Dodaj do ulubionych

charakter narodowy a katolicyzm

14.01.03, 18:53
Antoni Wacyk O polski charakter narodowy - Zadruga

Zasada personalizmu
przenika całe życie polskie.
Poprzez idee ogólne, system wychowawczy, świadomość narodową, instytucje
prawne i publiczne, literaturę, systemy filozofii narodowej, sztukę, język,
dostrzegamy powszechność zasady indywidualizmu wegetacyjnego.
Jan Stachniuk

1. W czym rzecz?

Rzecz w tym, że charakter narodowy polski uległ odpolszczeniu, został
gruntownie skatoliczony. Powtórzę już cytowane przeze mnie gdzie indziej
słowa miłośnika naszej przeszłości: "Czas przyszły wyjaśni tę prawdę, że od
wczesnego polania nas wodą, zaczęły się zmywać wszystkie cechy nas
znamionujące, osłabiał w wielu naszych stronach duch niepodległy, i
kształcąc się na wzór obcy, staliśmy się na koniec sobie samym obcymi."
O wodzie w katolickiej chrzcielnicy napisał Juliusz Słowacki, że jest to ta
przeklęta woda, której pies nie chce, wąż nawet nie pije. To jest finezja
poetycka wieszcza. Uczony natomiast, historyk kultury, stwierdza: "Pod
wpływem nowej wiary zmienił się niebawem wygląd kraju i tryb życia. W
niesłychany dotąd sposób zaciężył kościół nad jednostką, swobodną w
pogaństwie." Jan Stachniuk nazwał rzecz po imieniu: "Chrystianizacja Polski
była zaszczepieniem w jej organizm raka wspakultury. On też stał się
kręgosłupem polskiej świadomości narodowej." Będzie komunałem, gdy powiem,
że jak w życiu jednostki, tak w życiu narodu nierzadko decydują przypadki.
Przypadkiem, nieszczęśliwym dla nie okrzepłej jeszcze narodowo Polski, była
spółka germańskiego miecza z papieskim krzyżem, przybranym w zdarte z trupa
Rzymu cezarów cywilizacyjne wspaniałości, przebóstwione na użytek ekspansji
judochrześcijaństwa. I stało się, że pokolenia polskie były przez wieki i
wciąż jeszcze są wychowywane w kieracie osławionych WC. I stało się, że na
tych WC wycyzelowany został, wypieszczony za pomocą jezuickiego batoga
charakter narodowy polski. O tym, że pomiędzy owymi WC a haniebnym upadkiem
I Rzeczypospolitej być może zachodzi jakiś związek przyczynowy - nie
uświadczy najmniejszej wzmianki w żadnym szkolnym podręczniku historii
ojczystej. Znany w całej Europie z opisów Rulhirre'a i innych cudzoziemców
polski kurdesz nad kurdeszami nie mógł trwać wiecznie. W roku 1772 uderzył
grom pierwszego rozbioru. Co niektóry polakatolik - chodzący okaz charakteru
narodowego - zaniepokoił się. W sejmie wystąpił poseł Feliks
Oraczewski: "...trzeba nam ludzi zrobić Polakami, a Polaków obywatelami,
stąd nastąpią wszystkie pomyślne dla kraju powodzenia. (...) Edukacyja
narodowa czyni Anglika Anglikiem, Francuza Francuzem i ta powinna czynić
Polaka dobrym Polakiem." Była to nieśmiała sugestia, że
obowiązująca "edukacyja" kościelna, katolicka, nie wychowywała ani Polaków,
ani obywateli. Zilustrował to, podając niewiarygodne wprost fakty, Hugo
Kołłątaj: "Któżby temu wierzył, że państwa tak obszerne jak np. Galicya,
Lodomerya z Księstwem Zatorza i Oświęcima, jak cała Biała Ruś, jak Prusy
Zachodnie, bez wystrzelenia broni, bez dobycia pałasza, pójdą pod panowanie
obce (...). Cóż to jest za naród, w którym dorachować się nie można sto
tysięcy familii, mającej prawdziwy interes o Konstytucyą rządową."
Nie tylko bez dobycia pałasza, ale przy pieniach Te Deum, jak to było we
Lwowie, tym mieście "semper fidelis" podobno, szedł polakatolik do niewoli.
W dwadzieścia lat później na sejmie rozbiorowym w Grodnie król Polski
podpisze dobrowolnie ostateczny jej rozbiór.
Fakt upadku Polski skomentował w swych pamiętnikach wytrawny mąż stanu
Francji: "Podbito ją, kiedy tylko jej sąsiedzi tego zechcieli, a postępy,
jakie poczyniły te jej części, które przypadły ludom bardziej od niej
zaawansowanym w cywilizacji, dowodzą, że szczęśliwie dla niej stało się, że
ją podbito." Ten paradoks w ustach cudzoziemca okazał się dalekowzroczną
przepowiednią, dla Polski życzliwą. Jan Stachniuk w wydanych w roku 1939
Dziejach bez dziejów miał odwagę wskazać na dobroczynne dla przyszłości
narodu skutki zaborów: "Postawa gospodarcza przeciętnego Polaka,
zdeterminowana przez charakter narodowy, (...) znamionuje się chętką
wycofania z tłoku współzawodnictwa i zamknięcia się w martwocie otoki
ekonomicznej. (...) Dworek szlachecki stał się idealnym wzorem otoki
ekonomicznej. W ślad za tym pójść musiało wyobrażenie Rzeczypospolitej jako
sumy dworków szlacheckich, upadek wymiany między miastem a wsią, zwrot ku
gospodarce naturalnej (likwidacja wczesnego kapitalizmu), cofnięcie się
poziomu technicznego (...). Były to proste, bezpośrednie następstwa sklerozy
otocznej. (...) Tak spreparowane gospodarstwo narodowe znalazło się po
wojnach napoleońskich w orbicie żywych przemian. (...) Przede wszystkim
ulega rozbiciu odwieczna skleroza otoczna. W szczególności rozwój
kapitalizmu w latach od 1864 do 1914 r. dokonuje głębokiej rewolucji w
strukturze gospodarczej narodu polskiego. (...) Z tą chwilą dopiero mamy
uchylenie upiora bezdennej pauperyzacji wyniszczającej w zarodku możliwości
biologiczne narodu, wysysającego krew setek milionów istnień ludzkich. Z
chwilą gdy gilotyna pauperyzacji zostaje pohamowana (...) rozpoczyna się
nowa era w demografii Polski. (...) W ciągu stulecia 1815-1913 ludność Król.
Kongresowego wzrasta z 2,7 milionów do 13,1 milionów, czyli o 380%."
Taki jest obraz czasów niewoli, kiedy charakter polakatolików, uważany przez
nich za charakter narodowy polski, przestał być czynnikiem decydującym o
sile gospodarczej i o liczebności polskiego etnosu. Nie dotyczy to zaboru
austriackiego, gdzie polski charakter narodowy i jego wyraziciel -
polakatolik trwał w najlepsze. Galicja w wieku XIX była krajem nędzy,
przeciętny Galicjanin pracował za ćwierć - a jadł za pół człowieka. Po
wsiach galicyjskich na przednówku ludzie marli z głodu, zdarzały się - w
środku Europy! - wypadki ludożerstwa.9) Sztuką było tych rzeczy nie widzieć.
W tych czasach wychodził w Krakowie miesięcznik Krytyka, redagował go
Wilhelm Feldman. W zeszycie III z marca 1911 roku przeczytać można taki
nonsens: "Nieszczęściem naszym głównym jest niewola. Gdyby Polska była
niezawisła, wytworzyłaby rychło wielki swój przemysł, zorganizowaną klasę
robotniczą i rozwijalibyśmy się normalnie, jak każdy naród zachodni"
Z dopustu Pana Boga i z poduszczeń szatana tenże wyżej wymieniony Jan
Stachniuk wymyślił, a Jego Zadruga rozgłasza, że istnieje ścisły związek
pomiędzy charakterem narodowym polskim i upadkiem Polski - a katolicyzmem.
Katolikowi czytać to hadko. Katolicka gwiazda literatury polskiej, Zofia
Kossak, ustaliła, że to nieprawda. Wykryła mianowicie, że swoje Dzieje bez
dziejów Stachniuk napisał pod dyktando Berlina. Zofia Kossak, czołowa
działaczka Frontu Odrodzenia Polski (w Chrystusie oczywiście), odgrywała
wraz z tą swoją organizacją znaczącą rolę w życiu Polski Podziemnej w latach
okupacji hitlerowskiej 1939-1944. Jako prawidłowa emanacja charakteru
narodowego polakatolików ten FOP szkolił kadry dla Katolickiego Imperium
Narodu Polskiego, ono zaś miało, według planów polakatolików, rozciągać się
po wojnie aż za Dniepr. I jeszcze jeden rys egzotyki polakatolickiej: w roku
1943 pani Kossak z ramienia FOP zwróciła się listownie do Komendanta AK, by
w żywotnym interesie Polski nasza Samodzielna Brygada Spadochronowa,
utworzona w Wielkiej Brytanii, zaćmiła wyczyn hitlerowca Skorzenego i
uwolniła papieża z rąk Niemców. Właśnie tego papieża, Piusa XII, który po
napaści Hitlera na Polskę trzykrotnie złamał konkordat z roku 1925,
samowolnie obsadzając diecezje polskie swoimi mianowańcami. Na protesty
rządu polskiego w Londynie nie odpowiadał.
Nauka polska uparcie nie dostrzega najbliższych skojarzeń katolicyzmu z
nieszczęsnymi losami narodu. Istnieje dzieło współczesnego historyka,
właśnie o rozbiorach. Jest w tej książce Aneks nr 3 pod tytułem: Przyczynek
do dziejów charakterologii narodowej w p
Obserwuj wątek
    • swarozyc Re: charakter narodowy a katolicyzm 2 14.01.03, 18:58
      Nauka polska uparcie nie dostrzega najbliższych skojarzeń katolicyzmu z
      nieszczęsnymi losami narodu. Istnieje dzieło współczesnego historyka, właśnie
      o rozbiorach. Jest w tej książce Aneks nr 3 pod tytułem: Przyczynek do dziejów
      charakterologii narodowej w polskiej historiografii.12) Autor cytuje i
      komentuje mniej lub bardziej dorzeczne banały o polskim charakterze narodowym
      od Lelewela począwszy, a na Konopczyńskim skończywszy. W cytowanej
      charakterologii nawet nie pada słówko: katolicyzm. Z sześciu bitych stron
      zbioru uderza płycizna i nieporadność wobec problemu upadku narodu. Od siebie
      autor nie ma nic do dodania. Czytelnik naszych historyków wciąż jest skazany
      na brednie o pożądliwości sąsiadów, o rozleniwiającym wpływie bezkresów
      Ukrainy na charakter zagubionej tam szlachty polskiej. Czytelnik winien
      domyślić się, że co innego psujące charakter stepy Ukrainy, a zgoła co innego
      hartujące tężyznę człowieka prerie Ameryki czy bezludzia Kanady.

      2. Polski "indywidualizm"

      Każdy przeciętniak, choćby nawet we własnych oczach niewiele wart, musi jednak
      widzieć coś w sobie, co by go utrzymywało w dobrym samopoczuciu, bez którego
      trudno wszak żyć. Polakatolika uwiera psychicznie jego kompleks niższości
      wobec przedstawicieli innych narodów. Ratuje więc swoje dobre samopoczucie
      wmówieniem sobie, że jest, proszę państwa, indywidualistą.
      Niejednokrotnie wyśmiewany przez trzeźwych krytyków naszej rzeczywistości
      polski indywidualizm nic sobie z tego nie robi, zakorzenił się mocno w
      świadomości ogółu. Czy to będzie szewc, czy profesor uniwersytecki, w dyskusji
      z nim o sprawach i rzeczach polskich niechybnie wyskoczy polski indywidualizm
      jako argument za czy przeciw. Zachodzi tu raczej śmieszne pomieszanie pojęć.
      Indywidualizm jest charakterystycznym przymiotem jednostki czynnej, która swą
      energię życiową kieruje twórczo na zewnątrz i wyróżnia się w swoim środowisku
      własnym, oryginalnym sposobem bycia. Indywidualista to biały kruk w narodzie,
      który jest pawiem i papugą, w którym naśladownictwo cudzoziemszczyzny jest
      powszechne, a rodzima, oryginalna twórczość znikoma. Przecież nasz romantyzm,
      pozytywizm, socjalizm czy nacjonalizm i co tam jeszcze - to naśladownictwa,
      skatoliczone do wymiarów rodzimego zaścianka. Roman Dmowski, gdy przyniósł do
      Kraju nacjonalizm w postaci takiej, w jakiej go poznał na Zachodzie, zwrócił
      przeciwko sobie zwarte szeregi Ciemnogrodu; stał się cacy w oczach kołtuństwa
      endeckiego dopiero wówczas, gdy swój nacjonalizm ochrzcił.
      Indywidualista rozumie, że istnieje taka wartość nadrzędna jak dobro ogółu; w
      ramach dobra ogółu i we współdziałaniu z innymi indywidualistami realizuje
      pełnię swej osobowości twórczej. Przeciwieństwem indywidualisty jest
      powszechny w Polsce personalista. Ten zamyka się w indywidualnej otoce swoich
      osobniczych interesów, a wychyla się z niej raczej po to, by z zewnątrz
      wyciągnąć dla siebie i swej rodziny jak najwięcej korzyści. Osobnicza otoka
      polakatolika zakotwiczona jest w doktrynalnym personalizmie katolicyzmu:
      katolicyzm dostarcza jej religijnej racjonalizacji dla wegetatywnych, czysto
      biologicznych elementów i ich duchowej emanacji w psychice ludzkiej. Kwiat
      indywidualizmu rośnie bujnie nad Tamizą, Sekwaną czy Renem; nad Wisłą, nad
      Odrą pojawia się rzadko.
      "Indywidualizm bowiem narodów zachodnich tak się różni od indywidualizmu
      polskiego, jak różni się wolność twórczej, wytężonej pracy od wolności
      nieróbstwa, jak zgiełk fabryk, kopalń, hut - od szmeru sennej wsi polskiej, od
      wieków nieodmiennej, jak wreszcie potężne środki niszczące współczesnej wojny
      od kawaleryjskiej lancy.
      Jest zatem u nas indywidualizm wegetacyjny, pozbawiony twórczej zdobywczości,
      wyzwalający siły obronne odporu tylko wtedy, gdy ktoś z zewnątrz czy od
      wewnątrz usiłuje zakłócić bezwład i spokój przeżuwającej cudzą twórczość
      jednostki.
      Oto właśnie ta obrona, ten odpór rysują się nam w dziejach jako żywioły
      warcholstwa i anarchii, w których utonęły wszystkie pozytywne dla zbiorowości
      wysiłki grup czy wielkich jednostek na całej przestrzeni dziejów."
      Rozważania o polskim indywidualizmie z natury rzeczy skupiać się muszą na
      naszej inteligencji. Nie ma ona dobrej opinii, tak za granicą, gdzie od dawna
      jest przedmiotem złośliwej wesołości, jak i u siebie w domu. "Europejskość
      polskiej inteligencji to hedonistyczna konsumpcja wartości kulturalnych Europy
      bez aktywnego udziału w dziele tworzenia Europy i bez poczucia europejskiej
      współodpowiedzialności." Polakatolik to megaloman, on kocha, gdy go się wzbija
      w dumę. Społeczność ludzi trzeźwych z miejsca pogrążyłaby Mickiewicza za jego
      niepoczytalne Księgi pielgrzymstwa. U nas można przeczytać, że Komisja
      Edukacji Narodowej z 1773 roku to polskie, pierwsze w Europie Ministerstwo
      Oświaty. Pewien ginekolog wydał luksusowo broszurę o pierwszym w Europie
      Ministerstwie Zdrowia. Głosów krytyki tej megalomanii się nie słucha, a różne
      przykłady "pierwszeństwa" w zacofaniu i ciemnocie pomija się milczeniem. "Ta
      tzw. inteligencja wykazuje przeważnie znikomy stopień inteligencji, ale
      opierając się na prawach zdobytych na zasadzie dyplomu, uważa się za
      uprawnioną do zabierania głosu w różnych sprawach. Stanowi ona warstwę pod
      względem umysłowym dosyć jałową i mało płodną." W II Rzeczypospolitej sprawa
      ta, coraz bardziej oczywista, znalazła wyraz w publikacjach książkowych i
      prasie. W prorządowym Pionie stwierdzał pisarz: "W czasach kiedy nie było
      jeszcze słychu-dychu o totalizmie, już się powiadało, że Polacy Ánie nadają
      się7 do tego i owego. Indywidualnej i delikatnej ich duszy nie odpowiadała
      przecież ani pruska dyscyplina, ani rosyjski duch przemocy, ani austriacka
      perfidia, ni - dalej już sięgając - angielska praktyczność, francuska
      dokładność, amerykańska zachłanność." Dokładność: tu pozwolę sobie na małą
      dygresję w czasy mej młodości. W roku 1920, gdy nasza granica z Rosją stanęła
      na Zbruczu, uszedłem z Kamieńca Podolskiego do Lwowa. Chłopiec
      czternastoletni, znalazłem się w gimnazjum. Tam, w Polsce wyidealizowanej, w
      szkole polskiej, mój kresowy patriotyzm doznał pewnego dnia wstrząsu. Uderzyło
      mię, gdy jeden z kolegów zawołał do drugiego, nie pomnę już z jakiej
      okazji: "Ty! nie bądź durny! Rób tak, żeby Polska nie zginęła!"
      Sprawdzianem charakterów jest wojna. Są świadectwa wspaniałych postaw i czynów
      bohaterskich wielu, wielu naszych ludzi, mężczyzn i kobiet. Ale są też i inne
      świadectwa. Cytuję jedno z nich: "Wszystkie wady polskiego inteligenta, którym
      był z reguły podchorąży, leżą bowiem w brakach charakteru. Nasz inteligent
      posiada tylko w małym stopniu wrodzone właściwości dowódcze. Nie lubi
      rozkazywać, tym mniej wymagać, a już najmniej dopilnować wykonania swoich
      rozkazów i wymagań. Sam prędko rozkleja się." Temat jest daleki od
      wyczerpania. By zbytnio nie nużyć Czytelnika, postaram się liczbę stojących do
      dyspozycji cytatów ograniczyć. Ten oto będzie krótki: "Przeciętny inteligent
      polski, z takim czy innym dyplomem, to pożałowania godna istota, która do swej
      bezdziejowej psychiki dołącza pojęciowy dorobek nauki europejskiej.
      Bezdziejowość polska wyłącza poczucie powinności wobec dzieła kultury, i
      dzięki temu umysł, przyswajając sobie świat pojęciowy narzędzi techniki,
      humanistyki, nie chwyta istoty rzeczy, lecz tylko puste łupiny."
      W końcu uważam za wskazane umieścić niżej dłuższy wyciąg z jednej z
      pozostających dotąd w maszynopisie prac Jana Stachniuka: ". Charakter narodowy
      jako ŹródŁo upadku. Niż cywilizacyjny wraz z jego konsekwencjami historycznymi
      nie jest więc dla nas czymś zewnętrznym lub przypadkowym, lecz czymś, co
      organicznie wyrasta z rdzenia polskości. W tym, co jest najbardziej swojskie,
      co jest systemem wartości tradycyjnych, hodowanych przez naród, upatrujemy
      źródło naszego upadku. Tak - uwiąd emocjonalny stanowi podstawową właściwość
      oddziaływania naszych treśc
      • swarozyc Re: charakter narodowy a katolicyzm 3 14.01.03, 19:04
        Jest zatem u nas indywidualizm wegetacyjny, pozbawiony twórczej zdobywczości,
        wyzwalający siły obronne odporu tylko wtedy, gdy ktoś z zewnątrz czy od
        wewnątrz usiłuje zakłócić bezwład i spokój przeżuwającej cudzą twórczość
        jednostki. Oto właśnie ta obrona, ten odpór rysują się nam w dziejach jako
        żywioły warcholstwa i anarchii, w których utonęły wszystkie pozytywne dla
        zbiorowości wysiłki grup czy wielkich jednostek na całej przestrzeni dziejów."
        Rozważania o polskim indywidualizmie z natury rzeczy skupiać się muszą na
        naszej inteligencji. Nie ma ona dobrej opinii, tak za granicą, gdzie od dawna
        jest przedmiotem złośliwej wesołości, jak i u siebie w domu. "Europejskość
        polskiej inteligencji to hedonistyczna konsumpcja wartości kulturalnych Europy
        bez aktywnego udziału w dziele tworzenia Europy i bez poczucia europejskiej
        współodpowiedzialności". Polakatolik to megaloman, on kocha, gdy go się wzbija
        w dumę. Społeczność ludzi trzeźwych z miejsca pogrążyłaby Mickiewicza za jego
        niepoczytalne Księgi pielgrzymstwa. U nas można przeczytać, że Komisja
        Edukacji Narodowej z 1773 roku to polskie, pierwsze w Europie Ministerstwo
        Oświaty. Pewien ginekolog wydał luksusowo broszurę o pierwszym w Europie
        Ministerstwie Zdrowia. Głosów krytyki tej megalomanii się nie słucha, a różne
        przykłady "pierwszeństwa" w zacofaniu i ciemnocie pomija się milczeniem. "Ta
        tzw. inteligencja wykazuje przeważnie znikomy stopień inteligencji, ale
        opierając się na prawach zdobytych na zasadzie dyplomu, uważa się za
        uprawnioną do zabierania głosu w różnych sprawach. Stanowi ona warstwę pod
        względem umysłowym dosyć jałową i mało płodną." W II Rzeczypospolitej sprawa
        ta, coraz bardziej oczywista, znalazła wyraz w publikacjach książkowych i
        prasie. W prorządowym Pionie stwierdzał pisarz: "W czasach kiedy nie było
        jeszcze słychu-dychu o totalizmie, już się powiadało, że Polacy Ánie nadają
        się7 do tego i owego. Indywidualnej i delikatnej ich duszy nie odpowiadała
        przecież ani pruska dyscyplina, ani rosyjski duch przemocy, ani austriacka
        perfidia, ni - dalej już sięgając - angielska praktyczność, francuska
        dokładność, amerykańska zachłanność."
        Dokładność: tu pozwolę sobie na małą dygresję w czasy mej młodości. W roku
        1920, gdy nasza granica z Rosją stanęła na Zbruczu, uszedłem z Kamieńca
        Podolskiego do Lwowa. Chłopiec czternastoletni, znalazłem się w gimnazjum.
        Tam, w Polsce wyidealizowanej, w szkole polskiej, mój kresowy patriotyzm
        doznał pewnego dnia wstrząsu. Uderzyło mię, gdy jeden z kolegów zawołał do
        drugiego, nie pomnę już z jakiej okazji: "Ty! nie bądź durny! Rób tak, żeby
        Polska nie zginęła!"
        Sprawdzianem charakterów jest wojna. Są świadectwa wspaniałych postaw i czynów
        bohaterskich wielu, wielu naszych ludzi, mężczyzn i kobiet. Ale są też i inne
        świadectwa. Cytuję jedno z nich: "Wszystkie wady polskiego inteligenta, którym
        był z reguły podchorąży, leżą bowiem w brakach charakteru. Nasz inteligent
        posiada tylko w małym stopniu wrodzone właściwości dowódcze. Nie lubi
        rozkazywać, tym mniej wymagać, a już najmniej dopilnować wykonania swoich
        rozkazów i wymagań. Sam prędko rozkleja się."
        Temat jest daleki od wyczerpania. By zbytnio nie nużyć Czytelnika, postaram
        się liczbę stojących do dyspozycji cytatów ograniczyć. Ten oto będzie
        krótki: "Przeciętny inteligent polski, z takim czy innym dyplomem, to
        pożałowania godna istota, która do swej bezdziejowej psychiki dołącza
        pojęciowy dorobek nauki europejskiej. Bezdziejowość polska wyłącza poczucie
        powinności wobec dzieła kultury, i dzięki temu umysł, przyswajając sobie świat
        pojęciowy narzędzi techniki, humanistyki, nie chwyta istoty rzeczy, lecz tylko
        puste łupiny." W końcu uważam za wskazane umieścić niżej dłuższy wyciąg z
        jednej z pozostających dotąd w maszynopisie prac Jana Stachniuka: "Charakter
        narodowy jako ŹródŁo upadku. Niż cywilizacyjny wraz z jego konsekwencjami
        historycznymi nie jest więc dla nas czymś zewnętrznym lub przypadkowym, lecz
        czymś, co organicznie wyrasta z rdzenia polskości. W tym, co jest najbardziej
        swojskie, co jest systemem wartości tradycyjnych, hodowanych przez naród,
        upatrujemy źródło naszego upadku. Tak - uwiąd emocjonalny stanowi podstawową
        właściwość oddziaływania naszych treści tradycyjnych. Z surowego materiału
        biologicznego, jakim jest każdy osobnik rodzący się i dojrzewający w
        środowisku polskim, system treści tradycyjnych kształtuje typ Polaka o
        znacznie osłabionej dynamice dążeń życiowych. Jakiż to jest typ psychiczny?
        Użyłem dlań gdzie indziej nazwy indywidualizm wegetacyjny. Środowisko polskie
        w niezmiernie prawidłowy sposób hoduje psychikę człowieka, dla którego
        określenie indywidualizm wegetacyjny najbardziej jest odpowiednie.
        (...) Indywidualizm wegetacyjny jako cecha polskiego charakteru narodowego
        jest przejawem najgłębszego schorzenia gatunku ludzkiego. To nie są wcale
        jakieś wady, lecz konsekwentnie rozwinięty i uformowany stosunek do bytu
        człowieka, który uległ wspakulturowemu wykolejeniu. (...) ...pierwszą zasadą
        polskiego indywidualizmu wegetacyjnego jest poczucie, że głównym nurtem życia
        ludzkiego jest sycenie się szczęściem czystego trwania fizjologicznego. Stąd
        wynika odruch obronny wobec naporu obiektywnych zadań, które nam narzuca rytm
        społeczno-historyczny. Nazwałem to gdzie indziej wzgardą dzieła. Niezależność
        od czegoś, wolność od wszystkiego, oto opiewany ideał życia. Na tym tylko tle
        może zakwitnąć druga właściwość: kult odosobnionej, wolnej od wszelkich
        obowiązków i zadań, nagiej egzystencji. Stąd znów wynika bezodpowiedzialny
        utylitaryzm, konsumpcyjny stosunek do życia. W środowisku, składającym się z
        takich jednostek, normą naczelną, pozwalającą na współżycie, jest tylko bierna
        dobroć nagich egzystencji, do niczego nie dążących poza lubym spokojem.
        Godziwym, porządnym człowiekiem jest więc ten, który nic nie robi, ma mało
        pragnień, do niczego nie dąży; musi on odpowiednio organizować swoją psychikę,
        by zawczasu zdusić w sobie wszelkie zdrożności; stąd wypływa jałowy moralizm.
        Indywidualizm wegetacyjny jest więc zestalonym wyrazem wspakultury w polskiej
        umysłowości. Zasady jego są następujące:
        a) wzgarda dzieła
        b) kult nagiej egzystencji
        c) bierna dobroć nagich egzystencji
        d) jałowy moralizm.
        Zasady powyższe stanowią kręgosłup polskiego charakteru narodowego."7)
        Tę wspakulturę w polskiej mentalności, szczegółowo zanalizowaną przez twórcę
        Zadrugi, trzeba w tym miejscu nazwać po imieniu: jest to katolictwo.

        3. Charakter narodowy - jak powstaje

        Charakter narodowy można określić tak: jest to panujący w danym narodzie,
        widoczny w postawach życiowych jego członków system treści duchowych. Jest to
        więc pojęcie dotyczące psychiki, charakterystycznej dla poszczególnych
        jednostek ludzkich na dany naród się składających. Zdawałoby się, że sprawa
        jest jasna. Mamy jednakże w żywej pamięci czasy, gdy w tej części Europy, w
        której leży Polska, panował marksizm. Obowiązywał dialektyczny materializm. Na
        treści duchowe nie było w nim miejsca, obowiązywał dogmat, że byt materialny
        określa świadomość jednostki. Mieliśmy więc uczonych, którzy słusznie i
        prawidłowo i po linii wątpili w istnienie czegoś takiego jak charakter
        narodowy. Akurat przydało się powiedzenie dziewiętnastowiecznego prawnika,
        Niemca Iheringa, odnoszące się zresztą do mgławicowo pojmowanej "duszy
        narodu", że jest to "Faulkissen der Wissenschaft" - poduszka lenistwa nauki.1)
        Przeminęły z wiatrem romantyczne, pozytywistyczne i marksistowskie pojmowania
        rzeczy. Charakter narodowy się ostał. Nie jest on darem niebios ani plagą
        stamtąd. Jest rezultatem historycznego rozwoju życia ludzi w gromadzie.
        Człowiek, nośnik i piastun wszechobecnej w przyrodzie woli tworzycielskiej,
        jest istotą dwoistą. Rdzeniem jego człowieczeństwa jest wrodzony mu element
        woli tworzycielskiej, który sprawia, że człowiek wciąż zmierza do stawa
        • swarozyc Re: charakter narodowy a katolicyzm 4 14.01.03, 19:08
          Rdzeniem jego człowieczeństwa jest wrodzony mu element woli tworzycielskiej,
          który sprawia, że człowiek wciąż zmierza do stawania się większym niż jest.
          Ale z tą wolą tworzycielską walczy o lepsze również człowiecza, z ludzkiej
          biologii się odzywająca wola wegetacji, wola niezmąconego trwania dla trwania.
          Julian Ursyn Niemcewicz zauważył mimochodem, że "...jest u nas jakaś niepojęta
          do pracy odraza" - i podobnie jak wszyscy inni nasi charakterolodzy i
          socjologowie, ominął z daleka źródło tej odrazy. Zapewne nie był nawet jego
          świadom. Ta z owych dwóch tendencji, która weźmie górę, owłada całą psychiką
          jednostki i znajduje swój wyraz w jej postawie życiowej. Na tak uformowaną
          naszą postawę życiową składają się nasz rozum, nasze uczucie i nasza wola. Ta
          postawa, upowszechniona w danej wspólnocie: plemieniu, szczepie, narodzie,
          wytwarza racjonalizujące ją pojęcia. Powstaje system wartości duchowych. Jest
          to ideologia grupy albo inaczej - system kultury narodowej. To samo też
          oznaczają używane potocznie określenia: świadomość narodowa lub tożsamość
          narodowa. Ideologia grupy raz zaszczepiona psychice mas ma żywot bardzo
          trwały. Przechodzi automatycznie z pokolenia na pokolenie jako tradycja
          narodowa. Wpajana drogą wychowania każdej pojedynczej psychice milionowej masy
          danej wspólnoty stanowi to, co nazywamy charakterem narodowym. Czy w tym
          procesie jesteśmy skazani na jakiś fatalizm? Na szczęście nie. W procesie
          kształtowania się psychiki społecznej czynne są dwa podstawowe czynniki:
          natura i kultura. Natura to ta para przeciwstawnych sobie, wrodzonych
          człowiekowi tendencji, o których mowa wyżej. Kultura - to świadoma uprawa
          przez wychowawcę, tj. przez panującą ideologię grupy odpowiadającej jej
          tendencji w każdej jednostkowej psychice. Panujący w narodzie system
          wychowawczy, najogólniej i najszerzej pojęty, jedne z wrodzonych nam
          skłonności hoduje, rozwija i umacnia, drugie, przeciwnie - hamuje, gasi i
          tłumi. Jak ta sprawa wygląda w charakterze narodowym polskim? Istotę jego mamy
          już ukazaną w cytowanych wyżej stwierdzeniach Jana Stachniuka. Nawiązujemy do
          nich w naszych dalszych rozważaniach. Polska natura jest słowiańska.
          Słowianina cechuje skłonność do anarchii. Ta anarchia zawiera w sobie duży
          ładunek aktywności, niestety nie twórczej, lecz głównie skierowanej przeciwko
          wszystkiemu, co godzi w wolność otoki indywidualizmu wegetacyjnego, czyli
          personalizmu Słowianina. Jest on anarchistą w swoim własnym środowisku,
          natomiast nie widzi ujmy w poddaniu się obcym. Wiemy od Nestora, jak to
          Słowianie wschodni, nie mogąc się pogodzić między sobą, posłali w roku 862 za
          morze do Waregów: "ziemia nasza wielka i bogata, ale nie ma u nas porządku.
          Przybywajcie kniażyć nam i rządzić nami." I tak w historii Rusi Kijowskiej
          widzimy Ruryków, Olegów, Olgi, Igorów, Dirów, Askoldów itd.
          Z drugiego krańca etnosu słowiańskiego mamy świadectwo z VI wieku historyka
          bizantyjskiego, raczej dodatnie: "Te plemiona, Słowianie i Antowie, nie są
          rządzeni przez jednego człowieka, lecz od wieków żyją w ustroju władzy ludowej
          (demokracji) i dlatego szczęście lub nieszczęście w życiu uważają za rzecz
          wspólną dla wszystkich."2) Ten autor wielekroć wymienia Słowian, ale nie
          znajdujemy w jego dziele nic o ich anarchii. W nauce jednak ustaliła się
          opinia, której wyraz dał niepodważalny autorytet, Aleksander Brckner,
          stwierdzeniem: "Słowianin to urodzony anarchista." Czy taka też jest prawda o
          nas, Polakach? Jest, ale nie całkiem. Trzeba wziąć zasadniczą poprawkę na
          spadły na nas katolicyzm. Wpierw nim wskutek anarchii upadła, I Rzeczpospolita
          została skatoliczona. Z tych samych powodów nie ostała się II Rzeczpospolita.
          Skatoliczona jak poprzednie, obecna III Rzeczpospolita na naszych oczach wije
          się w konwulsjach anarchii i prywaty. To nie tylko i nie głównie słowiańskość
          nasza. To przede wszystkim i głównie katolicyzm, katolicki personalizm, ten
          miazmat, wszczepiony psychice narodu i powodujący jej skażenie. Zdrowy,
          humanistyczny system wychowawczy byłby otamował to wszystko, co w naszej
          słowiańskości było dla życia zbiorowego złe. Katolicki system wychowawczy
          odwrotnie - to wszystko złe pielęgnował. Kultywował cechy dla życia narodu
          rozkładowe. Cytowałem już gdzie indziej i przypomnę na tym miejscu, jak szkoła
          jezuicka uczyła młodzież, że podatkom proponowanym w sejmach należy się
          sprzeciwiać. Na skutki takiego kształcenia przyszłych posłów do sejmu nie
          trzeba było długo czekać. Rosja, licząc, że okrojoną po pierwszym rozbiorze
          Polską nie będzie już musiała dzielić się z sąsiadami, podjęła starania
          jakiegoś uporządkowania kraju całkowicie od siebie zależnego. W roku 1775
          zwołany został sejm: "Przyszły na stół ważne sprawy skarbowe a szlachta w
          delegacji dowiedziała się z przerażeniem, że mocarstwa zgodziły się, aby
          Rzeczypospolita miała 36.000.000 rocznego dochodu i utrzymywała 30.000 wojska.
          Z przerażeniem mówię, bo mówcy opozycyi wystąpili silnie przeciwko podatkom i
          oświadczyli wielokrotnie, że ich kraj (tj. szlachta) nie zniesie."
          Tak się ujawnił charakter narodu polakatolików, dla których istnienie własnego
          państwa, właśnie ograbionego przed trzema laty, nie było najważniejsze.
          Dobitnie wyraził to wyzuty niebawem z resztek tego państwa, uwielbiany wieszcz
          tego narodu jezumaryjków: "Nie chcemy Polski - powiedział kiedyś Mickiewicz
          (oczywiście, będąc już pod wpływem Towiańskiego) - jeżeli nie ma być Polską na
          drodze woli Bożej." Jeden z bezsilnych świadków, a potem opisywaczy klęski
          wrześniowej 1939 roku wyraźnie dostrzega jakąś chorobę, która trawi charakter
          narodowy polski, nie zdobywa się jednak na docieczenie jej źródła i nazwanie
          go po imieniu. Pisze: "...jeżeli uświadomić sobie nazbyt już długotrwały
          proces staczania się Polski w dół, kurczenie się jej stanu posiadania, zatratę
          bogactw materialnych, zanikanie wpływów politycznych i kulturalnych, to musi
          się dojść do wniosku, że była jakaś głębsza przyczyna, jakaś wielka choroba,
          która toczyła od dawna polski organizm, wykrzywiała jego światopogląd, czyniła
          go niezdolnym do spojrzenia w oczy rzeczywistości, rodziła słabe charaktery,
          pozbawiała Polaków równowagi ducha i wniwecz obracała ich często ofiarne
          wysiłki.
          (...) Naród, który nie uświadomił sobie swego dziejowego zadania, jest jak
          okręt płynący bez steru i we mgle poprzez wielkie morze. Przyznajmy, że w
          ciągu dziejów nie mogliśmy odnaleźć naszego dziejowego zadania. (...) Zadanie
          jest ponad ministrami i partiami, trwa nie widząc pokoleń, które giną i które
          się rodzą. Jest wyprute z wszelkiego uczucia i kieruje się wyłącznie interesem
          państwowym. ÁWczorajszy wróg może być jutrzejszym sojusznikiem, a wczorajszy
          sojusznik - jutrzejszym wrogiem7 - jakże to brzmi obco pod polskim niebem,
          gdzie codziennym doradcą bywa właśnie uczucie.
          Nie można udowodnić, ażeby kiedykolwiek zrozumiano w naszym kraju potrzebę
          określenia sobie podobnego zadania. Mówiło się za to i mówi się jeszcze dużo o
          historycznej misji, o dziejowym posłannictwie, nawet o idei Polski. Jest to
          żelazny rekwizyt, który wyciągamy z namaszczeniem, ilekroć brakuje nam
          rzeczowych argumentów. Wówczas w oparach, bijących ze słabych głów, rosną
          majaki, których ojcem jest polityczny romantyzm, matką - polityczne
          bankructwo. Wówczas słyszymy, że celem Polski jest być krzewicielką i stróżem
          zachodniej kultury we wschodniej Europie, przedmurzem katolicyzmu, zaporą
          przeciwko burzy od Azji, wiecznym bojownikiem o świętą wolność ludów. (...) Te
          dawno przebrzmiałe echa byłyby nieszkodliwym wspomnieniem, gdybyśmy w XX wieku
          nie próbowali na tak wątłej podmurówce klecić wytycznej naszej polityki. W
          rzeczywistości wznosiliśmy tylko fantastyczne zamki na lodzie... (...).
          Jakież jest dziejowe zadanie Polski?
          Byłoby błędem poszukiwać go w znacznej odległości od naszego kraju. Na to
          Polska jest zbyt słaba. Ma za krótkie ręce.
          • Gość: swarozyc Re: charakter narodowy a katolicyzm IP: Telia:* / *.telia.com 14.01.03, 19:20
            Ma za krótkie ręce. To, co jest od nas odległe, może nawet bardzo nas
            interesować i może ze swej strony interesować się nami. Będzie to jednak
            zawsze tylko chwilowa koniunktura i przejściowa gra polityczna, natomiast
            nasza stała dziejowa rzeczywistość - to my i nasi sąsiedzi. Tylko w tym
            zespole zawiera się rozwiązanie naszego być albo nie być - naszej siły lub
            słabości, rozkwitu lub upadku."

            4. Polakatolik - słowo w Polsce niewymowne

            Wyjąwszy jakieś nadzwyczajne przypadki, każdy z nas jest kowalem własnego
            losu. Tak samo nie da się zaprzeczyć, że losy narodu zależą od charakteru jego
            członków. To jest logiczne. Ale ta sama zwykła logika nie ma prawa zagrzać
            miejsca ani w naszej historiografii, ani w naszej historiozofii, o czym
            będziemy się mogli przekonać wielokrotnie w toku naszych rozważań. Nie piszę
            pracy naukowej, jestem jedynie publicystą Zadrugi i mam, sądzę, prawo do
            publicystycznych uproszczeń. Myślę, że bez obawy popełnienia grubszego błędu
            można stosować zamiennie takie pojęcia, jak charakter narodowy, stereotyp
            psychiczny, postawa wobec życia, mentalność zbiorowa.
            U nas dzieje się tak, że sprawy ważkie pozostają niezauważalne. Od czasu
            rokoszu Zebrzydowskiego przywykliśmy do tego, że szlachta pomstuje na
            jezuitów, żadnej szkody nie czyniąc ani im, ani temu, co reprezentują. W roku
            1841 Seweryn Goszczyński, zanim trzasła go łaska uświęcająca i się pokajał,
            wystąpił ostro przeciwko Kościołowi katolickiemu z oskarżeniem, że znieprawił
            charakter Polaków, przez co przywiódł I Rzeczpospolitą do zguby. No i co? No i
            nic. Spłynęło jak woda po kaczce. Dla krakowskiej szkoły historycznej (ks.
            Walerian Kalinka, Józef Szujski, Michał Bobrzyński) było pewnikiem, że zgubił
            Polskę zły jej ustrój. A skąd się wziął taki zły, czemu nie wziął się dobry -
            w to się nie zagłębiano i przypisano samemu narodowi winę za własny upadek.
            Niby racja, na pierwszy rzut oka nie do odparcia. To dopiero wywołało
            powszechne oburzenie, czemu dał wyraz Adam Asnyk w znanym, napastliwym wierszu
            pod adresem Bobrzyńskiego. Na front przeciwko krakowskim "pesymistom" przybyły
            dalsze posiłki. Prof. Balzer, ten sam Oswald Balzer, który w roku 1891
            napisał: "Źle było w Rzeczypospolitej i nie mogło być gorzej" - niepotrzebnie
            się skompromitował publikując w roku 1915 rozprawę pt. Z zagadnień ustrojowych
            Polski.
            O ustroju I Rzeczypospolitej możemy tam przeczytać, że "Był zatem
            współcześnie - wartością na ogół dodatnią; (...) pogląd, jakoby w
            niedostatkach naszego ustroju tkwiła istotna przyczyna upadku Polski, okazał
            się błędem" (str. 113). Poważany w świecie naukowym profesor znalazł inną
            przyczynę: "...właściwą, rozstrzygającą przyczyną upadku naszej państwowości,
            istotną causa efficiens tego zdarzenia jest: pożądliwość złączonych, więc
            przemożnych, na zgubę Polski sprzysiężonych sąsiadów" (str. 116).
            Polakatolikowi serce rośnie, gdy czyta takie rozgrzeszenie. Gdybyż tylko to.
            Na wzbierającej fali bezmyślnego optymizmu ukazuje się w Krakowie w roku 1917
            traktat historiozoficzny pt. Duch dziejów Polski pióra księdza
            Chołoniewskiego. Jest to katolickie, skarykaturowane echo niemieckiego
            Volksgeista. Rozbudzony przez wojny napoleońskie nacjonalizm niemiecki
            potrzebował swego wyrazu. Dostarczył go Savigny lansując pojęcie "Volksgeist",
            wyśmiane, jak o tym wyżej była mowa, przez Iheringa. Księżowskie dzieło z
            miejsca zdobyło wielką popularność i miało pięć wydań, z tego ostatnie w roku
            1946 w Rzymie. Chołoniewski lał miód obficie: "W rozwoju swym wyprzedziła
            Polska pod bardzo wielu względami o wiele lat, nieraz o całe stulecia,
            współczesną sobie Europę. Polska upadła dlatego, że nie upodobniła się do
            sąsiednich despotyj, że była krajem wolności, że praw swych obywateli nie
            tłumiła, lecz rozdawała je szczodrą dłonią i rozszerzała. (...) Zginęła, gdyż
            była tworem politycznym doskonalszym i wyżej rozwiniętym od swego środowiska."
            Poczytności tej książki nie zaszkodziła opinia historyka Stanisława
            Zakrzewskiego: "Śmiertelna, przerażająca pustka myśli wieje z tych kart, po
            których jeden lśniący komunał goni za drugim, a którego treścią nie duma i nie
            cześć wobec przeszłości, lecz bezgraniczne bałwochwalstwo i pochlebstwo wobec
            ustroju." W opinii publicznej odżył stary spór między "optymistami"
            a "pesymistami". Zabrali głos uczeni krakowscy. Dziewięciu profesorów:
            Fryderyk Pape, Eugeniusz Romer, Oskar Halecki, Franciszek Bujak, Stanisław
            Kutrzeba, Józef Kallenbach, Władysław Konopczyński, Wacław Tokarz i Ignacy
            Chrzanowski - każdy z nich wygłosił na Uniwersytecie Jagiellońskim odczyt o
            przyczynach upadku I Rzeczypospolitej. Całość pod redakcją Fryderyka Pape
            została w roku 1918 ogłoszona drukiem jako niewielka książeczka pt. Przyczyny
            upadku Polski. Zdawałoby się, że rozporządzając półtorawiekową prawie
            perspektywą czasu historiografia polska, która dotąd nie zdobyła się nawet na
            monografię pierwszego rozbioru Polski, tym razem da społeczeństwu rzetelną
            analizę i syntezę naszej katastrofy w XVIII wieku.
            Niestety. Zebrany w książeczce efekt przemyśleń fachowców okazał się bardzo
            mizerny. Nie posunięto się poza znane, sfery materialnej głównie dotyczące
            ustalenia szkoły krakowskiej. Jeden Franciszek Bujak zbliżył się do istoty
            zagadnienia, gdy o polakatolikach XVIII wieku powiedział: "tym ludziom własne
            państwo było obojętne, a więc niepotrzebne." Wymieniony zbiorek nie ma żadnej
            wartości poznawczej, jeśli chodzi o założony w tytule cel. Zasługuje jednak na
            uwagę jako dokument mentalności dziewięciu profesorów, bądź co bądź elity
            narodu prezentującej jego charakter.
            Przecież żadnemu z nich nie było tajne, że monopol wychowania w I Rzplitej
            dzierżył wszechwładny katolicyzm. Ale to słowo nie padło w żadnym z dziewięciu
            odczytów, jeśli dobrze pamiętam. A skoro tak, to można było bezkarnie
            przebierać w całej gamie wydumanych przyczyn upadku Polski. Więc Władysław
            Konopczyński znalazł, że zgubiła nas anarchia - ale nie tyle własna, która,
            jego zdaniem, już zanikała, co europejska. Wacław Tokarz upatrzył jako
            przyczynę brak światłych ludzi. Nie rodzili się, i już. Cóż na to poradzić?
            Ignacy Chrzanowski owszem, dostrzegł winowajcę w charakterze narodu i wyliczył
            jego wady jako powszechnie znane "wady narodowe". Chrzanowski nie zastanowił
            się nad tym, że "wada" z istoty swej jest wyjątkiem. Jeśli natomiast występuje
            nagminnie i powszechnie, wówczas przestaje być wadą, a staje się normą,
            częścią immanentną całości, jej prawidłowością. Również Chrzanowski omija z
            daleka problem - skąd się ten charakter narodowy z jego "wadami" bierze. W
            sumie, powtarzam, wartość poznawcza książeczki Przyczyny upadku Polski jest
            znikoma dla celu postawionego w tytule; jest duża - dla pokazania, jak się
            odsłania charakter narodowy autorów, gdy wypowiada się śmietanka narodu w
            sprawach dlań ważkich.
            Te sprawy ważkie zbliżały się znowu. Przypomnijmy sobie - był rok 1918. To
            tylko dla ludzi z ulicy "ni z tego, ni z owego była Polska na pierwszego." W
            Warszawie Józef Piłsudski ogłosił niepodległość Polski i trawił noce i dnie na
            żmudnym organizowaniu polakatolików w państwo. Nie znany szerszemu ogółowi
            autor zwrócił się do społeczeństwa z ostrzeżeniem: "Po- mimo najlepszych chęci
            Związkowców (Ententy) dla nowego zjednoczonego Państwa Polskiego, ostatnie
            egzystować i utrzymać się przy niepodległości nie będzie w stanie, jeśli
            zaprowadzony ład i porządek nie da możliwości jednostce wytwarzać więcej
            produktów, niż to było przed wojną. (...) Tylko organizując gospodarstwo
            narodowe ku powiększeniu się wytwórczości, ku prawdziwemu postępowi, możemy
            kiedyś dorównać Anglii, Ameryce i Francji i przyjąć równy im udział w Związku
            Narodów, w przeciwnym razie wytwórczość nasza będzie się zmniejszać i nie
            tylko nie zachowamy swej niezależności państwowej, ale zupełnie znikniemy z
            widowni rozwoju ludzkiego, jak zginęło tyle in
            • swarozyc Re: charakter narodowy a katolicyzm 6 14.01.03, 19:26
              Związku Narodów, w przeciwnym razie wytwórczość nasza będzie się zmniejszać i
              nie tylko nie zachowamy swej niezależności państwowej, ale zupełnie znikniemy
              z widowni rozwoju ludzkiego, jak zginęło tyle innych, nie dających się
              ucywilizować narodów..." Tytuł tej broszurki jest raczej zaskakujący: Potęga
              Polski w 1930 roku. Podyktowały go autorowi te same chyba iluzje, które
              piszącemu w Krakowie Wilhelmowi Feldmanowi kazały być ślepym na nędzę
              galicyjską, której nikt nie przeszkadzał, by się bogaciła i w dobrobyt
              przechodziła. Obaj ulegli nagminnemu wśród naszych inteligentów złudzeniu, że
              wystarczy dać narodowi wolność, a zacznie się rozwijać jak inne narody Europy,
              to znaczy normalnie. Na czym polegał błąd? Na niedostrzeganiu polakatolika.
              Polakatolik, choć wszechobecny w naszym kraju, nie figuruje jako decydujący
              podmiot polityczny i gospodarczy w świadomości tych, co rządzą narodem. Nie
              wolno na polakatolika wskazywać, nie wolno nazywać go po imieniu.
              Dawniej wszystko, co katolicyzm w charakterze narodowym skaził, upychano w
              jedno stojące do dyspozycji pojęcie Polaka. Nie cieszyło się ono uznaniem za
              granicą. Ba! Znane są wypadki, gdy Polak, zaciągając się do służby na
              Zachodzie, podawał się za Węgra czy kogo innego, by uniknąć szykan i
              pośmiewiska, gdyby się przyznał do polskości. Nie bez powodu Jan Kazimierz
              mówił, że woli psa widzieć niż Polaka. W końcu miał Polaków dość, złożył
              koronę i wyjechał do Francji. Dla Ludwika Kubali, który pisze o tej
              królewskiej awersji, polakatolik też nie istniał, tak jak nie istnieje dla
              późniejszych i dzisiejszych historyków czy socjologów naszych. A przecież to
              nie krasnoludki robią u nas "polskie piekło".
              W roku 1918 równocześnie z Polską odrodziła się państwowo Czechosłowacja. Ta
              chłopska Czechosłowacja zasłużyła sobie w oczach Zachodu na opinię najlepiej
              rządzonej demokracji w Europie Środkowo-Wschodniej. Natomiast w inteligenckiej
              Polsce zaroiło się w ministerstwach od wyszkolonych w Wiedniu i we Lwowie
              administratorów, polityków i parlamentarzystów. W ciągu zaledwie siedmiu lat
              do zamachu stanu Józefa Piłsudskiego polakatolik potrafił popełnić jedno
              morderstwo prezydenta, jeden niedoszły zamach stanu i urządzić 13 przesileń
              rządowych. Przed majem 1926 roku polski minister spraw zagranicznych zmieniał
              się formalnie 20 razy! O charakterze narodowym polakatolika powie chyba
              wszystko taki, raczej niezbyt przejaskrawiony obrazek z końcowych dni II
              Rzeczypospolitej:
              "Dotkliwym brakiem, powszechnym w urzędach polskich, a w szczególności w
              urzędach centralnych - była nieznajomość zasad organizacji pracy i
              nieumiejętność rozłożenia czasu. Chaos panował w wielu urzędach. Chaos
              wytwarzały w społeczeństwie dookoła siebie. Mimo słusznego w zasadzie
              pilnowania przez premiera godzin urzędowania - jako podstawy porządku - nikt
              nigdy nie był do uchwycenia w biurze gdzie pracował. Nikt nigdy nic w
              ustalonym czasie nie wykonał." A przecież administrację Polski Odrodzonej
              organizowali od podstaw fachowi urzędnicy polscy, którzy w Wiedniu przeszli
              dobrą szkołę rządzenia. Liczba Polaków w centralnych biurach rządowych w
              Wiedniu dochodziła do 8%. Tam pracowali dobrze. W Warszawie poczuli się jakby
              na urlopie. Czyżby analogia do robotnika polskiego, który u Forda w Ameryce
              był dobry i chwalony, ale powróciwszy do Kraju, z łatwością opadł na poziom
              rodzimego stosunku do pracy?

              5. Na poprzek Opatrzności

              Dzięki Jerzemu Kossakowi wiemy wszyscy, w jaki to sposób Bitwę Warszawską w
              roku 1920 - tę osiemnastą decydującą bitwę świata - wygrała dla nas Matka
              Boska. Natomiast na Prawdziwych Polaków, którzy w tych czasach zapełniali
              szeregi Narodowej Demokracji, spadł główny ciężar codziennej walki z Józefem
              Piłsudskim i resztą żydokomuny. Szary człowiek z ulicy był zdezorientowany.
              Trzeba go było uświadomić. I tym razem Matka Boska nie poskąpiła pomocy. Fakty
              zostały spisane, wiarygodnie drukiem ogłoszone. Trzeba, Szanowny Czytelniku,
              byśmy je poznali. Cytuję przeto: "Gdy przyszedł po wielkiej wojnie czas budowy
              państwa, ten nasz człowiek średni, który w poruszeniu uczuć okrzykuje po
              ulicach swoją wolę, nie miał do pomyślenia nic sensownego: zgadywał człowieka,
              który dokona cudu, nawet nie wiedział gdzie go szukać. Nic naturalniejszego w
              takich warunkach, jak uzurpacja władz przez takie siły, które stawać będą
              potem na poprzek Opatrzności, czuwającej nad narodem.
              Ludzie religijni, patrząc na to, co się dzieje, mawiają: Nieprzebrana jest
              cierpliwość Matki Boskiej! Błagała Polaków po wybuchu wojny, aby korzystali z
              losu i zorientowawszy się we frontach, stanęli jak jeden mąż do walki z
              Niemcami. Nie chcieli. Twórzcie wojsko - wołała. Nie chcieli. Weźcie do budowy
              państwa mądrych ludzi. Nie chcieli. Nie awanturujcie się, aby tworzyć innym
              państwa, ale zróbcie porządnie swoje. Nie chcieli. Istotnie ludzie przodujący
              tak wyrażali wolę Polski." Z cytowanego dokumentu, pióra wybitnego działacza
              Narodowej Demokracji, wynikają dwa wnioski: pierwszy, że ludźmi przodującymi
              byli w tych przełomowych czasach endecy, i drugi - że w ich szeregach Matka
              Boska miała swoich upełnomocnionych rzeczników. Czytelnika dziwić jednak może
              obojętność polakatolików na jej apele. Ale wytłumaczenie jest. Sięgnąć po nie
              trzeba do bogactwa natchnień i pomysłów, jakie kryje w sobie mentalność
              polakatolika, jego charakter narodowy. W tymże roku 1921 objawił się on w
              dwutomowym traktacie historiozoficznym znanego historyka krakowskiego,
              profesora Feliksa Konecznego. Uczony ten upewnił swych rodaków, że: "Ponieważ
              w tym miejscu, gdzie znajduje się Polska, potrzebne jest ze względów geografii
              politycznej, a więc ze względów od woli naszej niezależnych, mocarstwo
              potężne, a więc ono tu musi być." Głębia myśli, logika nawet jak na profesora
              nadzwyczajne! Są, co jeszcze żyją i pamiętają mocarstwowców znad Wisły i ich
              hasło: "Polska skazana jest na wielkość!"
              Mocarstwo jednak potrzebuje rąk do pracy, a z tym w Polsce zawsze były
              problemy. Rąk do pracy brakowało nawet w przeludnionej i ekonomicznie
              zapyziałej Galicji. Dziennikarz za-notował: "Lwów, 16 lutego 1907. (...)
              Namiestnik hr. Potocki w mowie, wygłoszonej w ubiegły czwartek na otwarciu
              sesji sejmowej, był publicystą, gdy ubolewając nad przepełnieniem gimnazjów
              klasycznych, wskazał chorobę społeczną: posadomanię. Liczba wychowańców szkół
              realnych nie rośnie, ale zmniejsza się. Wszyscy dążą do zajęć biurowych przez
              gimnazja; do zajęć w przemyśle i handlu nikt się nie garnie. Ileż to biadań
              słyszymy we wszystkich gałęziach pracy wytwórczej: skąd wziąć ludzi? Istna
              pustynia!" Gimnazjum galicyjskie nazywało się klasyczne, ale z jego smutnych
              murów bynajmniej nie wychodził w świat klasyczny kaloV kagaJoV. Wychodził
              osobnik całkiem innego stempla: "Wniknąwszy w głąb duszy przeciętnego Polaka,
              dostrzeżemy łatwo, że on sam, jego stosunek do ludzi jest głównym przedmiotem
              jego rozmyślań, dociekań i cierpień. (...) Mamy wielkie zastępy przedwcześnie
              zgrzybiałych starców duchowych, natomiast brak nam dusz młodych, z ochotą
              idących do walki o byt, o uznanie, zasługę, i wszystkie czynniki szczęścia
              indywidualnego." Inne aspekty szkoły galicyjskiej wyłaniają się ze wspomnień
              wychowanków. W latach dwudziestych naszego wieku były w Tarnowie dwa gimnazja.
              Wspomina były uczeń jednego z nich: "Gdy patrzę dziś na moje tableau
              maturyczne, to wspominam, że z siedmiu nauczycieli świeckich uczących mnie w
              ósmej klasie, czterech piło solidnie, a jeden z tych przyjaciół Bachusa był
              już zdecydowanym alkoholikiem... Jakoś tak dziwnie się składało, że w tym
              zawodzie ludzie ulegali skłonności do alkoholu. Pięknoś, który uczęszczał do I
              Gimnazjum w latach 1896-1904, wymienia aż trzech pijaków z ówczesnego grona.
              Na podstawie relacji mego ojca podniósłbym tę liczbę do czterech." Dalej mamy
              opis przedmaturalnego kuligu. W zimie 1922/23 roku oś
              • swarozyc Re: charakter narodowy a katolicyzm 7 14.01.03, 19:29
                W zimie 1922/23 roku ośmioklasiści z II Gimnazjum wespół z gronem
                nauczycielskim urządzają kulig do pobliskiej leśniczówki, zabierając ze sobą
                jedenaście butelek wódki. Odbyło się ogólne, wspólne pijaństwo do
                nieprzytomności. Mijają pokolenia, czasy i ustroje, a pijaństwo i
                katolicka "polskość" wydają się nierozłączne. Mamy rok 1995, mamy już III
                Rzeczpospolitą; w gazecie taka sobie, zwykła notatka: "W miejscowości Żurawiec
                (woj. elbląskie) pędzący z wielką szybkością volkswagen passat uderzył idącego
                ulicą Mariana S., który zginął na miejscu. Potem, w trakcie ucieczki, kierowca
                uderzył w furmankę, samochód dachował i wylądował w rowie. We krwi kierowcy,
                trzydziestodwuletniego księdza Ludwika B. stwierdzono 2,73 promille alkoholu."
                Zakończmy anegdotą z galicyjskiego folkloru: "Pewien ksiądz, mówiąc kazanie w
                kościółku wiejskim, wzmiankował mimochodem, że Matka Boska była Żydówką.
                Uraziło to pobożnych słuchaczów. Zebrali się więc pod kościołem na naradę, a
                kiedy ksiądz wychodził po nabożeństwie, zaczepili go groźnie:
                - A co to ta jegomość gadał, że Najświętsza Panna była Żydówką. My ta nie
                pozwolimy na taką poniewierkę.
                - Ależ, moi kochani, ja tylko chciałem wypróbować waszą wiarę. Uspokójcie się.
                Najświętsza Panna nie była wcale Żydówką, ale tylko kasztelanką Łęczycką."
                Przejdźmy do rzeczy poważniejszych. Nie tylko Seweryn Goszczyński miał odwagę
                napiętnować rolę Kościoła katolickiego w naszych dziejach. Były i inne głosy,
                spośród których wymienić trzeba wydaną przez Trentowskiego książkę pt.
                Wizerunki duszy narodowej. Jest to jednak rzecz słaba i raczej grafomańska. Do
                rzędu obiegowych po dziś dzień w naszym społeczeństwie komunałów zaliczymy
                takie twierdzenie autora: "Zgoda, że katolicyzm pod sternictwem Zygmunta III i
                synów Lojoli, oślepił i ogłupił ducha narodowego, zapalił nieszczęsne wojny
                kozacze i szwedzkie, zadał raz śmiertelny niepodległej Ojczyźnie; ale on,
                przez Bóg żywy, siła, zasłona, zamek i wał dla Polaków podbitych."8)
                Dlaczego nie był tym samym dla Polaków nie podbitych - to wydaje się do tematu
                nie należeć. Mamy tu typowe dla mentalności polakatolika pomieszanie pojęć.
                Polega ono na tym, że pojęcie należące do dziedziny ducha przenosi się na
                płaszczyznę polityki i tam przypisuje się mu jakąś wartość. Autor przyznaje
                wyraźnie, że katolicyzm oślepił i ogłupił ducha narodowego, czyli, innymi
                słowy, uczynił bezwartościowym charakter narodowy skatoliczonych Polaków.
                Skatoliczony Polak okazał się niezdolny do dźwigania gmachu własnej
                państwowości, zbył tego ciężaru i poszedł w niewolniki. I teraz wmawia się mu,
                że tylko katolicyzm uchroni go przed dalszym sparszywieniem, przed
                wynarodowieniem, że tylko katolicyzm jest ostoją polskości. W polityce,
                owszem, wczorajszy wróg może być jutrzejszym sojusznikiem. Ale w jaki sposób
                zatruwacz duszy narodowej może nagle stać się jej odrodzicielem - to jest
                logika polakatolika. Tylko on potrafi wypisywać widy niewidy o swojej
                przeszłości czy o swojej mocarstwowej przyszłości. Pisze jeden taki o
                powstaniu Chmielnickiego: "Król ręce rozkłada bezradnie. Chmielnicki szabli
                dobywa. (...) Tymczasem nie chodziło o nic więcej, jak tylko o podciągnięcie
                Archanioła Michała na poziom Pogoni w ogólnym układzie Rzeczypospolitej i
                wzorem polityki Jagiellonów, starszyznę kozacką dopuścić do herbów, jak ongiś
                litewsko-ruskich bojarów."
                Jest to mydlenie oczu. Chodziło o rzeczy ważniejsze. Między innymi o krzesła
                senatorskie dla biskupów prawosławnych w sejmie Rzeczypospolitej.
                Temu zdecydowanie sprzeciwił się Rzym. W Rzymie decydowano o żywotnych
                sprawach polskich. Autor jakby o tym nie wiedział i insynuuje pokrętnie, że to
                caryca do spółki z jakimś bliżej nie oznaczonym szowinizmem (ten w sutannach
                był niewymowny, uwaga moja, A.W.) nie dopuściła hierarchów prawosławnych do
                sejmu. Czytamy: "Pod naciskiem ślepego szowinizmu, przy pomocy zręcznych
                manipulacji carycy, znów pękło jedno wiązadło polskiej mocarstwowości." To
                wiązadło istniało chyba jedynie w wyobraźni autora, który jeden z rozdziałów
                swego dzieła rozpoczyna mottem:

                Rzeczpospolita w trójcy jedyna:
                Korona, Litwa i Ukraina
                - mawiali nasi przodkowie.

                Możemy przypomnieć poniektóre nazwiska tych przodków: taki Piotr Skarga, taki
                Andrzej Bobola, taki Jozafat Kuncewicz. Kwintesencją książki, zatytułowanej
                Odrodzenie, jest chyba stwierdzenie zamieszczone na stronie 190: "Ksiądz nie
                może być odsuniętym od żywotnych spraw narodu."
                Pozostańmy jeszcze w krainie fantastyki i samodurstwa i zajrzyjmy do
                książeczki wydanej w roku 1939, która zapowiada w swym podtytule, że jest
                przewodnikiem po zagadnieniach kultury współczesnej. Dla kultury europejskiej
                Polska, zdaniem autora, położyła znane z historii zasługi. "Z losami Europy od
                wieków związane były losy Polski. Aż do połowy XVII wieku Polska wyznaczała i
                utrzymywała orężem i duchem jej wschodnie granice. Od tego mniej więcej czasu
                rozpoczyna się upadek Polski i europeizacja Rosji. Tracimy wyraźne i
                odpowiedzialne stanowisko. (...) Chcemy pamiętać, iż jakiekolwiek były nasze
                błędy w życiu, nie pobłądziliśmy nigdy w myśli. Myśl nasza broniła zawsze
                wiernie zasady poszanowania człowieka, zasady wolności i sprawiedliwości,
                zasady podporządkowania spraw materialnych duchowym."
                Tak to, w przededniu klęski wrześniowej, odezwała się znów chołoniewszczyzna,
                tym razem z Wilna.

                6. Tabu polakatolika

                W roku 1939 na dwa tygodnie przed wojną wyszły z druku w Warszawie Dzieje bez
                dziejów Jana Stachniuka. Treścią tego dzieła jest:
                a) synteza dziejów Polski
                i b) teoria polskiego charakteru narodowego.
                W roku 1961 ukazuje się w Łodzi pośmiertna praca profesora historyka,
                poświęcona również syntezie naszej historii. Według autora: "Synteza (to
                znaczy koncepcja syntetyczna) wiąże fakty w jedną całość. To jest jej istotna
                cecha. Ale z drugiej strony streszcza fakty. To jest jej druga funkcja. Jedno,
                czyli powiązanie w jednolitą całość, jest wewnętrznie nawet związane z drugim,
                to jest ze streszczeniem faktów. Streszczenie polega na tym, że w całej masie
                szczegółów jedne uznajemy za ważne, natomiast drugie, jako posiadające
                znaczenie drugorzędne czy pomocnicze, pomijamy."
                Tutaj może ogarnąć Czytelnika zdziwienie. Autor powiązał w swej syntezie fakty
                monarchizmu i to samo zrobił z faktami republikanizmu, natomiast pozostawił
                poza jej ramami ogrom, cały ogrom faktów katolicyzmu w dziejach Polski, faktów
                tak materialnych, jak i duchowych. Wszak cała wschodnia polityka I
                Rzeczypospolitej służyła jego interesom, monarchizm był w jego, katolicyzmu
                rękach instrumentem. Republikanizm szlachty rozbuchał się od momentu, gdy
                jezuici przerzucili się na demokrację w Polsce i z kazań sejmowych Skargi
                usunęli kazanie o monarchii.
                Mówię: Czytelnika może ogarnąć zdziwienie; ale tylko tego, który nieświadom
                jest obowiązujących w Polsce reguł myślenia i pisania. Należy do nich
                absolutny zakaz łączenia, w słowie i piśmie, katolicyzmu z tym wszystkim, czym
                w naszej historii nie sposób się pochwalić. Dlatego, być może do znudzenia
                Czytelnika, pozwalam sobie cytować przy każdej okazji
                Brzozowskiego: "Historyków i publicystów polskich na ogół trudno czytać, tak
                nieustannie zdumiewać się potrzeba nad ich naiwnością, nad lekkomyślnością
                wniosków, płytkością rozumowań." Tenże historyk uznaje, że "...nie mamy prawa
                odmówić niehistorykowi prawa do budowania syntezy."3) Wolę przyjąć, że o
                syntezie Jana Stachniuka nie wiedział, niż dopuścić świadome jej
                przemilczenie. Jak się rzekło - panuje u nas niepisane prawo: nie wolno
                kojarzyć katolicyzmu z tym, co mogłoby nań rzucić jakiś cień, jakąś plamę. Tak
                więc wzięty publicysta ostrożnie, jak pies jeża, obchodzi problem naszej biedy
                i pisze: "Czasem chciałoby się uwierzyć, słuchając nocnych i dziennych rozmów
                rodaków, że wszystkiemu jest winien nieszczęsny charakter narodowy. Tylko nie
                ma pewnośc
                • swarozyc Re: charakter narodowy a katolicyzm 8 14.01.03, 19:36
                  Tylko nie ma pewności, czy coś takiego w ogóle istnieje, w każdym razie nie
                  jest to wartość constans, można wiele zmienić poprzez wychowanie i
                  doświadczenie." Zwróćmy uwagę: "nieszczęsny", ale broń boże "katolicki"! Czy
                  można więc od takiego publicysty wymagać jakiegoś pogłębienia tematu,
                  postawienia kropki nad i? Albo w wypadku znanego trenera piłkarskiego, który o
                  swych podopiecznych mówi: "Mnie bardziej martwi niechęć do uczenia się,
                  nieobecność na treningach, słabe przykładanie się do pracy."5) I jeszcze raz
                  analogia pieskojeżowa: "W naszej kulturze życia na co dzień i od święta
                  przyjmuje się jakby organiczną niezdolność do zbiorowego działania."6)
                  Skąd to i dlaczego to? Cisza. Temat tabu. Podobnie wybitna postać naszej
                  literatury Włodzimierz Odojewski w jednej ze swych pogadanek radiowych, zdaje
                  się w roku 1993, strzelił: "Nasza polska paranoja! Jesteśmy jednym z
                  najleniwszych narodów świata." I koniec, był strzał, ale ślepakiem. O naszej
                  niepojętej do pracy odrazie powiedział już, nic nie powiedziawszy, Julian
                  Ursyn Niemcewicz - jak pamiętamy.
                  Jakie z tego wszystkiego można wyciągnąć wnioski? Przynajmniej ten, że odwaga
                  cywilna jak była zawsze u nas droga, tak nią pozostała. A to rozzuchwala
                  Kościół katolicki. Taki prymas Glemp czuje się zupełnie bezkarny. Potrafi
                  nawymyślać polskiemu rządowi, naurągać polskiemu premierowi. I nikt w III
                  Rzeczypospolitej, która chce uchodzić za państwo prawa, nie odważy się nauczyć
                  popa moresu. Wróćmy jeszcze do charakteru narodowego. Zmarły w roku 1972 prof.
                  Antoni Kępiński, psychiatra, wypowiedział się w tej sprawie tak: "Problem
                  charakteru narodowego jest dotąd sprawą sporną - jedni go uznają, inni
                  natomiast uważają za fikcję. Wydaje się, że warunki geograficzne, klimatyczne,
                  układy społeczne i ekonomiczne itd. powodują, że pewne cechy osobowości są w
                  danym środowisku korzystniejsze z punktu widzenia adaptacji do tego
                  środowiska. Ludzie obdarzeni tymi cechami mają większe szanse prokreacji niż
                  ludzie cech tych pozbawieni, toteż z czasem genotyp (genetic pool) polaryzuje
                  się w kierunku tych cech. Teoretycznie można więc przyjąć istnienie charakteru
                  narodowego i to nawet opartego na swoistym genotypie. Jak jest naprawdę, nie
                  wiadomo; niektóre narody, np. żydowski, wykazują bardzo trwałe, utrzymujące
                  się przez wieki cechy charakteru, z drugiej jednak strony cechy te wyraźnie
                  ulegają fluktuacji zależnie od tego, czy ludzie rzekomo obdarzeni tym
                  charakterem narodowym żyją w diasporze, czy w swym wolnym państwie. Do pewnego
                  stopnia analogicznie zmieniają się Ánarodowe7 cechy Polaków zależnie od tego,
                  czy żyją wśród swoich, czy wśród obcych. Nie jest rzadkim zjawiskiem, że
                  Polacy, nieznośni i bezproduktywni wśród swoich, stają się zdyscyplinowani i
                  twórczy wśród obcych, tak że nieraz dochodzi się do smutnego wniosku, że
                  powinni oni raczej żyć w diasporze." Weźmy pod uwagę, że cały ten nonsens
                  napisano w czasach, gdy obowiązywało pisanie jedynie słuszne. Wniosek
                  profesorski odrzucam jako absurdalny. Wadą powyższego rozumowania jest brak
                  określenia - co to jest charakter narodowy. Brak dostrzeżenia faktu, że
                  istnieje takie coś jak system kulturowy, inaczej ideologia grupy, produktem
                  której jest mentalność jednostki. Nie mamy przecież na myśli Eskimosów czy
                  Murzynów z głębi Afryki, mówienie przeto, nawet hipotetycznie, o warunkach
                  geograficznych i klimacie i o ich wpływie na charakter narodowy wygląda w
                  Europie niepoważnie. To, że polakatolik w diasporze z lenia i warchoła staje
                  się zdyscyplinowanym i pracowitym - to nie jest żadna zmiana czy fluktuacja
                  charakteru, lecz twardy przymus zewnętrzny: wlazłeś między wrony, krakaj jak i
                  one, inaczej zginiesz. Polakatolik, gdy jest robotnikiem w Ameryce, jest
                  napięty, skoncentrowany na swej pracy przy taśmie fabrycznej; gdy wróci do
                  Kraju, rozluźnia się, rozkręca się jak zwolniona z zaczepu sprężyna. Odpadł
                  przymus zewnętrzny, normą staje się rodzime życie na luzie. W II
                  Rzeczypospolitej na większą skalę można było zaobserwować to zjawisko w b.
                  zaborze pruskim: narzucony, obcy rytm życia powoli "polszczył się", stawał się
                  nieznacznie i niewidocznie rytmem swojskim. Popatrzmy teraz, co w roku 1936
                  miał do powiedzenia o charakterze narodowym profesor historyk, jeden z
                  czołowych działaczy Narodowej Demokracji: "Wysuwa się bardzo często postulat,
                  że ustrój państwa narodowego powinien być zgodny z charakterem narodu. Bez
                  znajomości charakteru narodowego niepodobna stworzyć dobrego systemu
                  wychowania. Niestety, to zagadnienie nie jest ostatecznie wyświetlone. Nie
                  wiemy dobrze, co mamy nazywać charakterem narodowym... (...) Charakter
                  narodowy to zjawisko z dziedziny psychiki, a nie z dziedziny fizycznej. (...)
                  Mówiąc o charakterze narodowym, trzeba brać pod uwagę tylko istotne
                  właściwości, które występują względnie stale w różnych warunkach czasu i
                  miejsca. (...) Polskie reformy ustrojowe muszą się liczyć z polskim
                  charakterem narodowym."
                  Na tym poziomie rzeczowości utrzymany jest cały, liczący szesnaście stron
                  podrozdział zatytułowany Charakter narodowy. Z tego mnogosłowia wyłuskać się
                  dają dwie cechy dodatnie i dwie cechy ujemne tego charakteru. Pierwsze
                  to "zamiłowanie do wolności" i "zdolność samorzutnego organizowania się". To
                  można chyba pozostawić bez komentarza. Do drugich należą: "brak karności
                  społecznej" i "brak wytrwałości i występujące szybko wyczerpanie nerwowe."
                  Oczywiście, próżno oczekiwać w tym zbiorze banałów jakiejkolwiek próby
                  ukazania genezy wymienionych przez autora cech charakteru narodowego. I,
                  oczywiście, żadna z nich nie nasuwa autorowi najdalszych skojarzeń z
                  katolicyzmem. To słowo nie pada ani razu na żadnej z szesnastu stron rozważań
                  o charakterze narodu katolickiego.
                  Zagadnienie charakteru narodowego opracowali gruntownie Anglik Ernest Barker,
                  Szkot William MacDougall, Polak Jan Stachniuk - autorzy w Polsce dostępni. Ci,
                  co zaprzeczają istnieniu charakteru narodowego, posługują się jednak będącymi
                  w powszechnym użytku stereotypami. Niemiecka dokładność, angielska flegma,
                  polski słomiany ogień: o czymże te określenia mówią, jeśli nie o charakterze
                  narodowym niemieckim, angielskim, polskim? To stwierdzenie oparte na wiekowej
                  obserwacji, a nie wzięte z powietrza czy z natchnienia Ducha Świętego, który
                  zresztą w Polsce zajęty jest czym innym, a mianowicie podpowiadaniem pani
                  prezes Narodowego Banku Polskiego, jak ma prowadzić politykę monetarną Banku w
                  taki sposób, by psuła krew ministrowi finansów Rzeczypospolitej.
                  "Brak karności społecznej": istnieje moim zdaniem o wiele groźniejszy dla bytu
                  narodu jego przymiot - brak rozumu politycznego. Nasze samobójcze zrywy roku
                  1830, roku 1863 wyrządziły narodowi więcej szkód w jego substancji, ludzkiej,
                  żywej i materialnej, niż wszystkie wrogie poczynania zaborcy razem wzięte. Tak
                  oceniał te szaleństwa każdy trzeźwy ich świadek. Tak ocenia je dzisiaj każdy
                  trzeźwy ich badacz. Ale u nas obowiązują oceny inne. Nierozum polityczny
                  należy u nas do tradycji z pietyzmem przekazywanej z pokolenia na pokolenie.
                  Posłuchajmy: "Słyszy się niekiedy, że nasze powstania narodowe były zgoła
                  bezcelowe, albowiem kończyły się jeszcze większym, niż dawniej, uciskiem i
                  prześladowaniami wszystkiego, co polskie; są tacy co idą jeszcze dalej,
                  przypisując tym, co powstania wywoływali, zgoła zbrodnicze zamiary. Jest
                  rzeczą niepojętą, w jaki sposób można dojść do równie potwornych konkluzji.
                  Nie co innego, jak właśnie powstania narodowe utrzymywały na poziomie życia
                  to, bez czego żaden naród trwać i rozwijać się nie może: ducha bohaterstwa,
                  ofiary i poświęcenia, budującego tradycję niezastąpioną żołnierskiej pracy i
                  żołnierskiego wysiłku." Trudno tłumaczyć naszym nawywrótpatriotom, że bez tych
                  wszystkich imponderabiliów tuż za naszą miedzą rozsądni Czesi stworzyli sobie
                  naród daleko bardziej zwarty wewnętrznie, daleko bardziej narod
                  • swarozyc Re: charakter narodowy a katolicyzm 9 14.01.03, 19:42
                    Czesi stworzyli sobie naród daleko bardziej zwarty wewnętrznie, daleko
                    bardziej narodowy niż nasz naród polakatolików.
                    Autor cytowanych wyżej słów to przecież nie pierwszy lepszy chłystek. W roku
                    1931 był ministrem Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, a następnie w
                    latach 1933/34 premierem rządu II Rzeczypospolitej. Był przedstawicielem obozu
                    piłsudczyków, zaciekle zwalczanego przez endecję. I o co w gruncie rzeczy była
                    ta kłótnia? Pan pułkownik, minister i premier wyznaje przecież takie same
                    credo wspakulturowe co jego przeciwnicy, pisze bowiem: "Jeśli wspominamy tu, w
                    rozdziale poświęconym zagadnieniom wiary, o konstrukcjach totalistycznych, to
                    robimy to jedynie dlatego, że są one niewątpliwie sprzeczne z najlepszymi
                    tradycjami dziejowymi Polski... z zasadniczą postawą duszy polskiej, która
                    zawsze poszukiwała osiągnięcia powszechnego dobra przez podniesienie,
                    wydźwignięcie, wysublimowanie jednostki ludzkiej i jej roli. W tym znaczeniu
                    dusza polska była zawsze głęboko chrześcijańska..."
                    Smutno się robi, gdy się widzi, że takie załganie, takie samodurstwo panowało
                    na szczytach rządowych Rzeczypospolitej.
                    Gdy mowa o naszych powstaniach narodowych, przychodzi na pamięć wypowiedź
                    jednego z ich przeciwników. Na parę lat przed Powstaniem Styczniowym przyszły
                    jego bohater, Stefan Bobrowski, słyszy od swego przyjaciela, Włodzimierza
                    Antonowicza, który, zrażony polonocentryzmem swych rodaków na Ukrainie,
                    odszedł od polskości i stał się Ukraińcem: "Przedsięwzięcie wasze musi mieć
                    fatalny dla was koniec. Najlepsi spomiędzy was wyginą. Inni usunięci zostaną
                    na Daleki Wschód, jeszcze inni sami usuną się na Zachód. Zostanie śmiecie..."
                    Tak. Na stokach cytadeli, w powstaniach, w tajgach Sybiru ginęli najlepsi.
                    Najlepsi nie rozumem, ale charakterem. A tym przecież, charakterem, stoi lub
                    upada naród. W powstaniach naród tracił najlepsze swe charaktery. Pozostawała
                    słabizna. Tę słabiznę i jej pochodną - lichotę ludzką widzi we wrześniu 1939
                    roku profesor Wyka. Widzi, opisuje i dziwi się, skąd się bierze. O tym niżej.

                    7. Nieprawdy tradycji

                    Świadomość polakatolika na jednym punkcie jest szczególnie załgana: na punkcie
                    jego "umiłowania wolności". Tym się nasz naród ma rzekomo wyróżniać wśród
                    innych w społeczności europejskiej, gdzie o umiłowaniu wolności przez takich
                    Niemców czy Anglików nic nie słychać. Polakatolik miłuje wolność. Tej jego
                    prawdy nic nie podważy. I to, że długo płacił coroczny haracz chanowi
                    tatarskiemu; wmówił sobie, że to nie haracz, nie, to słane po sąsiedzku
                    upominki dla Jego Mości Chana i dla Jej Mości Chanowej; i to, że mimo
                    tych "upominków": "Przez dwieście lat z rzędu, co roku małe hordy tatarskie,
                    po kilka tysięcy koni, łupiły ziemie polskie i świeciły pożogami w niebo - bo
                    użycie ważniejsze było niż życie, bo pokolenia całe więcej ceniły zacisze
                    własnego domu, niż przyszłość wspólnego państwa." I to, że miłujący wolność
                    naród bez większego oporu, prawie bez walki dał sobie nałożyć na szyję jarzmo
                    niewoli, tę wolność utracił. I wreszcie ta arogancja Napoleona, który
                    upominkowym rycerzom propugnaculi Christianitatis rzucił w twarz, że jeśli
                    okażą się godni własnego państwa, to będą je mieli (z łaski tegoż Napoleona).
                    Polakatolika umiłowanie wolności to nieprawda, którą czas już wreszcie nazwać
                    czym jest: załganiem. Na to samo zasługuje polakatolicka tolerancja. "W dniu
                    12 grudnia 1501 r., gdy odbywała się w Krakowie koronacja Aleksandra na króla
                    Polski, nawet jego żona, Helena, córka cara Iwana III Srogiego, nie została
                    ukoronowana na królową, bo była prawosławną."
                    Państwo bez stosów? Nie ma czym się chlubić, bo chęci były, zabrakło jedynie
                    potrzebnej do stosów sprawnej administracji publicznej. Wiadomo przecież,
                    jakie to było rachityczne bracchium saeculare. Na obszarze prawie miliona km
                    kw. I Rzeczypospolitej to bracchium sporadycznie tylko mogło być użyteczne.
                    Wcześniej Kościół sam sobie dawał radę w wykonywaniu kościelnych morderstw. W
                    roku 1315 spalono w Świdnicy przeszło 50 husytów. Kardynał Oleśnicki donosił
                    swym przełożonym: "...podejrzanych o herezję palimy lub w wieczystym każemy im
                    umierać więzieniu." Tak został zamordowany w więzieniu biskupa krakowskiego
                    Marcin Krowicki. Krwiożerczy nuncjusz Lippomano usiłował zorganizować zamach
                    na życie Frycza Modrzewskiego: "Tylko dzięki ostrzeżeniu przyjaciół i
                    znalezieniu bezpiecznego schronienia na dworze Jana Tarnowskiego udało mu się
                    uniknąć przedwczesnej śmierci w lochach któregoś z więzień biskupich."
                    Więzienie biskupie - wymowne skojarzenie, prawda?
                    Popatrzmy teraz na pojedyncze przypadki. W roku 1611 w Bielsku Podlaskim
                    socynianin Iwan Tyszkowic wzgardził przysięgą na Trójcę Świętą; wyrwano mu
                    język, odrąbano rękę i nogę, potem ścięto i trupa spalono. W tymże roku w
                    Wilnie Włoch Francus de Franco publicznie zawołał, że eucharystia to nic
                    innego jeno chleb; wydarto mu język, ciało poćwiartowano i wbito na pal. W
                    roku 1689 w Warszawie ścięty został ateista Kazimierz Łyszczyński. W roku 1699
                    w Nowogródku spalony ateista szlachcic Przyborowski. Darto zeń pasy. W roku
                    1712 oficer wojsk koronnych nazwiskiem Kehler za jakieś obelżywe słowo o
                    księżach skazany na wyrwanie języka i śmierć. Został ścięty.
                    W roku 1715 starosta wałecki, szambelan dworu Augusta II i pułkownik wojsk
                    koronnych Zygmunt Unrug, dopisał w rękopiśmiennej książce zdanie: "La Verit
                    salutaire n'est elle donc descendue du Ciel, que pour etre aux habitans de
                    notre Globe une occasion perpetuelle d'erreur de guerre, de haine et de
                    division?" Wyrok na Unruga brzmiał: "rękę na spalenie, język na wyrwanie tylną
                    stroną przez kark, głowę na ścięcie mieczem." Dopisek Unruga po
                    polsku: "Prawda zbawienia - czyż nie po to zstąpiła z nieba na ziemię, by dla
                    mieszkańców naszego globu stać się nieustanną okazją do wojen, nienawiści i
                    niezgody?" W roku 1724 tzw. krwawa łaźnia toruńska: za splądrowanie przez tłum
                    protestantów świątyni katolickiej ścięto burmistrza Torunia i dziesięciu
                    rajców. W roku 1753 w Kijowskiem stracono po straszliwych torturach 13 Żydów
                    za zamęczenie dziecka chrześcijańskiego na krew do Paschy.
                    W roku 1775 w miejscowości Doruchowo w Poznańskiem stracono czternaście kobiet
                    za czary. Egzekucji asystowało trzech księży zakonnych. O jakiejże tolerancji
                    w zasięgu katolictwa mogła być mowa, kiedy arcybiskup Połocka Jozafat
                    Kuncewicz uważał, że ma prawo pieczętować i zamykać cerkwie prawosławne, a
                    unitów, którzy powrócili do prawosławia, topić i głowy im rąbać. Zasieczenie
                    batogami na śmierć prawosławnego popa za to, że nie chciał się nawrócić na
                    wiarę świętą i jedynie prawdziwą - to uchodziło za czyn chlubny w oczach
                    Karola Radziwiłła. "To głupie bydlę" - tak go sklasyfikował francuski
                    pułkownik Dumouriez.
                    Chyba dość o tej naszej osławionej tolerancji.
                    Polakatolik to ponoć zapalony rolnik. I z własnego wyboru, i z nakazu własnej
                    konstytucji sejmowej z roku 1633: "szlachcic szlachectwo traci, jeśli będąc w
                    mieście osiadły, handlem y szynkami się bawi mieyskiemi, y magistratus
                    mieyskie odprawuje." Praca na roli - rękami pańszczyźnianego chłopa - to się
                    rozumiało samo przez się - to opiewane w poezji i literaturze umiłowane
                    zajęcie polakatolika. Sentymentalno-kiczowaty obrazek tego umiłowania
                    oglądaliśmy w filmowej wersji Nocy i dni Marii Dąbrowskiej.
                    Skoro tak, skoro Polska to kraj zapalonych rolników, to dlaczego jest ona
                    równocześnie krajem zacofania, biedy i nędzy? Dlaczego nasza wieś to prymityw,
                    gdzie przez wieki całe na przednówkach ludzie puchli z głodu? Jeszcze w
                    początkach XX wieku wydajność krowy w majątkach ziemskich na Wileńszczyźnie
                    wynosiła 600 litrów mleka rocznie. W Tarnowskiem Wincenty Witos, mimo że już
                    premier Rzeczypospolitej, sam orał swe pole, bo, jak pisze w swych
                    pamiętnikach: "starałem się zawsze sam wykonać orkę, nie dopuszczając do niej
                    nikogo, gdyż wiedziałem, że nawet najlepsi
                    • swarozyc Re: charakter narodowy a katolicyzm 10 14.01.03, 19:45
                      Wincenty Witos, mimo że już premier Rzeczypospolitej, sam orał swe pole, bo,
                      jak pisze w swych pamiętnikach: "starałem się zawsze sam wykonać orkę, nie
                      dopuszczając do niej nikogo, gdyż wiedziałem, że nawet najlepsi gospodarze
                      orali niedbale."
                      Jeśli na własnym chłop pracował niedbale, to cóż dopiero na pańskim albo w
                      niesławnej pamięci pegeerach. Do polskiej wsi nie kwapił się obcy kapitał,
                      omijała ją obca przedsiębiorczość. Stan naszego rolnictwa był wiernym odbiciem
                      polskiego, to znaczy polakatolickiego charakteru narodowego. Nasz kmiotek
                      kaparzył i zawodził "Serdeczna Matko", a nasz inteligent, zauroczony krzepą
                      wsiowego prymitywu, śpiewał na cześć wsi: "Chłop potęgą jest i basta!" A
                      tymczasem wokół wsi wesołej, wsi spokojnej działy się dzieje. Doczekaliśmy się
                      w III Rzeczypospolitej, że przemysłowa i morska Holandia zasypuje nasz rynek
                      swoją sałatą, swoim warzywnictwem i ziemniakami wczesnymi. Nasze rolnictwo,
                      nasze sadownictwo i ogrodnictwo - to wciąż jakość podlejszego gatunku, wciąż w
                      tyle przemysłowego Zachodu. Ale mamy za to "zdrowy chłopski rozum" na chorej
                      na niewydolność wsi; mamy nie skażony zgnilizną Zachodu zdrowy, katolichy -
                      przepraszam - katolicki charakter narodowy.
                      Wśród zakłamań, jakimi naładowana jest samoświadomość polakatolika, pobłyskuje
                      ten oto klejnocik szlacheckiej tradycji: "wolni z wolnymi - równi z równymi!"
                      Spotykamy go też w wersji: "szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie." To
                      pochlebstwo musiał chyba wymyślić jakiś sprytny magnat, kiedy na sejmiku
                      zbierał dla siebie kreski gołych panów braci. Tę równość lekce sobie ważyli
                      wielmoże, gdy zabiegali o tytuły hrabiowskie za granicą, czy choćby tylko
                      papieskie szambelańskie. Z drugiej strony zwykły szlachcic, wychowanek
                      jezuitów, co się wieszał klamki pańskiej, padał do nóg, obejmował kolana - to
                      był cwaniak, pozbawiony godności własnej. Był bity w szkole, brał batogi w
                      domu, tyle że na kobiercu. W szkole nauczono go donosicielstwa, na pokojach
                      pańskich - lokajstwa, tyle że rękodajnego.
                      Ani wolności, ani równości w I Rzeczypospolitej nie było dla zwykłego
                      obywatela. "Biada szlachcicowi, który by się ośmielił stanąć na własnych
                      nogach, mieć swoje przekonanie i samodzielnie działać. Gdy namowa nie
                      skutkowała, najbliższy urażony magnat przemocą go najechał, zagrabił, spalił i
                      złupił, a spra- wiedliwość, usłużna magnatowi, milczała."6) Dwa tomy opisu tej
                      szlacheckiej, XVII-wiecznej "wolności" dał nam w swej pracy Prawem i lewem
                      Władysław Łoziński. W tym klimacie duchowym, mocno już nasyconym katolicyzmem,
                      kształtował się charakter narodowy polakatolików.
                      Szlachecka "równość" przybierała czasem formy zgoła groteskowe i w oczach
                      obcych Polskę ośmieszające. W roku 1554 do króla rzymskiego Ferdynanda Polska
                      wysłała dwóch posłów w sprawach granicznych, a mianowicie Marcina Kromera i
                      kasztelana radomskiego Mikołaja Myszkowskiego. "Dla posłów ustawiono dwa
                      krzesła, lecz Myszkowski uważając, że wobec świeżego szlachectwa Kromera
                      (nobilitowany wraz z dwoma braćmi 14 III 1552 r.) winien on w jego obecności
                      stać, szybko usiadł na obu krzesłach równocześnie. Dopiero interwencja
                      Ferdynanda, uważającego, że skoro obaj są posłami, to obaj powinni siedzieć,
                      zmusiła pysznego magnata do ustąpienia Kromerowi miejsca."
                      Spójrzmy też na wolność, którą cieszyło się "Królewskie Wolne Miasto
                      Lwów". "Król Jan III, zatwierdzając radzie w roku 1686 przywilej wolnej
                      elekcji, zwraca szczególną uwagę, by przy wyborze nie decydowały żadne prośby
                      i instancje, a nawet na przekraczających zakaz nakłada dwieście dukatów kary.
                      A jednak w pięć lat potem sam król go przekracza. W roku 1691 mianowicie
                      wstawia się za synem jednego z radców Łopackim, motywując swoją protekcję
                      dobrem miasta." Ofiarą szlacheckiej równości padła niewinna Gertruda
                      Komorowska, jak to wiemy z Marii Antoniego Malczewskiego. Wiele rzeczy i spraw
                      naszej przeszłości czeka na odkłamanie.
                      Równość jest jednak zakodowana w naszym charakterze narodowym, niestety w
                      formie, której istotę oddaje anegdota o Polakach w smolnym kotle w piekle,
                      których pilnować nie trzeba, bo sami ściągają z powrotem każdego rodaka, który
                      by usiłował wydostać się z kotła. W czasach realnego socjalizmu inna postać
                      tej równości - bolszewicka urawniłowka: "wszystkim po równu" cieszyła się
                      uznaniem mas pracowniczych w Polsce. To pragnienie mas znalazło swój wyraz w
                      popularnym w tych czasach powiedzeniu: "czy się stoi, czy się leży, dwa
                      tysiące się należy." W miarę postępującej inflacji dwa tysiące zamieniało się
                      na trzy lub cztery itd., nie zmieniał się jedynie stosunek do pracy.

                      8. Trzeba zeby Polak wydoroslal.....
                      • swarozyc Re: charakter narodowy a katolicyzm 11 16.01.03, 22:09
                        Książę Adam Czartoryski napisał w swym pamiętniku: "Nigdy żaden Rosjanin sam z
                        siebie i nie przymuszony, nie był Polsce życzliwy." Polak nie zapytał sam
                        siebie - czemu to Rosjanin miałby mu być życzliwy? W stosunkach polsko-
                        rosyjskich brak po temu powodów. Historia w pełni tłumaczy postawę Rosjanina.
                        Bolesław Chrobry postąpił jak dziki watażka jakiś, hańbiąc księżniczkę ruską
                        Przecławę. Bolesław Śmiały do nierozumu politycznego dodał zniewagę, targając
                        za brodę witającego go księcia Izjasława. W roku 1535 hetman Jan Tarnowski
                        kazał ściąć 1440 jeńców, dzielnych obrońców Staroduba, po kapitulacji tej
                        twierdzy. Taki mały Katyń po polsku. W roku 1582: "Psków odkupił się
                        dwudziestoma tysiącami dziewcząt do rozdania szlachcie w osobistą niewolę, nie
                        pożałował sobie zapłacić tak wysoką pornograficzną cenę za odstąpienie od
                        szturmu jego warowni." (Tu chyba o jedno zero za dużo? uwaga moja, A.W.).
                        W dniach Wielkiej Smuty w latach 1605-1612 bezeceństwa Polaków w Moskwie na
                        długo wykopały przepaść między obu narodami. Cytuję: "W parę lat później powie
                        Teodor Szeremietiew z poselstwem w Warszawie: ÁRozwięzły żołnierz wasz nie
                        znał miary w obelgach i zbytkach: zabrawszy wszystko, co tylko dom zawierał,
                        złota, srebra, drogich zapasów mękami wymuszał. Niestety! Patrzeli mężowie na
                        gwałty lubych żon, matki na bezwstyd córek nieszczęsnych! Rozpust i wyuzdań
                        waszych zachowujemy pamięć (...) Jątrzyliście serca nasze najobraźliwszą
                        pogardą, nigdy rodak nasz nie był przez was nazywanym inaczej, jak psem
                        Moskalem, złodziejem, zmiennikiem. Od świątyń nawet Boskich nie umieliście rąk
                        waszych powściągnąć. W popiół obrócona stolica, skarby nasze, długo przez
                        carów zbierane, rozszarpane są przez was, państwo całe ogniem i mieczem
                        okropnie zniszczone..." Nie polskim, ale katolickim interesom służyć miała
                        afera z Samozwańcem. Za poparciem tej afery ozwał się w senacie Polski tylko
                        jeden głos, a był to głos arcybiskupa. Złą przysługę narodowi wyświadczają
                        układacze podręczników naszej historii przemilczając ciemne jej strony, które
                        tak czy owak z czasem wychodzą na jaw. O naszej polityce wschodniej trzeba
                        powiedzieć wyraźnie, że począwszy od XVI wieku dyktował ją Rzym i wyznaczał
                        jej dwa zadania, sprzeczne z żywotnym interesem Polski. Pierwsze streszczało
                        się w propugnaculum Christianitatis, które bezmyślnego Sobieskiego zagnało aż
                        pod Wiedeń, w czasie gdy Turcja trzymała Kamieniec i szmat Ukrainy; drugie -
                        to nie mniej szkodliwa dla Polski papieska akcja "Pro Russia". Narzędziem tej
                        akcji była I Rzeczpospolita, bazą tych poczynań była też druga, i taką też
                        rolę spełniać ma dzisiaj trzecia. Chodzi tu o odwieczną, przynajmniej od
                        czasów Possevina, mrzonkę Rzymu o nawróceniu Rosji na katolicyzm.
                        Przejdźmy do innego nie mniej ważkiego zagadnienia - do sprawy naszych powstań
                        narodowych. Na mocy postanowień Kongresu Wiedeńskiego z roku 1815 powstało
                        Królestwo Polskie, złączone unią personalną z cesarstwem Rosji, czyli że
                        każdorazowy cesarz rosyjski był królem Polski, koronowanym w Warszawie. Miało
                        Konstytucję nadaną przez cesarza, miało własny sejm, rząd, administrację,
                        szkolnictwo, skarb i wojsko trzykrotnie liczniejsze niż miała dawna
                        Rzeczpospolita. Pozbawione Ziem Zabranych (Litwa, Białoruś, Ukraina), liczące
                        cztery miliony ludności Królestwo Polskie było maleństwem w stosunku do Rosji,
                        miało jednak dla niej ogromne znaczenie.
                        Od Katarzyny II Rosja dążyła do wchłonięcia całej Polski. Zmuszona do
                        podzielenia się nią z sąsiadami Rosja w swych dalekosiężnych planach wciąż
                        miała za cel złączenie wszystkich rozdartych ziem polskich pod berłem carów.
                        Paradoksalnie - ten interes Rosji zbiegał się z interesem Polski. Nieodzownym
                        etapem do przyszłej, wymarzonej niepodległości było zjednoczenie wszystkich
                        ziem polskich. Dla każdego przeciętnego umysłu było jasne, że umożliwiało je
                        tylko wykorzystanie istniejącego już pod kontrolą Rosji Królestwa Polskiego.
                        Autonomiczna Galicja z jej polityką "Przy Tobie Najjaśniejszy Panie stoimy i
                        stać chcemy" to była wszak zrezygnowana, ślepa uliczka. Odrodzenie Polski
                        wyjść mogło tylko z Warszawy, gdzie na tronie polskim zasiadał król-cesarz.
                        Zrealizować taką wizję idąc ręka w rękę z Rosją mogli ludzie mądrzy, ludzie
                        formatu Druckiego-Lubeckiego. Nie dorosło do niej bezmózgie krzykactwo
                        zapaleńców ze szkoły Lelewela. Nie było lepiej i w kołach ówczesnej prawicy.
                        Warto przytoczyć tu uuwagę Pawła Jasienicy: "Inteligentni konserwatyści to
                        jednak coś lepszego od konserwatystów głupich. Przekonywają o tym chociażby
                        dzieje Anglii. W Królestwie, niestety, zdecydowaną przewagę miała ta druga
                        odmiana."4) Tylko ludzie "rozumni szałem" mogli swą głupotę polityczną
                        wyśpiewać w takiej pieśni:

                        Koń i ramię - oj, nie kłamię -
                        Nawet pułki diabłów złamie!
                        ................................................
                        Najprzód Rusi łeb paść musi;
                        A jak nad nim kruk zakraka,
                        Nie zabawim -
                        I oprawim
                        Naszą lancą i Prusaka:
                        Hej, Prusaka-nieboraka
                        Spławim Wisłą bez flisaka!
                        Czy już basta? dziatwo Piasta!
                        O, nie basta! A dukaty
                        Za dzierżawę,
                        I za strawę,
                        Za Wieliczkę i Karpaty!
                        Dalej zuchy, Szwabom baty,
                        A kraj stanie po Karpaty!

                        Znamienne były słowa Mikołaja I do jednego z polityków polskich już po upadku
                        Powstania (są u Mariana Brandysa w jednym z jego tomów z cyklu Koniec świata
                        szwoleżerów), cytuję z pamięci: "Mógłbym przebaczyć wam to, żeście mnie
                        zdetronizowali, ale nie przebaczę wam nigdy tego, żeście mnie rzucili w
                        objęcia Niemców." Co to znaczyło? Na czym polegała klęska Polski i
                        niepowodzenie Rosji? Powstanie przekreśliło nie tylko bezcenne samo w sobie
                        Królestwo Polskie. Przepadło, być może dalekie, ale przecież niewykluczone
                        słowiańskie, polsko-rosyjskie kondominium w Europie Środkowo-Wschodniej. Taka
                        wizja rozwiała się w roku 1831 na polach Grochowa.
                        Musiało przyjść Święte Przymierze, konwencja Alvenslebena, a w roku 1905
                        odpowiedź miarodajnego Rosjanina polskiemu posłowi do rosyjskiej Rady
                        Państwa: "Autonomia? Chcielibyśmy ją wam dać, ale nie możemy" - w domyśle:
                        sprzeciwiają się Niemcy Wilhelma II. Wróćmy jeszcze do Królestwa Polskiego, w
                        taki głupi sposób utraconego: "Wroga jednak nie miała Polska w W. Ks.
                        Konstantym", napisał Smolka.5)
                        Myślę, że na swój samodzierżawny sposób wrogiem Polski nie był też, z koroną
                        polską na głowie, syn Wasylowy.
                        Wśród gloryfikatorów naszych powstań uznaniem się cieszył pogląd,
                        wypowiedziany zdaje się przez Stefana Żeromskiego, że "Trzeba rozrywać rany
                        polskie, żeby się nie zabliźniły błoną podłości." Na dnie tego efektownego
                        frazesu widzę podświadome przyznanie, że Polak potrafi dla ojczyzny ginąć, nie
                        potrafi dla niej pracować. Dość rozpowszechnione jest mniemanie, wypowiadane
                        po cichu, że w naszym charakterze narodowym są braki. Bohaterszczyzna
                        bezsensownych porywań się do szabli miała to dręczące uczucie zagłuszyć, a
                        klęskowe cierpiętnictwo podnieść do wyżyn wartości duchowych.
                        W chwili gdy to piszę, a piszę o naszym charakterze narodowym, Polskie Radio
                        nadało komunikat dotyczący tego właśnie tematu. Przewodniczący Komisji
                        Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego podał, że na najbliższym posiedzeniu
                        Sejmu zgłosi wniosek o odwołanie tych członków komisji, którzy przez swą
                        nieobecność powodują brak wymaganego quorum, co paraliżuje przygotowanie
                        projektu nowej Konstytucji dla trzeciej Rzeczypospolitej, tej, która od pięciu
                        lat nie zdołała jej jeszcze sobie uchwalić. Mamy więc pokazany przez radio
                        całemu światu stosunek polakatolika do jego obowiązków. Wygląda to na
                        lekceważenie pracy, a może nawet na coś gorszego - sabotaż. Przygotowywany
                        projekt nowej Ustawy Zasadniczej nie odpowiada Kościołowi katolickiemu. Losy
                        Kodeksu praw Andrzeja Zamoyskiego za Stanisława Augusta pouczają nas, że
                        Kościół katolicki potrafi wpływać na legislację w Polsce we własnym jego
                        interesie, a na jej szkodę. Tylko powstaniu Komisji Edu
                        • swarozyc Re: charakter narodowy a katolicyzm 12 16.01.03, 22:13
                          Tylko powstaniu Komisji Edukacji Narodowej nie zdołał przeszkodzić, choć się
                          starał. Zaszkodzili jej, ale wyłącznie w charakterze prywatnym, dwaj biskupi,
                          znani grabieżcy. Charakterologię polakatolika uzupełnijmy innym przykładem o
                          jego stosunku do swych obowiązków. Najpierw cytat: "27 września między godziną
                          1700 a 1800 wylądował (startujący z lotniska w Bukareszcie) na starym
                          mokotowskim polu wyścigowym pod ogniem niemieckim samolot polski typu ÁSum7 z
                          wysłannikiem Naczelnego Dowództwa. Przybył na nim mjr dypl. mgr Edmund Galinat
                          z rozkazem Naczelnego Wodza, polecającym zorganizowanie podziemnej organizacji
                          polskiej do walki z Niemcami." Dowódca armii "Warszawa", powiadomiony o
                          lądowaniu samolotu, na próżno czeka na wysłannika. Rozsyła więc swoich
                          oficerów na poszukiwania. Ci znajdują pana majora w jakiejś restauracji, w
                          towarzystwie koleżków, mocno już pijanego. Słaniającego się na nogach
                          doprowadzili wreszcie tego specjalnego kuriera przed oblicze dowódcy armii w
                          oblężonej w roku 1939 Warszawie. Dodajmy, że tenże mjr mgr Galinat sprawował
                          od roku 1938 kierownictwo Związku Młodej Polski, organizacji
                          piłsudczykowskiej. W związku z tematem naszych rozważań nie można pominąć
                          wypowiedzi Józefa Piłsudskiego, który powiedział o swoich
                          rodakach: "...przyglądałem się bacznie, szukając ustawicznie stwierdzenia lub
                          osłabienia prawdy, którą dotychczas, tzn. do roku 1918, spotykałem. Prawdy, że
                          naród polski jest słaby wewnętrznie, (...) i dlatego łatwo służy obcym,
                          dlatego nie widzi wstrętu do służby obcemu - a nie dla siebie jedynie - że
                          zatem jest mniej wartościowy w porównaniu z innymi narodami, u których tego
                          nie znajduję." Los oszczędził Piłsudskiemu widoku klęski wrześniowej i ohydy
                          masowego donosicielstwa rodaków na rodaków do władz okupanta. Istnieje pokaźna
                          liczba publikacji powojennych na ten temat, są raporty i dokumenty władz
                          Polski Podziemnej, są liczne relacje ustne poszczególnych świadków. Cytuję
                          dokumenty: Z raportu Komendy Okręgu Lubelskiego AK z 30 I 1942 roku: "Służalcy
                          niemieccy: cały szereg podanych nazwisk świadczy o współpracy, przeważnie
                          Polaków z Gestapo i policją niemiecką. Między nazwiskami są żony oficerów
                          polskich." Sprawozdanie komendanta rejonu Zamość AK z 1 IX 1943: "Na terenie
                          rejonu stwierdzono wielu szpiclów, przeważnie rekrutujących się z młodzieży
                          gimnazjum." W styczniu 1944 komendant rejonu Biłgoraj donosił do Komendy
                          Obwodu: "Gestapo rekrutuje swój wywiad przeważnie spośród miejscowych młodych
                          panieniek." W rozkazie Obwodu Krasnystaw z 24 VI 1944 podana jest taka
                          informacja: "W ostatnich dniach Gestapo wysłało w teren dużą ilość
                          inteligentnych szpiclów celem dostarczenia dokładnych wiadomości co do spraw
                          wojskowych i politycznych w naszym obwodzie. (...) Będą zachowywali się jak
                          bardzo dobrzy Polacy, pragnący walki z okupantem i odrodzenia niepodległości
                          Polski." Inteligentów do szpiclowania dostarczyła Niemcom inteligencja polska.
                          To Lubelskie. W Krakowskiem widział to samo prof. Wyka: "Lichota materiału
                          ludzkiego, oto codzienne, paskudne doświadczenie tych okolic. (...) Od
                          pierwszych dni wkroczenia Niemców obserwujesz tę plagę, nie możesz się z nią
                          oswoić i nie umiesz wytłumaczyć jej przyczyny. Fakty zaś są takie - wybieram
                          skromną cząstkę z obfitego łańcucha: oto żona biegnie na komendę niemiecką ze
                          skargą na swojego męża, że ten posiada broń, że słucha radia, że obraża
                          Hitlera. Następuje rewizja, wszystko na szczęście okazuje się kłamstwem. (...)
                          Oto baba wiejska przybiega z wieścią, że proboszcz miejscowy oddał wprawdzie
                          stary aparat radiowy, ale nowy ma schowany w łóżku i stale słucha radia. Oto
                          inna baba wnosi dokładnie napisane pismo, że sołtys miejscowy wie o ukrywaniu
                          się we wsi działaczy śląskich, którzy mieszkają u takich a takich gospodarzy -
                          z nazwiskami. Oto dawny zarządca lasów, zgłaszając się do współpracy z
                          okupantami, przedstawia im ludzi niepewnych spośród dotychczasowego zarządu
                          dóbr. Oto żaden kupiec, który najcenniejsze towary przed ucieczką dobrze
                          zamurował, nie znalazł swojego dobytku, bo ten sam mistrz kielni, który
                          murował, pobiegł i pokazał, gdzie należy odmurować.
                          Wszystkie klasy, wszystkie warstwy zgodnie współpracują. Inteligent, który
                          ongiś przeczytał Mein Kampf, rzemieślnik, chłop (...) Niemcy to widzą - w
                          geście, w psim spojrzeniu, w lizusowskim i obleśnym uśmiechu, w ogniu do
                          papierosa, który na wyścigi wylatuje z kilku naraz kieszeni... (...) Tak
                          zachowuje się wieś, tak miejski żółtek na sklepiku z trzema półkami, tak
                          inteligent prowincjonalny. Te same anarchiczne, rozsadzające wady charakteru
                          szlachty polskiej powtarzają się wśród ludu, miasteczkowego i miejskiego
                          prostactwa i inteligencji tych okolic. Czyżby charakter narodowy, szczególnie
                          jego niedostatek, był trwalszym od historii i odradzał się w warstwach, które
                          z pozoru powinny być wolne od tych niedostatków, albowiem historycznie w nich
                          nie uczestniczyły? Ci ludzie na swoim maleńkim podwórku czynią to samo, co
                          magnaci osiemnastowieczni odwołujący się do cudzych potęg, potulni wobec nich,
                          anarchiczni wobec władzy własnej." Tak, to prawda, że warstwy nieszlacheckie w
                          herbowej anarchii nie uczestniczyły. Uczestniczyły natomiast, i to jak
                          najbardziej, w postaci surowca w perpetuum mobile katolickiej wytwórni
                          charakterów, która miała monopol na produkt. Ten produkt - to katolik, a w
                          lepszym gatunku: polakatolik, mógł mieć wszelkie przymioty prócz godności
                          narodowej czy w ogóle godności ludzkiej. Jeden taki specimen pozwolę sobie
                          zaprezentować Czytelnikom na podstawie opowiadania pani K., którą poznałem po
                          wojnie we Wrocławiu. Małżeństwo K. mieszkało przed wojną w Inowrocławiu. W
                          czasie okupacji zostało stamtąd wysiedlone przez Niemców i osiadło w Krakowie.
                          Pan K., człowiek rzutki, rychło urządził się w tym mieście i wysiedleni żyli
                          względnie dostatnio jak na warunki okupacyjne. W domu, w którym zamieszkali,
                          mieszkała o piętro niżej wraz z córką wdowa po sędzi. Córka, pracownica
                          jakiegoś biura niemieckiego, za popełnione tam nadużycia odsiadywała wyrok w
                          więzieniu. Samotna wdowa, nazwijmy ją Anna Kłodnicka, była katoliczką bardzo
                          pobożną, codziennie chodziła na mszę, często przystępowała do komunii. Była
                          też częstym gościem u pani K., która pomagała materialnie ubogiej sąsiadce.
                          Pewnego dnia zjawia się u pani K. Niemiec z Kripo (Kriminalpolizei), robi
                          rewizję i nie znalazłszy czego szukał poleca rewidowanej zgłosić się do biura
                          Kripo przy ul. Na Szlaku. Gdy po godzinie pani K. zgłosiła się tam, Niemiec,
                          ten sam co ją rewidował, pokazuje jej jakiś papier: "Lesen Sie, bitte." Był to
                          donos, że pani K. handluje złotem i biżuterią. Donos podpisała Anna Kłodnicka!
                          Otóż gdy profesor Wyka, naukowiec, stwierdza lichotę obserwowanego przez
                          siebie materiału ludzkiego i decyduje się na skojarzenie tej lichoty z
                          charakterem narodowym, to można by się dziwić - dlaczego zatrzymał się przed
                          dalszym logicznym ogniwem skojarzeń i nie dotarł do wytwórni charakterów w
                          Polsce, do katolicyzmu. Można by - gdyby ktoś zapomniał, że temat katolicyzmu
                          jako genezy charakteru narodowego jest w Polsce absolutnym tabu, o którym już
                          wyżej była mowa. Ulicą idzie para wyrostków. Są czymś wyraźnie podnieceni,
                          żywo gestykulują. Nagle z ust jednego pada zniecierpliwione "Jezus Maria!"
                          Tego jezusmaria nie nauczyła chłopców PRL-owska szkoła. Czekało na nich w
                          chwili ich urodzin w domu rodzicielskim. Tam, w polskim domu zagnieździło się
                          to palestyństwo przed wiekami, przyniesione przez czarnych roznosicieli
                          cudowności obcych naszemu krajowi. Bezmyślny, automatyczny odruch warunkowy
                          trwa z pokolenia na pokolenie i wyskakuje przy lada okazji i wszędzie. To
                          jezusmaria, świadczące o wiekowej tresurze bezmyślnego polakatolika, usłyszeć
                          można z ust chirurga, policjanta, inżyniera, nie mówiąc już o naszych
                          kobietach, wśród których taki automatyzm móżdżków jest codziennością.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka