Dodaj do ulubionych

podróże bliższe i dalsze

13.12.09, 21:25
pamiętacie ten wątek?
forum.gazeta.pl/forum/w,262,55180015,55180015,dziwna_Ukraina.html

w międzyczasie byłe w wielu miejscach, ale nie było nic ciekawego do
opisywania, bo wszyscy tam przebywają albo mogłem oglądać tylko to,
co można zobaczyć oczami turysty lub co można zobaczyć z lotniska,
taksówki i hotelu. Czyli nic.
Ale właśnie zacząłem wizytę od tylnych drzwi w niemieckojęzycznej
Szwajcarii. Kraju komentowanym w różny sposób...

Napisać coś więcej czy będzie to totalnie nie na temat?


Obserwuj wątek
    • verena0 Re: podróże bliższe i dalsze 13.12.09, 21:46
      Pisz :) Ja mam sentyment do krajów niemieckojęzycznych, a jeszcze
      jak od kuchni to tym bardziej. Nie mogę pojeździć to chociaż
      poczytam :)
    • raks5 podróż 13.12.09, 22:19
      Zaczyna się jak zwykle od samolotu. I tu pierwsza różnica w
      porównaniu do wielu innych destylacji europejskich. Fakt, że do
      Szwajcarii nie przybywa aż tak dużo pracowników fizycznych z Polski
      determinuje skład samolotu.
      Nie wygląda on, jak większość pozostałych, jak PKS. Trochę powrót do
      przeszłości. Elegancki, czysty, bez ludzi dziwnie się zachowujących,
      krzyczących, przepychających się. W odróżnieniu natomiast od
      samolotów do Genewy, ten do Zurychu jest całkiem duży (Airbus cośtam
      320). Okazuje się, że sporo osób się przesiada i to jest powód tak
      dużej maszyny. Na pokładzie przede mną na przykład Australijczyk
      lecący do domu.
      Ok., ale o samolocie. Obsługiwany przez szwajcarskie linie.
      Elegancka obsługa, ładne stewardessy i przystojni stewardzi, co
      ostatnimi czasy, w innych liniach (nawet LOT) ostatnio już nie jest
      standardem. No i czysty samolot, co też już nie jest tak oczywiste.
      Kapitanem jest... kobieta. Za to szefem pokładu mężczyzna. Oby było
      bezpiecznie i o czasie. Bo start jest opóźniony, jak to z Warszawy.
      Na monitorach pojawiają się informacje o spodziewanym czasie
      przylotu. Powinno być ok.
      Wygląd i pierwsze wrażenie Szwajcarzy równoważą serwisem. To znaczy
      sam serwis jest ok.- obsługa nadzwyczaj miła i chętna do pomocy, tym
      bardziej, że samolot jest wypełniony może w połowie. Ale jedynym
      posiłkiem jest muffin (dobry) i czekoladka. W LOT na krótkich lotach
      jest chociaż kanapka i wafelek.
      Za to napojów nie żałują. Wino (i to nie nalewane do kubeczka, tylko
      wciąż, jak za starych czasów, serwowane razem z buteleczką, ale jak
      za nowych- plastikową). Panowie przede mną zamówili od razu
      podwójnie (jeden dwa wina, drugi dwa piwa). Potem jeszcze raz i
      jeszcze. A na koniec poprosili o ekstra czekoladki. Dostali z 10.
      Przy większej ilości Polaków na pokładzie, albo na kursie PKS nie
      pozwalają sobie na to.

      Lądowanie o czasie, jak w szwajcarskim zegarku. Lotniska zwykle są
      oznaczone dobrze, ale tutaj naprawdę nie sposób zabłądzić. Co
      ciekawe... Raczej nie chodzę wolno, a jak tylko doszedłem do pasu,
      moja walizka wyjechała może po minucie. Wszędzie indziej czeka się i
      czeka... Potem super oznaczone dojście do pociągów, autobusów,
      wypożyczalni samochodów. To niby też nic nowego, ale... nie wszędzie
      prosto z lotniska zjeżdża się do pociągu. W Genewie i Zurychu, w
      przewadze nad na przykład Mediolanem można bez trudu kupić bilet i
      uzyskać poradę na temat podróży po angielsku.
      Moim celem podróży jest malutkie miasteczko. Może 9000 mieszkańców.
      Ile trzeba będzie czekać na sensowne połączenie tam? 7 minut. A
      jakbym na to nie zdążył, to za kolejne 30 będzie następne i za
      godzinę, i jeszcze z 20 minut itd. Po co wypożyczać samochody?
      Za 50 minutową podróż IC i 20 minutową pociągiem „Urban” wychodzi 30
      franków (90pln). Ale w tamtych realiach cena jest niższa niż u nas
      (równowartość pizzy).

      Gdzieś słyszałem, że w Szwajcarii można ustawiać zegarki wg
      pociągów. Nie we francuskojęzycznej części. To znaczy może tam tak,
      ale człowiek nie ma do tego głowy. W niemieckojęzycznej nie potrzeba
      w ogóle się niczym przejmować. Podróż będzie tak wyglądała, jak była
      zaplanowana. Odjazd, przyjazd, przesiadka 5 minut jest z wielki
      zapasem nawet dla niedołężnych ludzi, po kolejny pociąg podjeżdża na
      tor obok (może przypadek). W pociągu z jednej strony na porządku
      dziennym jest popijanie piwka przez niektórych, ale jednocześnie
      cichutko, bez angażowania nikogo. Praktycznie każde głośniejsze
      zachowanie kogokolwiek jest „komentowane” przez wszystkich innych
      specyficznym spojrzeniem.
      Zanim wejdziesz do pociągu, nie musisz w ogóle niczym sobie
      zaprzątać głowy. Na przykład szukaniem sektora swojego wagonu (jak
      to w IC). Wszystko się wyświetla. Z drugiej strony nie musisz się
      też przejmować tym, że nie zapłacisz za przejazd, bo konduktor
      pojawia się od razu. Ale... jak masz szczęście, to nie sprawdzi
      biletu. Dziewczyna w pobliżu szukała biletu, ale miała mały bałagan.
      Ale powiedziała, że ma i żeby konduktorka przyszła za jakiś czas, to
      znajdzie. Ok., no problem. Nie przyszła do czasu mojej wysiadki
      (kilka stacji).
      Dojazd do St Gallen. Wysiadka. Połowa pasażerów od razu sięga po
      papierosy (na peronie można palić, a u nas?). Przesiadka w lokalny
      pociąg. IC wygląda jak nasz flirt. Lokalny podobnie. Tylko u nas
      flirty są nowe, a tamte wyglądają jak nowe (a może i są). W lokalnym
      pociągu wydzielone miejsca pierwszej klasy. Malutki przedzialik,
      może 10 miejsc, z lepszymi fotelami i wykładziną.
      Dojeżdżam do celu. Malutka stacyjka. Nawet nie jestem pewien czy
      właściwa. Chociaż tak gadało w pociągu. Nie ma postoju taksówek. Co
      tu zrobić? Idę z buta. Dobry wybór. Bo do hotelu jest jakieś 3
      minuty z walizką 
      Hotel i wieczorne zwiedzanie miasteczka to już kolejny odcinek.
      • verena0 Re: podróż 13.12.09, 22:58
        St.Gallen?? Żartujesz :) Ja za czasów podstawówki korespondowałam
        swoim pierwotnym niemieckim z chłopakiem z tej miejscowości. No
        proszę, jaki ten świat mały :)Pisz dalej :)
        • emti1 Re: podróż 14.12.09, 00:09
          Raks jesli jestes taki globetroterem to poprosze o opinie co do Krety bo na 100% odwiedze tą wyspe w przyszlym roku :)
          • raks5 Re: podróż 14.12.09, 10:39
            emti1 napisał:

            > Raks jesli jestes taki globetroterem to poprosze o opinie co do
            Krety bo na 100
            > % odwiedze tą wyspe w przyszlym roku :)


            cholera... ja po takich fajnych miejscach sie nie szlajam, tylko
            raczej po takich, gdzie mnie wysylaja. Więc o Krecie Ci nic nie
            napiszę.
      • falszywy_klamca Re: podróż 14.12.09, 11:07
        Ciekaw jestem opinii o Szwajcarach. Mam taką z pierwszej ręki (Polaków
        pracujących i mieszkających w Szwajcarii) i nie jest najlepsza.
        No i do tego "można coś zrobić dobrze, źle, albo po szwajcarsku".
      • brycee Re: podróż 14.12.09, 20:16
        raks5 napisał:
        ..............................


        Raks, nie to że się czepiam, bo naprawdę podoba mi się to co - i jak - piszesz. Ale jedno zdanie mnie zastanawia:
        -"I tu pierwsza różnica w porównaniu do wielu innych destylacji europejskich".

        Czy oby na pewno tego słowa chciałeś użyć? :)

        Popu... ?
        • verena0 Re: podróż 14.12.09, 20:21
          To freudowska pomyłka bym powiedziała ;)
        • raks5 Re: podróż 14.12.09, 20:56
          absolutnie chciałem użyć innego słowa. To wszystko wina klawiatury,
          takie literki wcisnęła. Następnym razem użyję specjalnych tricków,
          żeby złe zniknęło, a pojawiło się dobre :)
          • brycee Re: podróż 14.12.09, 21:05
            raks5 napisał:

            > absolutnie chciałem użyć innego słowa. To wszystko wina klawiatury,
            > takie literki wcisnęła. Następnym razem użyję specjalnych tricków,
            > żeby złe zniknęło, a pojawiło się dobre :)


            I niech ktoś kuna napisze, że Brycee nie czyta uważnie postów ! :P
    • raks5 hotel i pierwsze wrażenia 14.12.09, 14:32
      Hotel w samym centrum miasteczka. No trudno to nazwać hotelem w
      naszym pojęciu. Raczej taki pensjonat. Po prostu rodzinny hotel.
      Większy dom. Na dole pasaż ze stolikami i mała restauracyjka. W
      karcie dań może z 5 potraw głównych, ze trzy sałatki, kilka deserów
      i drinków. Ale na miejscu sporo starszych osób. Raczej nie
      mieszkańców hotelu.
      Recepcja malutka, ale po co coś więcej. Pani, chyba właścicielka
      nadzwyczaj uprzejma.
      Na razie wszystko wygląda jak rodzinny hotelik.
      Aż doszedłem do pokoju. Nie różni się on wiele od Bristolu w
      Warszawie (chociaż jedyny raz, jak tam spałem, nie byłem do końca
      trzeźwy). Dałbym mu 5* i nie ma co dalej komentować. Od normalnych
      5* odróżnia wszystko, co poza pokojem (ani basenu, ani siłowni, ani
      wielu barów- bieda  )
      W zakresie kilku kroków od hoteliku jest kilka cafe, restauracji i
      innych miejsc, gdzie można posiedzieć, popić i pojeść. Co dziwne,
      prawie wszystkie otwarte mimo niedzielnego wieczoru. W znacznie
      większym miasteczku po francuskiej części, nie było nawet gdzie wody
      kupić po 18 w zwykły dzień.
      Włoska knajpka. Kelner wita mnie jak starego znajomego, od razu daje
      jakiś aperitif. Jakoś się dogaduję, że chcę sałatkę mit Fleisch ohne
      Fisch. Aber er hat nur mit Bunde. W końcu okazuje się, że Bunde to
      chiken i da się zjeść. Nie za wielka porcja sałatki i woda to 75pln
       No i restauracja nie była to wypasiona. Raczej takie cafe.
    • raks5 szwajcarzy 14.12.09, 14:34
      Jacy są Szwajcarzy? Wszędzie inni. Po francuskiej części nie miałem
      za dobrego zdania. Tutaj, na razie, wydają mi się ujmująco uprzejmi.
      Chociaż prawdą jest też to, że spotykam specyficznych. Bo albo robią
      na mnie pieniądze (hotel, taksówka, knajpka), albo są to moi koledzy
      (widzimy się pierwszy raz, ale pracujemy w jednej firmie, to jednak
      coś zmienia).
      A jeśli jestem przy taksówce. Gość przyjechał w ciągu 3 minut.
      Strasznie się starał mówić zrozumiałym niemieckim (ale dla mnie
      nawet czysty niemiecki nie jest za łatwy). Licznik włączył po jakimś
      czasie, bo zapomniał. Na przejeździe kolejowym wyłączył. Włączył z
      powrotem za jakiś czas, bo znów zapomniał, rachunek wypisał na sumę
      z napiwkiem (to znaczy najpierw dostał, więc nie wymuszał), a potem
      poczekał, aż wejdę do firmy (znaczy się dogadam).
      Dlaczego mam czas na pisanie? Bo gość, do którego przyjechałem (mój
      odpowiednik w tej fabryce) jest na zwolnieniu (od dziś). No i
      wszyscy inni naprawdę się starają jakoś mną zająć, ale mają swoje
      zajęcia, swoje plany i spotkania. Więc wsadziłem sobie kompa do jego
      stacji, siedzę na jego fotelu, w jego gabinecie i czuję się jak w
      tej piosence (wiecie której?).


      Generalnie, jak na razie, w Szwajcarii jest bardziej podobnie do
      Polski niż w wielu innych krajach. Jest im po prostu do nas bliżej.
      Co by nie powiedzieć, w pozytywach Angole, Irishe czy już w ogóle
      nacje południowe nigdy nas nie dogonią. A Szwajcaria jest pozytywnie
      podobna na pierwszy rzut oka
      • mpppm Re: szwajcarzy 14.12.09, 15:48
        No i mamy nowe województwo, zdobyte przez raksa.
        Mój siostrzeniec był tam (Szwajcaria( z żoną trzy lata. Teraz jego
        żona pracuje w Stadlerze.
        Jednak podobieństwa do naszego kraju nie znależli w Szwajcarji.
        • raks5 Re: szwajcarzy 14.12.09, 17:28
          od razu województwo :) i nie zdobyte. Posiedzę tu parę dni i wracam
          do domku.
          Podobieństwa jednak znajduję w takich może bardziej szczegółowych
          szczegółach, o których nie mogę pisać. Tak krótko... W Polsce zawsze
          próbujemy być świętsi od papieża w dziedzinie porządku,
          przestrzegania przepisów, bezpieczeństwa, organizacji pracy.
          Oczywiście nie wszędzie, może nawet prawie nigdzie. Ale u mnie w
          firmie jest to na super wysokim poziomie. I potem, jak człowiek
          jedzie do innych krajów, widzi, że to co u nas jest praktyką, gdzie
          indziej tylko teorią. Aż się okazuje, że są podobni do nas.
          A na ulicy... jeśli porównasz z dolnym śląskiem, który jest teraz
          bardziej moim domem, to dalej widzę podobieństwa. Otwarci ludzie,
          sympatyczni, jako taki porządek. To jest jednak bliżej Polski niż
          niektóre z opisywanych cech wszędzie poza Polską.

          Ale opinii może być tyle, ile oceniających. To znaczy ze dwa razy
          tyle, bo jeszcze dochodzi czynnik humoru :)
    • verena0 Re: podróże bliższe i dalsze 14.12.09, 19:26
      Pamiętam jak byłam w Genewie, po tej francuskiej części, to był
      problem z komunikacją, bo tylko po francusku, a wręcz obrazą
      majestatu było mówienie po niemiecku. Zazdroszczę podróży i widoków
      alpejskich :)
      • raks5 Re: podróże bliższe i dalsze 14.12.09, 19:53
        w jednym oknie alpy, w drugim (i to znacznie bliżej) jezioro (chyba
        Victoria).
        Pięknie, ale zimno, więc wyszedłem po winko i siedzę w hotelu.
        A co ciekawe. W sklepie kupiłem winko w kartoniku, takim jak u nas
        soczki. I nie był to sikacz, tylko porządne francuskie winko
        • verena0 Re: podróże bliższe i dalsze 14.12.09, 19:58
          Tak z kartonu? Blee... chyba bym od razu całość przelała w szkło, by
          tym pudełkiem nie przeszło.
          • raks5 Re: podróże bliższe i dalsze 14.12.09, 20:53
            verena0 napisała:

            > Tak z kartonu? Blee... chyba bym od razu całość przelała w szkło,
            by
            > tym pudełkiem nie przeszło

            oj misinka, misinka
            ze szkła to ja piję kilka razy w tygodniu. A niezłe winko z kartonu,
            przez słomkę piłem poraz pierwszy. Kojarzysz, jaka to wygoda?
            Bierzesz taki kartonik na drogę do pociągu czy samochodu i jest...
            fajnie. W sklepie też był pełen wybór win w butelkach 250ml
            zakręcanych tak, że nie trzeba korkociągu. Poprawię się, następnym
            razem będzie szklana buteleczka. :)
            • verena0 Re: podróże bliższe i dalsze 15.12.09, 13:55
              Wygoda na pewno, zresztą dla mnie byłoby to fajne ze względów
              pojemnościowych :)Całej butelki chyba bym na raz nie dała rady, a
              tak jest świeżo po otwarciu dobre wino :)
      • raks5 komunikacja i takie tam... 14.12.09, 21:13
        jak to misinka napisała, komunikacja to ważna sprawa. Francuska
        część ma coś z Francji. Próby używania innego języka nie kończą się
        powodzeniem, a wręcz obrazą. Niemiecka część pod tym względem jest
        trochę podobna do Niemiec, bo po niemiecku można się dogadać :)
        Jest też podobna do Polski i Węgier, bo każdy stara się pomóc w
        dowolnym języku, nawet na migi. Różnica polega na tym, że dosyć
        łatwo się dogadać. To znaczy nie miałem problemu z dogadaniem się
        jeszcze nigdzie, mimo że mój niemiecki jest naprawdę tylko
        podstawowy. Szwajcarzy natychmiast przełączają się na łatwy
        (klasyczny) i powolny niemiecki, kiedy widzą obcokrajowca. Do tego
        nawet, jeśli nie potrafią mówić po angielsku (na przykład w
        sklepie), to w efekcie jednak starają się i można się dogadać.

        Oczywiście większość mówi po angielsku i to całkiem nieźle. Zwykli
        ludzie- kierownicy niższego szczebla, liderzy itd, którzy jednak w
        Polsce co najwyżej kaleczą jakiś język, zasuwają po angielsku
        naprawdę ładnie. Do tego dosyć powszechna jest znajomość
        francuskiego. Pozostałe dwa państwowe języki są w tym regionie znane
        mniej więcej na poziomie kaszubskiego poza Kaszubami.

        Kończąc języki. Co mnie zaskoczyło, to kolejne relacje cenowe i
        sposoby płatności.
        Relacja. Malutki talerzyk sałatki kosztuje tyle, co duża porcja
        mięsa z gotowanymi warzywami. Kilogram jabłek tyle, co niezłe wino.
        Ale z drugiej strony niezłe wino w sklepie tyle, co espresso w cafe.
        A w bardzo pobliskich Włoszech kawa kosztuje 0,9€.
        Wszędzie można płacić kartą. Niby. Ale żadną Visą (włączając
        wypukłą). MasterCard rządzi, niestety. To znaczy Visą też można, ale
        nie jest to powszechne.
        Dobrą rzeczą jest to, że jestem w takim miejscu, gdzie odbierają
        sieci komórkowe z Niemiec. Odebranie rozmowy po sieci niemieckiej
        jest 6 razy tańsze

        Wino się skończyło... Jest na szczęście dobra czekolada (80%)
        Cailler popijana S.Pellegrino (najczęściej umieszczana woda w
        filmach na prośbę producenta filmów, zwracającego się o zgodę do
        producenta wody). Oczywiście te doskonałe dla podniebienia sprawy
        wytworzone przez sponsora tej relacji :)
    • emektb Re: podróże bliższe i dalsze 14.12.09, 21:10
      czy tu zawędrowałeś zawodowo: Blumenfeldstrasse 15
      9403 Goldach, Switzerland?
      • raks5 Re: podróże bliższe i dalsze 14.12.09, 21:16
        emektb napisał:

        > czy tu zawędrowałeś zawodowo: Blumenfeldstrasse 15
        > 9403 Goldach, Switzerland?
        >

        hmmm, szpieg czy co?
        aktualnie jestem na Hafenzentrum, 9400 Rorschach :)
        wpadasz na drina?
        • emektb Re: podróże bliższe i dalsze 15.12.09, 00:39
          z dedukcji logicznej wynikało mi, że się chyba w hotelu mozart
          zatrzymałeś, a jeśli tak to widok masz na jezioro bodeńskie :))
    • raks5 impresje uliczne 15.12.09, 14:28
      Zwykły dzień pracy wygląda na powierzchni miasteczka trochę inaczej
      niż niedziela. Około 17 na ulicy pełno ludzi. Niby nie jest to
      pewnie miasto, które przyciąga tłumy na zakupy, ale cały czas pełno
      sklepików i punktów usługowych. Pamiętając, że mamy do czynienia z
      9000 miasteczkiem, trochę dziwi, że przy jednej z głównych ulic są
      ze trzy hotele. Ilości knajpek, restauracji, barów itd. już w ogóle
      nie jestem w stanie zliczyć. Fryzjerzy, manikiurzystki,
      wizażystki... Wygląda tak, jakby połowa ludzi pracowała na drugą
      połowę (utrzymując usługi i sklepy). No i sklepy spożywcze na
      przykład. Jeden obok drugiego. Delikatesy obok supermarketu.
      W knajpkach sporo ludzi. Odwiedzenie taniej (stosunkowo)
      restauracyjki przy supermarkecie Coop nie jest jakoś mniej przyjemne
      niż pobliskiej restauracyjki klasycznej. Inna sprawa to tylko
      samoobsługa. Ale dzięki temu obiad nie kosztuje 120pln tylko 70.
      Obiad to za dużo powiedziane, ale taka przekąska. Siedzą ludzie i
      jedzą. Albo piją piwko. Albo winko. Obok mnie siedzi trójka ludzi
      koło 60 i popijają sobie winko. Zanim zaczęli, krzyknęli „prost” do
      innych, bardziej lumpowatych, pijących piwo.

      Dzień nie zawsze zaczyna się od popołudnia, choć ranek może
      następować po nim. Jak to możliwe? Na przykład, jeśli popołudnie
      jest w poniedziałek, a ranek we wtorek. Jest jeszcze kilka
      możliwości, ale raczej są podobne. To tak na wypadek, jakby się
      okazało, że kolejność pór dnia mi się pomyliła.
      Grudniowy poranek w miasteczku u podnóża Alp i brzegu jeziora
      bodeńskiego wygląda bardzo spokojnie, ale i smutno. Kilka minut
      przed ósmą życia nie ma. Nie wiem, czy wszyscy już rozpoczęli pracę,
      czy może jeszcze nie wyszli z domu. Przypuszczam, że już rozpoczęli,
      bo kiedy doszedłem, wszyscy już byli w ferworze wykonywania
      obowiązków.
      Przechodząc obok jakiejś szkoły (myślę, że to coś podobnego do
      naszej zawodówki) widzę, że toczą się już zajęcia. W klasie pięciu,
      może siedmiu uczniów. Komputerów znacznie więcej. Lekcja prowadzona
      z rzutnika. Zaraz obok widać warsztaty szkolne. Tam kręci się jeden
      uczeń. Skąd wiem, że to uczeń zawodówki, a nie student (na uczelni
      miałem podobne warsztaty)? Wyraz twarzy miał podobny do... Nie będę
      tego rozwijał.
      Trochę młodzieży (tak jakoś wiek gimnazjalny) idzie do szkoły na
      ósmą chyba. Pod górkę i pod górkę. A ja gdzieś też w tym kierunku.
      Tak mi się wydawało. Minąłem szkołę, idę dalej pod górkę.
      Poprzedniego dnia droga zajęła mi 15 minut, teraz już 30 pod górkę.
      Coś nie tak. Pusta ulica, nie ma kogo zapytać. W końcu sukces. Ktoś
      na przystanku. Zanim doszedłem przyjechał autobus ze szwajcarską
      precyzją i zabrał mojego potencjalnego przewodnika. W sumie też bym
      nie czekał na przystanku, jak można po prostu przychodzić
      punktualnie i mieć pewność, że wszystko będzie jak w szwajcarskim
      zegarku.
      W końcu kogoś spotykam. Nawet trochę przedtem orientuję się, że już
      dawno jestem w innym mieście. Jeszcze tylko 15 minut z górki i
      jestem u celu. 50 minut szybkiego chodu w górach, w płaszczu,
      czapce, rękawiczkach i z torbą na ramieniu to na pewno dobre
      ćwiczenie po hotelowym śniadaniu (wykwintnym, ale bez wielkiego
      wyboru, a co za tym idzie, bez możliwości zachowania odpowiedniej
      diety).
      Idąc tak ulicą, kiedy już było nawet jasno, miałem okazję przyjrzeć
      się tej legendarnej czystości. Szwajcaria w tej części jest o tyle
      sympatyczniejsza od swojej francuskiej siostry, że jest czyściej.
      Natomiast bardziej swojska od Austrii czy Niemiec, bo nie jest
      sterylna. Z łatwością można dojrzeć leżące raczej już długo pety,
      puszki czy wyplute gumy. Prawie jak w domu. Musieliby tylko podwoić
      ilość tych śmieci.
    • tramwajsiedlecki Piękny wątek! 17.12.09, 00:14
      Raksie, zdolny człowiek z Ciebie. Raportujesz jak nie przymierzając
      sam mistrz Melchior Wańkowicz.
      Czytam z zainteresowaniem, masz duży dar obserwacji i ładnie
      przelewasz swoje spostrzeżenia na papier (ekran?).
      Dziękuję.
      • raks5 Re: Piękny wątek! 17.12.09, 03:07
        Dziękuję Tramwaju
        chyba aż zacznę o 3 rano dalej pisać. Albo nawet pójdę na ulicę
        poobserwować:)
      • verena0 Re: Piękny wątek! 17.12.09, 09:05
        Też chciałam to napisać i zauważyc,, że ta umiejętnosć marnuje się
        pewnie u Raksa, bo jej w pracy nie wykorzystuje pewnie ;)
        • verena0 Re: Piękny wątek! 17.12.09, 09:06
          Oczywiście chodziło mi o dar pisania, a nie obserwacji :)))
          • raks5 Re: Piękny wątek! 17.12.09, 09:14
            no właśnie. Nawet jak trzeba napisać naganę lub upomnienie, to HR
            robią to swoim językiem :)
            Ale w sumie, to... ehh
            • kanye Re: Piękny wątek! 17.12.09, 18:19
              no wiec jednak cie wywialo na zachod! Zazdroszcze wyjazdu bo chetnie bym sam gdzies wyskoczyl na tydzien dwa. Na razie nic nie napisales o kobietach, urodzie, stylu, zachowaniu no i troche wiecej o jedzeniu prosze!
    • raks5 państwo policyjne? 17.12.09, 20:20
      Słyszałem nieraz o tym, że to państwo policyjne. Otóż w trakcie
      prawie tygodnia tutaj, nie widziałem ani razu policji. Chyba, że
      praktykują tylko tajniaków. W sklepach nie ma ochrony. Albo jej nie
      widać. Nie widać też kamer. Na zewnątrz sklepów stoją na przykład
      ciuchy w specjalnej ofercie. Kilkadziesiąt par spodni po 70 franków.
      Albo kilkanaście swetrów, czy butów. Nikt tego nie pilnuje, nie są
      przypięte jakimiś linkami. I pewnie nikt tego nie kradnie. W fabryce
      zauważyłem, że szafki pracowników nie są zamykane na kluczyk. Jaka
      to oszczędność. Pewnie szafki takie są tańsze, ale też wiem, że sama
      zabawa w kluczyki trochę kosztuje buchalterii. Życie może być takie
      łatwe!
      Słyszałem też, że są przesadnie czuli na punkcie spokoju i
      prywatności. To prawda (z ust mieszkańców), że w Lozannie czy
      Genewie mieszkańcy jednej kamienicy czy bloku umawiają się, kiedy
      jest dzień sprzątania, prania itd. I na przykład w środę można
      hałasować odkurzaczem, myć okna itd. ewentualnie włączać pralkę.
      Choć pralnia zwykle bywa w piwnicy. Każdy ma swój dzień lub czas na
      pranie i tyle. Tutaj mało kto posiada mieszkanie. Nie opłaca się.
      Lepiej jest najmować.
      W Lozannie i Genewie, wystarczy odrobinę głośniejsze spotkanie z
      przyjaciółmi, za częste spuszczanie wody czy kąpanie się po 22 i
      masz policję na karku. Następnego dnia donosiciel z uśmiechem Ci się
      ukłoni.
      No i znowu. Te wszystkie anomalie nie dotyczą chyba części
      niemieckiej. Co jest dla mnie dziwne, bo z innych doświadczeń
      wynika, że Francuzi to luzacy i imprezowicze A to we francuskiej
      części jest dziwnie. Tutaj, chyba, jest normalnie. W moim hoteliku
      co wieczór teraz odbywają się jakieś Weinachtstrinken, czyli picie
      wina i jedzenie kanapek na konto świąt. I nie jest wcale cicho.
      Ludzie wychodzą na ulicę.
      Zresztą na ulicy wcale nie jest jak w Singapurze, którego nie znam,
      czy nawet Austrii. Ludzie palą, rzucają pety pod nogi i nikt nie ma
      z tym problemu. To samo z puszkami, papierkami czy wypluwanymi
      gumami. Bez wielkiej sterylności.
      Tak w ogóle, to strasznie dużo ludzi tutaj pali. Coś jak we Włoszech
      i chyba więcej niż w Polsce. W fabryce kilka miejsc do palenia. Dla
      porównania, w naszych fabrykach w Polsce, miejsca do palenia są, ale
      projektuje się je, żeby były niewygodne. Na przykład jest zimno i
      nie ma miejsc do siedzenia. W Szwajcarii jest kilka palarni. I w
      pomieszczeniu socjalnym, gdzie jest miejsce z automatami do kawy,
      napojów, kanapek, gdzie są jabłka dla pracowników i miejsce
      odpoczynku, można palić. W przepisach UE nie do pomyślenia.
      Papierosy są tanie jak na lokalne warunki. Marlboro kosztują 7
      franków. Nie wiem, jakie tu są zarobki, ale wydaje mi się, że raczej
      porównywalne z Polską, tylko w Chf, a może nawet więcej. Czyli tak,
      jakby papierosy kosztowały 5pln. To nawet taniej niż we Włoszech,
      gdzie są najtańsze papierosy w starej Unii chyba i super tanio w
      porównaniu do pobliskiej Francji.
      Podsumowując. Niemiecka część Szwajcarii nie daje wrażenia państwa
      policyjnego, strasznie uporządkowanego, przesadnie ułożonego. Jest
      swojska, bezpieczna i miła.
    • raks5 codzienne zachowanie 17.12.09, 20:21
      Jak już wcześniej pisałem, są bardzo otwarci. Musiałbym zdradzać
      wartości firmy, żeby podziwiać, jak bardzo identyfikują się z firmą
      (chciałbym pracować z takimi ludźmi, choć w Polsce mamy przewagę na
      innym poziomie), ale takie codzienne zachowanie jest trochę
      amerykańskie, tylko w europejski sposób. Wszyscy się uśmiechają do
      wszystkich, pozdrawiają siebie. Tylko jak wejdziesz w interakcję, to
      widzisz, że ta sympatia nie jest sztuczna. Oni po prostu z założenia
      lubią wszystkich. Takie mam wrażenie po tygodniu obserwacji. Nie da
      się przejść koło kogoś bez uśmiechu. W sklepie kasjerka zawsze coś
      zagada (nie wiem co, bo przełączają się na zwykły niemiecki tylko
      jak poprosisz) itd. No i długo nie wiedziałem, jak się pozdrawiają.
      Słyszałem końcówkę. Aż w końcu jeden młody chłopak w fabryce
      powiedział wyraźnie. I mówią Gruss Gott. Oczywiście Guten Tag, Guten
      Morget też. Przy wyjściu z pracy, goście, z którymi byłem jakoś tak
      naturalnie na „ty” mówią Tchuss (cześć), ale tacy bardziej
      zdystansowani, pełnym zdaniem: Ich Wuensche Ihnen guten Abend.
      Aufwiedersehen, bis morgen. (nie wiem, czy poprawnie piszę, bo nie
      znam za bardzo niemieckiego).
    • raks5 Kobiety i nie tylko 17.12.09, 20:45
      Wywołany do odpowiedzi, pragnę donieść, że nie jest źle. Ja mam na
      czym oko zawiesić, a i kobiety by miały, choć jak wyjadę, to będzie
      krucho. Temat może być krótki, bo moja Ukochana też może to czytać
      i, w całej swojej odporności na uczucia typu zazdrość, może na
      przykład przy kolejnych wyjazdach częściej do mnie dzwonić. I kto za
      to zapłaci? 
      Po pierwsze ludzie tutaj są bardzo zadbani. A jednocześnie
      niebrzydcy. W większości kobiety, powiedziałbym, są ładne. Chyba
      dużo krwi się tu miesza, bo przeważają typy urody różne. Ok., tego
      tematu nie będę rozwijał. Młode kobiety i dziewczyny są po prostu
      atrakcyjne. Ale też starsze są po prostu eleganckie, zadbane, ładnie
      i gustownie ubrane, subtelnie, ale gustownie umalowane, ubrania
      stonowane, ale fajnej jakości, klasyczne.
      Facetom się mniej przyglądałem, ale, jak sobie przypominam, jest
      podobnie.
      Trzeba powiedzieć, że to może być kolejny element, który mi
      przypomina tutaj Polskę. Na Zachodzie UE ludzie się ubierają, jakby
      nie mieli lustra. A jak mają lustro, to Bozia im nie darowała ciała.
      Na wschodzie jest lepiej z urodą i zadbaniem, ale jakość tego jest
      marna. W Polsce plasujemy się gdzieś w optimum. Bo kobiety
      generalnie często zdarzają się ładne, a jednocześnie wiele z nich
      ubiera się w porządne ciuchy, a do tego wie, jak to wszystko zgrać.
      Myślę, że jakbym nie miał zamkniętych oczu z powodu Ani, totalnie
      zakochałbym się w Szwajcarii. O facetach napiszę, jak mi się zechce,
      czyli pewnie nigdy.
    • raks5 jedzenie 17.12.09, 20:51
      Najlepsze co tu spożywam, to czekoladę Cailler, 80% kakao. Jedzenie
      jest jednak bardziej podobne do niemieckiego. Słone, tłuste,
      wymieszane z węglowodanami. Szczerze powiedziawszy, z tego powodu za
      dużo tu nie popróbowałem. Wszędzie kartofle, makaron i inne
      węglowodany o wysokim IG pomieszane z tłuszczami. Z tego powodu
      ratowałem się innymi rozwiązaniami i nie mam za dużo do napisania o
      jedzeniu.
      Trzeba tu wydać około 30-35 franków na obiad, czyli około 100pln. U
      nas za tę sumę można naprawdę zjeść coś lepszego. I tyle.
      Co do śniadań w hotelu, to nie są za obszerne. Do wyboru są: płatki
      owsiane, muesli, mleko, pieczywo, pieczywo słodkie, krosąty, wędlina
      w dwóch rodzajach, ser żółty w dwóch rodzajach, mus jogurtowy z
      owocami, sok pomarańczowy i ciepły napój. Generalnie znów nie bardzo
      mam co wybrać w zgodzie z moją metodą odżywiania.
      Na szczęście w mały miasteczku jest pełno knajpek, restauracyjek
      itd. Jeśli ktoś ma ochotę, może spróbować jedzenia francuskiego,
      włoskiego, meksykańskiego i pewnie każdego innego. Typowo
      szwajcarskie z tego regionu, wydaje mi się być jak niemieckie w
      najgorszym, zubożonym wydaniu. Ale może się mylę, bo do jedzenia w
      ogóle nie przykładam wielkiej roli.
      • kanye Re: jedzenie 17.12.09, 21:08
        Za 100 pln to naprawde mozna opchnac niezly obiad i to nie tylko w pl...:
        weglowodany o wysokim IG ?
        jestem niestety chyba za malo oczytany w kwestiach zywieniowych zeby zrozumiec o
        co w tym chodzi:) bardziej przemowiloby do mnie: wszedzie ziemniaki pieczone z
        gotowana marchewka.
    • brat_szczepana Re: podróże bliższe i dalsze 28.12.09, 14:18
      Dokąd drogi powiodły w czasie świąt i dokąd powiodą w sylwestra?
      Kawał życiowej lektury, dodam - ciekawej i bliskiej rzeczywistości.
    • raks5 wakacje 30.07.10, 00:47
      Ludziska
      są wakacje, tułacie się po świecie. Piszcie o swoich spostrzeżeniach,
      obserwacjach, krajach oczami siedlczan.

      Gdzie są piękne kobiety, a gdzie przystojni faceci?
      • verena0 Re: wakacje 30.07.10, 16:19
        Kurde Raks, dopiero co wróciłam, a tu dwa wątki o pięknych kobietach
        i gdzie takowe są, pewnie już wyginęły, skoro tyle jeździdsz i
        nigdzie nie widzisz :PPP ja jak jeżdżę, to nie oglądam przystojnych
        facetów tylko krajobrazy hehe i miejscowe atrakcje turystyczne (no
        chyba, że mówimy o turystyce innego rodzaju?? :PPPPP ).
        Wczoraj byłam nad Śniardwym, w sumie niewiele było widać jeziora,
        trzciny wszystko zasłaniały, mżyło itd. Ale... kiedy wracaliśmy
        przez puszczę, na drogę wyszło jedyne w Polsce stado dzikich koni.
        Akurat byli tam panowie z pobliskiej jednostki PAN -u i nam
        poopowiadali. Konie dały się nakarmić chlebem, pogłaskać, było ich
        chyba z 10, no niesamowite uczucie być w takiej gromadzie tych
        zwierząt w środku lasu.
        A Ty rozumiem szukasz innych wrażeń wakacyjnych ? ;PPPPPPPPPPPPP
        • kerac32 Re: wakacje 30.07.10, 16:54
          > A Ty rozumiem szukasz innych wrażeń wakacyjnych ? ;PPPPPPPPPPPPP

          Może dopadł go "syndrom" kawalera" ;)
        • n_l Re: wakacje 30.07.10, 17:47
          > na drogę wyszło jedyne w Polsce stado dzikich koni.
          A gdzie zdjęcia?
          • verena0 Re: wakacje 30.07.10, 18:05
            tu:
            fotoforum.gazeta.pl/72,2,1007,114767081,114767081.html
            • niunianiu Re: wakacje 30.07.10, 18:56
              no świetny ten wypad na mazurskie ziemie, mimo brzydkiej pogody, co?
            • n_l Re: wakacje 02.08.10, 11:10
              Nie wyglądają na dzikie, raczej oswojone :-)
              • verena0 Re: wakacje 02.08.10, 11:53
                masz tu:
                www.polskaniezwykla.pl/attraction/415.id
                czyli hodowane, ale żyją na wolności
                one są przyzwyczajone chyba do turystów, którzy próbują je zwabić na
                jakieś jedzenie :)
                • n_l Re: wakacje 02.08.10, 13:31
                  O! to byliśmy blisko siebie :-)
                  • verena0 Re: wakacje 02.08.10, 13:36
                    a gdzie byłeś?
                    • n_l Re: wakacje 02.08.10, 13:49
                      :-)
                      na Mazurach :-)
    • niunianiu Re: podróże bliższe i dalsze 31.07.10, 10:26
      raksiu a może jakieś zdjątka z tych wypraw?
    • raks5 Anglia jesienią 18.10.10, 23:12
      wracam do pisania. Nudziło mi się w pociągu, to napisałem cokolwiek. Postaram się aktualizować

      W ostatniej chwili zorganizowana podróż do York nie była czymś, co mnie strasznie cieszyło. Ale zawsze jest to okazja do dopisania czegoś nowego do rozdziału o podróżach bliższych i dalszych. Nie wiem jeszcze, ile będę miał czasu na zdobywanie obserwacji do przelewania ich na komputer, ale korzystając z dwugodzinnej podróży pociągiem… zaczynam.
      Podróż
      Podróż zaczęła się od nadmiaru czasu. Zwykle tak to jest w niedzielę, że można teoretycznie wyjechać w ostatniej chwili i się zdąży. Lecz po co ryzykować. Okazało się, że podróż z Pragi Północ na parking na Szyszkowej, gdzie zawsze zostawiam samochód, tym razem, w niedzielne południe, zajęła niecałe pół godziny. Dojazd z parkingu na Okęcie też był szybki, co sprawiło, że byłem na miejscu już z półtorej godziny przed planowanym lotem. Nuda, ale co zrobić?
      I fajnie by było, gdyby dalej też było tak sprawnie. 13.10 z Warszawy, 14.45 w Monachium, 15.10 z Monachium do Manchester i potem to już z górki. Około 18 (czas cofnięty o godzinę) byłbym w hotelu. Ale to nie był scenariusz dany mi na tę podróż. Od razu na lotnisku okazało się, że lot do Monachium jest spóźniony. Akurat tyle, że nie było sensu nawet próbować łapać połączenie. Ale jak to bywa ze Star Alliance, nie pozostawili mnie bez pełnej obsługi. Znaleźli lot przez Kopenhagę, dwie godziny później, ale też o akceptowalnej porze w GB. Nawet dostałem kupon na jedzonko w restauracji na lotnisku. Co prawda kupon 50pln od Lufthansy nie starczył na kotleta (wątpliwego), surówkę i wodę, ale zawsze to miły gest. Dodatkowy miły gest był taki, że jakoś tak się złożyło, że posadzili mnie w Business Class. Co prawda takiej niepełnej. Bo w SAS oni to jakoś dziwnie dzielą. Pełny BC dostaje jedzenie na szkle, a ja w plastiku. Ale siedzenia były z większą ilością miejsca na nogi no i obsługa dedykowana tylko dla paru osób (chyba 5 lub 6). Samolot też niczego sobie. Najcichszy jakim leciałem. Jakiś Canadian Regional Jet 900. Malutki i bardzo fajny.
      Kopenhaga jest dziwnym lotniskiem. Nie przewidywałem lotu przez Danię, więc oczywiście żadnych koron nie miałem. A nawet jeśli, to i tak bym się spodziewał większej dostępności płatności elektronicznych. A tu nawet nie było się jak kawy napić. Jakoś się doczekałem boardingu. W samolocie wzbudzającym moje obawy. Boeing Douglas (taki z wejściem od tyłu) słynie z tego, że od dawna nie jest produkowany ze względu na swoją zawodność. Do tego latają nim praktycznie już tylko słabe linie charterowe. Wszystko poszło sprawnie, stewardessa z radością poinformowała wkrótce, że udało się już skończyć boarding, tylko brakuje dwóch osób. Otworzyła kabinę pilotów. Spóźniali się z powodu opóźnień z poprzedniego lotu. Samolot gotowy do lotu, ale bez pilotów!
      Kto wie, czy ich spóźnienie nie uratowało nam życia? Po paru minutach pojawił się drugi pilot, przywitał wszystkich i powiedział, że kapitan został na dole, bo przyjeżdżając zauważyli wyciek oleju. Wezwali mechaników i badają temat. Po kilku minutach przyszedł kapitan i poinformował, że nie podejmuje ryzyka lotu tym samolotem. Za chwilę mieli podać dalsze kroki. Podali. Wyjście z samolotu i przeniesienie się do zupełnie innej bramki. Nie wpadli na to, żeby wsadzić nas do jakiegoś autobusu. Na piechotkę, z 15 minut dla mnie. Ale rodziny z małymi dziećmi trochę dłużej szły. Pośpiechu nie było, bo i czasu sporo. Praktycznie kolejne dwie godziny opóźnienia. SAS nie wpadł, żeby chociaż wodę dostarczyć. Nawet za bardzo na czym siedzieć nie było, bo bramka (nowa) była gdzieś na szarym końcu, chyba taka rezerwowa…
      Lot był szybszy. Kapitan z dumą powiedział, że dzięki dobrej pogodzie, zwiększeniu standardowej prędkości i wynegocjowaniu „przyspieszenia” na lotnisku w Manchester będzie trochę szybciej. I było. Jak to jest, że standardowo leci się jakąś trasę 1h50’, ale jak trzeba to można w 1h25’. Standardowo na bagaż czeka się potem ze 20 minut, a można 10? Chcieć to móc. Ciekawe tylko, że na locie Star Alliance, locie planowo prawie dwugodzinnym, jedyne co było serwowane, to kawa lub herbata.
      Dobre jest to, że mimo moich obaw, dostanie się do Yorku jest bajecznie łatwe. Gdziekolwiek jestem w Europie i dokądkolwiek chcę się dostać, to podmiejskie lotniska są super skomunikowane z miejscowościami odległymi o 100-150km. Wychodzisz i za 10-20 minut masz pociąg. Do pociągu masz 5 minut na piechotę. Czy jest chociaż jedno takie lotnisko w Polsce? Wrocław, Warszawa, Babimost, Gdańsk, Poznań – te na pewno nie. Może rekompensatą za tę jakość jest cena. W Szwajcarii było to około 30CHF, w GB 26 funtów. Za to nasze flirty są cichsze!
      • raks5 Re: Anglia jesienią 18.10.10, 23:32
        York
        Urokliwe miasto. Bardzo stare, w bardzo starym stylu. Taksówka pod dworcem na szczęście normalna i czekająca na klienta.
        Hotel w ultra starym wydaniu. Mimo 400pln za dobę (trochę mniej w zależności od kursu), nie przedstawia standardu porównywalnego z Polskim. Chociaż trudno to do czegoś porównać. Jest po prostu stary. U nas hotel w takim standardzie jest po prostu tandetny. Tutaj po prostu widać, że ostatni remont miał miejsce dawno temu, ale czasy świetności też widać. Obsługa bardzo miła, jedzenie, jak na Anglię, znośne, ale śniadanie podane w stylu i zastawie dobrego hotelu. Pokój skromny i w sumie jest wszystko, co potrzeba. Tylko jakieś takie stare. Wykładzina pamięta poprzedni wiek. Szafa jak z lat 70, łazienka poza standardem. Tylko, że wszystko czyste, łóżko wygodne, ręczników dostatek. Czajnik, zestaw kawy, czekolady, herbaty i nawet prawdziwe mleko do herbaty i kawy.

        Podróży na miejsce spotkania nie ma co komentować. Nie jestem tutaj sam, więc postanowiliśmy chodzić na piechotę. Pół godzinki z rana jest nawet przyjemne. Cały dzień w międzynarodowym towarzystwie, więc też nie jest to temat do opisywania jako swoiście angielski.
        Dzień bez przygód. Jedyne, co można wspomnieć, to wizyta w indyjskiej restauracji. Dobra kolacja z piwem to wydatek 20funtów. Obiektywnie te ceny już nie przerażają chyba aż tak, jak kiedyś. Kelner zorientował się, że jesteśmy z Polski. Zaproponował, że zawoła kolegę, który pracuje na zmywaku, bo jest z Polski. Mój kolega się oburzył. Mi się wydaje, że oni wcale nie mają takiego podejścia tutaj. Gość pracuje na zmywaku, bo tak. I wcale nie jest gorszy od szefa restauracji czy dyrektora przyjeżdżającego z Polski albo prezesa z Chin. Po prostu wykonuje inną pracę. Swoją uczciwą pracę, za pieniądze, na które się zgodził. I już. Czym się ekscytować?
        Może jutro będę miał więcej do napisania, bo dzisiejszy dzień był długi…
        • brat_szczepana Re: Anglia jesienią 19.10.10, 12:20
          Raks, marnujesz się w tej korporacji. Twoje relacje są znakomite. Pisz i publikuj !
          • sokoll1 Re: Anglia jesienią 19.10.10, 18:08
            Można pogodzić jedno z drugim.
            Dobrze sie czyta, racja.
        • raks5 Re: Anglia jesienią 20.10.10, 19:27

          Kolejne obserwacje
          Ilość obowiązków i wypełnienie dnia nie bardzo pozwalają na zdobycie nowych tematów do opisania. Ulice wyglądają jak w starym mieście. Domki malutkie, wystawy wielkie. Co najmniej w centrum. I sporo starych ludzi przyjeżdżających tutaj chyba na jakiś odpoczynek. Hotel pełen emerytów. O 7 rano w restauracji jest pełno. To dziwne, bo kto wychodzi o 7.30 oprócz nas? Dzisiaj rano była nawet celebracja urodzin. W sali obok śpiewali Happy Birthday. W środę o 7 z minutami. Jakby nie można było tego zrobić wieczorem.
          Co jest dziwne to kultura na drodze. A właściwie jej brak. Narzekamy, że u nas ciężko przejść przez ulicę? Spróbujcie to zrobić w Yorku. Co prawda jest lepiej niż w Moskwie, bo ryzyko dla życia mniejsze. Ale nie ma co liczyć, że na przejściu ktokolwiek się sam zatrzyma. Jeszcze trąbią i pokazują niemiłe gesty. Ograniczenie prędkości w mieście? Ktoś to przestrzega? Może w Londynie, bo tam dużo kamer. Tutaj samochody jeżdżą na pewno szybciej niż w podobnym polskim mieście.
          Język polski nie jest czymś zupełnie nieznanym. We włoskiej restauracji, w której jedliśmy wczoraj kolację był sobie kelner, fan jakiegoś polskiego dj’a, który spędza wiele weekendów oraz wakacje u nas. Starał się wplatać jak najwięcej polskich słówek. A na pożegnanie, przez całą restaurację krzyczał do nas „do widzenia!”. Przyjemnie. Nawet jeśli powodem był pokaźny napiwek.
          Nie ma pewni co opisywać urody Angielek i Anglików. Bo to pojęcie nie istnieje tutaj. Są po prostu w większości poza standardem urody. Otyłość stanowi problem. Z drugiej strony po drodze wiele fitness klubów, bardzo dużo osób dojeżdża do pracy rowerami, sporo toż widać biegaczy. Ale jeszcze więcej ogromnie otyłych, młodych ludzi. Ogromnie!
          Jedzenie też nie jest mocną stroną. Może dlatego tak chętnie jedzą chipsy i zapijają colą. Ich warzywa, o które trudno smakują jak nic. Standardowe śniadanie w 3* hotelu to jajecznica, jajka sadzone, bekon, fasolka, pieczone ziemniaczki, zapiekane pomidory, niedobre pieczywo. Są jakieś owoce, chyba z puszki i zestaw płatków śniadaniowych. Można z tego wybierać pierwszego dnia. Może jeszcze drugiego. A trzeciego po prostu się nie chce jeść. Lunch złożony z zimnej pizzy, kanapek, chipsów oraz innych wynalazków, których nazw nie pomnę nie sprawia, że cieszymy się z jedzenia. Obiad w kantynie na ciepło też nikomu nie podszedł. Wszystko po prostu bez smaku, z dużą ilością kiepskich węglowodanów, tłuszczu i słabego białka. Niby taki rozwinięty kraj. Czy coś mnie zachwyci? Może w kolejny odcinku.
          • verena0 Re: Anglia jesienią 20.10.10, 19:43
            No liczę, że chociaż angielska herbata będzie na plus ;)
            • niunianiu Re: Anglia jesienią 20.10.10, 20:29
              jaka z niego maruda no nie poznaje go ;)
              • sokoll1 Re: Anglia jesienią 21.10.10, 16:05
                a niech krytykuje. jest zabawny :)
                • sokoll1 do czytelniczek - bo chyba w przewadze;) 21.10.10, 16:12
                  A może by tak podnieść jeszcze troszke wyżej poprzeczkę panu raksowi5 i poprosić go o małą/ maleńką próbkę angielskiego humoru ze szczyptą humoru czarnego?
                  Gdyby choć na minutę zmienił się w takiego złośliwego Polaka walczącego z Angolami ich własna bronią, hm? Jeśli o mnie chodzi poproszę o 3 ml ironii i 5 dkg sarkazmu...
                  Nie wiem jak inne czytelniczki... ;)
            • raks5 herbata 21.10.10, 22:45
              Herbata
              Wywołany i sprowokowany trochę skupiam się na napojach. Herbata, tradycyjnie angielski napój odchodzi w zapomnienie. A może jest to tylko domowy napój. Celebracja, ciepło ogniska, przyjaciele. Chociaż o tych przyjaciołach napiszę w kolejnym odcinku, bo chyba mają na to inne spojrzenie.
              Wydawać by się mogło, że najpopularniejszym napojem tutaj jest raczej alkohol. Nie zauważyłem, żeby delektowali się herbatą. A mit 5p.m., dobre sobie, ale o tej porze to po prostu są w drodze z pracy.
              Kawa, rosołki, kawa w sklepach, automaty z napojami, to codzienność tutaj. Może po prostu w środowisku, w którym się obracam?
              Młodzież zdecydowanie nie pije herbaty. Od środowego do sobotniego wieczoru kręcą się po mieście, od pubu do pubu i po prostu wlewają w siebie alkohol.
              A herbata. W żadnej restauracji, gdzie byliśmy na kolacji, nie zaproponowano nam herbaty. Zawsze za to proponują na początek wino lub piwo, a po kolacji kawę. Taki oto herbaciany naród.
              Nie byłbym jednak sprawiedliwy, gdybym nie dodał parę faktów, które przemawiają za narodowym napojem.
              Po pierwsze. W automatach vendingowych znajduję się herbata. Jest ona zupełnie inna niż w Polsce w tego typu miejscach. Nie jest to rozpuszczony, słodki ulepek, tylko znacznie dłużej przygotowujący się napój, do wyboru w kilku wersjach, w tym obowiązkowo z mlekiem. Jest jakoś inaczej przygotowywane. Znacie te automaty. Naciskasz przycisk i zaraz robi się kawa. Naciskasz przycisk z herbatą i musisz poczekać kilka sekund, dopiero wysuwa się kubek i nalewa się, co ma się nalać. Do tego nie ma opcji, że mleko jest sztucznym zabielaczem. Bardzo dużą wagę przykładają do tego, żeby było to normalne mleko w płynie.
              Drugi argument za kulturą herbacianą to wyposażenie pokoju. Jest czajnik, czajniczek do zaparzania, wybór herbat niezłej jakości (nie znam się, ale smakują lepiej niż te, które znam), instrukcja zaparzania i mleczko w małych opakowaniach. Do tego cukier biały, brązowy, słodzik i herbatniki.
              Dla kontrastu wybór kawy jest znacznie gorszy. Najtańsze saszetki.
              • raks5 życie codzienne 21.10.10, 23:25
                Codzienne życie w Wielkiej Brytanii nie jest chyba tak przyjemne, żeby można było domniemać, że Polacy przyjeżdżają tutaj z jakiegoś innego powodu, niż pieniądze. Nie sądzę, żeby cokolwiek mnie tutaj do czegoś uprzedziło. Stąd wierzę, że kolejna, krytyczna odsłona moich wspomnień będzie obiektywna, mimo że krytyczna.
                Mam miłe towarzystwo. Rzadko w moich podróżach jestem z Polakami. A oprócz nich, dużo czasu spędzam z Grekiem, Francuzkami, Włochem i Hiszpanami. Rzecz jasna, Anglików też jest paru i są nadzwyczaj sympatyczni.
                Ale jednak coś nie leży. Pogoda? Chyba po paru dniach aż tak przeszkadzać nie może.
                Nie jest największym problemem to, że sklepy zamykają się wcześniej, niż by się chciało. Fajnie by coś kupić, ale jak? No dobra, funciki polecą na piwo i kolacje.

                Chciałem poświęcić trochę czasu na to, żeby wyciągnąć wnioski na temat codziennego życia i zainteresowań nie tylko w oparciu o moje krótkie doświadczenia i, być może, uprzedzenia. Pierwsza rzecz, z której już można wyciągnąć trochę wniosków, to telewizja. Nie ma co dramatyzować. Pewnie i u nas za kilka lat normą będzie serwowanie informacji na tym poziomie. News dnia to na przykład polowanie na zgubionego kota w centrum miasta. To nie jest pewnie tak, że to państwo nie ma problemów. Ale po co denerwować ludzi, pokazywać im prawdziwe, trudne do interpretacji sprawy. Same z tego problemy. Pewna analogia do zainteresowania naszych mediów wszystkim, tylko nie tym, co najważniejsze.
                Właśnie teraz oglądam program o pracy dzielnych i oddanych angielskich policjantów. To prawda, że tutaj policja cieszy się poważaniem i przyjaźnią ludzi. Ale przy takiej propagandzie pewnie można to osiągnąć wszędzie.
                Ciekawy wynalazek jest na kanałach z serialami. Chwilę się zastanawiałem o co chodzi z np. SKY3 i SKY3+1. Otóż na tym drugim leci ten sam program, tylko godzinę opóźniony. Jak się spóźnisz na swój serial, to początek możesz obejrzeć za godzinę. Fajnie. Bo zamiast 40 masz z 55 kanałów, a koszt ten sam.
                Trochę można kraj ocenić po ludziach. Oprócz tego, że dzięki centrum badawczemu Nestlé, duża część mieszkańców Yorku to cudzoziemcy, to pozostali Anglicy pewnie reprezentuje średnią. Duża różnica między pokoleniem starszym (dojrzałym), a wiekiem średnim i młodzieżą. Starsi ludzie i w wieku średnim wyższym są co najmniej nieotyli. Zupełnie starsi (tak po 60 zwykle są elegancko ubrani. Starannie, z klasą. Niekoniecznie jakoś z przesadą. Taka po prostu stara, angielska, książkowa elegancja. Klasyka, umiarkowanie, styl. Podoba mi się to.
                Ale to się tyczy tylko tych najstarszych. Pokolenie 50-60 latków zgubiło już chyba tego ducha. Wciąż w tym pokoleniu nie ma za dużo grubasów, ale ubrani są jakby ich nie było stać, a do tego są naturalnie brzydcy. Ludzie w średnim wieku dzielą się na takich fancy, zadbanych, fajnie ubranych i zadbanych oraz grubych, brzydkich, w ciuchach oddanych po zakupach w polskim lumpeksie. Mimo temperatury około 2-5 stopni nie jest rzadkością spotkanie 40 latka w krótkich spodniach.
                Najgorzej prezentuje się pokolenie studentów i licealistów. Podczas, gdy jeszcze rano uczniowie paradują w mundurkach i jakoś to wygląda, to wieczorem jest parada przebierańców. Coś takiego, jak z młodości pamiętam z tego jednego, kolorowego dnia Jackonaliów. Do tego wśród młodzieży mało jest szczupłych, nie wspominając o ładnych ludzi. Za to, szczególnie dziewczyny, ubierają się jakby były super laskami. Ale to wieczorem. W ciągu dnia bardzo popularnym stylem jest na kloszarda. Podarte spodnie, dziurawe pończochy, przetarte kurtki i rękawiczki. Nie wiem, czemu to ma dowodzić. Żebracy na Centralnym wyglądają lepiej.
                Przy każdym kolejnym odcinku postanawiam sobie, żeby się jakoś tym krajem zachwycić. Ale mi nie wychodzi. W kolejnym odcinku postaram się opisać relacje ludzi różnych narodowości, mieszkających tutaj od kilku lat (jak postrzegają Anglików, jak wyglądają przyjaźnie, pojęcie bezpieczeństwa, dzieci i alkohol, integracja kulturowa, różnice klasowe). A może jakieś jeszcze sugestie?
                • brat_szczepana Re: życie codzienne 22.10.10, 00:27
                  Takie może pytanie:
                  czy Anglicy mają już dosyć (lub nie), albo czy wogóle zauważają masowy napływ Polaków w kilku ostatnich latach? Fakt, nacji tam różnych sporo, jednak czy nasi czymś się zasłużyli
                  i zwrócili na siebie uwagę tubylców?
                • sokoll1 Re: życie codzienne 22.10.10, 04:55
                  > Jeśli o mnie chodzi poproszę o 3 ml ironii i 5 dkg sarkazmu...

                  > Ciekawy wynalazek jest na kanałach z serialami. Chwilę się zastanawiałem o co c
                  > hodzi z np. SKY3 i SKY3+1.
                  czasem te większe absurdy wymagają chwili zastanowienia, prawda? :) po tyym można poznać ten większy :)

                  Ludzie w średnim wieku
                  > dzielą się na takich fancy, zadbanych, fajnie ubranych i zadbanych oraz grubych
                  > , brzydkich, w ciuchach oddanych po zakupach w polskim lumpeksie.
                  :D piękny sarkazm...

                  > Najgorzej prezentuje się pokolenie studentów i licealistów. W ciągu dnia bardzo popularnym stylem jest na k
                  > loszarda. Podarte spodnie, dziurawe pończochy, przetarte kurtki i rękawiczki. N
                  > ie wiem, czemu to ma dowodzić. Żebracy na Centralnym wyglądają lepiej.
                  :D cha! cha!

                  > Przy każdym kolejnym odcinku postanawiam sobie, żeby się jakoś tym krajem zach
                  > wycić. Ale mi nie wychodzi.
                  ;D cacuszko... :)))

                  W sam raz tyle, o ile ładnie prosiłam: 3 ml ironii i 5 dkg sarkazmu :). Dziękuję. Przyjdę jeszcze moze jutro do pana po dokładkę, jak będzie mi po drodze... :) A dobrze tak Angolom! :D


                  W kolejnym odcinku postaram się opisać relacje ludz
                  > i różnych narodowości, mieszkających tutaj od kilku lat (jak postrzegają Anglik
                  > ów, jak wyglądają przyjaźnie, pojęcie bezpieczeństwa, dzieci i alkohol, integra
                  > cja kulturowa, różnice klasowe). A może jakieś jeszcze sugestie?
                  No to czekamy. Troszke właśnie o dzieciach oki? :) Mają tam jakieś kampanie społeczne? Z czym teraz sie borykają? Czy tylko o kotkach w TV? ;)
                • raks5 york oczami lokalnych 23.10.10, 10:08
                  York oczami prawie lokalnych.
                  Co upoważnia do wyrażania sądów o kraju? Rok, dwa, pięć? Miałem przez ten czas kontakt z kilkoma osobami mieszkającymi w UK już kilka lat. Czasem krócej, czasem dłużej.
                  Pytałem ich o kilka rzeczy, które rzuciły mi się w oczy. Pierwsza to bezpieczeństwo. Jak można się czuć w kraju, gdzie na każdym domu widać instalację alarmową? Kiedy ostatnio widzieliście niskiej klasy samochód zabezpieczony laskami na kierownicy? Tak tutaj właśnie wygląda ulica. Dlaczego? Z jednej strony w biurze można zostawić wszystko gdziekolwiek i nic nie zginie. I to dosłownie. Na biurkach w open space leżą portfele, komputery nie przypięte, wszystko. Z drugiej, poza znanym miejscem są bardzo ostrożni. Z każdego napadu czy włamania robi się taką aferę, że pół miasteczka życie w przerażeniu. No i stąd zabezpieczenia. Z drugiej strony boją się chodzić po ulicy wieczorami, szczególnie tak od czwartku, kiedy dużo ludzi imprezuje. Trudno dyskryminować inny kolor skóry, ale… są takie grupy etniczne, których się szczególnie obawiają. „Wiesz, wieczorami ludzie piją, ćpają, są nieobliczalni i bardzo łatwo znaleźć się w niewłaściwymi miejscu w niewłaściwym czasie”. Nie mogą tego unikać, ale jest to coś, o czym myślą zawsze idąc wieczorem. Z ust innych osób jednak uzyskuję trochę inną opinię. Chodzi o różnice społeczne. Wg moich rozmówców w UK nie ma już klasy średniej (trochę przesadzają). Są ludzie zamożni i bieda, żyjąca na socjalu. I z tego się bierze przemoc. Nuda, brak pracy, brak zainteresowania tym, żeby się rozwinąć prowadzi do skrzywienia społeczeństwa. Dużym problemem jest to, że nie zawsze się opłaca podejmować jakiś wysiłek w celu zagnieżdżenia się na rynku pracy. Jeśli dla niewykształconej osoby pierwsze zajęcia są naprawdę proste i nisko płatne, to nie ma sensu, w ich opinii, wstawać rano, jechać godzinę do pracy (wydawać pieniądze na dojazd), użerać się z jakimkolwiek zajęciem i potem jeszcze wracać. Zostając w domu i żyjąc na koszt podatnika ma się w efekcie to samo, bo nie ponosi się kosztów. W kampaniach społecznych tłumaczą oczywiście, że w dłuższym okresie wygląda inaczej, ale czy łatwo dotrzeć do kogoś, kto stawia na szali nicnierobienie, a 10-11 godzinną pracę (z dojazdem)?
                  Ta sytuacja jest pewnie po części spowodowana wychowaniem. Nie trudno zauważyć, a w większym stopniu potwierdzają to rozmowy, że głównym obszarem zainteresowania młodzieży tutaj jest alkohol (ale tak na umór), narkotyki i szeroko pojęta rozrywka. Ktoś powie, że nic to nowego i innego. Ale trzeba zobaczyć skalę, żeby dostrzec różnicę. Ulice Yorku, miasta mniej więcej 150tys., a jednocześnie studenckiego, wieczorami wypełnione są młodymi ludźmi. Chodzą od baru do baru, piją alkohol. Dziewczyny drinki, kolesie piwo. Nie zawsze byłem przekonany, czy to studenci, bo z wyglądu mogli mieć 15-16 lat. Nikt o dowód nie pyta. Zachowują się głośno i wyzywająco.
                  Studenci od pierwszego roku mają lekko. Właściwie im bardziej są zaawansowani, tym więcej mają zajęć. Nie ma problemu z tym, żeby zaliczyć wszystkie kursy dopiero na ostatnim roku. Dlatego, między innymi, początek studiów opiera się na imprezowaniu. Kiedyś oferty zaczynały się od środy. Teraz bary i dyskoteki robią wszystko, żeby uatrakcyjnić już odwiedzanie ich od niedzieli, a najpóźniej od poniedziałku. Sport jest poza obszarem zainteresowania studentów. Jeśli ktoś ulegnie modzie, to zwykle dopiero w pierwszych miesiącach pracy.
                  Przyjaźnie i aklimatyzacja
                  Kiedyś zastanawiałem się nad różnicą znaczenia przyjaciel po angielsku a po polsku. Chodzi tylko o znaczenie słowa. Nie każdy, kogo znasz trochę lepiej i wypiłeś parę piw, czy spędziłeś odrobinę czasu jest przyjacielem. Ale jest friendem. Jak się nazywa więc przyjaciel w polskim znaczeniu? Odpowiedzi są dwie. Może „Best friend”, a może tego słowa po prostu w tej kulturze nie potrzeba. Pierwsza wersja jest tym, co czasami słyszę z rozmowy (opis relacji z kimś). Druga wersja bardziej odpowiada temu, co wnosić mogę z rozmowy z Grekiem, który spędził w UK już 9 lat.
                  Są relacje polegające na tym, że spędza się z kimś trochę więcej czasu. To fakt. Nie znane mu są relacje między Angilkami, które my znamy. To znaczy opisywał to tak, jak polską przyjaźń. Przyjaźnią się Grecy, Francuzi, Hiszpanie czy Włosi. Nawet między sobą, przy odpowiednio długiej znajomości nawiązują przyjaźnie. Lokalni nie znają takich relacji. Ktoś nazywa Cię przyjacielem, ale nie oznacza to, że jest Ci w stanie pomóc, kiedy nie będzie mu to na rękę. Nie zaprosi Cię do domu i nie zrobi miliona różnych rzeczy, które dla przyjaciela Polaka, Greka czy Rosjanina są naturalne.
                  Izolacja. Przez wieki była częścią wyspiarskiej kultury. Czasami na tym zyskiwali, czasami tracili. Muszą mieć inaczej. Okropne jedzenie, brzydkie kobiety, lewostronny ruch, inny system miar, narodowa waluta, inne wtyczki do gniazdek to nie wszystko, co ich odróżnia od reszty Europy. Nawet prawo mają trochę inne, niż UE. Czy jest jeszcze inny kraj, który pozornie zintegrowany jest tak różny? Tak samo izolowani czują się przyjezdni. Zachwyty Polaków tu pracujących istnieją, ale czy słusznie? Są Anglicy i jest reszta. Nigdy nie będziesz taki jak oni, przez nich przyjęty. Zresztą oni się między sobą izolują .Masz inny akcent, nie pochodzisz z tej warstwy, jesteś inny. Nie znaczy to, że automatycznie, jak przyjezdny czujesz się inny. Kiedyś rodzice mi tłumaczyli, że naprawdę dobrze wychowana, wykształcona osoba zachowuje się tak, że każdy człowiek wokół, jakkolwiek byłby biedny, głupi czy inny, będzie się czuł jak równy. I to mają opanowane. Co sobie myślą- nie wiem. Na pewno każdy „inny”, cudzoziemiec zwykle jest traktowany z wielką uprzejmością przez prawdziwych Anglików. Tak, jesteś obcy, nigdy nie będziesz nami, ale jesteś równy i tak samo w tym kraju potrzebny. Różnicę robią przyjezdni, bo UK to wielce otwarty kraj. I nareszcie, na koniec relacji z tej podróży udało mi się napisać coś dobrego. Bo to jest chyba najlepsza ich cecha.
                  Dojeżdżam zatłoczonym pociągiem do Manchester Picadilly, jeszcze jeden przystanek i będzie lotnisko. Jeszcze tylko jeden paskudny posiłek tutaj, z jedno piwo w Monachium i będę w domu 
                  • sokoll1 Re: york oczami lokalnych 23.10.10, 11:07
                    szczęśliwego powrotu.
              • fanherbat Re: herbata 27.05.13, 21:24
                Nigdy będąc w Anglii nie zdecydowałem się na herbatę z automatu, ani nawet na kawę, ale to o czym piszesz robi wrażenie, chociażby z technicznych wzgledów. Prawdą jest jednak że Anglicy pija obecnie mniej herbaty niż kawy. Winne są temu pewnie sieciówki typu starbucks, costa czy inne nero, ale z tego co słyszałem winna jest też jakość herbaty z automatu. O zielonej herbacie z automatu można pewnie tylko pomarzyć. Wybieram sie wkrótce więc musze przetestować te automaty.
              • herbacianaja Re: herbata 16.07.13, 21:11
                herbatyswiata24.pl
    • donvito52 Re: podróże bliższe i dalsze 16.07.13, 21:22
      Fajny wątek.
      Szkoda że jak wszędzie wkrada się bezczelna reklama.
      Nawet niczym nie przystrojona. Bez listka.
      Zgłosiłem do admina z prośbą o usunięcie.
      A Autorowi gratuluję. Znaczy, autorowi wątku, nie spamu.
      • xfinlandia Re: podróże bliższe i dalsze 17.07.13, 09:15
        Nachalne reklamy zgłaszam od ręki.
        Niestety - forum gazety - szczególnie na wątkach branżowych - ma bardzo słabą moderację.
        • kerac32 Re: podróże bliższe i dalsze 17.07.13, 11:03
          Za to reagują błyskawicznie, jeśli pojawiająca się na forum krytyka dotyczy ich fumfli ;P
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka