Dodaj do ulubionych

Rokita contra MICHTRIX?

IP: 212.160.235.* 17.06.03, 00:26
www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_030614/plus_minus_a_4.html

Ale spoko - poniedziałkowa 'Wybiórcza' już dała 'słuszny odpór' ;)

Obserwuj wątek
    • Gość: robro Rokita contra MICHTRIX i LEW IP: *.acn.pl 17.06.03, 07:22
      A gdzie zginął Rywin?
    • wienczyslaw Między wódeczką a SMS-ami - tekst z Rzepy 17.06.03, 09:22
      Gość portalu: MOr napisał(a):

      Czolem MOr

      Teksty z Rzepy trzeba teraz wklejac bo ichnie archiwum od jakiegos czasu jest
      platne i za kilka dni nikt nie bedzie wiedzial do jakiego tekstu pijesz.

      Pozdrawiam - stary znajomy
      ********************************************************

      Z JANEM ROKITĄ ROZMAWIAJĄ MAŁGORZATA SUBOTIĆ I IGOR JANKE


      Między wódeczką a SMS-ami


      Rz: Jakie były najważniejsze rzeczy, których dowiedział się pan podczas
      przesłuchań w komisji śledczej badającej tzw. aferę Rywina?

      JAN ROKITA: Zacznijmy od jednego faktu: ani Adam Michnik, ani ministrowie w
      swoich oświadczeniach wstępnych nie wypełnili zobowiązania, że będą mówić całą
      prawdę.

      To znaczy?

      We wstępnych oświadczeniach nikt nie powiedział komisji o jednym z
      najciekawszych spotkań, o jakich do tej pory się dowiedzieliśmy. To znaczy o
      zebraniu, które odbyło się 22 lipca 2002 roku w salonach przylegających do
      gabinetu premiera w jego siedzibie w Alejach Ujazdowskich. W spotkaniu
      uczestniczył szef rządu, minister kultury, szef gabinetu politycznego premiera,
      pani minister Jakubowska oraz kierownictwo koncernu Agora oraz szefowie "Gazety
      Wyborczej".

      Dlaczego to takie ciekawe? Dziwi pana skład?

      To zebranie, które wykryliśmy przypadkiem, okazało się być kluczową naradą
      między rządem a Agorą, mającą przesądzić o kształcie przyjmowanej następnego
      dnia przez rząd ustawy o radiofonii i telewizji. Ostatnia narada przed
      przyjęciem jakiejś ustawy odbywa się z udziałem kierownictwa rządu i prywatnego
      koncernu, który ma interes w sprawie! Nie wiadomo, dlaczego tam byli
      przedstawiciele Agory, bo równie dobrze Leszek Miller mógł tę naradę odbyć z
      prezesem Solorzem z Polsatu albo z panami Wejchertem i Walterem z TVN.

      Jak się o tym spotkaniu dowiedzieliście?

      Całkowicie przypadkowo. Helena Łuczywo, zeznając o swoich kontaktach z minister
      Jakubowską w sprawie ustawy, powiedziała nam, że tuż po konfrontacji z udziałem
      Millera, Michnika i Rywina, która odbywała się w gabinecie premiera, w innym
      pokoju toczyły się negocjacje między paniami Jakubowską i Łuczywo w sprawie
      kształtu ustawy. Te zeznania nie były precyzyjne. Nie było jasne, czy te
      spotkania odbywały się w tym samym czasie, i jak daleko od siebie. Zacząłem to
      drążyć w kolejnych pytaniach. I tak świadek po świadku, zeznanie po zeznaniu,
      okazało się, że nie było żadnych dwóch spotkań, tylko jeden ciąg zdarzeń.
      Słynna konfrontacja z Rywinem przekształciła się w naradę, na którą dochodziły
      kolejne osoby. Dla mnie odkrycie tej narady jest jak do tej pory jednym z
      najciekawszych dokonań komisji. Może drugim - obok pasjonującej rekonstrukcji
      trybu prac nad całą tą ustawą. Bo był on zaiste baśnią z tysiąca i jednej nocy.

      Jeszcze drugi dziwny, podobny fakt - maile wysyłane przez Aleksandrę Jakubowską
      do Wandy Rapaczyńskiej z fragmentami ustawy z pytaniem, czy Agora akceptuje te
      zapisy.

      To wszystko jest kuriozalne. To, co nazywane jest negocjacjami i kompromisem,
      odbywa się poza jakimkolwiek trybem. Ma się wrażenie, jakby państwo
      przekształcone zostało w prywatny biznes. W "Rzeczpospolitej" można było
      przeczytać, że władze Orlenu, wielkiego państwowego koncernu, obsadzane były w
      bardzo podobnym trybie. Działo się to podczas narady prezydenta i premiera z
      szefem innego wielkiego koncernu prywatnego. A ponieważ temu doniesieniu nie
      zaprzeczył nikt z uczestników tej narady, traktuję to jako fakt. A więc narada
      22 lipca wieczorem nie była czymś wyjątkowym. Wygląda na to, że to jest norma
      postępowania rządu SLD. Sprawy kluczowe dla państwa, w których mają interes
      prywatne firmy, rozstrzygane są wspólnie przez premiera, prezydenta albo
      ministrów z udziałem którejś z zainteresowanych stron. Jeśli taka norma w
      Polsce się wytworzyła, to znaczy, że mamy do czynienia nie z korupcją, ale ze
      skorumpowaną demokracją. To jest republika bananowa, a nie państwo prawa.

      Czy uważa pan, że rządzą nami układy oligarchijno-mafijne?

      Tak. To jest wariant Jelcyna. W Europie rzecz nie do pomyślenia. To nie
      przypomina państwa, to nawet nie przypomina porządnie zarządzanej spółki z
      ograniczoną odpowiedzialnością. To przypomina amerykański film o czasach
      prohibicji w Stanach Zjednoczonych.

      A dlaczego w przypadku tej ustawy właśnie Agora miałaby mieć jakieś specjalne
      względy?

      Chwilę później inny świadek zeznaje, że prezesa Polsatu miano zapytać: "A co my
      (czyli państwo polskie) możemy zrobić dla ciebie, byś się nie sprzedał Agorze".
      To jest w gruncie rzeczy bardzo podobna sytuacja. Jest grupa firm posiadających
      klauzulę szczególnych stosunków!

      Z kim, z rządem?

      To jest kluczowe pytanie: z kim? Z Polską. Na tym polega ta choroba. Bo gdyby
      to były stosunki z Leszkiem Millerem, to by nie było problemu. Problem polega
      na tym, że Miller jest premierem państwa polskiego.

      Czy cała komisja ma takie samo zdanie na ten temat?

      Mam nadzieję, że ta patologiczna procedura zostanie w jasny sposób ukazana w
      raporcie. Powinien on się stać szeroko rozpowszechnionym podręcznikiem dla
      ludzi biorących udział w jakimkolwiek procesie legislacyjnym. Podręcznikiem na
      temat tego, jak nie wolno pracować nad ustawą. Pracę rozpoczyna organ, o którym
      wiadomo, że nie jest do tego uprawniony. A w każdym razie nie ma prawa
      inicjatywy ustawodawczej.

      Ma pan na myśli Krajową Radę Radiofonii i Telewizji?

      Tak. A decyzja, że to pani Aleksandra Jakubowska kieruje pracami nad tą ustawą
      w rządzie, zapadła, zanim jeszcze rząd rozpoczął jakiekolwiek prace.

      Co w tym nagannego?

      Oto jest sytuacja, w której nie ma nawet pierwszego projektu jakiejkolwiek
      ustawy, jest tylko ogólna idea, że trzeba ją uchwalić. A w ministerstwie
      kultury jest już wiceminister, który ma prawo do wyłączności zajmowania się
      nią. A kiedy przestaje być wiceministrem kultury - nadal bezprawnie
      reprezentuje w tej sprawie rząd, mimo protestów prezydenta. Potem się okazuje,
      że już wcześniej najważniejsze finansowe zapisy projektu ustawy przygotowywała
      jedna, przez nikogo nie upoważniona osoba - pan Włodzimierz Czarzasty. Jedną z
      najtrudniejszych i najbardziej tajemniczych decyzji, umożliwiającą prywatyzację
      TVP, podejmuje komputer... Toczyła się długa debata, czy ma być tak czy tak,
      ale nikt nie podjął decyzji, tylko z komputera wyskoczyło, że ma być tak, a nie
      inaczej.

      Chodzi panu o zeznanie Juliusza Brauna?

      Tak. Potem się okazuje, że Rada Ministrów przyjmuje tekst, ale w sprawie zakazu
      współwłasności czasopism i mediów elektronicznych Rada Ministrów uchwaliła w
      domyśle coś innego od tego, co uchwaliła i przesłała do Sejmu. Pod tym samym
      numerem i pod tą samą datą pojawiają się dwa druki sejmowe, nieopatrzone żadnym
      rozróżnieniem, poza różnicą jednego słowa na stronie 25. Ale właśnie to jedno
      słowo przesądza o paru setkach tysięcy dolarów w jedną albo w drugą stronę.
      Słowo "czasopisma". Problem leży w tym, czy ograniczenia własności mediów
      elektronicznych mają być stosowane wyłącznie do właścicieli gazet, czy też do
      właścicieli czasopism. Najprawdopodobniej dokonano zwykłego fałszerstwa druku
      sejmowego.

      A jaką rolę, pańskim zdaniem, odgrywał w pracach nad ustawą Lech Nikolski?

      Nie jest jasne, w jakim charakterze i z jakimi kompetencjami umocowany jest w
      sprawie tej ustawy szef gabinetu politycznego premiera, który przeprowadza dość
      rozległe konsultacje na własną rękę. Formalnie upełnomocniony w Sejmie minister
      kultury oświadcza podczas prac komisji śledczej, że... pierwszy raz o tym
      słyszy.

      A podobno obaj panowie dobrze się znają...

      I nie jesteśmy w stanie dzisiaj stwierdzić, że ktokolwiek komukolwiek dawał
      jakiekolwiek formalne upoważnienia do negocjacji z partnerami społecznymi czy
      biznesowymi. Te rozmowy prowadzą różni ludzie. Nie jest jasne, czy w tym samym
      kierunku, czy każdy na własną rękę. Czy jest nad nimi jakaś kontrola, czy nie
      ma.

      Skąd pan wie, że tego nikt nie koordynował?

      Powiedz
      • wienczyslaw Między wódeczką a SMS-ami - tekst z Rzepy (cd) 17.06.03, 09:23
        Skąd pan wie, że tego nikt nie koordynował?

        Powiedziała to wyraźnie pani Danuta Waniek: nie było żadnej strategii rządu w
        sprawie tej ustawy. Nie było żadnych takich zamiarów w programie wyborczym SLD.
        Ale wiemy, że odbywa się wiele spotkań biznesowych prowadzonych przez kilka
        osób ze ścisłego otoczenia premiera i te osoby bez żadnych dokumentów przy
        różnych stoliczkach, w kawiarniach, piszą sobie a to taki, a to inny fragmencik
        ustawy. Naiwnym byłby ten, kto by sądził, że ktoś sporządził jakikolwiek
        dokument urzędowy na ten temat. Z tego, że jednego wieczoru przy wódeczce
        porozmawiają tak, a drugiego wieczoru przy koniaku inaczej, może wynikać
        zasadnicza odmiana tekstu ustawy. Finałem jest biznesowa rozmowa 22 lipca
        wieczorem na temat tego, jak ma to ostatecznie wyglądać. Rozmowa między szefem
        rządu a przedstawicielami jednego z koncernów. Po czym Rada Ministrów z
        podniesionym czołem podejmuje ostateczną decyzję w sprawie ustawy.

        Czy ten mechanizm, który pan opisał, to jest właśnie sposób funkcjonowania tzw.
        towarzystwa?

        To jest mechanizm rządzenia w państwie Leszka Millera. To jest mechanizm
        stanowienia praw w państwie Millera. I tylko dlatego, że taki mechanizm
        funkcjonował, Rywin mógł przyjść z żądaniem haraczu za uchwalenie ustawy. Bo
        jeżeli rzecz się decydowała między jedną wódeczką a drugim koniaczkiem, między
        kolejnymi wulgarnymi SMS-ami - to taki Rywin, czy mu ktoś kazał, czy mu tylko
        dał do zrozumienia - mógł pewnego dnia przyjść i powiedzieć: dajcie pieniądze,
        a my wypijemy jeszcze jedną wódeczkę i będzie tak, jak chcecie.

        Jest pan przekonany o tym, że ten mechanizm ukształtował się za rządów Leszka
        Millera?

        W takim porażającym kształcie widzę go po raz pierwszy. Pamiętam procedury
        uzgodnień ustaw w rządzie w 1993 roku i mogę poręczyć słowem honoru, że w
        tamtym czasie było to absolutnie nie do pomyślenia. To był zupełnie inny świat.
        Kiedy to się tak rozprzęgło, czy tak to wyglądało już w czasach AWS - nie wiem.
        Wiem, że ekipa Millera osiągnęła pod tym względem absolutne apogeum.

        Sprawa Wieczerzaka pokazuje, że podobne mechanizmy działały za rządów AWS.

        Ale ustawy w taki sposób chyba nie powstawały. Choć to prawda, że obyczaj
        ustalania polityki państwa w takich czy innych sprawach z arbitralnie dobranymi
        biznesmenami, z powodów koleżeńskich czy łapówkarskich, kształtuje się od
        pewnego czasu w Polsce. Powtarzam: bez tego obyczaju nie byłoby afery Rywina.
        Ale groza wieje dlatego, że ten obyczaj wdarł się w proces tworzenia prawa.

        Aleksander Kwaśniewski zaapelował, żeby takie nieformalne spotkania towarzyskie
        ukrócić.

        To był dość zabawny apel.

        Dlaczego?

        Z dwóch powodów. Po pierwsze, to Aleksander Kwaśniewski jest twórcą i patronem
        towarzyskich obyczajów polskiego życia publicznego. Na pewno nie jest zatem
        pierwszą osobą, która powinna tego typu apele formułować. Po drugie, jest to
        próba ujęcia w postulat porządkowo-techniczny sprawy zrozumienia i szacunku dla
        fundamentalnego mechanizmu państwa demokratycznego. Nie chodzi przecież o to,
        żeby ktoś się z kimś nie spotykał na prywatnych imieninach! Chodzi o to, by
        działały procedury państwowe, by istniały mechanizmy odpowiedzialności.

        Ale od czegoś trzeba zacząć?

        Można się spotykać, w samym spotykaniu się nie ma nic złego. Problem robi się
        wtedy, kiedy od takich spotkań zaczyna zależeć kształt dokumentu rządowego.
        Zmiana tekstu dokumentu rządowego musi się odbyć w zupełnie innym trybie, w
        zupełnie innym miejscu, pod zupełnie innymi warunkami.

        Czy oprócz informacji o spotkaniu 22 lipca i oprócz poznania procesu
        powstawania ustawy dowiedział się pan jeszcze czegoś ciekawego?

        Jest trzecia kluczowa rzecz. To kwestia sposobu potraktowania afery Rywina
        przez organy państwa. Szef rządu bez żadnej dokumentacji prowadzi jakieś
        postępowanie, organizuje np. konfrontację z przestępcą w swoim gabinecie.
        Prowadzi tak naprawdę czynności z zakresu postępowania karnego. Ale ta
        konfrontacja odbywa się na zasadzie towarzyskiego spotkania. A potem prokurator
        generalny podejmuje prywatne śledztwo. I o tym dowiadujemy się niespodziewanie
        podczas zeznania ministra Kurczuka.

        Prywatne śledztwo?

        Tak. Robi to zupełnie nieformalnie, jakby nie był prokuratorem generalnym. Tu
        się stara wyjaśnić, tam się stara czegoś dowiedzieć. Leszek Miller powiedział
        mu: słuchaj, skontaktuj się z Michnikiem i dowiedz się czegoś o tym! A minister
        sprawiedliwości, gdy ma coś takiego zrobić, to wpadnie do redakcji pewnej
        skandalizującej gazetki, wpadnie gdzieś do kawiarni z Adamem Michnikiem, żeby
        porozmawiać trochę na ten temat, a nawet zaprosi jakiegoś prokuratora, żeby mu
        doradził, co w tej sprawie robić. Po czym zapewne idzie do domu. W domu siądzie
        przed telewizorem albo wyłączy telewizor i zacznie się zastanawiać - wszczynać,
        nie wszczynać. Nie, chyba nie wszczynać postępowania. I nie wszczyna.

        Pan o tym mówi tak, jakby to było śmieszne. A czy to jest śmieszne?

        To jest tragifarsa. To jest groteskowy kontekst zaniku instynktu państwowego. W
        pierwszej części tego sformułowania kryje się żart, w drugiej - tragedia. To
        wymaga zmiany. Potrzebna jest sanacja państwa. To jest istota wyzwania, które
        stoi przed politykami polskimi.

        Czy Polską rządzi "towarzystwo"? I kto to jest to "towarzystwo"?

        Nie lubię tego określenia. Ono nie opisuje istoty rzeczywistości, o której
        rozmawiamy. Jest zbyt pośpiesznie przyjęte z racji tego, że brzmi atrakcyjnie i
        ma dla normalnego człowieka sympatyczny, antyelitarny wydźwięk. Ja nie jestem
        człowiekiem salonu towarzyskiego. Nie lubię salonu, źle się w nim czuję. To
        raczej kwestia temperamentu. Ale salon towarzyski jest normalnym zjawiskiem
        życia społecznego w Europie. Odziedziczyliśmy go po francuskiej kulturze
        politycznej. W salonie ludzie się spotykają i nawiązują kontakty.

        Ale tu mowa o salonie, w którym podejmuje się decyzje, o czym pan przed chwilą
        opowiadał.

        W salonie rozmawia się o niczym. Zawsze tak było. Salon tworzył raczej
        obyczajowy klimat życia publicznego. Natomiast w salonie nigdy nie pojawiali
        się monarchowie po to, żeby tam zasięgać opinii dotyczących podejmowanych
        decyzji. Do balów, na których zabawia się elita kraju, wielkich spotkań,
        hucznych imienin itp. absolutnie nic nie mam. Moim zdaniem pochopnie
        utożsamiono obyczaj towarzyski z obyczajem republiki bananowej albo mafii. I
        nałożono jeszcze na to antyelitarystyczną potrzebę wielu Polaków.

        Chorobą nie jest to, że jacyś ludzie się ze sobą spotykają. Choroba polega na
        tym, że mechanizmy podejmowania decyzji w państwie są mechanizmami na wpół
        bananowymi, a na wpół mafijnymi. Zło nie polega na tym, że Michnik z Urbanem
        pije wódkę w Konstancinie. Niechże sobie pije. Żyjemy w wolnym kraju, to
        problem Michnika i Urbana i ewentualnie reputacji "Gazety Wyborczej", niczego
        więcej. Poważnym objawem choroby są natomiast takie spotkania, jak to z 22
        lipca. To już jest rzecz zupełnie innej natury. Na takich spotkaniach obumiera
        zdrowie państwa.

        Czyli żyjemy w czymś między republiką bananową a mafią?

        Nie. Ta sprawa obnażyła mechanizm podejmowania decyzji, który jest czymś
        pośrednim między republiką bananową a mafią.

        Ale nie jest to mechanizm podejmowania tej jednej decyzji?

        To jest prawda, dlatego jest źle. Natomiast z tego nie należy wnioskować, że
        całość struktur państwa jest tak zdeprawowana, że normalne mechanizmy w ogóle
        nie funkcjonują.

        Jakie trudności może napotkać opracowanie raportu końcowego komisji?

        Bardzo długo rozmawialiśmy o tym, jak mniej więcej ten raport powinien
        wyglądać. Co jest w nim do opisania. Czy ta prawda, która wypłynęła przez
        ostatnie miesiące będzie mogła być opisana w raporcie komisji, tego nie wiem.
        Komisja przyjmuje raport większością głosów. Kompromisu w sprawie prawdy z
        mojej strony być nie może.

        A jeśli ta prawda nie zostanie w raporcie komisji opisana?

        Wtedy powstan
        • wienczyslaw Między wódeczką a SMS-ami - tekst z Rzepy (cd) 17.06.03, 09:25
          Wtedy powstanie raport odrębny, który sam napiszę. -


          koniec cytatu
          • Gość: MOr KAseta, kaseta... IP: 212.160.235.* 18.06.03, 04:32
            Wieniu, kopę lat!!! :)
            Wpadaj czasem na Forum Nowego Państwa, albo przynajmniej Frondy, gdzie ostatnio
            też żeruję. Napisz, co sądzisz o 'MŁOCIE NA MICHTRIXa', bo robi się coraz
            bardziej ciekawie, odezwała się bezpośrednio do mnie Agora i sprawa jest w toku.
            Wklejam kolejny warty zapamiętania fragment z 'Rzepy' (a txty z ostatnich 7
            dni są do przeczytania w Archiwum Rzepy):

            Kaseta, kaseta...

            'Rzeczpospolita' 17.06.03 'Premier znowu nie wytrzymał'
            'Przygotowany na to premier odpowiadał: nie rozumiał i do dziś nie rozumie
            motywów działania Lwa Rywina, nie czekał spokojnie na rozwój wypadków, bo
            rozmawiał o sprawie z szefem ABW Andrzejem Barcikowskim i ministrem
            sprawiedliwości Grzegorzem Kurczukiem, może gdyby znał treść nagrania rozmowy
            Michnik - Rywin, zareagowałby bardziej stanowczo, ale go nie znał, w każdym
            razie na pewno nie zależało mu na wyciszeniu sprawy.'
            Kolejny raz powraca sprawa nagrania - znowu widać, jak przez pół roku Michnik
            je trzymał w zanadrzu, szantażując Millera i SLD
            Pozdrowienia

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka