bladatwarz
15.12.05, 11:25
W latach 60. Ernest Skalski, znany później publicysta, wybierał się do Danii
na praktykę. Przed wyjazdem stał się obiektem zainteresowania wywiadu PRL.
Podczas rozmowy z funkcjonariuszem otrzymał instrukcję wyjazdową.
Początkujący reporter zamiast na prowincję, jak przewidywał plan praktyki,
trafił do Kopenhagi. „Zdaje sobie sprawę, że jeżeli go rzucą w jakąś małą
miejscowość, niewiele zdziała tak po linii zawodowej, jak i pomocy dla nas” –
czytamy w notatce ze spotkania sporządzonej przez mjr. T. Jankowskiego,
funkcjonariusza Departamentu I MSW.
Skalski nie kwapił się do współpracy. W Kopenhadze nie spotkał się z osobą
wyznaczoną mu do kontaktów. W latach 70. bezpieka próbowała go zwerbować do
rozpracowania opozycji. – Spotkałem się z funkcjonariuszem dwa, trzy razy.
Wypytywał o moich znajomych, mec. Jana Olszewskiego i jego żonę Martę
Miklaszewską. Opowiadałem same nieistotne rzeczy. Funkcjonariusze domyślali
się, że to wykręty. Po każdej rozmowie biegłem do Jana i Marty i im ją
relacjonowałem – mówi „Ozonowi”. – W końcu koleżanka zwróciła mi uwagę, by nie
chodzić na rozmowy. Odmówiłem dalszych spotkań.
W III RP Skalski był jedną z gwiazd „Gazety Wyborczej”. Zabierał głos w
sprawach lustracji. Atakował sędziego Bogusława Nizieńskiego, rzecznika
interesu publicznego. Publicznie nie ujawnił epizodów z bezpieką. – Nie miały
wpływu na moje opinie – tłumaczy. Nie występował też do IPN o status
pokrzywdzonego, choć figuruje w zasobach archiwalnych (na tzw. liście
Wildsteina).
www.ozon.pl/tygodnikozon_2_15_940_2005_35_1.html