedną, zakompleksioną
        kobietą. S
        • belfer-ks Re: przyjaciele a rozwód 18.01.09, 23:20
          Ivone, czy jakoś tam. Ty to chyba musisz być zakompleksioną, biedną
          kobietą. Skończ z tymi obelgami i bzdurami i daj żyć innym. I proszę
          Cię nie udawaj potem właśnie "świętej", że "Jak kogoś uraziła to
          przepraszam itd." To najpierw sie może zastanów co piszesz...
          Powiem Wam szczerze, że czytam posty ale bardzo rzadko
          pisze...dopiero jak mnie czasem coś wyprowadzi z równowagi lub
          kompletnie zasmuci...tak jak Wasze posty.
          To bardzo smutne, że nie ma juz zwykłych, życzliwych ludzi...są
          tylko dobrzym, poukładani i żyjący ZAWSZE według zasad
          obywatele...Tacy jak Wy (z małymi wyjątkami na tym forum).
          • borru Re: przyjaciele a rozwód 18.01.09, 23:46
            belfer-ks napisała:

            > Ivone, czy jakoś tam. Ty to chyba musisz być zakompleksioną, biedną
            > kobietą. Skończ z tymi obelgami i bzdurami i daj żyć innym. I proszę
            > Cię nie udawaj potem właśnie "świętej", że "Jak kogoś uraziła to
            > przepraszam itd." To najpierw sie może zastanów co piszesz...
            > Powiem Wam szczerze, że czytam posty ale bardzo rzadko
            > pisze...dopiero jak mnie czasem coś wyprowadzi z równowagi lub
            > kompletnie zasmuci...tak jak Wasze posty.

            A nawet gdyby była zakompleksioną kobietą to zasługuje na taki sam szacunek jak
            każda inna kobieta. Na szacunek nie zasługują tylko Ci którzy czynią zło.
            • catriona Re: przyjaciele a rozwód 19.01.09, 09:35
              borru napisał:

              > belfer-ks napisała:
              >
              > > Ivone, czy jakoś tam. Ty to chyba musisz być zakompleksioną, biedną
              > > kobietą. Skończ z tymi obelgami i bzdurami i daj żyć innym. I proszę
              > > Cię nie udawaj potem właśnie "świętej", że "Jak kogoś uraziła to
              > > przepraszam itd." To najpierw sie może zastanów co piszesz...
              > > Powiem Wam szczerze, że czytam posty ale bardzo rzadko
              > > pisze...dopiero jak mnie czasem coś wyprowadzi z równowagi lub
              > > kompletnie zasmuci...tak jak Wasze posty.
              >
              > A nawet gdyby była zakompleksioną kobietą to zasługuje na taki sam szacunek ja
              > k
              > każda inna kobieta. Na szacunek nie zasługują tylko Ci którzy czynią zło.


              czy ja jestem jedyna osoba ktora mysli ze bezmyslne mowienie "Tego co sie mysli"
              typu kawa na lawe - ja powiedzialam , mi ulzylo
    • borru Re: przyjaciele a rozwód 18.01.09, 23:27
      To Twoje życie śnieżynko, ale myślę że prawda o Tobie jest trochę inna.
      Napisałeś o swoich synach tak - jakby zamiana ich dotychczasowego ojca, na
      kogoś zupełnie dla nich obcego znaczyła tyle co wymiana kubła na śmieci. Moim
      zdaniem zawiodłaś niestety jako matka- decydując się na dzieci Twoim obowiązkiem
      było zapewnić im szczęśliwe i bezpieczne dzieciństwo. Takie dzieciństwo wasi
      synowie utracili wraz z rozpadem rodziny.
      Szukałem w Twoim poście przyczyn dla których to uczyniłaś. Pracoholizm w
      odniesieniu do osoby ojca jest raczej zaletą- przynajmniej nie możesz mu
      zarzucić że sie nie staral zapewnić Wam godziwego bytu. To właśnie jest
      najważniejsza rola ojca .A co do zamknięcia się emocjonalnego- bywaja ludzie
      wylewni, bywają powściągliwi w okazywaniu uczuć. Widziały gały co brały. Przy
      czym powściągliwi ludzie czasami głębiej przeżywają uczucia niż Ci wylewni.
      To że mam rację w swoich ocenach potwierdza reakcja waszych wspólnych
      przyjaciół. Gdybym do nich należał na pewno nie pluł bym na Twój widok ale też i
      wykreślił bym Cię z grona swoich przyjaciół. Bo złym człowiekiem jesteś.
    • krociech Czytając niektóre komentarze 18.01.09, 23:33
      czuję się, jak bym słyszał swojego ojca biologicznego (sorry, nie będę go nazywał ojcem). Miałaś co żreć i gdzie spać, więc powinnaś być wdzięczna. Cóż, bywają i tacy ludzie.
      • borru Re: Czytając niektóre komentarze 18.01.09, 23:41
        krociech napisał:

        > czuję się, jak bym słyszał swojego ojca biologicznego (sorry, nie będę go nazyw
        > ał ojcem). Miałaś co żreć i gdzie spać, więc powinnaś być wdzięczna. Cóż, bywaj
        > ą i tacy ludzie.


        Uważam że egzekwowanie obowiązków i uczciwości należy zacząć od siebie, Ty że od
        innych. To cała różnica między nami. Ale to i tak więcej niż lata świetlne.
        Dlatego się nie zrozumiemy.
    • 0-gramma Re: przyjaciele a rozwód 19.01.09, 00:15
      Może Twój mąż i przyjaciele wiedzą coś o Tobie czego my nie wiemy?
    • wodni.k Re: przyjaciele a rozwód 19.01.09, 01:21
      sniezynka.22 napisała:

      > Tak to ja się zakochałam-ale ta znajomość to był katalizator
      > by wyjść ze związku z mężczyzną pracoholikiem, dla którego
      > troska o rodzinę kończyła się na przyniesieniu pieniędzy,
      > zamkniętym emocjonalnie. Myślę że bardzo się męczyliśmy razem

      Ok rozumiem Cię i nie oceniam tylko dlaczego tlumaczysz sie z tej decyzji?
      Czyzbys mila poczucie winy? Jeżeli tak to trzeba było tkwić w tym dalej.
      Otrząśnij się

      > No ale mam doła w związku z zachowaniem wspólnych z Byłym
      > przyjaciół.
      > Na początku mojej drogi do rozstania tj w maju napisałam
      > do nich wszystkich > maila-chciałam ich poinformować co
      > się dzieje i jakoś zadośćuczynić byłemu że
      > to JA zdecydowałam się na rozwód...
      > Na szczęście nie dali się wplątać w sprawę sądową
      > ale nie odzywają się w ogóle.
      > Jakoś nikt nie ma czasu -a ja myślę że chęci..

      Pisząc maila to Ty usiłowałaś ich wciągnać w Waszą sprawę rozwodową, więc
      naturalną reakcją obronną ludzi było to, że nie chcieli być w to mieszani i się
      odsunęli.
      Nie bardzo rozumiem takie rozgłaszanie przed faktem.
      Wielu moich znajomych dodzisiaj nie wie, że jestem rozwiedziony, ale co ciekawe
      wielu z tych którzy gdzieś tam się dowiedzieli odnowiło kontakty, chociaż
      wcześniej tych kontaktów przez kilka kilkanaście lat nie było.

      > Czy też czuliście takie odrzucenie, izolację, ostracyzm bo
      > śmieliście zniszczyć "święty związek małżeński"??

      A moze tylko wmawiasz sobie ten ostracyzm? Jednak przyznam, że często tak bywa.
      Ludzie boją się, że świeżo rozwiedziona osoba będzie się wypłakiwała i
      poszukiwała akceptacji swojego postępowania.

      > jestem katoliczką- a może byłam bo teraz to już tylko wierzącą-
      > śpiewałam 7 lat w chórze przykościelnym ale mnie w związku z
      > sytuacją wyprosili stanowczo...
      A przepraszam bardzo co to ma do rzeczy? Po co to oznajmiasz wszem i wobec? To
      jakaś różnica rozwiedziony katolik, a rozwiedziony protestant lub ateista?

      Pytasz "Co robić?"
      Być sobą i normalnie żyć. Straciłaś iluś tam znajomych? To znajdź sobie nowych.
    • tezbudowlaniec Uczciwy człowiek ... 19.01.09, 09:35
      >Tak to ja się zakochałam-ale ta znajomość to
      > był katalizator by wyjść ze związku

      Uczciwy człowiek, jak mu nie pasuje partner i nie daje rady ciągnąć
      dalej małżeństwa, to najpierw się rozwodzi, a potem szuka świeżej
      d..y. W przeciwnym razie to jest zwykłe kur..two.
    • fajny-indonesia Re: przyjaciele a rozwód 19.01.09, 10:21
      Mysle ze Ci ludzie tak naprawde nigdy nie byli i nie sa twoimi
      przyjaciolmi. Ja bylem w podobnej sytuacji przed ponad rokiem. Mimo
      ze jestem poza krajem, z prawdziwymi naszymi wspolnymi przyjaciolmi
      spotkalem sie jak tylko przyjechalem do Polski i wspolnie nie mozemy
      sie juz doczekac nastepnego spotkania. Czesc sie ode mnie
      odwrocila,szczegolnie ludzie bardziej religijni-ale nie jest to
      regula. Ja nadal jestem praktykujacym katolikiem.
      Musisz sie z tym pogodzic,ze czesc ludzi nie zaakceptuje twojego
      wyboru. To moze zabrzmi dziwnie,ale czesciowo to moze byc z
      zazdrosci!
      Sami byc moze maja przegrane w swoich malzenstwach i w domu,a nie
      moga sie zdecydowac na zrobienie tego,co ty zrobilas i dzialasz na
      nich jak wyrzut sumienia.
      Glowa do gory! Masz nowego kochajacego partnera w swoim zyciu i
      wszystko przed toba. Znajdziesz sobie nowych przyjaciol.
      Od Kosciola tez bym sie przez to nie odwracal. Mam taka sama
      sytuacje. Jak bedziesz juz w nowym Zwiazku Malzenskim, po kilku
      latach wspolnego zycia,mozesz sie postarac o tzw. Dyspense od
      naszego Kosciola. To trwa od 1.5-5 lat, a jak ja otrzymasz to
      bedziesz mogla przystepowac do spowiedzi i Komunnii Swietej. Nie
      bedziesz tylko mogla wziasc po raz drugi Slubu Koscielnego.
      Glowa do Gory i powodzenia,serdecznie ci tego zycze.
    • titta Re: przyjaciele a rozwód 19.01.09, 11:07
      Wierzaca?
      Ale w kogo/w co?
      Znalazlas swoje wlasne wyjcie, wedlog swoich wlasnych zasad. Czemu
      wiec obwiniasz innych?
      Moze sa hipokrytami, a moze cala sytuacje widza inaczej niz ty...
      Ale stalo sie. Pozostaje ich zrozumiec i postarac sie zyc dalej jak
      najlepiej. I zabrac sie za poczucie winy (jednak nie poprzez
      zwalaniej jej na innych, a poprzez uzyskanie przebaczenia - skoro
      jestes "wierzaca"). Bo z takim balastem to mozna w niezle pretensje
      do calego swiata sie wpedzic.
      Pozdrawiam.
      • anecik1976 Re: przyjaciele a rozwód 19.01.09, 12:24
        Witaj

        Ja jestem w sytuacji opdobnej ,ponieważ jeszcze się nie zdecydowałam
        na rozwód ale znajomi wiedzą o xałęj sytuacji,ba ,nawet wiedzą
        dlaczego musiałam posunąć się do takiego kroku -zachowują si ę tak
        samo jak Twoi . Żeby było smieszniej ,mojego jeszcze męża zapraszają
        moje kuzynki -oczywiście wiem dlaczego -zawsze istniała między nami
        niepisana rywalizacja .JAk poznałam mojego męża to nawet
        usłyszałam,że mam go oddać jednej z nich bo jest starsza... ))
        śmiechu warte .Poprostu kupa gnoju i nic więcej .Staramy się z mężem
        odbudować dobre relacje ,kto wie może jeszcze coś się zmieni ...
        Chciałabym wtedy widzieć miny tych"życzliwych przyjaciól " .A
        zobaczyć miny "kuzyneczek "-bezcenne ))głowa do góry ,nie poddawaj
        się ))

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka