kurczak1
30.08.15, 21:12
Frekwencja wyborcza w Polsce waha sie od około 20% w wyborach do parlamentu europejskiego po ponad 60% w wyborach prezydenckich. Tak małe zainteresowanie wyborem naszych reprezentantów w sejmie, czy w samorządach lokalnych wynika z poczucia braku wpływu na sytuację polityczną kraju. Bo w gruncie rzeczy zazwyczaj dokonujemy wyboru miedzy dżumą a cholerą. Więc do wyborów chodzą na ogół wyznawcy największych partii i ich zajadli przeciwnicy. 60 % Polaków nie ma reprezentantów w parlamencie, ponieważ nie identyfikuje się z żadną partią. Wydaje się, że taka sytuacja powinna skłonić rządzących do nakłaniania do postaw obywatelskich. Ale po co?... Im niższa frekwencja, tym większa pewność, że krzesła w parlamencie zostaną w rękach tych samych sił politycznych. Wszak nie oddając głosu, wybiera się to, co większość.
Podobnie jest w przypadku referendum ogłoszonego na 6 września. Tu przekroczenie progu frekwencyjnego 50% jest dla parlamentu wiążące. Niektórzy twierdzą, że JOW-y nie są najlepszym rozwiązaniem; niektórzy uważają, że cały proces legislacyjny wprowadzenia JOW-ów jest zbyt skomplikowany, trudny, a nawet niemożliwy. Nie wiem, jaki mają cel ci, którzy namawiają do zostania w domu. Może korzystają z dobrodziejstw obecnej ordynacji wyborczej, może maja w rodzinie polityków, może boją się zmiany, może lubią być kopani, może nie zdają sobie sprawy z istoty sprawy, bo ktoś im namącil w głowie. Niezaleznie od wszystkiego - w niedzielę wyjdźmy z domu, zawołajmy sąsiadów i pokażmy rządzacym O...TAK! Wiecie JAK?... Potem bedziemy rozmawiać, czy JOW-y takie, czy siakie.
Referendum konstytucyjne w 1997 roku było wazne, mimo że wzięło w nim udział 42,86% wyborców. No, ale inicjatywa była odgórna...