marajka
30.07.09, 18:14
Tak sobie dziś z nudów przeglądałam "Sprężynę". Dowiedziałam się, że Patrycja
i Baltona po ślubie "kupili tu niedrogo kawałek ziemi(...)Po paru latach
dokupili przyległe pół hektara".
Czyli tej ziemi wcale nie mieli wiele. Mimo to, posadzili dziesiątki drzew i
założyli hodowlę koni. Nie znam się na wiejskich gospodarstwach, ale to chyba
nie jest zbyt duże. Tymczasem kilka stron dalej czytam, że Patrycja miała na
głowie wielkie gospodarstwo. Powiedzmy, że w sumie mieli kilka hektarów. To
nie jest wielkie gospodarstwo!
OK, ale załóżmy, że jednak jakoś się przez lata rozrosło i było wielkie.
Zastanawiam się skąd u Florków takie sielskie życie? Przecież wielkie
gospodarstwo to wielkie obowiązki! Od gimnazjum dorabiałam w wakacje u rodziny
w sadzie, w dużym gospodarstwie. Praca od rana do wieczora(oczywiście my,
dzieciaki i tak nie pracowałyśmy nawet w połowie tak, jak dorośli). Na obiad
dania mrożone lub jednogarnkowe, chyba, że ktoś został w domu i zajął się
obiadem. W dzień powszedni nie było mowy o tym, żeby siedzieć na tarasie i
zajadać domowy twaróg z domowymi bułeczkami, bo nikt nie miał czasu na
bawienie się w robienie przekąsek. No, chyba, że w sobotę przyrządziło się coś
na niedzielę.
Pulpa jest jak czytamy kobietą atrakcyjną i zadbaną. Nie twierdzę, że kobieta
ze wsi to musi być jakiś babochłop z włosami na nogach, ale przy wielkim
gospodarstwie raczej nie ma się czasu codziennie o siebie dbać. Pamiętam, jak
sok z wiśni zmywałyśmy kwaskiem tylko na niedzielę, bo nie było sensu niszczyć
skóry, skoro następnego dnia od rana znów byłaby różowa.
No chyba, że Florkowie żyli w takiej przyjaźni z przyrodą, że na jedno ich
słowo owoce spadały do koszy, konie same się myły i wynosiły za sobą
nieczystości, chwasty same się pieliły, a nawozić tego wszystkiego nie trzeba
było.