gorby
31.10.05, 22:00
Zabici przedsiębiorcy, strzelaniny, bomby podkładane pod zakłady, spalone
domy i samochody. A do tego wszechobecna korupcja. To nie opis porachunków
między gangami, ale rzeczywistość polskiego rynku usług pogrzebowych. Rynek
ten obraca sumą około 2 mld zł rocznie, ale - co dziwne - nie przyciąga
międzynarodowych sieci domów pogrzebowych, na przykład amerykańskiej Service
Corporation International czy brytyjskiej Dignity. Inwestują one w innych
krajach naszej części Europy, ale nie w Polsce. - Robiliśmy analizy polskiego
rynku i wynika z nich, że ten biznes jest w Polsce - po pierwsze - zbyt
niebezpieczny, po drugie - zbyt skorumpowany - przyznaje w rozmowie
z "Wprost" Gregory Boulton z amerykańskiej firmy Service Corporation
International. - W Polsce nie ma żadnych podstaw prawnych do funkcjonowania
zdrowej konkurencji na rynku funeralnym. Faktycznie o wszystkim decydują
układy i łapówki. A w słowniku światowych potentatów na tym rynku takie słowa
po prostu nie mają prawa istnieć - mówi "Wprost" Scott Nimmo z amerykańskiej
firmy Bergen Funeral Service.
(..)
. W wojnie, w której wszystkie chwyty są dozwolone, uczestniczy większość z
około 3 tys. działających w Polsce zakładów pogrzebowych. Choć w ciągu
ostatnich 10 lat trzykrotnie wzrosła liczba tych zakładów, ceny są coraz
wyższe: usługi w ostatnich trzech latach podrożały prawie o 30 proc.
Wojny w tej branży wyglądają tak jak w Barcinie (w województwie kujawsko-
pomorskim), gdzie nieznani sprawcy podłożyli bombę pod zakład pogrzebowy. Tak
jak w Łodzi, gdzie strzelano do przedsiębiorcy pogrzebowego. Tak jak w
Warszawie, gdzie na przedsiębiorcę z tej branży Jana Szczucińskiego
zorganizowano dwa zamachy. Na porządku dziennym są włamania i podpalenia -
jak w Gdańsku, Warszawie, Krakowie czy Ostrowie Wielkopolskim.
Funeralna mafia wciąga przekazujących informacje o zgonach sanitariuszy,
lekarzy, dyspozytorów i kierowców pogotowia. Stawka za informację wynosi już
około 1200 zł. Bardzo często zdarza się, że do zmarłego najpierw przyjeżdża
karawan, a dopiero potem karetka. Tak było miesiąc temu w podwarszawskim
Legionowie, gdy na bazarze zasłabł mężczyzna. Karetka jechała zastanawiająco
długo. Może dlatego, że sanitariusz, który tak opieszale spieszył z pomocą,
jest podejrzewany o współpracę z lokalnymi firmami pogrzebowymi. Prokuratura
nie zajęła się sprawą i podobnie jest w całej Polsce. Marek Nowak, p.o.
prokuratora rejonowego w Legionowe, stwierdza, że sprzedawanie informacji o
zwłokach nie jest łamaniem prawa, tylko kwestią etyki.
www.wprost.pl/ar/?O=82597
W handel informacjami o zgonach zamieszani są pracownicy szpitali i zarządcy
cmentarzy. Codziennością w polskich szpitalach jest nagabywanie rodzin
pacjentów i wręczanie im wizytówek zakładów pogrzebowych nawet wtedy, gdy
życie chorego wcale nie jest zagrożone. Jeśli ktoś umrze, jego zwłoki często
nie trafiają do szpitalnej kostnicy, lecz są ukrywane w piwnicy, by nie
dowiedziała się o nich konkurencja. Wiele szpitalnych prosektoriów jest
zresztą dzierżawionych przez zakłady pogrzebowe.
Zgroza ! Dokad zmierza Pomroczna ?