Bardzo dawno nie zaglądałam na forum. Mam nadzieję, że mój
dzisiejszy post poprawi komuś humor.
Po krótce streszczę co się zmieniło. Leczenie antybiotykami
zakończyłam w maju. Póżniej miesiąc przerwy i niestety musiałam
zabrać się za grzybicę. Przy jej leczeniu jeszcze nie raz natrafiłam
na lekarzy którzy o leczeniu boreliozy wiedzą "mniej niż zero".
Ostatecznie jeszcze trzy miesiące brałam ketokenazol i poprawiałam
preparatem Candida Clear (a więc całe wakacje na prochach) Do pracy
wróciłam w lipcu i choć miałam czasem gorsze chwile, to myślę, że
były one raczej związane ze stresem i przestawieniem się na "wysokie
obroty" Teraz kiedy na dobre zadomowiłam się ponownie w pracy i
zapomniałam już o leczeniu mogę spokojnie stwierdzić, że z
dokuczliwych boreliotycznych objawów nie zostało mi zupełnie NIC !!!
Jestem rehabilitantką więc w pracy nie siedzę (hi hi hi - pacjenci
twierdzą, że rekord w ilości kroków na jednej zmianie mam w
kieszeni), pracuję w szkodliwych warunkach, w domu odrabiam lekcje z
jedną córką jednocześnie myjąc naczynia z drugą na rękach. I nie
dostaję przy tym zadyszki. Nie mam moich zasranych zawrotów głowy
przez które spadałam ze schodów ( chyba, że pozwolę sobie o jedno
piwko za dużo

)Po prostu normalnie żyję. I jeszcze jeden
pozytywny aspekt. Dawniej (czyt. przed boreliozą) miałam skłonność
do nawracających bakteryjnych i wirusowych zapaleń gardła. Pierwszą
zimą wolną od tych infekcji był okres kiedy brałam antybiotyki. Jak
na razie w tym sezonie (kiedy obawiałam się osłabionej odporności)
jest lepiej niż poprzednio. Przypuszczam, że wybiłam doszczętnie tę
niesprzyjającą mi florę zamieszkującą mój organizm zamieniając ją
na kultury z probówki (ciągle łykam forbaktil).
Nie wiem, czy jestem zdrowa. Ale jeżeli tak ma wyglądać choroba, to
mogę chorować do póżnej starości

Mam nadzieję, że mój stan nie jest przejściowym polepszeniem, tylko
sukcesem wynikającym z uporczywego leczenia.
Pozdrawiam wszystkich.