liberus
23.10.05, 20:36
Pewnego razu, daleko za górami i za lasami, w kraju, w którym wszystko działo
się na opak, a reguły logiki znane były tylko studentom prawa i matematyki,
żył sobie pewien mały, okrągły, zakompleksiony, acz ambitny Kandydacik.
Kandydacik był bardzo nieufny wobec wszystkiego co go otacza. Już od czasów
przedszkolnych wiedział, że wszyscy dokoła się z niego śmieją i czyhają na
jego błędy. Jego nikła postura upewniała go w przekonaniu, że takiego kurdupla
ludzie będą chcieli robić cały czas w konia, więc postanowił nikomu nie ufać.
Nikomu z wyjątkiem swojego Braciszka, równie nikczemnej postury i równie
ambitnego.
Na każdym kroku widział szpiegów, agentów i innych cichociemnych, którzy
niewątpliwie tylko czekali gdy odwróci on od nich swą uwagę. "Nie może tak
być", pomyślał Kandydacik. "Jest tylko jeden sposób, aby spojrzeć na nich z
góry, aby ich przydepnąć i panować nad całym krajem. Zostanę Prezydentem."
Od słów do czynów, Kandydacik zaczął proces leczenia własnych kompleksów.
Stworzył program, który zakładał jego pełną kontrolę nad wszystkim, co się
dzieje w kraju. Skutecznie przetestował go wcześniej jako Burmistrzyk stolicy
- system zdał egzamin, żaden urzędasik nie podjął żadnej ważnej decyzji przez
trzy lata. Nikt mu nie podskoczył. Mieszkańcy nie mieli co prawda nowych dróg,
wyremontowanych skrzyżowań i nowego mostu, ale przynajmniej nikt nie mógł mu
zarzucić, że sprawy wymykają mu się spod kontroli. "Panowanie nad stagnacją
jest przecież lepsze niż niepanowanie nad rozwojem", myślał, "przecież w tym
drugim wypadku może stać się coś, co się wymknie mojej kontroli! Na przykład
rozwinie się wolna konkurencja [tu splunął trzy razy za prawe ramię], na którą
nie będę miał wpływu".
Przyszedł dzień wyborów. Bystry naród zauważył mądrość Kandydacika, zauważył
zagrożenie niekontrolowanym rozwojem gospodarki i docenił korzyści z
zatrudnienia setek nowych urzędników oraz stworzenia kilkudziesięciu nowych
urzędów, które niezwykle skutecznie będą plenić korupcję i niesprawiedliwość,
oczywiście tą społeczną. Naród zauważył, że wraz ze wzrostem notowań
konkurencji Kandydacika zaczęły znikać z lodówek produkty żywnościowe oraz
przypomniał sobie, że Bismarck nie był przecież taki zły. Wreszcie naród
docenił ambicję Kandydacika, postanowił się nad nim zlitować i wybrał go
Prezydencikiem.
Po czym stała się jasność. Nadszedł powszechny dobrobyt. Biedni stali się
bogaci, lodówki zaczęły się uginać pod tonami wędlin, chleba, mleka i łakoci,
bezrobocie spadło do poziomu ujemnego, każdy emeryt dostał 3 razy większą
emeryturę i nastała powszechna sprawiedliwość. Wszyscy byli szczęśliwi, ojciec
Rydzyk został prymasem, Lepper dostał Nobla z ekonomii, każda kobieta zaczęła
dostawać orgazmu wtedy gdy tylko chciała, a bezpłatne polskie uczelnie i
bezpłatna, państwowa służba zdrowia świadczyły usługi na tak wysokim poziomie,
że ludzie celowo zapdali na grypę i fałszowali świadectwa urodzenia, aby
jeszcze raz sobie postudiować. Wszyscy szpiedzy i agenci, którzy tak nastawali
na życie i zdrowie Prezydencika zostali powieszeni. Dotyczyło to też
wszystkich, o których wspominały archiwa SB z lat komunizmu. Wreszcie
lustracja stała się tym, czym powinna. Lud był zachwycony.
Po dwóch latach zachwycony lud zaaprobował w referendum zniesienie Sejmu i
Senatu. Kraj ciągle płynął mlekiem i miodem, a poczucie szczęścia i
solidarności było tak powszechne, że w kazdym miasteczku powstały wielkie
pomniki Prezydencika.
Po kolejnym roku zniesiono konstytucję, która tylko przeszkadzała w osiągnęciu
jeszcze wyższego poziomu dobrobytu i była aspołeczna, gdyż zabraniała
zwiększać dług publiczny.
Jeszcze rok później Prezydencik stwierdził, że zdrajców i agentów jest więcej
niż myślał. Aresztowani zostali wszyscy, którzy na niego nie głosowali w
pamiętanych wyborach, gdyż logiczne stało się, że tylko szpieg i nikczemnik
jest przeciwko powszechnemu dobru, które uosabiał wtedy Kandydacik. Naród
przyklasnął. Wreszcie znalazło się zastosowanie dla wprowadzonej kary śmierci.
Przecież podatnicy nie będą utrzymywać zdrajców.
Stworzony został specjalny oddział policji, który wyłapywał niecnych
osobników, którzy byli przeciwko państwu prospołecznemu. Prezydencik posiadł
władzę absolutną. Każdy ruch każdego obywatela był sprawdzany przed właściwego
urzędnika, policjanta oraz nadkontrolera, który kontrolował urzędnika i
policjanta. Nadkontroler był kontrolowany przed superkontrolera, który z kolei
raportował do Centralnego Biura Kontroli i Utrzymywania Moralności.
Wreszcie Prezydencik stwierdził, że Polska jest za mała. Zerknał wraz ze swoim
zaufanym zespołem doradców, składającym się z Brata, na mapę. "Tak,
Słowacja... Oni mają podatek liniowy i są zarażeni plagą liberalizmu. Do tego
tak lgną tam inwestycje i praca. Musimy ich wyleczyć i pokazać, jak wygląda
szcześliwe państwo. Bracie, wezwij generałów..."