Dodaj do ulubionych

Rozmowy nad gazpacho

28.09.11, 19:00
Pamiętacie, jak trzy kochające siostry robiły dla czwartej, nieobecnej, zupkę gazpacho o mocy eliksiru?
Padły tam takie słowa:

- Codzienne kuchenne czarowanie. Możliwe, że tylko tyle możemy zrobić dla tych, których kochamy. Umilić im jakoś ten groźny świat.
- Masz na myśli wyłącznie gotowanie? - prychnęła Ida. - Znam ciekawsze zajęcia.
- Pewnie - zgodziła się Gabriela. - Ale tylko gotowanie ma w sobie coś z alchemii


Cała moja jaźń buntuje się na to oświadczenie Gaby. Pobłażliwym "pewnie" skwituje "ciekawsze zajęcia", bo przecież gotowanie uber alles....



Obserwuj wątek
    • ding_yun Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 19:10
      ???? Chyba lekka przesada. Jest to po prostu stwierdzenie osoby, która lubi gotować. Ja też lubię gotować, też uważam, że gotowanie ma sobie coś z alchemii, a gotowanie dla moich przyjaciół potraw, które lubią jest dla mnie jednym z przyjemniejszych zajęć w życiu. Chociaż znam ciekawsze.
      • pi.asia Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 19:22
        Właśnie! Ty znasz ciekawsze, Ida zna ciekawsze, ja znam ciekawsze (chociaż też lubię zaprosić kogoś na małe co nieco), a Gaba woli gotować, bo to ma coś z alchemii.

        A te ciekawsze zajęcia nie mają nic z mistyki ?
        • croyance Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 19:38
          A coz innego moze dla znajomych zrobic filolog klasyczny? :-P
          Kafelkarz znajomym lazienke zrobi, lekarz wyleczy, a coz zrobic moze filolog? No to zupe ugotuje przynajmniej ;-) Bo chyba lacinskich sentencji mieli wszyscy pod dostatkiem ...
          • verdana Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 19:59
            A ja lubię gotować. Bardzo lubię. Ciekawsze zajęcia? No cóż, gotowanie może być także bardzo ciekawe, nie bądźmy bardziej borejkowscy od Borejków, którzy wszelkie zajecia poniżej czytania Seneki, uwazają za domenę ludu pracującego miast i wsi, a nie za zajęcie odpowiednie dla świadomych intelektualistów.
            Jak ktoś jest filologiem klasycznym to nie musi wyłącznie czytać klasyków, ogladać klasykow i słuchać klasyków, w porywach kontemplujac piekno przyrody. Czasem mozna cos ugotować, uszyć albo zrobić na drutach i cieszyć się własnie takim, także ciekawym zajęciem.
            • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 20:07
              verdana napisała:

              > A ja lubię gotować. Bardzo lubię.

              VERDANO! Ależ ty nie masz lubić! Przecież nie gotujesz dla przyjemności, tylko po to, żeby innym UMILIĆ! Fu, robienie czegoś, bo się samemu lubi, ależ to takie nieborejcze!

              Też bardzo lubię gotować zresztą. I dziergać, i grać w te okropne komputerowe gry, i robić pranie, i nawet myć lustra. Tylko że nie robię tego "dla innych" ani po to, żeby im groźny świat umilić... robię, bo lubię, a jak nie lubię, to jemy warzywa z mrożonki i też żyjemy ;)

              • verdana Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 21:40
                Dla siebie nie gotuję nigdy, jem zupki chińskie, suchy chleb, ew. cos w pobliskim barze.
                naprawdę, czesto gotuję, zby zezarli, ale dosyć często też - zeby umilić. Jak mi się nie chce (dzis,po kretyńskich trzech zebraniach i czwartym jutro), najchętniej bym nie zrobiła nic, a własnie ugotowałam w wyłącznym celu umilenia.
                Co niedziele gotuję zamówiony obiad, którego czasem nie znoszę - też po to. Nawet jak mi się nie chce.
                Przykro mi:( Nie widze nic nagannego w umilaniu.
                • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 22:10
                  > Przykro mi:( Nie widze nic nagannego w umilaniu.

                  Naprawdę? Nie widzisz różnicy między robieniem czegoś, co sprawia ci przyjemność, a przy okazji umila życie innym, a robieniem czegoś w wyłącznym celu umilenia?

                  Jeśli ktoś lubi gotować, to
                  • dziennik-niecodziennik Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 22:14
                    > Naprawdę? Nie widzisz różnicy między robieniem czegoś, co sprawia ci przyjemnoś
                    > ć, a przy okazji umila życie innym, a robieniem czegoś w wyłącznym celu umileni
                    > a?

                    Jezu, a moa mama nie lubi gotowac, a do tej pory jak zapowiadam sie z wizytą to moge byc pewna ze bedzie obiad i to taki jak lubie. podobnie ma moja teściowa. i gotują nie dlatego że lubią - bo nie lubią, nie dlatego zeby po rpostu nas nakarmic - boby walnęly schabowego albo cycek panierowany i z bańki, a tymczasem gotują jakies pracochłonne pierdoły w stylu pierogi, ktore uwielbiam a ktorych nigdy nie robie. gotują po to żeby nam było przyjemnie ze ktos o nas dba i pamieta co lubimy jesc. umilają nam jednym słowem :)

                    > No przecież to piramidalna bzdura, nawet w kontekście Jeżycjady.

                    wybacz, ale to Twoja bzdura. bo to Twoja nadinterpretacja.

                    • dakota77 Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 23:10
                      Robia tak, bo tak zostaly wychowane. Bo czesto ich pokolenie mysli, ze taka jest rola kobiety. I ze to, czego same chca nie ma zadnego znaczenia. A ty, jak rozumiem, choc wiesz, nie mama gotowac nie lubi, jakos jej nie zniechecasz do tego robienia "pracowitych pierdol"...;-P
                      • dziennik-niecodziennik Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 09:40
                        a wiesz co, owszem, nie próbowałam. bo wiem że to dla niej ważne. za to doceniam wysiłki i wiem że to dla niej takze wazne.
                        a jak ona przyjezdza do nas to tez na nią czekam z obiadem :D
                      • teano1 Re: Rozmowy nad gazpacho 05.10.11, 16:32
                        dakota77 napisała:

                        > Robia tak, bo tak zostaly wychowane. Bo czesto ich pokolenie mysli, ze taka jes
                        > t rola kobiety. I ze to, czego same chca nie ma zadnego znaczenia. A ty, jak ro
                        > zumiem, choc wiesz, nie mama gotowac nie lubi, jakos jej nie zniechecasz do teg
                        > o robienia "pracowitych pierdol"...;-P
                        >
                        Bezedeura. Ktoś może nie lubić gotować ale po prostu lubić umilać. A co, nie wolno mu? Dlaczego jedno lubienie jest poprawne politycznie a inne naganne? Bo bardziej czaso/praco chłonne? Bo czasem wymaga przełamania się? A może ktoś lubi to poczucie, że jednak się przełamał i zrobił coś fajnego? Dlaczego hedonizm to musi być koniecznie robienie rzeczy lekkich, łatwych i przyjemnych (i do tego zwykle niezdrowych i tuczacych?)
                        Czemu nie można sobie tak po prostu być hedonistą robiacym rzeczy trudne, zdrowe, nietuczące albo przeciwnie czasem nawet wypalające człowieka i w ostatecznym rozrachunku niezdrowe (np niedosypianie by coś napisać/przeczytać czy sobie do 3 w nocy pograć w grę komputerową, albo (uwaga! a fe!) by w nocy zrobić coś za co się dostanie pieniądze lub co komuś umili życie? Rano wstaje się w stanie zombie mode on ale z poczuciem, że się zrobiło coś fajnego albo pożytecznego.
                        Jeśli ktoś to lubi, daje mu to satysfakcję, albo zwyczajnie sprawia przyjemność czy rodzi jakąś wewnętrzną radość, to dlaczego zaraz się z niego natrząsać, że się nie hedonizuje w "jedynie słuszny sposób"?

                        Wychowanie może mieć jakiś wpływ, ale wcale nie musi. Najbardziej zagorzała feministka (ale normalna, nie skażona ideolo) wyznająca na codzień zasadę o partnerskim podziale obowiażków i nierozgraniczaniu na prace męskie i kobiece, może ukradkiem (gdy koleżanki z forum fanów MM nie widzą ;P) zbierać i prać po kryjomu porozrzucane mężowskie skarpetki (choć tego nie znosi, ale uwielbia patrzeć gdy on się dziwi że ma jeszcze dwie pary czystych skarpetek w szufladzie) albo o 6 rano robić mu kanapki do pracy, choć nie lubi rano wstawać. Innemu facetowi by nie zrobiła, ale temu jednemu zrobi, bo sprawia jej to przyjemność.
                        (Osobiście skarpetek nie zbieram, jeszcze swoje dorzucę, żeby na podłodze była symetria, ale kanapki zdarza mi się o świcie robić. I nie dlatego, że lubię robić kanapki, tylko dlatego że lubię tego faceta. I nikt mnie nie wychowywał, że kobieta powinna, przeciwnie, przez wiele lat w moim domu śniadania robił tata, bo tak wypadało z rozkładu zajęć)
                    • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 00:35
                      > gotują po to żeby nam było przyjemnie ze ktos o nas dba i pam
                      > ieta co lubimy jesc. umilają nam jednym słowem :)

                      I to jest WSZYSTKO, co mogą dla ciebie zrobić? Serio? Zastanów się.

                      Bo o tym jest mowa w cytowanym fragmencie. Nie, że gotować jest fajnie (o tym też). Nie, że sprawiać innym przyjemność jest fajnie. Nie. O tym, że "umilanie" to WSZYSTKO, co można zrobić dla dziecka, partnera, siostry.

                      Widzę, że was nie przekonam, ale dla mnie to po prostu głupota, zresztą wpierana Polkom od pokoleń (do serca przez żołądek i tym podobne bzdury).

                      • dziennik-niecodziennik Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 09:36
                        ale Ty uparcie traktujesz "umilanie" wyłącznie jako gotowanie. a tu chodzi o to że gotowanie jest jednym ze sposobów "umilania".
                        i jakoś nie widze tutaj opcji ze ktos wylącznie umila, a za to nie wspiera, nie pomaga, nie robi innych rzeczy. to są sprawy oczywiste. Gaba wspiera, pomaga, troszczy się (co zresztą wyśmiewacie). chodzi o całą resztę. o to że tak czy siak, z pomocą i wsparciem czy tez bez nich, i tak musimy swoje życie przezyc sami. i FAJNIE JEST jak ktoś wtedy o nas pomyśli i "umili" nam to przeżywanie - nieważne już czy ciepłą domową drożdżówką, czy butelką wina, czy książką/biletem do kina. po prostu jakąś przyjemnostką.
                  • croyance Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 22:48
                    Nessie, ale to jest dokladnie to samo:

                    robisz cos, bo ci sprawia przyjemnosc
                    robisz cos, bo ci sprawia przyjemnosc, ze innym sprawia przyjemnosc

                    troszke bardziej wyrafinowane, ale de facto jeden pies
                    • verdana Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 09:45
                      Hm, a czy to dotyczy tylko gotowania, czy w ogóle robienia czegokolwiek, czego się nie lubi, albo akurat czego sie nie chce robic w celu umilania?
                      Bo jesli atrybutem nowoczesności ma byc to, zerobi się tylko to, co mnie sprawia przyjemność, a jesli nie - to palcem w bucie nie kiwnę, to ja dziekuję. Przede wszystkim przestaję wysłuchiwac kłopotów, jakie mają wszyscy członkowie rodziny. Bo nie lubie, wiec dlaczego mam się poświęcać? Po drugie, trzecie i czwarte, nie podgrzeję obiadu synowi wracajacemu po 15 godzinach pracy, ma rączki. Nie przeczytam uwag męża do artykulu, jego praca, nie moja. Nie zrobię córce bezrekawnika na drutach, kosztem zrobienia go sobie.
                      A moj syn nie wyjdzie zmęczony po szkole z moim psem i nie poda mi kawey.
                      Tylko po co w takim razeie w ogole mieć rodzinę?
                      • croyance Re: Rozmowy nad gazpacho 05.10.11, 20:43
                        To jak ze sprzataniem - wiele osob nie lubi sprzatac, ale lubia miec czysty dom, wiec sie 'poswiecaja' dla pozniejszego milego efektu.

                        Ja nie lubie gotowac ani piec, ale np. lubie, jak ludzie jedza moje ciasto (jedyne, ktore umiem zrobic), jak sie ciesza i oblizuja :-D Chociaz sam proces robienia nie jest zbyt mily (chyba, ze wyjadam polewe), efekt juz jest, a przyjemnosc, jaka mam widzac, ze innym sprawilabym przyjemnosc, jest mi nagroda :-P he he

                        Tak chyba jest ze wszystkim, z praca np. Ile osob lubi swoja prace? Ale lubia wyplate, no i zycie, ktore im zapewnia.
                • czekolada72 Re: Rozmowy nad gazpacho 06.10.11, 09:14
                  verdana napisała:

                  > Dla siebie nie gotuję nigdy, jem zupki chińskie, suchy chleb, ew. cos w poblis
                  > kim barze.
                  > naprawdę, czesto gotuję, zby zezarli, ale dosyć często też - zeby umilić. Jak m
                  > i się nie chce (dzis,po kretyńskich trzech zebraniach i czwartym jutro), najchę
                  > tniej bym nie zrobiła nic, a własnie ugotowałam w wyłącznym celu umilenia.
                  > Co niedziele gotuję zamówiony obiad, którego czasem nie znoszę - też po to. Naw
                  > et jak mi się nie chce.
                  > Przykro mi:( Nie widze nic nagannego w umilaniu.

                  Ło matko - mam dokladnie tak samo, jedynie bez chinskich zupek ;)
                  • emae Re: Rozmowy nad gazpacho 06.10.11, 09:48
                    Ha, ja wczoraj po raz pierwszy od dawna ugotowałam coś (fakt, coś prostego) dla siebie, a i tak ostatecznie oddałam kochanemu prawie pół porcji, bo mi było żal, że takie dobre go omija ;)
              • kkokos Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 22:58
                Fu, robienie czegoś, bo się samemu lubi, ależ to taki
                > e nieborejcze!
                >

                a-nie-nie!

                nieborejcze to jest robienie czegoś, co ci sprawia przyjemność, i zarabianie na tym przyzwoitych (a nie głodowych) pieniędzy!

        • teano1 Re: Rozmowy nad gazpacho 05.10.11, 16:12
          pi.asia napisała:

          > Właśnie! Ty znasz ciekawsze, Ida zna ciekawsze, ja znam ciekawsze (chociaż też
          > lubię zaprosić kogoś na małe co nieco), a Gaba woli gotować, bo to ma coś z alc
          > hemii.
          >
          > A te ciekawsze zajęcia nie mają nic z mistyki ?

          Mistyka to nie alchemia. Mylisz pojęcia.
    • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 20:05
      Tu nie chodzi o to "Pewnie" ani o pobłażliwość (ja jej nie widzę). Tu chodzi o przedziwne stwierdzenie "Codzienne kuchenne czarowanie. Możliwe, że tylko tyle możemy zrobić dla tych, których kochamy. Umilić im jakoś ten groźny świat."

      No kurna, przepraszam, jeśli świat jest dla kogoś "groźny", to napchanie mu bebzola zupą wiele nie pomoże! Albo ten świat jest faktycznie groźny i wtedy to gotowanie jest tylko czynnością zastępczą, pozwalającą gotującemu poczuć się lepiej (a nie osobie karmionej), albo ten świat nie jest groźny, tylko się taki karmionemu wydaje
    • rozdzial43 Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 20:16
      A ja właśnie chciałabym, żeby mi ktoś umilał i gotował to co lubię, z własnej potrzeby serca.

      Ja natomiast takiej potrzeby nie umiem jakoś w sobie wzniecić; gotowanie dla najbliższych najukochańszych kojarzy mi się z harówą w gorącej kuchni z parą i zmęczeniem od stania na tych biednych nogach i w ogóle w głowie mam obraz jakiejś matki Januszka obierającej tonę ziemniaków w socjalistycznej stołówce.

      Może to i zresztą dobrze, że najukochańsi najbliżsi też są rzadko nawiedzani przez taką dziwaczną potrzebę, bo jadłabym pewnie i jadła i wiadomo, jak by się to skończyło.
    • dziennik-niecodziennik Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 21:18
      myślę że trochę nadinterpretujecie.

      po pierwsze osobiście odbieram pierwszą zacytowaną wypowiedz Gaby w trochę inny sposób - że jedyne co mozemy zrobi dla tych ktorych kochamy to umilic im świat. bo niewiele wiecej mozemy - nie damy rady ch ochronic przed kazdym bólem, przed kazdym rozczarowaniem, przed kazdym cierpieniem, mimo iz chcielibysmy bardzo. wiec chociaz sprawmy zeby czuli się bodaj przez chwilę milo i bezpiecznie - a niewiele jest miejsc gdzie czlowiek czuje się bezpieczniej niz we wlasnym domu nad talerzem ulubionej pomidorówki czy kubkiem ulubionej herbaty.
      po drugie - "Pewnie" Gaby to nie takie "Nooo taaaa, cos tam jeszcze jest...", tylko "No pewnie ze tak".
      po trzecie - fakt, gotowanie ma w sobie coś z alchemii. z byle pierdół wyczarowujesz coś pysznego. no kurcze. fantazja. chociaz jak ktos nie lubi gotowac to tego nie zrozumie. moja mama na przykład nie rozumie co ja widze w tych garach. a ja bym mogla w nich siedziec i siedziec :)
      po czwarte - Gaba nigdzie nie stwierdza ze NIE MA ciekawszych rzeczy niz gotowanie.

      a swoją drogą - to ze karmimy kochane osoby to najnaturalniejsza rzecz pod słońcem i oczywisty atawizm. od zawsze zwierzeta zabiegały o siebie wyszukując partnerowi (dowolnej płci!) ulubione przysmaki. od najprymitywniejszych kultur osoba w związku najsmaczniejsze kąski ofiarowywała ukochanej osobie. obdarzanie przysmakami jest gestem pełnym szacunku i ciepłych uczuc. a miłośc wyraza się tez przez karmienie :)
      • platynowa_kostka_rubika Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 21:45
        > a swoją drogą - to ze karmimy kochane osoby to najnaturalniejsza rzecz pod słoń
        > cem i oczywisty atawizm.

        Hm. Jestem zatem nienaturalna - ze wszystkich czynności życiowych najbardziej nienawidzę przyrządzania jakiegokolwiek jedzenia. Karmiona być uwielbiam, a i owszem, bo Jeść kocham, ale niech to jedzenie (nawet i kanapki) przyrządzi ktokolwiek, byle nie ja. Ja mogę pozmywać, wyprasować, cokolwiek - ale na bogów! nie każcie mi przyrządzać karmy.

        Przytoczony w poście założycielskim wątku cytat obrazuje, zdaje się, podejście do gotowania MM (która gotować lubi, co łatwo zauważyć). Ale o ile w samej Jeżycjadzie np. powyższy cytat różnie by można interpretować, o tyle w którejś z książek kucharskich (w "Łasuchu"?) MM opisywała kilka przykładowych osób, zgadując - na podstawie wyglądu - co też by ugotowały. Osoba niegotująca opisana była nader niesympatycznie. Tak więc niegotujący warci są tyle samo, co feministki i reszta tałatajstwa z bloków. Co przemawia jednak za interpretacją negatywną cytatu.
        • kkokos Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 23:02
          Tak więc niegotujący warci są tyle samo, co feministki
          > i reszta tałatajstwa z bloków.

          o, ale lisiecka chyba gotowała? choć na pewno nie widziała w tym alchemii
          • ding_yun Re: Rozmowy nad gazpacho 28.09.11, 23:47
            O bez kitu.
            Gabriela wyraża opinię, że gotowanie dla najbliższych to jest jakiś sposób na umilenie bliskim groźnego świata. Lubi gotować, więc to dość naturalne, ze taki sposob wybiera. Jak wy się w tym wątku czepiacie to po prostu niesamowite. Dosłownie każde zdanie można zinterpretować w taki sposób, że uzna się za godzące w czyjąś godność - w tym przypadku w godność kobiet, które nie lubią umilać swoim bliskim życia smacznym gotowaniem. To już nawet nie jest nadinterpretacja.
            • pi.asia Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 05:40
              Zobaczcie, dziewczyny, jakie to fascynujące.
              Jeden mały fragment Jeżycjady, kilka zdań, a ile różnych interpretacji sprowokował, ile różnych punktów widzenia mamy.

              Tu nie chodzi o NADINTERPRETACJĘ, tylko o rozwinięcie treści w kierunku przez siebie wybranym, zgodnie z własną osobowością i widzeniem świata.
              Czyż to nie piękne?

              A jeśli chodzi o nadinterpretację, to dla mnie osobiście z tego fragmentu wynikało też to, że Marek Pałys jest świetnym kochankiem, a Grzegorz niekoniecznie, skoro Ida od razu wypala, że zna ciekawsze zajęcia a dla Gaby tylko gotowanie ma coś z alchemii. Moim zdaniem seks to też coś mistycznego.
              I możecie rzucać we mnie kamieniami ;)
              • kanga_roo Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 11:07
                ooo. bardzo mi się podoba pi.asiowe podejście do tematu. nie wiem, czy wszyscy tak mają, ale kiedy wracam do ulubionych książek, dziwi mnie często, że są tak zwięzłe. połowa tego, co pamiętam, to moje wyobrażenia na temat lektury, zarówno w sferze domysłów i widzenia jej w świetle własnych doświadczeń (jak powyższe - o seksie). jak i w sferze wizji z fonią (baardzo wiele scen stereo i w kolorze).
                może dlatego jeśli mnie coś w tej scenie razi, to nie jest to gotowanie, alchemia, czy magia, ale "groźny świat". wiem, że jest groźny, nawet śmiertelnie groźny. ale, na szczęście, nie doświadczyłam tego na sobie. i, sorry, Gaba też tak średnio. a zabrzmiało, nie powiem, jak głos z okupowanej Warszawy.
              • teano1 Re: Rozmowy nad gazpacho 05.10.11, 16:45
                pi.asia napisała:

                > A jeśli chodzi o nadinterpretację, to dla mnie osobiście z tego fragmentu wynik
                > ało też to, że Marek Pałys jest świetnym kochankiem, a Grzegorz niekoniecznie,
                > skoro Ida od razu wypala, że zna ciekawsze zajęcia a dla Gaby tylko gotowanie m
                > a coś z alchemii. Moim zdaniem seks to też coś mistycznego.
                > I możecie rzucać we mnie kamieniami ;)

                Już pisałam w innym miejscu, ale powtórzę jeszcze raz tutaj - alchemia i mistyka to dwa różne pojęcia. Nie myl ich.
                Gaba mówi o alchemii. Li i jedynie.
                Ty o czymś mistycznym.
                Nie ma między Wami punktów wspólnych.
                Seks jest fajny, bywa mistyczny, ale z alchemią rzadko kiedy ma coś wspólnego chyba że ktoś koniecznie potrzebuje gadgetów.
                No chyba że zahaczymy o afrodyzjaki i potrawy, którym przypisywano bycie afrodyzjakami - wtedy mamy alchemię, ale też wtedy znów wracamy do czego? A fe! Znów do brzydkiego gotowania. A seks (mistyczny czy nie) będzie na deser.
                :P
            • platynowa_kostka_rubika Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 08:47
              > Jak wy się w tym wątku czepiacie to po prostu niesamowite. Dosł
              > ownie każde zdanie można zinterpretować w taki sposób, że uzna się za godzące w
              > czyjąś godność - w tym przypadku w godność kobiet, które nie lubią umilać swoi
              > m bliskim życia smacznym gotowaniem.

              Yyy, Ding_yun, proszę, oto cytat z "Łasucha": "Wysoka, chuda melancholiczka o ambicjach intelektualnych i podłużnym, smętnym obliczu, z reguły oświadczy Wam, że niestety jest beztalenciem kulinarnym; wilgotny, szary sernik, jakim Was poczęstuje, kupiony został przedwczoraj w cukierni, bo ona sama nie ma pojęcia o pieczeniu ciast; a zawiadomi Was o tym takim tonem, jak by tę nieumiejętność poczytywała sobie za zasługę. (...) A ta kwaśna pani o zaciśniętych ustach i bezkompromisowym spojrzeniu? O, ona, jeśli już będzie musiała zaprosić Was na obiad, poda na przykład barszcz staropolski, ale to nie będzie ani barszcz ani staropolski, tylko istna rozpacz".
              • ding_yun Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 11:41
                > Yyy, Ding_yun, proszę, oto cytat z "Łasucha": "Wysoka, chuda melancholiczka o a
                > mbicjach intelektualnych i podłużnym, smętnym obliczu, z reguły oświadczy Wam,
                > że niestety jest beztalenciem kulinarnym; wilgotny, szary sernik, jakim Was poc
                > zęstuje, kupiony został przedwczoraj w cukierni, bo ona sama nie ma pojęcia o p
                > ieczeniu ciast; a zawiadomi Was o tym takim tonem, jak by tę nieumiejętność poc
                > zytywała sobie za zasługę. (...) A ta kwaśna pani o zaciśniętych ustach i bezko
                > mpromisowym spojrzeniu? O, ona, jeśli już będzie musiała zaprosić Was na obiad,
                > poda na przykład barszcz staropolski, ale to nie będzie ani barszcz ani starop
                > olski, tylko istna rozpacz".

                Ale co chcesz tym cytatem udowodnić? Ten tekst jest głupi i tendencyjny, nie mam co do do tego wątpliwości, ale to zupełnie inny fagment z zupełnie innej książki.
                • platynowa_kostka_rubika Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 18:24
                  > Ale co chcesz tym cytatem udowodnić?

                  Stwierdziłam po prostu, że znajomość paru źródeł - w tym i powyższego - może bronić negatywnej wymowy cytatu przytoczonego w poście rozpoczynającym wątek. O tąże (tęże? eee, chyba nie tęże?) wymowę toczył się bowiem w tym wątku spór.
      • retro-story Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 10:33
        Swoja droga to jaki mialby byc ten sernik? Suchy? Sernik powinien byc wilgotny...
    • minerwamcg Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 11:50
      Oczywiście, że gotowanie ma coś z alchemii. I nie tylko gotowanie - niektóre zapomiane już domowe i niedomowe prace są teraz "odpominane" - bo w nich kryje się magia.
      Nie zapomnę cytatu z "Mgieł Awalonu" Bradley o przędzeniu - że to jest właśnie bardzo silny rodzaj magii, podobnej do stwarzania świata, porządkowanie życia... Nie umiem prząść, ale chętnie bym się nauczyła.
      Coraz więcej kobiet i niekobiet piecze w domu chleb. Coraz większe jest zainteresowanie pracami manualnymi i rękodzełem artystycznym - że tak się ukłonię Dzidce z frywolitkami. Renesans... no dobra, może jeszcze nie renesans tylko mały renesansik przeżywa kaligrafia.
      Bo w tym wszystkim, cholibka, jest magia.
      I pewnie, że gotowanie jest ueber alles. Najeść się byle czym potrafi byle kto.
      • minerwamcg Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 12:02
        A teraz o umilaniu. No pewnie!
        Nie lubię wałkować ciasta na pierogi. Ale uwielbiam częstować pierogami! Znam przypadek, kiedy dobre pierogi cofnęły bliską mi osobę z progu depresji :) I powiedzcie teraz, że umilanie życia (nawet za cenę robienia rzeczy nielubianych) nie jest ważne, pożyteczne i czasem jedyne co można zrobić!
        Nie przeżyję życia za moich bliskich. Nie złagodzę im świata, nie odbiorę kłopotów, nie załatwię spraw. Ale mogę sprawić, że oni sami zabiorą się do tego złagodzania, odbierania i załatwiania chętniej i radośniej. A przynajmniej nie na głodniaka :D
        • dziennik-niecodziennik Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 14:30
          no przybij piątkę kochana :) mamy tak samo :)
          • verdana Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 14:46
            Pewnie, ze tak.
            Parę razy córka, wracajac do domu w stanie depresyjnym, zupelnie się odmieniała, gdy okazało się,z e akurat na obiad bylo to, co naprawdę lubi.
      • rannie.kirsted Re: Rozmowy nad gazpacho 01.10.11, 00:20
        o, byla taka ksiazka Siesickiej "Frywolitki:" bardzo przyjemna, i jeszcze "Wachlarze" i "Koronki" duzo bardziej zyciowe i duzo nmniej przeslodzone niz borejkowszczyzna.
        ja dzis stworzylam rostbef. jestem nieslychanie dumna (mam 30 lat i nie potrafie gotowac) ze dalo sie to zjesc. tzn wyszla dostc twarda podeszwa, ale naprawde smaczna tyle ze trzeba bylo mocno szczekami popracowac.
        • onion68 Re: Rozmowy nad gazpacho 01.10.11, 12:20
          > o, byla taka ksiazka Siesickiej "Frywolitki:" bardzo przyjemna, i jeszcze "Wach
          > larze" i "Koronki" duzo bardziej zyciowe i duzo nmniej przeslodzone niz borejko
          > wszczyzna.

          Na cykl "Opowieści rodzinne" Siesickiej składają się: "Falbanki", "Woalki" i "Wachlarze", faktycznie bardzo dobre, zdaniem moim i reszty kobiet w rodzinie :) A "Frywolitki" to przecież pani Musierowicz napisała.
          • rannie.kirsted Re: Rozmowy nad gazpacho 01.10.11, 21:41
            tak wiem, jeblam sie:) a frywolitki to tez jakis rodzaj koronek chyba? przez musierowiczowe Frywolitki nie bylam w stanie przebrnac.
            • kkokos Re: Rozmowy nad gazpacho 02.10.11, 08:40
              być może to oznaka mojej starości, ale "jebłam się" razi mnie okrutnie :(
            • the_dzidka Re: Rozmowy nad gazpacho 07.10.11, 19:48
              Frywolitki to jest to, co ja robię w wolnych chwilach (dziękuję, Minerwo). Czuję się wtedy jak jakiś Wielki Matematyk Wszechświata, bo tak mi się wszystko idealnie w tych robótkach zazębia i zgadza:
              dzidka.pinger.pl/t/Frywolitki
              Też zdecydowanie ugryzł mnie w oko ów nieszczęsny synonim słowa "pomyliłam się".
    • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 15:29
      Przypomniała mi się jeszcze jedna historia w temacie tej obsesyjnej potrzeby karmienia.

      Dawno, dawno temu, za czasów licealnych (początek lat 90-tych) przyjechali do nas na wymianę uczniowie z Niemiec i Hiszpanii. Wszystko fajnie, tylko po trzech dniach ci młodzi ludzie zaczęli ze łzami w oczach błagać opiekunów, żeby ich zabrali gdziekolwiek indziej, gdzieś, gdzie nie będą ich w kółko KARMIĆ, na siłę sadzać do stołu u każdej odwiedzanej osoby, częstować obiadem cztery razy dziennie, nachalnie wpychać "a może jednak...", "ale zjedz", "a może wolisz jajeczko, to ja już lecę usmażyć", "a tu masz pierożki, 12 zjesz? Może 18? 24? Dam ci jeszcze skwareczek..."
      • verdana Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 15:41
        Ale czym innym, kompletnie, jest obsesyjna potrzeba karmienia, a czym innym - ugotowanie czegoś, co rodzina lubi, zeby było przyjemnie.
        • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 22:51
          verdana napisała:

          > Ale czym innym, kompletnie, jest obsesyjna potrzeba karmienia, a czym innym - u
          > gotowanie czegoś, co rodzina lubi, zeby było przyjemnie.

          ALE MOWIMY O GABRIELI BOREJKO VEL PYZIAK VEL STRYBA VEL SWIĘTA POZNAŃSKA!

          Dziewczyny, dlaczego usilnie bierzecie ten cytat do siebie? Przecież tu chodzi o Gabrielę, o tę Gabrielę, która w kółko robi komuś zakupy spożywcze, która (będąc w ciąży!!) głodzi się, byle nakarmić bynajmniej nie głodnych gości, siostry i córki (które przed chwilą wszamały kolację).

          Powtarzam: Gaba od ust sobie odejmuje, żeby wepchnąć w dzioby dzieciom, które przed chwilą jadły. Gościom, którzy wpadli na chwilę i pewnie za chwilę wróciliby do własnego domu na własną kolację.

          Zwracam też uwagę na przykład Złej Matki, która Karmi bez Miłości, Aż Dziecku w Gardle Staje, czyli nieszczęsną Ewę Jedwabińską i całe "Opium w rosole" (czytelniczki łaskawie zechcą zwrócić uwagę na kulinarne przesłanie tematu).

          A przecież nie zawsze tak było w Jeżycjadzie. Jeszcze w Kwiecie Kalafiora najlepszym, co mogła zrobić Gaba Borejko dla swoich sióstr, było przytulenie i wysłuchanie, a nie gotowanie obiadków i zapychanie dzioba. Co prawda skończyło się obowiązkowym ciastem, które (to trzeba niestety powiedzieć) dopełniło przemiany Gabrieli z Podlotka w Kobietę, bo Kobieta musi umieć gotować i piec, nieprawdaż...

          Z tej samej bajki jest przecież Pyzina herbatka jako panaceum na wszystko.

          I teraz uprzejmie proszę sobie odpowiedzieć na pytanie: czy na pewno najlepsze i jedyne, co może Gaba zrobić dla swoich córek, zwłaszcza dla Laury, jest napełnienie jej dzioba? A może jednak ważniejsze, lepsze i
      • dziennik-niecodziennik Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 16:13
        widac ze jesc nie lubisz ;)
        • ding_yun Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 17:53
          W całości podpisuję się pod postami Minerwy.
          Poza tym czuję potrzebę coming outu: otóż ja lubię bliskim mi ludziom umilać życie. Uważam, że świat w którym żyjemy, choć relatywnie stabilny i nie ogarnięty wojną, bywa groźny i nieprzyjazny i każdy tego czasem doświadcza. Przebóg, prawdziwa ze mnie nawiedzona wariatka, matka karmicielka i Gabryjela poznańska.
          • dziennik-niecodziennik Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 20:07
            no mamy to samo. ide przygotowac jakąś ciepłą kolację umilającą dla mojego męża. chociaz w sumie wystarczyłyby kanapki, nie? i najlepiej niech sam sobie je zrobi, a co! ;)
      • dakota77 Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 19:28
        Tak, to jest typowo polska cecha:). Np. Amerykanin, o ile nie zaprosil gosci wyraznie np. na kolacje, wpychac w nich jedzenia nie bedzie;-)
        • ding_yun Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 21:23
          To jest po prostu element naszej kultury, a nie cecha charakteru właściwa Polakom. Jeżeli zapraszamy kogoś do siebie to przygotowujemy coś do jedzenia. Oczywiście co konkretnie to zależy od rodzaju imprezy, wieku, zamożności, umiejętności gotowania, czasu jakim dysponujemy i paru innych czynników, ale prawdę mówiąc nie przyszłoby mi do głowy zaprosić ludzi do domu i poczęstować wyłącznie herbatą/soczkiem/winem. I nie ma to NIC wspólnego z wpychaniem w kogoś jedzenia na siłę. Kto nie chce - nie je, tyle w temacie.
          • dakota77 Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 22:29
            A dla mnie czyms zupelnie normalnym jest roznienie miedzy wyraznym zaproszeniem kogos na obiad, a po to, zeby posiedziec przy winie i drobnych przekaskach. Sama tak zapraszam, tak bywam tez zapraszana. Nie musimy juz na sile holdowac tradycyjnemu zastaw sie a postaw sie.
            • dziennik-niecodziennik Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 22:34
              > Nie musimy juz na sile holdowac tradycyjnemu zastaw sie a postaw sie.

              a nie wiedziałam że - bodaj i dwudaniowy - obiad dla gościa to "zastaw sie a postaw sie" ;)
              • ding_yun Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 23:12
                Mogą być i przekąski, w sumie za często mam u siebie w domu gości, zebym każdego miała podejmować obiadem. Ale jeśli to jest zaproszenie z wyprzedzeniem to jednak staram się coś tam podać - tartę, sałatkę, tosty, jakieś ciepłe danie jednogarnkowe. To zresztą sprzyja posiedzeniu i pogadaniu dłużej. Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie zazwyczaj przy winie szybko robią się głodni i zaczyna się zamawianie pizzy albo wychodzenie w poszukiwaniu kebaba :) Czy to jest zastaw się a postaw się? Nie wydaje mi się, równie często odwiedzam swoich znajomych i wtedy jem coś u nich.
                • ding_yun Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 23:19
                  I nie widzę powodu dla którego każde przywiązania do jakiś zwyczajów miałby być przejawem zniewolenia albo ciemnoty w hołdowaniu idiotycznym zwyczajom. Naprawdę czasem są ludzie, którzy robią pewne rzeczy uznawane powszechnie za tradycyjne z własnej nieprzymuszonej woli i nie trzeba ich traktować z góry jak półidiotów wymagających oświecenia.
                  • dakota77 Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 23:43
                    No pewnie, to samo odnosi sie do tlumaczenia ludziom, ze jak sie kogos zaprasza, to trzeba mu gotowac, prawda? Bo to element polskiej kultury...
                    • ding_yun Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 20:10

                      > No pewnie, to samo odnosi sie do tlumaczenia ludziom, ze jak sie kogos zaprasza
                      > , to trzeba mu gotowac, prawda? Bo to element polskiej kultury...

                      Ja nie mówię, ze trzeba. Ja mówię, że to jest pewien zakorzeniony zwyczaj (element kultury), a nie cecha charakteru Polaków.
                      Ktoś nie chce gotować bo uważa, ze to głupie - niech nie gotuje. W dużej mierze jest to kwestia towarzystwa w jakim się obracamy. Ale nie każdy gotujący dla gości podpada pod kategorię matki polki karmiącej wychowanej do służenia innym zupą albo bezmyślnego wyznawcę teorii zastaw się a postaw się.
                      • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 20:35
                        > Ale nie każdy gotujący dla g
                        > ości podpada pod kategorię matki polki karmiącej wychowanej do służenia innym z
                        > upą albo bezmyślnego wyznawcę teorii zastaw się a postaw się.

                        Ale bardzo często podpada pod kategorię osoby "Nie lubię gotować, no ale przecież TRZEBA, bo.... bo trzeba. No bo trzeba, tak? Z powodu tego, że trzeba". I taka osoba, nie gotując, często ma totalnie niepotrzebne poczucie winy.

                        A książki typu Jeżycjada tylko umacniają ten stereotyp że "dobra żona tym się chlubi, że gotuje co mąż lubi", że "przez żołądek do serca", że mama mnie kocha, więc dla mnie gotuje, mama mnie nie kocha, więc mnie posyła do sąsiadki na obiadki, mama jest wysztafirowaną karierowiczką, więc gotować musi tata...

                        Zauważ, która z sióstr w tej scenie została uznana za tą, która "nie kocha" Nutrii tak jak należy. No która? No Ida. Ta sama Ida, która nie rwie się do gotowania... To, że Ida robi rzeczy faktycznie pomocne, że Ida wydzwania po wydziałach Akademii Muzycznej i zdobywa informacje o Filipie
                        • teano1 Zła Ida? 05.10.11, 17:06
                          nessie-jp napisała:

                          > Zauważ, która z sióstr w tej scenie została uznana za tą, która "nie kocha" Nut
                          > rii tak jak należy. No która? No Ida.

                          Za pozwoleniem, kiedy i przez kogo Ida została uznana za tę która nie kocha Nutrii?
                          Strasznie dawno czytałam NiN i nie mam pod ręką.
                  • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 29.09.11, 23:48
                    ding_yun napisała:

                    > I nie widzę powodu dla którego każde przywiązania do jakiś zwyczajów miałby być
                    > przejawem zniewolenia albo ciemnoty w hołdowaniu idiotycznym zwyczajom.

                    Bo są tradycje i tradycje. Tradycją jest trzymanie psów na łańcuchu. Tradycją było krępowanie stóp Chinkom. Tradycją było tuczenie niemowląt do upadłego.

                    Tak długo, dopóki tradycja nikomu nie wyrządza krzywdy, fajnie i super, jestem bardzo za. Uwielbiam tradycyjne polskie potrawy i zwyczaje (weselne, pogrzebowe, urodzinowe, pogańskie).

                    Ale jeśli ta tradycja ma polegać na tym, że moja 60-letnia chora ciotka ze wstydem mnie przeprasza, że podaje na obiad tylko dwa dania, bo nie zdążyła z deserem
                    • dakota77 Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 06:23
                      Otoz to. Moge sie pod tym podpisac.
                    • emae Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 08:18
                      Ale o czym my mówimy? W cytowanej scenie Gaba wraz z dwiema siostrami robi jedną, łatwą do przygotowania zupkę - nie obiad z dwóch dań i deser. Nikogo nie przekarmia. Niczego nie uczy, żadnego poczucia winy też nie ma. Wiem, że są ludzie, którzy tak robią - ale Gaba nie należy do nich.

                      Sceny kuchennej z "Dziecka Piątku" też nie lubię, ale z innych powodów. Natomiast nie zgodzę się, że Gaba odejmuje sobie od ust kolację. Ona też była najedzona, miała po prostu zachciankę. Nie mam książki pod ręką, ale to było już poruszane na forum. A czemu nie lubię tej sceny? Bo gdy ja mam zachciankę (a w ciąży nie jestem), to po prostu muszę to zjeść i koniec! :) Ale pewnie zrobiłabym podobnie jak Gaba.
                    • pampelune Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 09:23
                      To chyba jest moment w którym wkleja się link www.efka.org.pl/index.php?action=p_art&ID=8

                      Nie żebym chciała tym sposobem jednoznacznie opowiedzieć się przeciw gotowaniu i umilaniu, o, nie chciałabym!
                      • dakota77 Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 10:38
                        Fajny tekst, bardzo prawdziwy moim zdaniem.
                        • kanga_roo Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 12:16
                          dzięki, pampelune, za linkę, nie pamiętałam, gdzie czytałam ten tekst a chciałam zapodać jako wsparcie dla nessie i jej postawy. bo ja lubię bliskim gotowac i umilać, ale często czuję się wrobiona w przygotowywanie żarcia "z okazji".
                          i taka ogólna myśl w kwestii umilania mnie naszła: czytałam kiedyś, że najlepsze, co możemy dać dzieciom, to naładować ich akumulatory pozytywnymi doznaniami w dzieciństwie. i ja w to wierzę. pod to podpada wszelkie umilanie, od robienia racuszków, przez łaskotanie na wyrku, wspólną zabawę, drobne prezenty i niespodzianki, rodzinne wycieczki, fajne wakacje...no mnóstwo tego. ale to u mnie mnóstwo, niekoniecznie u wszystkich.
                          (jak wnioskuję po lekturze MM, ze szczególnym uwzględnieniem Bambolandii).
                          • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 17:54
                            Jeszcze dorzucę wizualizację "umilania przez karmienie", warto obejrzeć :)

                            www.youtube.com/watch?v=NQCwHluBqFc
                            • pi.asia Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 19:16
                              O jeżu kolczasty, nessie_jp, toż to makabra ;)
                              Dobry komentarz!

                              A scena ze smażeniem Oka Cyklopa dla wszystkich już nażartych i ukrywanie przed rodziną, że dla smażącej już nic nie zostało zniesmaczyła mnie potwornie.
                              • ding_yun Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 20:21
                                Hmmm... Gabriela ukrywała, że dla niej nic nie zostało zapewne dlatego, że wiedziała, iż rodzina się przejmie tym faktem i nie chciała stawać się osobą, która z męczeńską miną oznajmia, że dla niej już tylko suchy chlebek pozostał. Gaba nie odjęła sobie tych cyklopów bohatersko od ust, tylko była pewna, że jajek jest jeszcze dosyć i dlatego zachęcała do konsumpcji. Dość prawdopodobne, że w okolicy nie było już otwartego sklepu do którego można kogoś wysłać po coś do jedzenia, więc po prostu wolała nie robić zamieszania z którego i tak by nic nie wynikło. Też bym tak zrobiła.
                                Ogólnie gdyby moi współlokatorzy wyżarli mi bezmyślnie np zapas chleba, który miałam na śniadanie to wysłałabym bez skrupułów któregoś z rana do sklepu, żeby mi odkupił. Ale gdybym sama częstowała kanapkami przekonana, że chleba jest jeszcze dość dla mnie, a potem okazałoby się, że już go nie ma i o tej godzine kupic go nie sposób, to wolałabym nie robić zamieszania i nie oznajmiać cierpiętniczo, ze dla mnie juz nic nie zostało tak, żeby wszystkim pozostałym te resztki kanapek w przełyku stanęły.
                                • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 20:47
                                  ding_yun napisała:

                                  > Hmmm... Gabriela ukrywała, że dla niej nic nie zostało zapewne dlatego, że wie
                                  > działa, iż rodzina się przejmie tym faktem i nie chciała stawać się osobą, któr
                                  > a z męczeńską miną oznajmia

                                  W ogóle nie zrozumiałaś problemu. Problem polega na tym, po jaką, za przeproszeniem, ciężką cholerę Gabriela Stryba przekarmia swoje dzieci dodatkowym posiłkiem, chociaż przed chwilą jadły kolację? Z jakiej przyczyny oddaje usmażonego DLA SIEBIE cyklopa Kresce, która wpadła tylko na sekundę? Po co oddaje swoją kolację Idzie? Po co? Po co?

                                  Ano po to, że "gość w dom, tuczenie mode on". Gościa trzeba napchać. Siostry trzeba napchać. Córki trzeba wręcz niezdrowo napaść smażonymi kartoflami przed samym snem, chociaż jadły kolację.

                                  BO TO TAKIE PRAWDA UMILAJĄCE.
                                  • pi.asia Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 21:06
                                    Zapachniało mi smażonym chlebkiem. Jajców już w domu nie mam, bo zeżarłam wszystkie i nie kupiłam następnych, więc zrobię sobie oko cyklopa bez oka cyklopa. Keczupu też nie mam, bo nie używam.
                                    Będzie smażony chlebek. Ostatnie dwie kromki.
                                    Nawet jak zapuka głodny wędrowiec, to nie wpuszczę.

                                    W jednoosobowym gospodarstwie tak się czasem zdarzy, że w lodówce nie ma dosłownie nic. Ale że w kołchozie Borejków Gaba idzie spać głodna??? Nie ma ani jednej kromki chleba, ani jednego jajka, plasterka wędliny, pomidora, puszki groszku, sardynek, nic, z czego dałoby się upichcić na szybko kolację dla jednej osoby?
                                • kajaanna Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 21:04
                                  > Gaba nie odjęła sobie tych cyklopów bohatersko od ust, tylko była pewna, że jajek jest jeszcze dosyć i dlatego zachęcała do konsumpcji.

                                  Zaraz. Ona je po omacku wyciągała z mysiej dziurki, czy z lodówki (z etui na jaja, etc.), gdzie generalnie WIDAĆ, że znika czwarte jajko, trzecie, drugie, ostatnie... ups! nie ma jajek, nie ma!?

                                  Nikomu w mnogiej Rodzinie nóżek nie uchetało, aby polecieć do sklepiku, by Świętą, Brzemienną Gabryelę jajami wspomóc.

                                  • kolczykizoldy Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 21:52
                                    >>W ogóle nie zrozumiałaś problemu. Problem polega na tym, po jaką, za przeproszeniem, ciężką cholerę Gabriela Stryba przekarmia swoje dzieci dodatkowym posiłkiem, chociaż przed chwilą jadły kolację?

                                    Rozumiem, ze mozna sie przyczepic do sposobu, w jaki odzywiane sa mlode Pyziakowny. Wezmy jednak pod uwage, ze byla niedziela, kolacje mieli wyjatkowo wczesnie, mlode zamiast spac byly mocno rozbrykane i Gaba im odpuscila. Ktora matka czasem nie odpuszcza?

                                    >>Z jakiej przyczyny oddaje usmażonego DLA SIEBIE cyklopa Kresce, która wpadła tylko na sekundę?

                                    Za pozwoleniem, czy Gaba miala Kreski ta grzanka nie poczestowac, bo Kreska wpadla tylko na chwile, bez zapowiedzi i nie byla zaproszona z tygodniowym wyprzedzeniemna na posilek do Borejkow? Jak niby mialoby to wygladac, Kreska stwierdza ze juz jest po kolacji, ale w sumie nie wzgardzilaby grzaneczka, a Gaba na to 'o tak, zrob sobie taka, jak wrocisz do domu'.

                                    >>Po co oddaje swoją kolację Idzie? Po co? Po co?

                                    To chyba Grzesiowi oddala. Jak juz tutaj inne osoby wspominaly, myslala, ze ma wiecej jedzenia (tez czasem ulegam takiemu zludzeniu: ostatnio z zapalem proponowalam moim gosciom dokladke lazani - bo jeszcze mnostwo tego zostalo - by sie po chwili w kuchni przekonac, ze ekhm, nie zostalo nic). A zrobila Grzesiowi cyklopa, zamiast mu powiedziec 'a zrob sobie sam', bo skoro i tak stala przy tej patelni, to dlaczego nie. Jestem pewna, ze w odwrotnej sytuacji on by jej tez zrobil.

                                    Nie za bardzo widze tu problem. Zwykle rodzinne zamieszanie. Na miejscu Gaby, gdybym byla bardzo glodna, kazalabym sie Grzesiowi podzielic ze mna jedzeniem. Ale moze kiedy sie zorientowala, ze la niej nic nie zostalo, on juz zdazyl wszystko pozrec. Dlatego po prostu machnela na to reka.
                                    • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 21:59
                                      > Za pozwoleniem, czy Gaba miala Kreski ta grzanka nie poczestowac, bo Kreska wpa
                                      > dla tylko na chwile, bez zapowiedzi i nie byla zaproszona z tygodniowym wyprzed
                                      > zeniemna na posilek do Borejkow?

                                      TAK! Wreszcie! Tak, Gaba nie miała się odruchowo pchać z talerzem i wpychać gościowi kciukiem do gardła! Tym bardziej, że Kreska nie przyszła tam jeść. Nie przyszła tam głodna
                                      • kolczykizoldy Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 22:13
                                        No nie wiem... Ja to odebralam bardziej tak, ze Kreske naprawde naszla ochota na te grzanke (bo tak smakowicie w kuchni pachnialo) i czula sie u Gaby na tyle swobodnie, zeby to otwarcie wyrazic. Gdyby byla najedzona po uszy, tez by sie nie przejmowala, tylko powiedziala, ze chce tylko herbaty. Tak to przeciez bywa w zaprzyjaznionych domach: wpadasz tylko na momencik, a dajesz sie skusic na pogawedke przy herbatce i/lub jakiejs przekaske przy okazji.
                                        • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 22:46
                                          kolczykizoldy napisała:

                                          > No nie wiem... Ja to odebralam bardziej tak, ze Kreske naprawde naszla ochota n
                                          > a te grzanke (bo tak smakowicie w kuchni pachnialo) i czula sie u Gaby na tyle
                                          > swobodnie, zeby to otwarcie wyrazic.

                                          Ale Gaba właśnie nie miała dość asertywności (doskonałe słowo w poście Tarii powyżej, dziękuję!) żeby jednak tę swoją grzankę zjeść, a Kresce ewentualnie usmażyć inną. I to samo z Grzegorzem, to samo z innymi. Bo ma wryte głęboko w zwoje mózgowe, że karmić TRZEBA, że ma obowiązek. Nawet, jeśli karmiony nie jest głodny albo ma dwie rączki i nóżki i można mu powiedzieć "Kochanie, ale teraz ja jem swoją kolację, usmaż sobie sam albo poczekaj, aż skończę". Takie postępowanie, przecież najzupełniej rozsądne i logiczne, byłoby dla Gaby nie do zaakceptowania, ponieważ Gaby wartość dla rodziny i przyjaciół wyraża się w tym, że ona umila, gotując :/ No sorry, nie podoba mi się to, przede wszystkim dlatego, że jest aż nazbyt dobrze znane z codzienności.

                                          A co do karmienia dziewczynek, bo... są niegrzeczne, to i nie dziwota, że tak "umilana" Laura defraudowała potem składki klasowe i kupowała sobie za nie lody, a Pyza musiała się radykalnie odchudzać! ;)

                                      • taria Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 22:18
                                        Akurat w sytuacji z cyklopem Gabrysia nie wpychała gościom/domownikom jedzenia, jedynie nie zdobyła się na tyle asertywności, by powiedzieć: zróbcie sobie sami...

                                        Wpadła Kreska, przyjaciółka i sąsiadka, pragnąc pożyczyć prasowalnicę do bielizny i wołając, że co prawda jadła już kolację, ale tutaj pachnie tak smakowicie, że chyba nie wytrzyma i pozwoli się zaprosić na coś ciepłego.
                                        Gabrysia rzuciła książkę na kredens, wyłączyła magnetofon, usmażyła Kresce jeszcze jednego "Cyklopa", po czym nagle zgłodniała i usmażyła sobie następnego, a w chwili, gdy go właśnie zdejmowała z patelni - do kuchni wszedł Grzegorz, z rozwianym włosem i oczami lśniącymi zza szkieł szlachetnym ogniem naukowym.
                                        Najpierw się schował na widok obcej kobiety, albowiem był tylko w spodniach i podkoszulku, a potem zaraz rozpoznał w obcej kobiecie Kreskę i wszedł do kuchni z powrotem, oznajmiając, że chyba zjadłby coś smażonego.


                                        Przy tym Nutria i Patrycja zrobiły kolację dla siebie i dziewczynek, kiedy Gabrysia siedziała z ksiązką przy magnetofonie.
                                        • verdana Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 22:59
                                          jakos nie bardzo sobie wyobrazam, ze do domu wpada przyjaciółka, przymawia się o kolacje, a ja jej mowię - nie dam, sama żeżre, bo to moje.
                                          Grzesiowi Gaba dała grzankę odruchowo, nie wiedzac, że dla niej nie starczy. Fakt, kończacy pracę (coż że w domu) mąz moze sobie sam zrobić kolację, pod warunkiem wszakże, ze zmęczonej zonie, siedzacej trzecią godzinę przy kompie tez nie zrobi kanapki ani szklanki herbaty, niech se sama bierze. Na miejscu Gaby, myśląc, ze cos jest w lodowce, też bym oddała juz usmazoną kanapke z prostej -rzyczyny - gdybym zaczęła smażyć kolejną, zjadłabym zimną.
                                          A że w ciązy - ciąża to naprawde nie choroba, która uniemożliwia normalną kuchenną działalność.
                                          • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 23:15
                                            verdana napisała:

                                            > jakos nie bardzo sobie wyobrazam, ze do domu wpada przyjaciółka, przymawia się
                                            > o kolacje, a ja jej mowię - nie dam, sama żeżre, bo to moje.

                                            Oszalałaś?

                                            Wpada BLISKA przyjaciółka, widzi, że jesz, _kończysz_ jeść i robisz dla niej porcję. Nie oddajesz swojego talerza. Może łyżkę też? Albo w ogóle przeżuć i podać takie już pogryzione, żeby się gość nie zmęczył?

                                            Gdy ja wpadam do mojej najbliższej przyjaciółki, która właśnie chodzi w zaawansowanej ciąży, i mówię "Kurczę, napiłabym się herbaty", to ona nie czuje żadnego zażenowania mówiąc mi "Jasne, wiesz gdzie co stoi, czuj się jak u siebie w domu i rób sobie co chcesz, tam na najwyższej półce jest ta herbata, co lubisz".

                                            Identycznie z jedzeniem
                                            • kolczykizoldy Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 23:32
                                              Ale juz ustalilysmy, ze Gaba nie oddala swojej kolacji Kresce. Usmazyla jej grzanke wedle zyczenia (chyba w koncu Kreska wychodzi tu na chamidlo, ktore wpada bez zapowiedzi do przyjaciol i domaga sie jedzenia), pozniej usmazyla sobie. Nastepnie swoja oddala Grzesiowi, najprawdopodobniej z rozpedu.
                                              • taria Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 23:55
                                                I w ogóle wygląda na to, że Gabrysia zjadła wczesną kolację razem z córkami i Grzesiem, skoro po sprzątaniu zrobiła sobie tylko herbatkę. Zapach smażonych ziemniaczków i grzanek z jajkiem pobudził jej apetyt, ale z pewnością nie poszła do łóżka z pustym brzuchem. To, że nie zjadła smażeliny bezposrednio przed snem z pewnością wyszło jej tylko na zdrowie:)
                                            • quilte Re: Rozmowy nad gazpacho 30.09.11, 23:59
                                              Tylko że, hm, Gaba nie oddała Kresce swojego Cyklopa. Pierwszego Cyklopa usmażyła Natalia. I zjadła. Na co przyszła Kreska i jej zapachniało. Gaba usmażyła Cyklopa DLA KRESKI. I wtedy sama nabrała apetytu więc usmażyła kolejnego. Na co wszedł Grzegorz i oznajmił, że chyba zjadłby coś smażonego. No i dostał Cyklopa Gaby. Cóż, ja bym mu nie dała:) Ale ja łakoma jestem straszliwie i do świętej też mi daleko. Ale skoro tak chciała? Natomiast gości karmię i karmić będę. Bo lubię. Stół nie jęczy, ale coś tam zawsze dostaną. I gorzej: oczekuję, że w gościach będę karmiona. Bo też lubię. Oczywiście w granicach rozsądku: nie trzema daniami, nie przez zasuszoną prababcię, czy mocno ciężarną przyjaciółkę. O wiele przyjemniej - i dłużej - gada się przy jedzeniu. I piciu. I niestety samym winem, wspomnianym przez kogoś wcześniej ululałabym się w czarnoziem po drugim kieliszku. Tak na mnie działa. To w ogóle raczej nie jest dobry pomysł, żeby wciągać samo wino. A polski zwyczaj częstowania gości wydaje mi się bardzo fajny. I co, potępimy w czambuł "bo to takie polskie"? No nie. Uczciwie zaznaczam, że ja piętnem karmienia zostałam naznaczona w domu rodzinnym: w każdy piątek moja mama piekła ciasto. Właściwie dla mnie bo mieszkałyśmy tylko we dwie. W karnawale co tydzień piekła górę faworków. Wspominam to z rozrzewnieniem do dziś. Karmiła gości. Obiady gotowała. I słowo daję, ona to lubi.
                                      • dziennik-niecodziennik Re: Rozmowy nad gazpacho 01.10.11, 14:48
                                        wiesz co, nessie, przeczytaj Ty sobie tę scenę jeszcze raz. bo Ci sie wszystko popierniczyło :) nikt tam nikogo nie zmusza do jedzenia, nikt się martyrologicznie nie poświeca, nikt nie idzie spac z kiszkami przyrośniętymi do kręgosłupa, i nie wszystkich obsługuje Gaba.
                                        nie wiem w sumie co Cię tu tak bulwersuje. że Ty inaczej rozumiesz relacje miedzy przyjaciółmi? - i chwała Ci za to . a MM rozumie je inaczej i tez jej wolno. przeciez nikt nie mowi że wizja MM jest jedynie słuszna.
                                        • pi.asia poświęcenie Gabryjeli 01.10.11, 15:45
                                          A mnie najbardziej bulwersuje w tej scenie to, że Gabrysia nagle odkryła, że już nie ma nic do jedzenia i UKRYWA TO PRZED RODZINĄ. Dlaczego, do stu diabłów???

                                          din-yun napisała:
                                          >Dość prawdopodobne, że w okolicy nie było już otwartego sklepu do którego można kogoś >wysłać po coś do jedzenia, więc po prostu wolała nie robić zamieszania z którego i tak by nic >nie wynikło.

                                          No wolne żarty. Ja mieszkam w peryferyjnej dzielnicy powiatowego miasta, a w promieniu 50 metrów od domu mam sklep czynny do 22-ej i Żabkę czynną do 23-ej.
                                          Borejkowie mieszkają w centrum Poznania, gdzie zawsze jakiś czynny sklep się znajdzie. Ostatecznie opisywana scena nie odbywa się głęboką nocą. Pamiętam, że w Noelce ktoś kogoś wysyła do sklepu "To Tu" po paczkę migdałów, których zabrakło do dekoracji, a jest późne wigilijne popołudnie. I ten sklep jest czynny!
                                          Ale nawet jeśli we wszystkich sklepach trwa akurat tzw. "renamęt", a bufet na dworcu gdzie od biedy też można kupić kanapki, został chwilowo zamknięty przez sanepid, to przecież Gaba ma jeszcze do dyspozycji Idę (i jej zapasy spożywcze) w suterenie oraz Kreskę dwie kamienice dalej. Żaden problem skoczyć pożyczyć kawałek chleba i dwa jajka. Józinek przychodził po taką pożyczkę i nie było problemu.
                                          No więc czemu Gaba tego nie zrobiła? Żeby nie wzbudzać wyrzutów sumienia w rodzinie, która pożarła wszystko, nic dla niej nie zostawiając? To też mogła załatwić normalnie, mówiąc "Grzesiu/Pyzuniu, skocz do sklepu/Idy/Kreski, pożycz/kup no kawałek chleba i serek topiony/kawior/udziec z kangura", bo zabrakło."
                                          Głowę daję, że u nikogo nie powstałby ciąg skojarzeń "zabrakło bo ja zeżarłem".

                                          Gaba byłaby syta. Tylko że jej aureola świeciłaby słabszym blaskiem ;)





                                          • teano1 Re: poświęcenie Gabryjeli 05.10.11, 18:12
                                            pi.asia napisała:

                                            > A mnie najbardziej bulwersuje w tej scenie to, że Gabrysia nagle odkryła, że ju
                                            > ż nie ma nic do jedzenia i UKRYWA TO PRZED RODZINĄ. Dlaczego, do stu diabłów???
                                            >
                                            > din-yun napisała:
                                            > >Dość prawdopodobne, że w okolicy nie było już otwartego sklepu do którego
                                            > można kogoś >wysłać po coś do jedzenia, więc po prostu wolała nie robić zam
                                            > ieszania z którego i tak by nic >nie wynikło.
                                            >
                                            > No wolne żarty. Ja mieszkam w peryferyjnej dzielnicy powiatowego miasta, a w pr
                                            > omieniu 50 metrów od domu mam sklep czynny do 22-ej i Żabkę czynną do 23-ej.
                                            > Borejkowie mieszkają w centrum Poznania, gdzie zawsze jakiś czynny sklep
                                            > się znajdzie. Ostatecznie opisywana scena nie odbywa się głęboką nocą. Pamięta
                                            > m, że w Noelce ktoś kogoś wysyła do sklepu "To Tu" po paczkę migdałów, których
                                            > zabrakło do dekoracji, a jest późne wigilijne popołudnie. I ten sklep jest czy
                                            > nny!

                                            Przepraszam a w którym roku dzieje się ta scena? Bo ja jeszcze pamiętam czasy, kiedy na produkty spożywcze się polowało i nie można było po nie tak sobie zwyczajnie iść do sklepu.
                                            Zresztą o ile były sklepy całodobowe (były? Bo nie pamiętam, nie korzystałam) to WYŁĄCZNIE monopolowe.
                                            Potem, choć nie wiem czy nie po roku 1989 zaczęły się jako pierwsze jaskółki pojawiać nocne sklepy - delikatesy - na dworcach PKP. Pierwszy taki zoczyłam na Centralnym w W-wie.
                                            Zatem - kiedy dzieje się scena z cyklopem i jajkami? Były już wtedy sklepy po pierwsze zaopatrzone w jajka (swego czasu jajka przywoziło się wyłącznie ze wsi albo kupowało na rynku (rzadko) bo w sklepach albo nie było, albo były zbuki) a po drugie czynne dłużej niż do 18:00?
                                            > Ale nawet jeśli we wszystkich sklepach trwa akurat tzw. "renamęt", a bufet na d
                                            > worcu gdzie od biedy też można kupić kanapki, został chwilowo zamknięty przez s
                                            > anepid, to przecież Gaba ma jeszcze do dyspozycji Idę (i jej zapasy spożywcze)
                                            > w suterenie oraz Kreskę dwie kamienice dalej. Żaden problem skoczyć pożyczyć ka
                                            > wałek chleba i dwa jajka. Józinek przychodził po taką pożyczkę i nie było probl
                                            > emu.

                                            Mnie by się nie chciało robić zamieszania dla jednej grzanki. A jeśli dodatkow były to czasy bezjajeczne to Ida na pewno jajek nie miała. A latać dwie kamienice dalej lub wysyłać kogoś gdy tak fajnie się siedzi i gada? A po co? Zachcianka ma to do siebie że po jakimś czasie mija.
                                            I też bym poszła spać bez zjedzenia czegoś innego, bo jak człowiek ma smak na grzankę to choćby w lodówce miał pół kilo kawioru, udziec z jesiotra i tiramisu, to jednak nie będzie TO. I czasem lepiej wtedy nie jeść nic.

                                            > Gaba byłaby syta. Tylko że jej aureola świeciłaby słabszym blaskiem ;)
                                            >
                                            Gaba była syta (patrz parę postów wyżej). Miała tylko smaczek na cyklopa. (Też bym sobie zjadła, choć jajek sadzonych nie lubię, ale od tej dyskusji nabrałam ochoty, ale że nie chce mi się ruszać z kanapy i smażyć, to sobie nie zjem. Zresztą nie mam keczupu. A może od tego mi aureola rozbłyśnie? ha!)
                                            • mmoni Re: poświęcenie Gabryjeli 05.10.11, 20:04
                                              Nie no, ta scena ma miejsce już dobrze po przełomie. O polowaniu na produkty spożywcze nie ma mowy. Chociaż pamiętam dobrze moje nieprzyjemne rozczarowanie, gdy przeprowadziłam się do innej dzielnicy pewnego dużego miasta w 1998 i okazało się, że jedyne dwa spożywczaki w najbliższej okolicy należą do Społem i zamykają się o 18:00.
                                        • nessie-jp Re: Rozmowy nad gazpacho 01.10.11, 16:23
                                          dziennik-niecodziennik napisała:

                                          > wiesz co, nessie, przeczytaj Ty sobie tę scenę jeszcze raz. bo Ci sie wszystko
                                          > popierniczyło :) nikt tam nikogo nie zmusza do jedzenia, nikt się martyrologicz
                                          > nie nie poświeca, nikt nie idzie spac z kiszkami przyrośniętymi do kręgosłupa,

                                          Nie, Gabriela nie rezygnuje świątobliwie z kolacji, wtykając swój talerz najpierw Kresce, a potem mężowi. Skąd. Wszystko mi się popierniczyło. Gaba zżera najpierw Kreskę, potem Grzesia, poprawia dwoma cyklopami, a na deser ma pieczone ziemniaczki i Tygrysa z rusztu. Zadne ciotki nie podają niepotrzebnie kolacji żadnym dzieciom. Zadna wizyta sąsiadki na 5 sekund nie jest natychmiast po polsku obracana w biesiadę nad kuchennym stołem.

                                          Może, jak mówiła moja wykładowczyni, "pani po prostu czytała inną książkę?"

                                          • dziennik-niecodziennik Re: Rozmowy nad gazpacho 01.10.11, 20:20
                                            no dobra, mam książkę przed sobą. jak wygląda opisana scena dokładnie:
                                            - dziewczynki (juz istotnie dawno po kolacji) wykąpane, wymiziane, w łóżeczkach;
                                            - Gaba w kuchni zmywa, po czym robi sobie herbatkę, siada nad książką i "zadomawia się";
                                            - wpada Patrycja i przystępuje do robienia ziemniaczków;
                                            - przychodzą dziewczynki zgłaszajac głód i potrzebę zjedzenia czegos (jak rozumiem dziecku twierdzącemu ze jest głodne należy wskazac ze juz jadło, wyliczyc ilez to kalorii pochłonęło, wykazac zgubny wpływ tegoż na linię i stanowczo pokarmu odmówic. juz widzę jak głodne dziecko to przyjmie do wiadomosci);
                                            - wpada Natalia i robi sobie Cyklopa;
                                            - wpada Kreska i prosi o poczęstunek (PROSI! - nie jest jej nachalnie wpychane!);
                                            - Gaba robi jej Cyklopa;
                                            - po czym stwierdza ze zrobi sobie tez bo czemu nie;
                                            - wchodzi Grzes i stwierdza ze tez by zjadł;
                                            - i tu owszem - Gaba oddaje mu swoją porcję - mówiąc ze sobie zrobi następnego;
                                            - po czym stwierdza ze skończyły się JAJKA;

                                            jak widac - Kreska nie jest nachalnie karmiona zawartoscią talerza Gabrysi, tylko sama chce jesc i prosi żeby ją poczęstowac. To nie z okazji jej wizyty jest organizowana biesiada, tylko wpada ona w trakcie kolacji i zostaje na niej z własnej woli. Fakt, Gabrysia oddaje swoją porcję Grzesiowi, ale nie dlatego że on tego żąda i wymaga a ona sie poswieca, ale jak sądzę ot tak po prostu, "mam w ręku, on chce, to mu dam, a sobie zrobię jak juz tu stoję". Po czym odkrywa że nie ma jajek - nie ze nie ma w domu NIC jadalnego i skazana jest na glodowanie do rana, tylko nie zrobi sobie cyklopa akurat. owszem, pada tam niefortunne zdanie ze Gaba ukrywa przed rodziną ze nic dla niej nie zostało na kolację ale po pierwsze uwazam słowo "nic" za nadużycie, po drugie - gdyby Gaba byla naprawde solidnie głodna, a nie tylko miala zachciewajkę, to na pewno ktoś by skoczył po jakies zakupy.

                                            ale to ciekawe czemu akurat tematyka późnych kolacji i biesiadowania z przyjaciółmi i rodziną tak Cię porusza. równie ciekawe jak to że uważasz odmówienie posiłku dzieciom po kolacji, ale deklarującym głód za słuszne, a dokładnie ta sama sytuacja w odniesieniu do osoby dorosłej jest dla Ciebie karygodna...
                                          • ding_yun Re: Rozmowy nad gazpacho 01.10.11, 20:25
                                            Nie, Gabriela nie rezygnuje świątobliwie z kolacji, wtykając swój talerz najpie
                                            > rw Kresce, a potem mężowi.\ Skąd. Wszystko mi się popierniczyło.

                                            No popierniczyło, nie da się ukryć. Swoją grzankę Gaba oddaje tylko Grzesiowi, ta pierwsza była przeznaczona od początku dla Kreski. I nie rezygnuje świątobliwie tylko jest przekonana, że zaraz sobie usmaży kolejne jajko.

                                            Zadna wizyta sąsiadki na 5 sekund nie jest natychmiast po polsku
                                            > obracana w biesiadę nad kuchennym stołem.

                                            Biesiada już trwała kiedy Kreska wpadła. Rozpoczęła ją Pulpa, która
                                            1.wpadła do domu po całym dniu biegania i normalnie chciała zjeść kolację w domu
                                            2.robiła ją sobie sama
                                            3.poczęstowała siostrzenice bo jej się napatoczyły, a nie poszła zbierać całą rodzinę po domu, zeby nakarmić ich ziemniaczkami smażonymi.
                                            Kreska wpadła w czasie kolacji, sama się na nią wprosiła, nikt w nią niczego nie wpychał, wszyscy już jedli, Gaba nie zaczęła przygotowywać nie wiadomo czego tylko usmażyła jej jajko.
                                            Serio nigdy nie przytrafiła Ci się w domu sytuacja, że jak jedna osoba zaczyna coś robić do jedzenia, to nagle wszyscy domownicy zaczynają być głodni? Mi to się zdarza bez przerwy. I jakby w środek waszego pałaszowania grzanek wpadła znajoma, od progu wołająca "och jak te grzanki pachną" to kazałabyś jej spadać na drzewo, zeby nie wyjśc na zaściankową matkę karmicielkę?

                                            • pi.asia Re: Rozmowy nad gazpacho 01.10.11, 22:31
                                              I tak z rozmów nad gazpacho zrobiły się rozmowy nad cyklopem.
                                              • verdana Re: Rozmowy nad gazpacho 01.10.11, 22:49
                                                A ja do dziś pamiętam sytuację sprzed 20 lat, kiedy przyszłam do znajomuych, akurat jedzacych grzanki. Mnie nie poczęstowali. Nie protestowałam, bo pan domu był chory i musiał byc karmiony regularnie - ale poczułam się dziwnie. Domownicy jedzacy grzanki i gość o suchym pysku jakos mi nie pasował.
                                                • chomiczkami Re: Rozmowy nad gazpacho 02.10.11, 11:23
                                                  Mnie by było przykro, naprawdę. Może dlatego, że sama jem to, co się nawinie, bo i czasu mało, i do domu daleko. Gdybym wpadła do kogoś z wizytą, ten ktoś by sobie jadł akurat kolację i nawet nie zaproponował poczęstunku... no nie wiem.

                                                  Tak samo jeśli mam mało na kolację, to raczej nie zaczynam jej pałaszować przy gościach, bo czułabym się w obowiązku podzielić ;). Tak więc jestem podła, bo w takiej sytuacji poczekam z posiłkiem, aż wszyscy sobie pójdą.
                                                  • czekolada72 Re: Rozmowy nad gazpacho 06.10.11, 10:46
                                                    No coz, u nas nawet zwykle robienie sobie szklanki, znaczy kubka, herbaty "zwoluje" do kuchni wszystkich bedacych akurat domownikow;
                                                    poniewaz wracamy do domu roznie - wielokrotnie jest tak, ze ja i Mala jestesmy juz i po obiedzie i po kolaxcji, nazarte do wypeku i marzace jedynie o czyms na niestrawnosc, po czym wraca M, zjada obiad, po chwili zaczyna sobie robic kolacyjke... i owaz kolacyjka zwabia nas, jakzeby inaczej, i z drobnej przekaski poznowieczornej dla 1 osoby - robi sie druga kolacja dla 3 osob, a jeszcze bywa, ze wpadnie np moj brat, sam albo z bratowa, acz z zamiarem uzyskania krotkiej informacji - i robi sie wrecz impreza nocna, na zasadzie a to jeszcze herbatka, a to jeszcze jeden pomidorek, a to zamiast 5 ktonmek chleba dokroje cala reszte, a serek sie skonczyl, ale jest musztarda i dzemek, a to moze wisnioweczka, a jakby kto chcial to jeszcze kakao.
                                                    Szczerze piszac - dla mnie to raczej jest normalne...
                                                    :)

                                                    zas w rodzinie mialam i mam kilka wiekowych pan, do ktorych wpadalo sie / wpada na chwile, zeby zamienic pare slow, i faklt - wszystkie one, niespokrewnione (!) potrafily w mig zrobic cos z niczego by podac na stol, chocby to byla zupa po pol filizanki na łeba, chocby to bylo po cwierc jajeczka z plasterkiem ogorka, i bylo-nie bylo - mialo to swoj urok, w przeciwienstwie do paru innych mlodszych ciotek, do ktorych trza sie zapowiadac przez umyslnego na rok wczesniej chyba, a podana tam herbata stoi w gardle przez dwa nastepne.

                                                    Wielokrotnie tez bywalo, i bywa, ze ja wpadam "na kawke" , na ploty do kolezanki/przyjaciolki, albo ona do mnie - i padaja sakramentalne -zdania typu:
                                                    - jem obiad, masz ochote?
                                                    - zjadlabys cos? mam tylko ser i kielbase bez chleba.
                                                    - robie powidla, chcesz?
                                                    -Jezu, umieram z glodu, nie masz kawalka chleba?

                                                    Ale tez staram sie jak do kogas ide nie isc z pustymi rekoma tzw, chociazby z paczka paluszkow ;)
                                                  • marslo55 Re: Rozmowy nad gazpacho 07.10.11, 12:23
                                                    czekolada72 napisała:
                                                    "a to jeszcze herbatka, a to jeszcze jeden pomidorek, a to zamiast 5 ktonmek chleba dokroje cala reszte, a serek sie skonczyl, ale jest musztarda i dzemek, a to moze wisnioweczka, a jakby kto chcial to jeszcze kakao"
                                                    Bardzo to sympatyczne:) Szkoda, że ja wczoraj nie asystowałam w kuchni mojej babci - zrobiła sobie kakao i narzekała potem, że niedobra ta nasza kawa rozpuszczalna. Bo oczywiście wsypałam kakao do puszki po kawie:/


                      • chomiczkami Re: Rozmowy nad gazpacho 02.10.11, 11:16
                        Możliwe, że nie umiem zrozumieć problemu, bo ostatnią osobą, która tak despotycznie panuje nad kuchnią, jest moja babcia. W podróży kanapkami rozporządzam ja, bo jedzenie to najlżejszy bagaż - nie podróżuję z dziećmi, tylko z rówieśnikami (i to zazwyczaj płci męskiej - z bratem i moim absztyfikantem), którzy raczej proszą o kanapkę niż ją sobie samemu biorą, nawet jeśli osobiście robili ten skromny posiłek. Gotuję teraz rzadko (częściej zajmuje się tym dostępny mężczyzna), tylko to, co mi smakuje, oczywiście uwzględniając uwagi innych biesiadników. Z radością smażę naleśniki dla piętnastu osób, pod warunkiem, że nie siedzę wtedy sama w kuchni.

                        Matki Gastronomiczne chyba nie mają szans w moim pokoleniu.
        • connspeach Re: Rozmowy nad gazpacho 02.10.11, 11:16
          No nie wiem, nikt nigdy we mnie tak nie wpychał jak rodzina mojego partnera we Włoszech - nie ważne było, że konieczność spożycia trzydaniowej kolacji o 22 jest dla mnie prawdziwym (i niekoniecznie miłym) wyzwaniem, odmowa czegokolwiek była traktowana jak obraza majestatu. A taka kolacja poprzedzona była trzydaniowym, podanym kilka zaledwie godzin wcześniej, obiadem. Także jeśli nawet jest to cecha charakterystyczna dla naszej nacji (nie polemizuję), to z pewnością nie tylko.
          • connspeach Re: Rozmowy nad gazpacho 02.10.11, 11:17
            Źle mi się wkleiło, sorry! To miała być odpowiedź na post Dakoty - ten o Amerykanach.
            • pi.asia Re: Rozmowy nad gazpacho 02.10.11, 11:29
              A skoro mowa o nacjach karmiących, to Litwini mają takie powiedzonko "Człowiek może co piętnaście minut jeść bez wzdragania, co godzinę chętnie, a co dwie łapczywie" ;)
              • platynowa_kostka_rubika Re: Rozmowy nad gazpacho 03.10.11, 23:17
                Ani chybi mam jakieś litewskie geny! [-;
          • ding_yun Re: Rozmowy nad gazpacho 02.10.11, 12:33
            connspeach napisała:

            > No nie wiem, nikt nigdy we mnie tak nie wpychał jak rodzina mojego partnera we
            > Włoszech - nie ważne było, że konieczność spożycia trzydaniowej kolacji o 22 je
            > st dla mnie prawdziwym (i niekoniecznie miłym) wyzwaniem, odmowa czegokolwiek b
            > yła traktowana jak obraza majestatu. A taka kolacja poprzedzona była trzydaniow
            > ym, podanym kilka zaledwie godzin wcześniej, obiadem. Także jeśli nawet jest to
            > cecha charakterystyczna dla naszej nacji (nie polemizuję), to z pewnością nie
            > tylko.

            Dokładanie, podobną cechę mają również Chińczycy. Z tym że u nich nakłanianie do jedzenia wynika ze specyficznych reguł zachowania przyjętych w tym kraju - jeżeli ktoś cię czymś częstuje, w dobrym tonie jest najpierw kilka razy odmówić. Stąd ich upór, nie biorą po prostu odmowy dosłownie.
            • mankencja Re: Rozmowy nad gazpacho 03.10.11, 13:08
              A także Gruzini.
    • teano1 Re: Rozmowy nad gazpacho 05.10.11, 16:11
      pi.asia napisała:

      > - Codzienne kuchenne czarowanie. Możliwe, że tylko tyle możemy zrobić dla ty
      > ch, których kochamy. Umilić im jakoś ten groźny świat.
      > - Masz na myśli wyłącznie gotowanie? - prychnęła Ida. - Znam ciekawsze zajęcia.
      > - Pewnie - zgodziła się Gabriela. - Ale tylko gotowanie ma w sobie coś z alchem
      > ii

      >
      > Cała moja jaźń buntuje się na to oświadczenie Gaby. Pobłażliwym "pewnie" skwitu
      > je "ciekawsze zajęcia", bo przecież gotowanie uber alles....
      >
      No za pozwoleniem, ale to już jest czepialstwo. Nie ma żadnych wskazówek, ze owo "pewnie" było pobłażliwe. Gaba powiedziała tylko to, co powiedziała. Tzn, że są ciekawsze zajecia przy pomocy których można innym umilić groźny świat, ale spośród nich TYLKO gotowanie ma w sobie coś z alchemii.
      Jeśli Gaba nie ma racji, to jakie znasz ciekawsze zajęcia, które mają w sobie coś z alchemii? (Pomijam syntezę chemiczną, bo to tylko dla wybrańców). Parzenie uprzednio skomponowanych ziół? Pieczenie? - Moim zdaniem to również obejmuje pojęcie "gotowanie".
      Co zatem nie podoba Ci się w tym stwierdzeniu Gaby? (Poza samą Gabą oczywiście)
      • marionaud_1 Re: Rozmowy nad gazpacho 05.10.11, 16:42
        Też nie rozumiem. Lata swoje mam, dzieci dorosłe, ale jak mają wpaść, choćby na chwilę, zawsze się pojawia pytanie w telefonie: "a co masz (miałaś) na obiadek?" Co uznaję za ewidentny dowód, że "umilałam" rodzinie jedzeniem i bardzo się cieszę. A zanjomi umawiający się na pogaduszki też potrafią zapytać o serniczek albo o rożku krucho-drożdżowe. JA nie rozumiem, o co w ogole chodzi!
      • pi.asia Re: Rozmowy nad gazpacho 05.10.11, 21:22
        Jasne że się czepiam, wcale nie twierdzę że jest inaczej ;)
        Po prostu dużo bardziej podoba mi się podejście Idy: "tylko gotowanie? Znam ciekawsze zajęcia".

        Bo ja też znam ciekawsze zajęcia umilające niż gotowanie ;)
        I też jest w nich magia (bo przecież alchemia to chemia połączona z czarami) - tworzenie nastroju, zapachu, muzyki, światła - codzienne czarowanie, NIEKONIECZNIE kuchenne.

        A Gaba te "ciekawsze zajęcia" kwituje krótkim "pewnie"...
        Swoją drogą, to urzekł mnie w tym fragmencie jeszcze jeden drobiazg:

        Zupa gazpacho o mocy eliksiru.
        - Miłosnego?
        - Oczywiście!
        - A! To dołóżmy więcej cebuli
        - Czosnku trzy ząbki
        - Szczypiorek! Dużą garść szczypiorku


        Nie jestem pewna, czy woń bijąca od amanta po zjedzeniu tego eliksiru zadziała przyciągająco na wybrankę ;)
        • verdana Re: Rozmowy nad gazpacho 05.10.11, 21:47
          Cóż, tworzenie nastroju umili randkę. Nie umili niczego dziecku wracającemu z jedynka ze szkoly, ani dziewczynie, która placze, bo chłopak był jakiś taki dzisiaj.
        • teano1 Re: Rozmowy nad gazpacho 05.10.11, 23:32
          pi.asia napisała:

          > Swoją drogą, to urzekł mnie w tym fragmencie jeszcze jeden drobiazg:
          >
          > Zupa gazpacho o mocy eliksiru.
          > - Miłosnego?
          > - Oczywiście!
          > - A! To dołóżmy więcej cebuli
          > - Czosnku trzy ząbki
          > - Szczypiorek! Dużą garść szczypiorku

          >
          > Nie jestem pewna, czy woń bijąca od amanta po zjedzeniu tego eliksiru zadziała
          > przyciągająco na wybrankę ;)

          He, he... Czosnek to wbrew pozorom niezły afrodyzjak ;). I to z biochemicznego punktu widzenia patrząc, a nie życzeniowego w rodzaju - jak nazywa się lubczyk to na pewno na miłość a jak listki mają kształt taki czy siaki to z pewnością wpływa pozytywnie na to czy tamto. Poza tym jeśli obie osoby zjedzą to aż tak nie przeszkadza.

          Jest też i drugie dno w tym wszystkim - jeśli amant/ka będzie pałać miłością MIMO zapachu, to znaczy że kocha szalenie i dozgonnie ;)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka