tinyhappy
24.04.09, 12:54
Że już koniec. Że już niczego nie posklejamy, nie naprawimy. Że mnie już nie
kocha i nie chce ze mną być. Wyprowadził się jakiś miesiąc temu. Teraz na
dobre zabiera wszystkie swoje rzeczy. Wiem, że to koniec. Koniec czegoś. Ale
żyję w zawieszeniu. Wiem, ale do mnie to nie dociera. Bo to przecież
niemożliwe, żeby takie dobre małżeństwo się rozstawało. Niemożliwe, a jednak
prawdziwe. Kiedy mną tąpnie? Rzuci o ziemię? Czy cały czas można wszystko
przyjmować "na zimno"? Chcemy się dogadać dla dobra tego najmłodszego, bo co
nam zostało? Tysiące zdjęć? Wspomnień? I dziecko. Najważniejsze. Skąd czerpać
siłę? Bo to przecież dopiero początek. Początek końca. Ech...