figi.gov.pl
03.04.07, 17:14
z czysto formalnego punktu widzenia współpraca ze służbami PRL niczym nie
różni się od współpracy ze służbami obecnymi i w żadnym razie nie może być
traktowana jako przestępstwo, oczywiście pod warunkiem, że nie doszło do
łamania wówczas obowiązującego prawa
co więcej, PRL posiadała nie tylko legitymację formalną, bywały okresy, gdy
system popierała większość narodu, czego najprostszym dowodem chociażby
frekwencja na tzw. wyborach, o innych formach premanentnej “kolaboracji” już
nie wspominając
natomiast lustracyjne kwity zdobywane były z reguły nielegalnie, w sposób
sprzeczny nawet z PRL-owskim prawem, i jako takie nie powinny być dowodem w
jakimkolwiek postępowaniu urzędowym, zwłaszcza przy znikomej ich
wiarygodności
skoro mamy do czynienia z kwestiami natury etycznej czy moralnej, to od oceny
tego rodzaju postaw cywilizowane państwo winno trzymać jak najdalej – i im
dalej, tym dla obywatela lepiej
swoistym zwodem, pozwalającym ominąć część wymienionych zastrzeżeń było
wprowadzenie pojęcia karalnego “kłamstwa lustracyjnego”, sprowadzające rzecz
do prostego i chyba skutecznego (do czasu otwarcia archiwów) mechanizmu
prewencyjnego - jeśli masz coś za uszami, to się nie pchaj się na afisz, bo
wtedy, rzecznik i sąd lustracyjny wraz z instytutem pamięci narodowej się za
ciebie wezmą
miało to jakiś sens w odniesieniu do “górnej półki” - polityków i wyższych
urzędników, czyli osób pełniących f u n kc j e (!) publiczne, a straciło go
całkowicie w momencie objęcia tak rozumianą lustracją szerokich grup z a w o
d o w y c h (!), bowiem argument, że zlustrowany notariusz w Pcimiu jest
lepszy od notariusza niezlustrowanego nie wytrzymuje krytyki, nawet gdy jest
podnoszony przez funkcjonariuszy Pałacu i publicystów Rzeczypospolitej razem
wziętych
podobnie hipoteza - że zlustrowany pierwszoligowy prawnik, dziennikarz czy
naukowiec będzie lepiej wykonywał swój zawód od niezlustrowanego nadal nie
może się doczekać przekonywującego dowodu
w tym kontekście instytucja “deklaracji lustracyjnej” (zwana też kaczą
lojalką) stała się instrumentem upokarzającej oraz całkowicie nieuprawnionej
ingerencji państwa w sfery zawodowe i osobiste obywateli, zmuszając w dodatku
(polityk nie musi, może zrezygnować) do udziału w tym szemranym pokerze
(stawką jest prawo wykonywania zwodu!) liczne oraz - mniej lub bardziej, ale
jednak - szanowane grupy społeczne, co mogło się urodzić jedynie w umyśle na
wskroś robaczywym
a po co nam ta deklaracyjna żaba - żeby wyłowić kilku donosicieli, którzy
mogliby się prześlizgnąć przez oka kaczej sieci?
reasumując - lustracja jest złem i przyniesie więcej szkód niż korzyści, ale
w pewnym sensie (rozumiana jako otwarcie archiwów) jest złem koniecznym (coś
jak kacza koalicja), bo z tym teczkowym garbem trzeba coś wreszcie zrobić
problem w tym, że w atmosferze histerii, politycznej nagonki i medialnego
linczu, roznieconej przez lustratorów i obliczonej na rozgrzanie najniższych
instynktów, atawizmów i frustracji (patrz wpisy rozmaitych moralistów na
niniejszym forum) straty będą ogromne...