henrykkreuz
26.04.05, 19:51
Od pierwszych wolnych wyborów parlamentarnych w Polsce, coraz głośniej rozlega
się wołanie o zmianę systemu wyborczego do Izby Ustawodawczej i wprowadzenie,
na wzór brytyjski, wyborów w jednomandatowych okręgach wyborczych. Wizytujący
wówczas Polskę prof. Zbigniew Brzeziński określił wprowadzoną wtedy ordynację
wyborczą jako „najgorszą i najgłupszą na świecie”, podobną opinię wystawił
temu systemowi Generalny Komisarz Wyborczy, senator, a obecnie sędzia
Trybunału Konstytucyjnego, Jerzy Stępień, który zaczął zbierać podpisy
obywateli o zmianę tego systemu. Od tej pory za taką zmianą opowiedziały się
już najróżniejsze autorytety, ogólnie uznawane przez Polaków, jak Jerzy
Giedroyc, Gustaw Herling-Grudziński czy Jan Nowak-Jeziorański. Uchwały,
domagające się takiej zmiany, podjęło mnóstwo rad gminnych, powiatowych i
sejmików wojewódzkich, związki zawodowe, gremia naukowe. W ubiegłym roku PO
zebrała ponad 750 tysięcy podpisów pod wnioskiem o referendum w tej sprawie, a
badania opinii publicznej systematycznie wykazują ponad 70% poparcia dla tej idei.
Wszystko to nie robi wielkiego wrażenia na wszelkiego rodzaju liderach
partyjnych i pozostających w ich dyspozycji mediach publicznych, nie toczy się
w tej sprawie obywatelska debata, przedstawiciele Ruchu Obywatelskiego na
rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych nie mają do nich dostępu, w mediach
albo się na ten temat milczy, albo też dopuszcza się do głosu jedynie
adwokatów stanowiska tzw. klasy politycznej. Kiedy w „Rzeczpospolitej” ukazał
się w ubiegłym roku tzw. Apel Intelektualistów w tej sprawie, premier Marek
Belka zaprosił sygnatariuszy Apelu na rozmowę, dając do zrozumienia, że on,
osobiście, jest zwolennikiem takiej zmiany, ale jest bezsilny. Zamiast
dyskusji publicznej głos zabierają dyżurni „oficerowie frontu ideologicznego”
tzw. eksperci i urzędowi znawcy problemów społecznych i politycznych, którzy,
wbrew tym apelom i stanowiskom, tłumaczą polskiemu pospólstwu, że postulat JOW
dla Polski to poważny błąd, którego realizacja grozi nieobliczalnymi
konsekwencjami, a kraj nasz czekałyby w takim razie same nieszczęścia. Na czym
polegać miałyby te nieszczęścia – nie wiadomo – wiadomo tylko tyle, że co
dobre dla Anglików, Szkotów, Amerykanów czy Kanadyjczyków, to dla Polski
murowana katastrofa. Dlaczego? Ano, przede wszystkim, dlatego że Anglicy i
Amerykanie mają już co najmniej dwieście lat demokracji, są społeczeństwami
rozwiniętymi i doświadczonymi i że gdybyśmy mieli ich doświadczenie i
dojrzałość, to też, ale tak jak jest, to nie. Argument, że przecież jak
Amerykanie i Anglicy wprowadzali u siebie JOW, to nie mieli jeszcze za sobą
200 lat dojrzałości, a wprowadzenie JOW do katastrofy żadnej nie doprowadziło
– pada na głuche uszy. Owszem, pewien intelektualista stwierdził, że Polska to
nie Ameryka, którą wizytował markiz Alexis de Tocqueville, z czego ma wynikać,
że co było dla Ameryki wtedy bardzo dobre, to w Polsce... itd. Jest to więc,
wszystko razem, rozwinięciem tezy, jaką niedawno sformułował publicznie
Prezydent Aleksander Kwaśniewski, że polskie społeczeństwo jeszcze do takiej
formy wyborów nie dojrzało.
Mamy tu do czynienia z ciekawą sytuacją. Parę tygodni temu ośmieliłem się
napisać artykuł, a w nim obrazoburczo stwierdzić, że polska inteligencja
powojenna nie potrafiła sensownie urządzić swego państwa, a jej wkład w
dorobek światowej myśli jest nikły. Natychmiast pojawili się oburzeni obrońcy
honoru polskich inteligentów i spuścili mi srogie lanie, powołując się na
Chopina, Kopernika, Banacha czy Wolszczana. Nic to jednak nie przeszkadza,
żeby, kiedy przychodzi dyskutować o systemie wyborczym, bronić tezy o
niedojrzałości polskiego społeczeństwa. Innymi słowy: my, inteligenci
–eksperci-specjaliści – jesteśmy świetni, a w każdym razie nie gorsi od
innych, ale ten polski motłoch, to całkiem co innego! Ja – tak, jestem
inteligentny, wszystko rozumiem, jestem gorącym patriotą i obywatelem, ale to
wszystko dookoła? Tragedia, katastrofa! Z takimi ludźmi nic się zrobić nie da,
trzeba decyzje o tym, kto może kandydować do Sejmu koniecznie pozostawić w
rękach ludzi światłych, jak Bracia Kaczyńscy, Roman Giertych, Donald Tusk,
Andrzej Lepper, Józef Oleksy, Marek Borowski czy kto tam jest najbardziej
światły w PSL-u, zdaje się, że dzisiaj znowu Waldemar Pawlak?
Jednakże, jak się wydaje, argumentacja ta funkcjonuje całkiem dobrze w kręgach
nabzdyczonych wielkością inteligentów, ale „polskie pospólstwo”, nie bardzo
daje sobie wmówić, że Amerykanie czy Anglicy mają gorszy system wyborczy niż
wymyślony przez polskich mózgowców-konstytucjonalistów i stąd zapewne biorą
się te nieprzyjemne (dla klasy politycznej) wyniki sondaży opinii publicznej.
Skoro nie chwyta argument o niedorozwoju umysłowym Polaków, to w zapasie
pozostaje argument drugi: JOW nie da się w Polsce wprowadzić, bo zabrania tego
Konstytucja, a Konstytucja jest jak Pismo Święte i nie wolno jej zmieniać, a w
każdym razie jest to niemożliwe. W Konstytucji jest zapisane, że wybory do
Sejmu mają być proporcjonalne i tak musi być. Każdy, kto rozumie znaczenie
tego słowa, wie, że wyniki wyborów w Polsce nie mają z proporcjonalnością nic
wspólnego, ale to nic nie znaczy, ponieważ PRAWNICY twierdzą, że jest inaczej
i że to, co się każdemu wydaje nieproporcjonalne, zdaniem PRAWNIKÓW jest
proporcjonalne jak najbardziej. Największy tuman rozumie, że jeśli jakaś
partia dostaje 50 tysięcy głosów i ma 2 posłów, a inna 800 tysięcy i nie ma
ani jednego, to o proporcjonalności nie ma co mówić, chyba o
„proporcjonalności na odwrót”, ale PRAWNIKOM to nie przeszkadza i ma być tak,
jak oni mówią. Taką tezę, na przykład, wygłosił w minionym tygodniu na
Politechnice Wrocławskiej, podczas debaty studenckiej, jeden z dyżurnych
warszawskich socjologów telewizyjnych.
Podsumowując, Rzeczpospolita Polska to taka demokracja, gdzie furda setki
tysięcy podpisów obywatelskich, furda apele intelektualistów, furda uchwały
samorządów, furda badania opinii publicznej. Najważniejsze jest zdanie
PRAWNIKÓW. A i to, jak się okazuje, bynajmniej nie wszystkich. W kwietniu 2001
57 posłów, w tej liczbie wielu prawników, jak Jarosław Kaczyński czy Ludwik
Dorn, podpisało wniosek do Trybunału Konstytucyjnego o uznanie obowiązującej
ordynacji wyborczej za sprzeczną z Konstytucją, właśnie dlatego, że wyniki
wyborów są NIEPROPORCJONALNE, i to bardziej niż w krajach, w których
obowiązują JOW! Jak z tego wynika, nawet wśród PRAWNIKÓW nie ma jedności.
Czyli, że Polska jest w rękach tylko jakiejś tajemniczej i niewidzialnej GRUPY
PRAWNIKÓW, którzy mają niepisany monopol na decydowanie o najżywotniejszych
sprawach państwa.
Ostatnio do tych dwóch argumentów doszedł jeszcze jeden. MORALNY. Po Zjeździe
Krajowym Ruchu JOW, jaki miał miejsce 16 kwietnia w Koninie, poseł Sebastian
Florek zebrał 15 podpisów pod projektem ordynacji wyborczej z JOW i zaniósł go
Marszałkowi Cimoszewiczowi z wnioskiem o debatę sejmową. Marszałek odmówił,
argumentując, że podjęcie takiej debaty przed wyborami byłoby NIEMORALNE. Do
tej pory już trzykrotnie zmieniano ordynację wyborczą tuż przed wyborami, a w
roku 1989 nawet w trakcie wyborów. Pamiętamy słynne geremkowskie „pacta sunt
servanda” – umowy zobowiązują. Wówczas moralność wymagała zmiany nawet w
trakcie wyborów. Teraz jest odwrotnie, czyli jakby ta sama moralność tylko na
odwrót.
Kiedyś, kiedyś, pisarz Stefan Kisielewski powiedział, że w Polsce mamy
„dyktaturę ciemniaków”. Za te słowa ciężko go pobito, trafił do szpitala itd.
Dzisiaj, być może, Stefan Kisielewski zmieniłby zdanie: mamy, jak widać do
czynienia z „dyktaturą jaśniaków” – jaśnie oświeconych tajemniczych
socjo-politolo-konstytucjologów. Tak jak ich poprzednicy, „ciemniacy”, wiedzą
najlepiej, co dla Polski i Polaków jest dobre, a my, polski