Dodaj do ulubionych

Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok

    • Gość: Festung Breslau Byłem wtedy na tym meczu - do dzisiaj mam IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 25.05.09, 10:16
      zadrę w sercu.
      Może teraz wygrana Śląska ją zaleczy?
    • Gość: starykibic Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: *.metal.agh.edu.pl 25.05.09, 10:23
      Nie można dłużej tolerować p.J.Szrzały i jego tytułów
      informacji.Gdzie dowody o przekupstwie przez Śląsk i Widzew. To nie
      nadaje się nawet do sądu, ale poprostu należałoby stłuc mordę temu
      panu za neiospowiedzialne podjudzanie kiboli i wredne pomówienia.
      Takich redaktorków dać na bezrobocie, może by przejrzeli.
    • Gość: 19R20 Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: *.helion.pl 25.05.09, 10:24
      Śląsk sobie może chcieć. Wisła jest poza ich zasięgiem. Zdecydowanie najlepsza
      drużyna w Polsce (co nie znaczy, że wystarczająco dobra do gry w lidze mistrzów).
    • Gość: fucktheduck Sarzało do IPN ! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.05.09, 10:24
      Z powodzeniem przeszczepił politykę historyczną na grunt futbolu.
    • Gość: Janek Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: *.adsl.inetia.pl 25.05.09, 10:24
      Wielka prośba do chłopaków ze sport.pl: nie promujcie za wszelką
      cenę Legii, którą niewątpliwie bardzo kochacie. Ten zespół przegrał
      mistrzostwo na własne życzenie. Najpierw bez walki odpadł z
      pucharów, a potem nie dawał sobie rady w lidze. Wisła grała
      najrówniej, dlatego wygra zasłużenie. Szkoda tylko Lecha, którego
      drogo kosztował puchar UEFA.
      • Gość: turtlezzz Re: Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: *.cust.tele2.pl 25.05.09, 11:11
        Trzeba przyznać, że był to przede wszystkim sezon Lecha. Wicemistrzowsto (zapewne), Puchar Polski, 1/16 P.UEFA. Ale i Wisła nie morze narzekać. Mistrzowstwo (zapewne), wygrana z grającą w najsilniejszym składzie Barceloną. Tottenham może i kiepsko radził sobie wówczas w lidze, ale w tej chwili jest na 8 miejscu. Potencjał, z którym i Lech mógł spokojnie przegrać. A w przyszłym sezonie Wisła z Gargułą i (mam nadzieję) Brożkiem...

        Legia zasłużenie przegrała. Naprawdę ciężko czyta się tekst, w którym dziennikarz zapytuje o możliwość zemsty na Wiślakach za to, że 27 lat temu zagrali naprawdę, a nie sprzedali tytułu Wrocławianom. Takie pytanie jest dla mnie moralnie bardzo wątpliwe...

    • Gość: sv Re: Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: *.e-wro.net.pl 25.05.09, 10:28
      ilu piłkarzy z Wrocławia gra w Śląsku i ilu w ogóle to pamięta?
    • jszafranski pogrzebowe miny dziennikarzy warszawskich z studio 25.05.09, 10:37
      BEZCENNE

      :)
    • Gość: turtlezzz "Sprzedany tytuł" ??? IP: *.cust.tele2.pl 25.05.09, 10:53
      A kto go sprzedał ? Śląsk pragnął go od Wisły kupić. Wisła tytułu nie sprzedała. Widzew kupił zaangażowanie Wisły. Gdzie tu sprzedaż tytułu, panie redaktorze ?!
      • dr_nauk Re: "Sprzedany tytuł" ??? 25.05.09, 10:57
        No wlasnie, tak sobie mysle, czy nie przeslac linku do tego artykulu do Wisly,
        moze wyrok za pomowienie nauczylby czegos redachtorow.
        • Gość: simong Re: "Sprzedany tytuł" ??? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.05.09, 11:05
          Własnie! Nie zostawiajmy tak tego! Niedosc ze tytuł figuruje na 2 pozycji to
          jeszcze oszczerstwa tego CHu** podburzają nastorje kibiców co nie powinno być
          legalne. Precz z zawistnym dupkiem sarzalą"- co żre cie cieciu ze Wisła
          najlepsza co:D pisz sobie na swoim sfrustrowanym blogu co chcesz TYLKO WISŁA
          NASZ TS!:D
      • jusup Re: "Sprzedany tytuł" ??? 25.05.09, 11:09
        Też mnie fascynuje to podejście niby tak walczących z korupcją dziennikarzy. A
        tu dla jednego z nich Śląsk ma się mścić za to, że nie udało mu się przed laty
        kupić meczu i przez to mistrzostwa Polski!!! Jak to, oni przecież "uczciwie" i
        zwyczajnie chcieli zapłacić Wiśle, a ta grała z zaangażowaniem! Skandal! I
        ewidentny powód do zemsty a cała sprawa nadaje się do napisania takiego
        wdzięcznego, niewinnego, sympatycznego artykułu, jak to Wisła postąpiła kiedyś
        niehonorowo

        Coś się Panu, Panie Sarzało, chyba w głowie nie tak zagrzało
        • Gość: turtlezzz Otóż to. IP: *.cust.tele2.pl 25.05.09, 11:19
          Właściwie autor sam odpowiada na zadane w tytule pytanie. Skoro Śląsk miałby się mścić za sprzedany tytuł, a zdarzenie sprzed 27 laty to historia niesprzedanego tytułu...
    • Gość: 777 Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: 80.50.125.* 25.05.09, 11:00
      wisla slask np 0 : 1
      lech cracovia np 0 : 1
      Mistrz Wisła , Cracovia zostaje w lidze.
      I po co ta sline toczy....
    • Gość: Krzysztof Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: 212.106.191.* 25.05.09, 11:15
      Tytuł idiotyczny jak zwykle. Jak mozna rozpatrywać wyniki sportowe
      jako zemsta. Jak tak pisze dziennikarz to co się dziwić kibolom??
      Poziom umysłowy bardzo zblizony.
    • labeo Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok 25.05.09, 11:16
      Te dwa kluby obecnie dzieli przepaść. Slask dopiero zaczyna cos znaczyc w lidze,
      ale jeszcze mu daleko do czołowki tabeli. Wisła natomiast jest od lat w
      czołowce, jest chyba najbardziej profesjonalnym klubem w kraju. Pomimo, że
      trzymam kciuki za Slask to nie wierze, aby wydarzył sie cud, chyba ze wiślacy
      potraktuja mecz ulgowo i wówczas Slask ma szanse ich zaskoczyć.
    • Gość: DREPTAK Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: *.devs.futuro.pl 25.05.09, 11:39
      TYM ,KTÓRYCH PAMIĘĆ ZAWODZI PRZYPOMNĘ: Chciał "ŚLĄSK" mistrzostwo
      Polski kupić w "WIŚLE" Kraków. Sprzedawca kasę przyjął od dzielnych
      wojaków,a że cudu nie było, nawet przy niedzieli przeto tytuł i kasę
      razem diabli wzięli. Wątpliwa ta przyjaźń,od początków państwa
      polskiego, nigdy krakusy nie były nam przyjacielem.zawsze knuły
      przeciw nam,a nawet nas podtruwali.Ale niech tam....
      • Gość: zxc znikaj judaszu scwe(L)ony IP: *.range81-153.btcentralplus.com 25.05.09, 13:47
        .
    • Gość: jkhcb Piłkarze Śląska lubią mieć frajde ! IP: *.e-wro.net.pl 25.05.09, 11:53
      Dlatego jak i przydaży się się wygrana z Wisłą to , będzie fajno,
      jakieś tam zemsty , reważe nie wchodzą w gre.
      Problemem Śląska przed rundą wioseną , była decyzja działaniach
      minimalistycznych , ot zagrajmy to co jesienią i skończyło się w
      zasadzie na jednym wzmocnieniu.
      Te i inne rzeczy zdecydowały , że dziś zamiast mieszać , klub by
      miał super kaledarz w stylu " 4 kroki do korony".
      Lubie gre Wisły i życze jej teraz korony , mam nadzieje , że chopaki
      z Oporowskiej się nie pogrążą i powalczą tak jak lubią ,
      bez "Rogera", choć mam nadzieje że zagra w tym meczu.
    • Gość: mistrzu Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: *.chello.pl 25.05.09, 11:53
      WSZYSTKIM UMYKA JEDNO WAŻNE ALE-WISŁA MIAŁA WTEDY ZGODĘ Z WIDZEWEM,A KOSĘ ZE
      ŚLĄSKIEM!!!!!DZIĘKUJE ZA WYSŁUCHANIE!
    • guru133 Pan Szarzała wciąż nie może przeboleć iż jego 25.05.09, 11:58
      Legia straciła szanse na mistrzostwo Polski i pisze teraz artykuły z
      cyklu sport fiction:))
    • Gość: wks Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: 194.146.120.* 25.05.09, 12:03
      Ja oszukiwałem, ty oszukiwałeś - wygrał lepszy" Cytat z
      filmu "Wielki Szu"

      To był mecz, który przeszedł do historii. Było w nim wszystko, co
      najciekawsze w futbolu - nieprzewidywalność, niebywałe emocje i
      dramatyczny finał. Ale walczono również poza boiskiem - tam
      rywalizacja była jeszcze ciekawsza.

      Była niedziela 9 maja 1982 roku. W Polsce uroczyście obchodzono
      Dzień Zwycięstwa, jednak we Wrocławiu najważniejszym wydarzeniem
      miał być pojedynek piłkarski Śląska z Wisłą Kraków. Tego dnia
      wrocławianie mieli wywalczyć tytuł mistrza Polski. W stadion przy
      ulicy Oporowskiej wpatrzone były oczy tysięcy miejscowych kibiców,
      którzy bezgranicznie wierzyli w zwycięstwo swojej drużyny.
      Wrocławski zespół od mistrzostwa dzielił dosłownie krok. Wygrana
      Śląska w stu procentach zapewniała mu triumf w rozgrywkach, a przy
      dobrym układzie innych meczów nawet remis dawał upragniony tytuł.

      Wrocław pewny swego

      Mecz miał się rozpocząć o piątej po południu, ale już dwie godziny
      wcześniej stadion wypełnił się po brzegi. Tłum kibiców był ogromny.
      Na ławkach trybun wszyscy siedzieli ściśnięci do granic możliwości.
      Wielu widzów stało na koronie stadionu, a część siedziała na
      schodkach pomiędzy sektorami lub na ziemi, tuż przy płocie
      oddzielającym trybuny od boiska. Niektórzy, nie mogąc znaleźć
      miejsca na stadionie, wspięli się na drzewa rosnące za odkrytą
      trybuną i z tego miejsca obserwowali pojedynek. Według oficjalnych
      danych z początku lat osiemdziesiątych stadion Śląska mógł pomieścić
      około 15 tysięcy widzów, ale w relacjach prasowych z tamtego
      spotkania dziennikarze informowali, że mecz oglądało ponad 20
      tysięcy osób. A jedna z gazet podała, że było ich aż 25 tysięcy!

      Na trybunach wyczuwało się ogromne napięcie, wyczekiwanie, ale
      przede wszystkim panował nastrój wiary i radości. Wiele osób
      przyszło na stadion z kwiatami i transparentami. Jeden z nich dumnie
      i pewnie głosił "Witamy mistrza Polski na 1982 rok". Działacze już
      wcześniej zaplanowali, że po meczu rozpocznie się uroczysty bankiet.
      A w lodówkach mroziły się szampany. Praktycznie cały Wrocław był
      pewny, że pokonanie Wisły to formalność. Przecież w tamtym sezonie
      na własnym boisku Śląsk zremisował tylko jeden mecz, a ostatni raz
      na Oporowskiej przegrał w sierpniu 1980 roku, czyli prawie dwa lata
      wcześniej! A Wisła zajmowała bezpieczne miejsce w środku tabeli i
      dla niej ten pojedynek nie miał żadnego znaczenia.

      Kilka minut przed dziewiętnastą było już po wszystkim. Po nadziei,
      radości i szczęściu. Stadion zamarł w rozpaczy i szoku. Mistrzostwa
      nie było.

      Tylko Śląsk i Widzew

      Śląsk był rewelacją tamtego sezonu. Zespół prowadził młody, 33-letni
      szkoleniowiec Jan Caliński. Wrocławianie mieli bardzo ciekawy, mocny
      zespół. Pierwszoplanowymi graczami byli doświadczeni: Pawłowski,
      Sybis, Wójcicki, Kostrzewa, Faber czy Kopycki, wspomagani przez
      utalentowaną młodzież: Tarasiewicza, Prusika, Króla, Pękalę i
      Jareckiego.

      Śląsk równo i dobrze grał przez cały sezon, ale wprost rewelacyjnie
      spisywał się w rundzie wiosennej. W tabeli wrocławianom kroku
      dotrzymywały tylko trzy zespoły - Widzew, Legia i Stal Mielec.
      Jednak w decydującej fazie rozgrywek wiadomo było, że walka o tytuł
      mistrza rozstrzygnie się już tylko między dwoma klubami - Śląskiem i
      Widzewem.

      Po 28. rundzie spotkań - a więc na dwie kolejki przed końcem
      rozgrywek - wydawało się, że jest po wszystkim. Śląsk wygrał na
      własnym stadionie 2:0 z Górnikiem Zabrze, a Widzew przegrał w
      Warszawie z Gwardią 0:1. W tym momencie do końca sezonu pozostawały
      dwie rundy spotkań, a zespół trenera Calińskiego miał 39 punktów i
      wyprzedzał Widzew trzema punktami. W czasach gdy za zwycięstwo
      przyznawano dwa punkty, taka przewaga wydawała się nie do odrobienia.

      Śląsk miał jeszcze do rozegrania mecze ze Stalą Mielec na wyjeździe
      i Wisłą u siebie. Widzew w przedostatniej kolejce podejmował Arkę
      Gdynia, a w ostatniej wyjeżdżał do Ruchu Chorzów. Wrocławianom
      zdobycie dwóch punktów w dwóch ostatnich meczach w stu procentach
      zapewniało mistrzostwo Polski.

      To tylko formalność...

      I wtedy zaczęły dziać się cuda, rzeczy, które w środowisku
      piłkarskim owiane są legendą. Historie przypominające te, jakie
      kilka lat później w filmie "Piłkarski poker" pokazał reżyser Janusz
      Zaorski.

      - Przecież to normalne. W takiej sytuacji mistrzostwa Polski nie
      zdobywa się tylko i wyłącznie grą na boisku. Nie mniej ważna jest
      organizacja pewnych spraw pozaboiskowych. Wiadomo, że jeśli walczy
      się o taką stawkę, to każdy stara się sobie pomóc i jakoś podeprzeć.
      I tak wtedy było - mówi jeden z ówczesnych piłkarzy Śląska,
      zastrzegający sobie anonimowość.

      Widzew wcale nie zamierzał odpuszczać walki o mistrzostwo i
      wszelkimi sposobami starał się zmniejszyć straty do Śląska. W 29.
      kolejce łodzianie łatwo wygrali u siebie 2:0 z broniącą się przed
      spadkiem Arką, a Śląsk niespodziewanie przegrał na wyjeździe ze
      Stalą Mielec 1:3. W tym pojedynku rzutu karnego dla naszego zespołu
      nie wykorzystał Tadeusz Pawłowski.

      Trener Śląska Jan Caliński dobrze pamięta ten pojedynek. - Nigdy nie
      lubiłem doszukiwać się jakichś podtekstów w przegranych czy
      wygranych meczach - wspomina Caliński. - Nie próbowałem też
      doszukiwać się winy w złym sędziowaniu czy jakichś innych
      problemach. Przegraliśmy w Mielcu i tyle. Ale 18 lat po tamtym meczu
      jeden z zawodników, który grał wówczas w Stali, przyznał mi się, że
      Widzew ufundował im specjalną, dodatkową premię za pokonanie Śląska -
      dodaje Caliński.

      Śląsk jednak stosował podobne praktyki. - Jak Widzew grał z Gwardią,
      to oczywiście "podpieraliśmy" warszawski zespół. Gwardia wygrała
      1:0, a my oddaliśmy im swoje premie - zapewnia jeden z piłkarzy
      Śląska, który również prosi o zachowanie anonimowości.

      Ale wszystko miało wyjaśnić się 9 maja, w ostatniej kolejce spotkań.
      Losy mistrzowskiego tytułu teoretycznie powinny rozstrzygnąć się we
      Wrocławiu, jednak ogromne znaczenie dla końcowego układu tabeli
      miały dwa inne pojedynki: Ruch Chorzów - Widzew i Arka Gdynia -
      Górnik Zabrze. Dlaczego aż trzy mecze? Bo wszystkie wyniki tych
      pojedynków były powiązane i miały wpływ na to, co działo się na
      każdym boisku.

      Śląsk miał punkt przewagi nad Widzewem i lepszą różnicę bramek, ale
      remis z Wisłą mógł wrocławianom nie wystarczyć do zdobycia tytułu. W
      przypadku wygranej Widzewa w Chorzowie - przy równej liczbie punktów
      ze Śląskiem - mistrzami zostawali łodzianie, którzy mieli lepszy
      bilans bezpośrednich pojedynków z wrocławskim klubem.

      Jednak sprawa była bardziej skomplikowana, gdyż Ruchowi groził
      spadek z ekstraklasy i w przypadku porażki z Widzewem mógł pierwszy
      raz w swej historii zostać zdegradowany do II ligi. Kosztem Ruchu
      przed spadkiem uratować się mogła Arka, która na swoim boisku
      podejmowała Górnika Zabrze. Gdyby Arka pokonała Górnika, a Ruch
      przegrał u siebie z Widzewem, wówczas do II ligi spadał Ruch. Tak
      więc teoretycznie chorzowianie z Widzewem mieli grać na poważnie, a
      to zdecydowanie miało ułatwić zadanie Śląskowi.

      Większość dziennikarzy już przed ostatnią kolejką spotkań była
      przekonana, że losy mistrzostwa są rozstrzygnięte. 7 maja na
      pierwszej stronie katowickiego "Sportu" w nadtytule tekstu "Czy
      tylko formalność?" napisano: "Pewność we Wrocławiu, nadzieja w
      Łodzi...". A tekst rozpoczynał się od słów: "Właściwie wszystko jest
      niesłychanie proste. Śląsk wygrywa we Wrocławiu z krakowską Wisłą i
      sprawa mistrza Polski jest rozstrzygnięta. Zdaje się, że większość
      sympatyków piłki nożnej w kraju i 99 procent kibiców Śląska jest
      święcie przekonanych, że tak się stanie, i prawdopodobnie mają
      rację. Zresztą ostatnimi czasy rzadko coś się zmieniało na szczycie
      ligowej tabeli w ostatniej serii gier, więc nie ma powodu, by
      sądzić, że teraz stanie się inaczej".

      Podchody pod Wisłę

      Na kilka dni przed ostatnim meczem sezonu we Wrocławiu rozpocz
    • kolejorz_nie_ma_szans 1.06.2009 25.05.09, 12:03
      Uprzejmie informujemy sympatyków ekstraklasy,że z dniem pierwszego czerwca 2009
      przestaje istnieć Lech Poznań, a powstaje nowa spółka o nazwie LECH WRONKI z
      siedzibą przy ulicy leśnej we Wronkach.
    • Gość: wks Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok II IP: 194.146.120.* 25.05.09, 12:05
      Podchody pod Wisłę

      Na kilka dni przed ostatnim meczem sezonu we Wrocławiu rozpoczęła
      się "Operacja Wisła". Zespół miał wyjechać na zgrupowanie do
      pobliskiego Sycowa, ale ostatecznie nie pojechał w komplecie. Kto
      nie pojechał? Co do tego są dziś pewne wątpliwości i rozbieżności.

      Trener Jan Caliński tak wspomina tamte wydarzenia: - Przed meczem
      przyszła do mnie grupa osób związanych z klubem i poinformowała, że
      mecz z Wisłą jest zbyt ważnym pojedynkiem, aby rozgrywać go tylko na
      boisku. Oni mieli wszystko wziąć w swoje ręce. Nie pytałem ich
      konkretnie, co będą robić, nie patrzyłem na ręce. Postanowiłem
      tylko, że nie pojadę z zespołem na zgrupowanie do Sycowa. Jeśli ktoś
      uważał, że jest inna możliwość rozegrania tego meczu, to proszę
      bardzo. Z drużyną pojechał mój asystent Paweł Śpiewok, a ja zostałem
      we Wrocławiu i wszystkiemu przyglądałem się z boku - opowiada trener
      Caliński.

      - Jak działacze zareagowali na ten mój gest? Nie odebrali tego
      nadzwyczajnie. Nie przejęli się tym, że nie pojechałem. Widocznie
      byli całkowicie przekonani co do słuszności swoich działań -
      przypomina sobie tamte zdarzenie trener Caliński.

      Jednak jeden z piłkarzy Śląska twierdzi, że Caliński był z nimi na
      zgrupowaniu w Sycowie. - Nie wiem, dlaczego trener tak powiedział.
      Do Sycowa nie pojechali natomiast czterej zawodnicy: Tadek
      Pawłowski, Rysiek Sobiesiak, Janusz Sybis i Mietek Kopycki albo
      Heniek Kowalczyk - mówi gracz Śląska.

      Janusz Sybis, zapytany, dlaczego nie pojechał na to zgrupowanie, ma
      problemy z konkretną odpowiedzią. - No, tak było, ale sam nie wiem,
      dlaczego my nie pojechaliśmy na to zgrupowanie - zastanawia się
      Sybis.

      Wątpliwości w tej kwestii rozwiewa Tadeusz Pawłowski: - We Wrocławiu
      zostało czterech najbardziej doświadczonych zawodników zespołu i
      mieliśmy przypilnować, aby Wisła nie zrobiła nam krzywdy w tym
      ostatnim meczu - śmieje się "Paweł", ówczesna wielka gwiazda Śląska.

      O tym, co działo się później, nikt nie chce mówić oficjalnie. Każdy
      z zainteresowanych odsyła do innego rozmówcy, tłumacząc, że "on na
      pewno wie lepiej, jak było naprawdę". Z opowieści kilku osób
      wiedzących wszystko o kulisach pojedynku Śląsk - Wisła wyłania się
      niesamowita, wprost sensacyjna historia. Osoby te nie zgadzają się
      jednak, aby w kontekście tych wydarzeń podawać ich nazwisko.

      Transakcja w ubikacji

      Jak więc było naprawdę? Zarówno przedstawiciele Śląska, jak i
      Widzewa rozpoczęli podejścia pod piłkarzy Wisły Kraków. Oczywiście
      przedstawiciele Śląska chcieli, aby Wisła przegrała ten mecz i
      pomogła im w zdobyciu mistrzostwa, a wysłannicy Widzewa mieli
      odmienne życzenie. Negocjowali z krakowskimi zawodnikami, aby ci
      zagrali we Wrocławiu na poważnie i za wszelką cenę urwali punkty
      Śląskowi. Przy takim scenariuszu mistrzem Polski mógł zostać Widzew.

      W grę wchodziły wielkie jak na tamte czasy pieniądze.
      Niespodziewanie we Wrocławiu były z tym problemy.

      - Rozmawialiśmy z klubowymi działaczami, ale oni od razu powiedzieli
      nam, że żadnych pieniędzy nie mają - tłumaczy mi jedna z osób
      bezpośrednio odpowiedzialnych za rozpracowanie tego pojedynku. - Nie
      mieliśmy innego wyjścia i musieliśmy szukać kasy na własną rękę.
      Sytuację uratował pewien prywaciarz z Dzierżoniowa, który w tamtym
      okresie miał nieźle prosperujący zakład hydrauliczny. Ów biznesmen
      był kumplem stopera Śląska Pawła Króla i zgodził się pożyczyć 400
      tysięcy złotych. To były wówczas wielkie pieniądze - podkreśla mój
      informator.

      Według moich rozmówców suma ta została przekazana w jednym z
      wrocławskich mieszkań na pl. Grunwaldzkim piłkarzowi Wisły
      Zdzisławowi Kapce. Ale krakowscy zawodnicy podwyższyli stawkę i w
      ostatnich godzinach przed meczem trwała zbiórka dodatkowych
      pieniędzy. Nie było już możliwości, aby tę dodatkową kwotę przekazać
      w ustronnym miejscu, i do transakcji doszło w ubikacji na stadionie
      Śląska. Tuż przed rozpoczęciem spotkania jedna z żon wrocławskich
      piłkarzy dała pieniądze dziewczynie pewnego gracza Wisły. W tym
      momencie cała ustalona wcześniej suma została przekazana i teraz
      można już było wychodzić na boisko, aby wygrać mecz i
      przypieczętować mistrzostwo. Jednak w tym wszystkim ekipa Śląska nie
      pomyślała o jednym - że Widzew też chce zostać mistrzem i też miał
      swój plan...

      Wszystko będzie dobrze

      Mecz we Wrocławiu prowadził najsławniejszy wówczas polski arbiter
      Alojzy Jarguz. O piątej po południu wszystko się zaczęło. W
      pierwszej połowie Śląsk miał optyczną przewagę, jednak niewiele z
      niej wynikało. Wrocławianie grali nerwowo i sprawiali wrażenie lekko
      zagubionych. A Wisła ambitnie, mądrze się broniła i groźnie
      kontratakowała.

      Trener Śląska Jan Caliński tak opowiada o tym meczu: - W pierwszej
      połowie moi zawodnicy grali słabo, licząc chyba tylko na to, że
      Wisła ułatwi nam zwycięstwo. A Wisła grała życiowy mecz, no ale nie
      na tyle, żebyśmy jej nie ograli. Bo wtedy naprawdę mieliśmy bardzo
      dobry zespół - podkreśla.

      We Wrocławiu na Oporowskiej pojedynek już trwał, a na Cichej w
      Chorzowie piłkarze Ruchu i Widzewa dopiero wychodzili na boisko. Tam
      spotkanie rozpoczęło się osiem minut później niż we Wrocławiu. To
      był jeden z elementów planu Widzewa, który bezwzględnie został
      wykorzystany. To celowe opóźnienie rozpoczęcia meczu miało ogromne
      znaczenie dla kontrolowania sytuacji i wyniku na boisku. W 16. min
      pojedynku w Chorzowie doszło do małej niespodzianki - po strzale
      napastnika Ruchu Romana Grzybowskiego piłka odbiła się od poprzeczki
      i linii bramkowej, ale sędzia Wiesław Bartosik zdecydował się uznać
      bramkę! Ruch wygrywał z Widzewem 1:0 i Śląsk był coraz bliżej
      upragnionego mistrzostwa, mimo że nadal remisował z Wisłą 0:0.
      Jednak w Chorzowie wszystko szybko wróciło do normy. Kwadrans
      później napastnik łodzian Marek Filipczak doprowadził do remisu i
      gra znów stała się senna. W Chorzowie wszyscy nasłuchiwali już tylko
      wieści z Wrocławia.

      A tam do przerwy było 0:0. Piłkarze Śląska byli trochę tą sytuacją
      zdezorientowani. Jeden z naszych rozmówców twierdzi, że w czasie
      meczu wrocławscy piłkarze dobiegali do niektórych graczy Wisły i
      pytali: "Co się dzieje, co wy robicie?". "Nie martwcie się, wszystko
      będzie dobrze" - miał odpowiedzieć jeden z zorientowanych w sprawie
      zawodników rywala.

      Jednak w przerwie meczu w szatni wrocławskiego zespołu zrobiło się
      nerwowo.

      - Widziałem, że część moich zawodników nadal była pewna, że Wisła
      ułatwi nam zwycięstwo i zdobycie mistrzostwa - kontynuuje swoją
      opowieść trener Caliński. - Ta ich wiara była irracjonalna. W
      przerwie ja i kilku innych piłkarzy zasialiśmy niepewność w ich
      głowach, że tak nie będzie, że Wisła wcale nie chce przegrać tego
      pojedynku. Ale nie dali się przekonać. Druga połowa pokazała, jaka
      była prawda - dorzuca.

      - Kiedy dostrzegł pan, że Wisła gra z wami na poważnie i nie
      zamierza odpuścić tego pojedynku? - pytam Calińskiego. - Wie pan,
      pewne rzeczy się wie i widzi. Przy kilku akcjach zobaczyłem, jak
      Iwan składa się do strzału. On do przerwy oddał dwa bardzo groźne
      uderzenia na naszą bramkę. Widziałem, jak to zrobił, i już wówczas
      byłem przekonany, że Iwan koniecznie chce zdobyć gola, a Wisła
      walczy z ogromną determinacją o jak najlepszy wynik - odpowiada z
      przekonaniem.

      Obrączka zamiast miliona

      Dramat Śląska rozpoczął się sześć minut po przerwie. Po
      dośrodkowaniu Iwana w polu karnym Śląska doszło do zamieszania,
      najszybciej do piłki podbiegł jasnowłosy obrońca Wisły Piotr
      Skrobowski i mocnym uderzeniem z bliska nie dał żadnych szans obrony
      Jareckiemu. Śląsk przegrywał 0:1 i w tym momencie mistrzem Polski
      był Widzew.

      Chwilę później na środku boiska doszło do niebywałej sytuacji. Jeden
      z zawodników Śląska twierdzi, że reprezentacyjny napastnik Wisły
      Andrzej Iwan podbiegł do Tadeusza Pawłowskiego i miał do niego
      krzyknąć: "Dawaj milion, jeśli chcecie ten mecz wygrać". W
      odpowiedzi usł
    • Gość: bluesuedeshoes sztuczne podgrzewanie atmosfery ... IP: *.dynamic.gprs.plus.pl 25.05.09, 12:05
      i szukanie emocji gdzie emocji już nie ma. Pogódźcie się z tym, że mistrzem jest
      Wisła
    • Gość: x "Uwidzielismy"? hihi-GW dal lumpeninteligentow IP: *.adsl.inetia.pl 25.05.09, 12:06
      .
    • Gość: wks Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok III IP: 194.146.120.* 25.05.09, 12:07
      Śląsk rzucił się do rozpaczliwego ataku i stwarzał sobie sytuacje
      bramkowe. Strzelali: Pękala, Socha, Pawłowski, ale fantastycznie
      interweniował bramkarz Wisły Adamczyk. - Mieliśmy dużo okazji, ale
      tego dnia fart nie był po naszej stronie. A czas nieubłaganie
      uciekał - dodaje Caliński.

      W tym czasie na innych stadionach wszystko było już praktycznie
      jasne. Ruch z Widzewem grał tak, aby nie zrobić sobie krzywdy. Już
      wówczas było wiadomo, że chorzowianie z ligi nie spadną, gdyż Arka
      przegrywała na swoim stadionie z Górnikiem Zabrze 0:1. W takim
      wypadku chorzowianie mogli sobie pozwolić nawet na porażkę z
      Widzewem, ale na razie taki wynik nie był potrzebny.

      Koszmar "Pawła"

      Tymczasem na Oporowskiej emocje sięgały zenitu. W 83. min na
      stadionie we Wrocławiu zapanowała euforia. Za popchnięcie w polu
      karnym obrońcy Śląska Romana Wójcickiego sędzia Jarguz podyktował
      rzut karny dla wrocławian.

      - Karny był naciągany, ale sędzia musiał coś zrobić - twierdzi jeden
      z moich informatorów. - Dzień przed meczem w hotelu Wrocław jeden z
      wiceprezesów Śląska spotkał się na kolacji z sędzią Jarguzem.
      Obydwaj znali się od dawna i byli przyjaciółmi. Wiem, iż podczas
      tego spotkania ustalono, że gdyby na boisku Śląsk miał jakieś
      problemy, to arbiter miał zareagować - zapewnia. No i zareagował.

      Według jednego z naszych rozmówców już przed meczem ustalono, w jaki
      sposób zawodnik Śląska będzie wykonywał karnego, jeśli jedenastka
      zostanie podyktowana. Bramkarz Wisły wiedział, w który róg nie może
      się rzucić, gdyż właśnie tam poleci piłka. Piłkę wziął w ręce
      kapitan Śląska Pawłowski i ustawił ją na "wapnie". Tuż przed
      wykonaniem karnego Pawłowski spojrzał prosto w oczy idącemu obok
      Kapce i obydwaj skinęli głowami. To był znak, że wszystko dzieje się
      zgodnie z planem. Pawłowski podbiegł i prawą nogą lekko kopnął piłkę
      w lewy róg bramkarza, ale Adamczyk już tam był i bez problemów
      sparował piłkę.

      - Chciałem tylko trafić w bramkę, to było dla mnie najważniejsze.
      No, ale bramkarz okazał się lepszy. To był koszmar - wspomina
      nieszczęsny egzekutor karnego Tadeusz Pawłowski.

      - Sprawa była prosta, Pawłowski został oszukany przez Kapkę. Pewne
      rzeczy były przed meczem ustalone i uzgodnione, a na boisku okazało
      się, że jest inaczej - tłumaczy inny piłkarz Śląska.

      - Ten karny pokazał, jak Tadek Pawłowski bezgranicznie, do końca
      ufał w ten układ - komentuje trener Caliński. - Szkoda, gdybyśmy
      wówczas doprowadzili do remisu, to wierzę, że byliśmy w stanie
      strzelić jeszcze zwycięską bramkę. Czasu nie było wiele, ale
      naprawdę wszystko mogło się wtedy zdarzyć. Równocześnie jestem
      święcie przekonany, że gdyby nasz mecz zakończył się remisem, to
      Widzew strzeliłby w Chorzowie jeszcze jedną bramkę i wygrał mecz.
      Przecież oni swój pojedynek celowo rozpoczęli kilka minut później
      niż my, gdyż chcieli kontrolować sytuację, i przy takim rozwoju
      wypadków tam padłby taki wynik, który dawał Widzewowi mistrzostwo -
      z przekonaniem mówi Caliński.

      Oczywiście zawodnicy Wisły twierdzą zupełnie co innego. Dziś
      Zdzisław Kapka nadal działa w futbolu i pracuje w Wiśle, gdzie pełni
      funkcję wiceprezesa. Zgadza się na krótką rozmowę, jednak pytany o
      tamte wydarzenia wszystkiemu zaprzecza: - Coś się chłopakom z
      Wrocławia pomieszało - mruczy pod nosem Kapka. - Myśmy nie bawili
      się w takie rzeczy, jak sprzedawanie meczów. Sport polega na tym,
      aby skutecznie przeszkadzać przeciwnikowi, a nie pomóc mu w
      odniesieniu zwycięstwa - zapewnia. - Śląsk sam sobie jest winien.
      Przecież miał karnego, którego z tego, co pamiętam, nie strzelił
      Tadek Pawłowski. Niech oni mają pretensje do siebie, a niech nie
      wymyślają jakichś mitycznych historii - złości się Kapka.

      Radość na Cichej

      Gdy na Oporowskiej sędzia Jarguz podyktował rzut karny dla Śląska,
      niesłychanie nerwowo zrobiło się na stadionie w Chorzowie, gdzie
      Ruch remisował z Widzewem 1:1. Tam na boisku dosłownie nic się nie
      działo, a wszyscy wsłuchani byli tylko w radiową relację z
      Wrocławia. Atmosferę końcówki tego pojedynku świetnie oddał Paweł
      Smaczny w swojej relacji w "Piłce Nożnej".

      "Pozornie - po wyrównaniu Widzewa ze strzału Filipczaka - nic na
      boisku się nie działo, ale jak słyszeli - dzięki radiowym
      transmisjom - kibice na trybunach, Arka pogrążyła swe szanse w Gdyni
      w meczu z Górnikiem. Lecz do końca spotkań w całym kraju pozostawał
      jeszcze kwadrans. Pozornie spokojna "ławka" Widzewa zaczęła żyć.
      Pierwszy zerwał się drugi trener Tadeusz Gapiński. Podbiegł do
      linii, coś przekazywał Rozborskiemu. Ten szybko powtórzył to
      kolegom. Kibice nie byli zorientowani, co się dzieje. Spiker bowiem
      milczał, ale na trybunach pracowały radioodbiorniki. Nagle okazało
      się - co dramatycznym głosem donosił z Wrocławia Stanisław Puzyna -
      iż Śląsk strzela karnego. Adamczyk obronił... i Widzew spokojnie
      odegrał 1:1, które dawało Ruchowi pozostanie w lidze, a łodzianom
      mistrzostwo Polski" - pisał Smaczny.

      Brzmienie ciszy

      Gdy sędzia Jarguz zakończył mecz we Wrocławiu, na stadionie
      zapanowała przeraźliwa cisza. Praktycznie nikt nie mógł uwierzyć w
      to, co się stało. Szok i rozczarowanie wrocławskich kibiców były
      porażające.

      Przeraźliwa cisza panowała również w szatni Śląska. - Nikt się do
      nikogo nie odzywał. Było jak na stypie, tylko rozpacz i
      przygnębienie - przypomina sobie jeden z wrocławskich zawodników. -
      To niesamowite, co się wydarzyło. Cały sezon graliśmy normalnie
      i "podparliśmy" tylko jeden, ten ostatni mecz. I właśnie ten
      przegraliśmy.

      Feralny egzekutor karnego Tadeusz Pawłowski tak wspomina tamte
      chwile: - Byłem zrozpaczony. Nie wiedziałem, co mam robić.
      Siedziałem w szatni i płakałem. Czułem się oszukany.

      - Po spotkaniu długo siedzieliśmy w szatni - przypomina sobie trener
      Caliński. - Wszyscy strasznie to przeżywaliśmy, bo bardzo chcieliśmy
      zdobyć to mistrzostwo. Pamiętam smutek moich chłopaków, pamiętam,
      jak bardzo załamany był Romek Wójcicki. Nie miałem i do dziś nie mam
      pretensji do swoich piłkarzy o ten mecz. Od początku ten pojedynek
      został źle rozegrany strategicznie. Uwierzyliśmy, że wszystko możemy
      załatwić, a okazaliśmy się za słabi. Każdy z nas musiał się puknąć w
      pierś i wziąć cząstkę winy na siebie - podsumowuje Caliński.

      W budynku klubowym Śląska oczywiście zrezygnowano z bankietu. A
      jedzenie, wódka i szampany od dawna były przygotowane. Część
      piłkarzy Śląska pojechała później do Novotelu, gdzie przebywała
      jeszcze ekipa Wisły.

      - Cieszyli się i bawili, jak na weselu - ironicznie opowiada piłkarz
      Śląska. - Dopiero po meczu przekonaliśmy się, że Wisła była na tyle
      cwana, że równocześnie dogadywała się z dwoma klubami, z nami i z
      Widzewem. Pieniądze dostali z obydwu stron i bez względu na wynik
      jedną pulę i tak mieli zapewnioną. Cwaniaki - kończy gracz Śląska.

      Boniek zaprasza na fetę

      Według dobrze zorientowanych w Wiśle o takim układzie wiedziało
      pięciu zawodników. Kapka negocjował ze Śląskiem, a Iwan z Widzewem.
      Dlaczego Iwan? - To był świetny kumpel piłkarzy Widzewa Bońka i
      Młynarczyka, z którymi znał się z reprezentacji Polski. Zresztą po
      sezonie Iwan miał przejść do Widzewa, ale uniemożliwiła mu to
      poważna kontuzja, której miesiąc później doznał na mistrzostwach
      świata w Hiszpanii - ujawnia mój informator.

      Wszyscy nasi rozmówcy zgodni są co do jednego - Widzew dał więcej
      pieniędzy. Śląsk uzbierał około połowy miliona złotych, a łodzianie
      około dwudziestu procent więcej. I na dodatek płacić mieli w
      dolarach, co wówczas miało duże znaczenie.

      - Nie widzę w tym nic złego, aby ktoś dopingował nas do zwycięstwa,
      ale nie pamiętam, aby Widzew cokolwiek wówczas nam oferował - z
      przekonaniem twierdzi dziś Zdzisław Kapka.

      Przedstawiciele Widzewa Łódź też zaprzeczają, że w jakikolwiek
      sposób wpłynęli na wyniki ostatniej kolejki spotkań.

      Ówczesny drugi trener łódzkiego zespołu Tadeusz Gapiński śmieje się,
      kied
    • Gość: wks Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IV IP: 194.146.120.* 25.05.09, 12:09
      Wszyscy nasi rozmówcy zgodni są co do jednego - Widzew dał więcej
      pieniędzy. Śląsk uzbierał około połowy miliona złotych, a łodzianie
      około dwudziestu procent więcej. I na dodatek płacić mieli w
      dolarach, co wówczas miało duże znaczenie.

      - Nie widzę w tym nic złego, aby ktoś dopingował nas do zwycięstwa,
      ale nie pamiętam, aby Widzew cokolwiek wówczas nam oferował - z
      przekonaniem twierdzi dziś Zdzisław Kapka.

      Przedstawiciele Widzewa Łódź też zaprzeczają, że w jakikolwiek
      sposób wpłynęli na wyniki ostatniej kolejki spotkań.

      Ówczesny drugi trener łódzkiego zespołu Tadeusz Gapiński śmieje się,
      kiedy pytam go o tamte dwa mecze: - Proszę pana, Śląsk sam sobie
      jest winien. Mógł wygrać z Wisłą i zostawał mistrzem. My naprawdę
      byliśmy zaskoczeni takim obrotem sprawy i tym, że ostatecznie tytuł
      przypadł nam. Pamiętam, że wracaliśmy do Łodzi i w autokarze
      słuchaliśmy radia. Jeden z dziennikarzy przeprowadzał rozmowę ze
      Zbyszkiem Bońkiem, który tego dnia nie mógł grać. Zbyszek
      pogratulował nam mistrzostwa i przez radio zaprosił całą ekipę do
      swojego mieszkania na fetowanie sukcesu. No i pojechaliśmy do niego
      i bawiliśmy się do rana - znów śmieje się Gapiński.

      Gdy pytam Gapińskiego, dlaczego ich mecz w Chorzowie zaczął się z
      kilkuminutowym opóźnieniem, jest zaskoczony. - Myślałem, że było
      odwrotnie, że to Śląsk zaczął grać później niż my. Ale tak dokładnie
      już nie pamiętam - zastanawia się.

      Gapiński nie pamięta też dobrze sytuacji opisanej w "Piłce Nożnej",
      gdy Śląsk strzelał karnego, a on w tym samym czasie podbiegł do
      linii bocznej boiska i mówił coś Rozborskiemu. - Na pewno nie
      mówiłem mu o karnym, raczej udzielałem mu jakichś wskazówek
      taktycznych - zapewnia. O pieniądzach oferowanych Wiśle za urwanie
      punktów Śląskowi też nie słyszał. - Nic na ten temat powiedzieć nie
      mogę, to chyba kibice przy kielichu opowiadają sobie takie historie,
      aby ubarwić naszą ligową piłkę - kończy.

      Nie zaznasz spokoju

      Największym przegranym tego pojedynku był Tadeusz Pawłowski - jeden
      z najlepszych graczy Śląska w jego historii. To na nim skupiła się
      złość wielu miejscowych kibiców.

      - To wszystko było straszne - wspomina Pawłowski, który od wielu lat
      na stałe mieszka w Austrii. - Ktoś chciał spalić mi samochód,
      grożono pobiciem moich dzieci. A mnie tak bardzo zależało na
      mistrzostwie, gotowy byłem zrobić prawie wszystko, aby Śląsk wygrał
      ten mecz. Feralny pojedynek z Wisłą pamiętam do dziś. Gdy czasami
      jestem we Wrocławiu i rozmawiam z różnymi osobami, to wiele z nich
      pyta mnie: - Pawłowski? To pan nie strzelił kiedyś karnego Wiśle?
      Wtedy odpowiadam: - Ma pan dobrą pamięć, ale szkoda, że nie pamięta
      pan, iż to ja strzeliłem dla Śląska najwięcej bramek w meczach
      pierwszoligowych i europejskich pucharach w całej historii tego
      klubu.

      Wkrótce okazało się, że nie tylko część miejscowych kibiców głównym
      winowajcą porażki uczyniła Pawłowskiego.

      - Miałem już gotowy kontrakt i miałem przejść do francuskiego Lens,
      ale nagle zaczęły się problemy z moim paszportem - mówi Pawłowski. -
      Nie chciano mi go wydać i nie mogłem wyjechać z Polski. Dziś wiem,
      że niektórzy działacze Śląska mścili się na mnie. W następnym
      sezonie graliśmy w europejskich pucharach z CSKA Moskwa. Byłem w
      świetnej formie, ale siedziałem wtedy na ławce rezerwowych. Jednak
      trener kazał mi się rozgrzewać. Wtedy z trybuny honorowej zszedł
      jeden z wojskowych działaczy klubu i zabronił naszemu trenerowi
      wpuścić mnie na boisko. W kolejnej rundzie w pojedynkach przeciwko
      Servette Genewa też nie mogłem grać. Trener powiedział mi wprost: -
      Wiesz, są naciski z góry i ty grać nie możesz. Na szczęście pod
      koniec roku dzięki znajomym udało mi się wreszcie dostać paszport i
      praktycznie natychmiast wyjechałem grać do Wiednia - tłumaczy
      Pawłowski.

      Gdy na koniec naszej rozmowy pytam Pawłowskiego o Kapkę, ten z
      przekonaniem wyjaśnia: - Z "Kapą" znaliśmy się bardzo dobrze, chyba
      od 17. roku życia, gdy razem graliśmy w młodzieżówce. Byliśmy
      przyjaciółmi. Ale od tamtego meczu z Wisłą nie rozmawiałem z nim ani
      razu. I już nigdy nie porozmawiam.



    • Gość: G Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: *.icpnet.pl 25.05.09, 12:16
      hahah
      • Gość: simong sarsrało IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 25.05.09, 12:38
        a na blogu tego dupka same pochlebne recenzje:D pewnie sam sobie cieć je
        autoryzuje albo wogóle sam sobie pisze zeby nie wyszedł na idiote jak tutaj,
        mozna niżej upaść? buahahhaha
    • Gość: konus Re: Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: *.internetdsl.tpnet.pl 25.05.09, 12:55
      w 1982 Śląsk stracił tytuł na własne życzenie. tuż przed końcem rundy (nie
      pamiętam, kolejkę czy 2 - szczeniakiem byłem) prowadzili w Łodzi z Widzewem 1:0,
      by przegrać ten mecz. a później wystarczyło strzelić karnego. po prostu dali tyłka.
    • Gość: Ambroży Śląsk ma szansę na rewanż za 1982 rok IP: *.173.9.78.tesatnet.pl 25.05.09, 13:34
      Tak, pan Szarzało ma rację - obecni zawodnicy Śląska będą się mścili
      za PRL-owskie układy,jakie wówczas rządziły ligą. To taka sama
      fatasmagoria, jakby "GW" nagle opowiedziała się za lustracją. Cieszy
      to też w takim kontekście, że większość obecnych zawodników Śląska
      (niegdyś klubu wojskowego, do którego rekrutowano "na siłę", zamiast
      obowiązkowej służby w ludowym wojsku) nie skończyła jeszcze 27 lat
      (może ojcowie do snu opowiadali im o wielkiej krzywdzie sprzed
      lat!). Acha, Ryszard Tarasiewicz niedawno publicznie stwierdził, że
      niezwykle ceni Wisłę i uznaje ją za najlepszego kandydata do tytułu
      w tym roku (działo się jakieś 4 kolejki przed zakończeniem
      rozgrywek).

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka