oxycort
27.11.03, 00:26
Żelazny karzeł imieniem Wasyl zapragnął zmienić nazwisko. Pewnym utrudnieniem
w realizacji tego zamierzenia wydawał się być fakt, iż żelazny karzeł w
zasadzie nie miał nazwiska.
- W zasadzie?
- Tak, w zasadzie, bo przecież każdy przychodząc na świat posiada jakieś tam
nazwisko, ale czasami bywa tak, że nazwiska tego nie zna. Okoliczność tego
rodzaju zaistniała właśnie w przypadku żelaznego karła, który był
wychowankiem leśnego domu dziecka imienia Kutuzowa.
- Skoro był wychowankiem leśnego domu dziecka, to chyba więcej, niż pewne, że
jego nazwisko musiał znać kierownik tegoż ośrodka.
- Otóż właśnie, że nie. A to dlatego, że żelazny karzeł był podrzutkiem,
którego wspomniany już kierownik znalazł pewnego pięknego ranka, a konkretnie
następnego dnia wieczorem, owiniętego w Komsomolską Prawdę i leżącego tuż pod
drzwiami. Zresztą gdyby nie te drzwi, to w ogóle by go nie zauważył. A tak,
kiedy wychodząc uderzył go z impetem prawym skrzydłem (kierownik był
bocianem), malec wytoczył się z rozwiniętej pod wpływem uderzenia gazety.
- Podejrzewam, że kierownik i bez tego by go odnalazł, bo przecież musiał się
schylić, żeby podnieść gazetę.
- Na to właśnie, jak mniemam, liczył sprawca tej, bądź co bądź, ohydnej
zbrodni. Ale jednej małej rzeczy nie wziął pod uwagę.
- Jakiej, mianowicie?
- A takiej to, że kierownik czytywał tylko Svenską Dagbladet ze względu na
krój czcionki.
- No tak, ale powracając do nazwiska - Jeżeli karzeł go nie znał, to na
jakiej właściwie podstawie zapragnął je zmienić?
- Bo gdzieś tam, w najgłębszych pokładach podświadomości przeczuwał, iż jest
ono paskudne. I jak się później okazało, nie omylił się w tym względzie. No,
ale po kolei.
- Właśnie.
A więc kiedy zdesperowany Wasyl nie wiedział już zupełnie, co ma czynić,
przyszło mu do głowy, aby zawezwać listownie dwójkę swoich nieodłącznych
przyjaciół: Wiewiórkę Łysą Skórkę i Krzywego Wilka. Niestety, w silnym
podenerwowaniu oba listy zaadresował do Wiewiórki i stąd też, a może też i po
części dlatego, że rozerwał go niewypał, Krzywy Wilk nie przybył. Natomiast
Wiewiórka Łysa Skórka oświadczyła mu:
- Znam kogoś, kto powinien ci pomóc. Jest jednym z najstarszych mieszkańców
naszego lasu i może wiedzieć, kim był twój ojciec. Krótko mówiąc udaj się do
Kuny.
Pokrzepiony jej słowami udał się więc karzeł rączo do Kuny. Kiedy zapukał,
drzwi otworzył mu Borsuk i powiedział:
- Dzień dobry, Kuna jestem. Czym mogę służyć?
Kiedy karzeł wtajemniczył go już w całą historię, Kuna po głębszym
zastanowieniu zadeklarował, że może mu ewentualnie zaproponować nalewkę na
kasztanach. Wasyl chętnie na to przystał i kiedy tak raczyli się nią z
nieskrywaną lubością, Kuna przypomniał sobie nagle Susła Gawrysiaka, który
podobno widział niejedno. Mógł więc widzieć i ojca Wasyla. Udał się tedy
Wasyl do Susła Gawrysiaka i wyłuszczył mu tę samą historię, którą wcześniej
wyłuszczył był Kunie, a którą jeszcze wcześniej, jak pamiętasz,
wyłuszczyliśmy my. Suseł zamyślił się głęboko i zasnął. Kiedy się przebudził,
szarzało już mocno, a na jego wezgłowiu chrapał żelazny karzeł.
- Najpierw się pyta, a potem zasypia - obruszył się Suseł i zasnął.
Kiedy się przebudzili, świtało. Suseł popatrzył przeciągle na karła i rzekł:
- Czułem, że prędzej, czy później to musi wyjść na jaw, ale może to i lepiej.
Tak, czy siak, prawda jest taka... - dodał i zasnął.
Karzeł przez chwilę wsłuchiwał się w jego równy, miarowy oddech, po czym
uderzył go kontrolnie z całej siły fajerką w czoło. Suseł przewrócił się na
drugi bok i wymamrotał przez sen:
- Twoim ojcem był...
Resztę zagłuszyło chrapanie. Po kolejnym uderzeniu Suseł już nie zmienił
boku, a po następnych przestał nawet i chrapać. Karzeł opuścił jego norę
mocno przygnębiony.
A więc została mu już tylko jedna szansa. I to taka, przed którą bronił się
od samego początku. Była nią wywołująca obłędną trwogę i znienawidzona przez
wszystkich mieszkańców lasu Wróżka Z Garnuszka. Bez jej wiedzy nie działo się
tam nic.
Kiedy stanął w jej błotnistym progu (wiedźma mieszkała na mokradłach),
zaskrzeczała:
- Nieskoro ci było do mnie, żelazny, nieskoro.
- No, ale skoro już jestem, to może byś mi powiedziała...
- Wiem, wiem z czym przychodzisz - odparła i zdecydowanym ruchem nogi
wskazała mu na zydel. A kiedy usiadł, wsadziła łeb do dymiącego garnuszka, z
krórego czytała przeszłość i wymówiła odpowiednie na tę okoliczność zaklęcie.
- To znaczy jakie?
- Hokus pokus, czary mary, niech się zjawi jego stary.
W garnuszku zasyczało nieprzyjemnie, a przez jego ptasi dziubek, bo to był
garnuszek z dziubkiem, począł wypełzać z wolna zgniłozielony, gęsty opar.
- Wydaje mi się, że właściwszym słówkiem byłoby tu "wydzielać".
- Tak czy siak, woń jakaś obrzydliwa rozeszła się po całym pomieszczeniu.
Dwadzieścia minut później, kiedy wykasłali się już jako tako, a opar nieco
się przerzedził, Wróżka Z Garnuszka pochyliła się nad naczyniem, aby
wypatrzyć odbicie wywoływanego. Ale gdy tylko spojrzała, gały wysadziło jej z
orbit, a ze zbielałych gwałtownie warg wydarł się ni to ryk, ni to skowyt,
który w końcowej swojej fazie przybrał postać partykuły "nieeeeee". Ta,
której bał się cały las, skonała z przerażenia. Podekscytowany do granic
wytrzymałości Wasyl doskoczył do garnuszka i osunął się na zwłok Wróżki.
A jednak las w jakiś niewytłumaczalny sposób dowiedział się o wszystkim. Bo
kiedy nazajutrz rano pochowano karła, czyjaś niewprawna wiewiórcza łapka
wydrapała mu na kamieniu nagrobnym taką oto inskrypcję:
Tu spoczywa Wasyl Dzierżyński, przyjaciołom jako Żelazny Karzeł znany.
Co się zaś tyczy Wróżki, to już jej nikt nigdy więcej nie zobaczył. Niektórzy
uważają, że jakie życie, taka śmierć i w związku z tym sugerują, że połączyła
się ona z oparem. A jak było naprawdę?
Jedno jest pewne: w miejscu, w którym leżała jej cielesna powłoka wytworzył
się jakiś przedziwny, jasny obrys, a dębowa klepka mocno wypłowiała.
Przechodzący czasami tamtędy mieszkańcy lasu czynią to jak najśpieszniej
rozglądając się przy tym trwożnie dookoła. A na wszystkich urzędowych mapach
lasu miejsce to figuruje jako biała plama.
Za
www.itnet.com.pl/~wojmos/_humor05.html
Ma ktoś więcej?
~~
oxsentymentalny