mergen
14.05.09, 21:31
Moja historia w dużym skrócie wygląda tak... 11 lat w związku, 6 lat
mieszkalismy razem, do ślubu nigdy nam się nie śpieszyło, nie było
dzieci, wydawało się że mamy czas. Zachorowałam na raka, od roku
walczę z chorobą, niestety stałam się ciężarem i niepasowałam do
idealnego życia, kariery. Zabrał mi wszystko: mieszkanie,
samochód... nawet psa. Ale nie chodzi o rzeczy, tylko o to że nie
mam już swojego miejsca na ziemi, o zaprzepaszczone marzenia, o to
że najlepsze- zdrowe lata życia poświęciłam komuś kto pozbył się
mnie jak śmiecia. On ma się świetnie, nikt mu złego słowa nie
powiedział, wersja dla znajomych jest taka, że to ja go zostawiłam.
Bo ludzie uwierzą we wszystko co zabrzmi lepiej niż to, że mnie
zostawił po 11 latach, ciężko chorą bez środków do życia, na
utrzymaniu starych rodziców. Chciałabym żeby go spotkała za to jakaś
straszna kara, a jednoczesnie tęsknię i nie potrafię żyć bez niego.
Zwariowałam? Boję się jutra...