rysiu_lubicz
04.09.07, 17:36
Poseł Ziobro z PiS. Prawnik. Były wiceminister sprawiedliwości przy
Kaczyńskim w rządzie Buzka. Członek komisji śledczej badającej aferę
Rywina i autor przyjętego przez Sejm jej raportu końcowego. Typowany
na ministra sprawiedliwości - prokuratora generalnego w przyszłym
rządzie PO-PiS. Historia o tym, jak ów Ziobro czynił
sprawiedliwość.
Wpadli do akademika o szóstej rano. Wywlekli Marka K. z łóżka,
rzucili na glebę. Jego kolegów też. Marek K. nie mówił nic, bo
trudno coś gadać, skoro mordę ma się wbitą w podłogę. Nawet nie
gestykulował; ręce miał skute za plecami. Dopiero w komisariacie
przy ul. Królewskiej dowiedział się, o co idzie.
- Pisało się, co? - zapytał z ojcowską troską oficer. Marek nie
wiedział, co się pisało. Okazało się, że pisał anonimy, w których
żądał okupu i groził śmiercią swemu koledze Zbigniewowi Ziobrze.
Marek K. oświadczył, że nigdy nie pisał niczego do Ziobry. No to
skonfrontowano obu panów. Ziobro mówił krótko, ale smacznie: W swych
zeznaniach i zawiadomieniu o przestępstwie powiedziałem, że
podejrzewam go jako jednego ze sprawców anonimów, uważam tak nadal i
jestem w pełni przekonany, że to on, K., wraz z G. są sprawcami
anonimów żądających złożenia okupu kierowanych pod moim adresem.
(...) z rozmów przeprowadzonych z nimi tak wywnioskowałem i
utwierdziłem się w tych przekonaniach. Marek K. niewiele miał na to
do powiedzenia: Uważam, że pokrzywdzony Ziobro Zbigniew ma zmiany w
mózgu. To wszystko, co mam do powiedzenia w tej sprawie. Z anonimami
nie mam nic wspólnego.
Taki jest środek opowieści o latach młodzieńczych Zbigniewa Ziobry,
dziś prominentnego posła PiS typowanego na przyszłego ministra
sprawiedliwości. A początek?
W 1993 r. Zbyszek Ziobro był studentem prawa niczym szczególnym się
nie wyróżniającym. Od lutego 1993 r. na adres mieszkania, w którym
mieszkał, zaczęły przychodzić anonimy brzydko wyrażające się o nim i
jego tatusiu, w PRL prominentnym działaczu PZPR w Krynicy. Potem w
anonimach zaczęły pojawiać się żądania pieniędzy, przy czym wysokość
kwot była różna - od 800 zł do 10 tys. zł. Ziobro nie dał się
zastraszyć wcale a wcale. Poczekał do grudnia i wówczas złożył
doniesienie o popełnieniu przestępstwa. I nie ot, tak. On przyniósł
policji sprawców na talerzu, żeby się gliny nie utrudziły za
bardzo.
Jeden ze sprawców to jego serdeczny przyjaciel ze szkolnej ławki w
szkole średniej, który jakiś czas mieszkał u Zbyszka; drugi to też
kumpel. (...) straciłem do Jarosława zaufanie - zeznał Ziobro - gdy
oddał mi klucze do mieszkania i domofonu i jak stwierdziłem, klucz
od domofonu nie był ten, który sobie dorabiał. Uważałem od tego
czasu stracił u mnie zaufanie i z mojej strony byłem do niego
wewnętrznie mocno sceptycznie nastawiony (pisownia oryginalna z
protokołu policyjnego). W gruncie rzeczy wewnętrznie sceptycznie
nastawiony do Jarosława Ziobro nastawiony był już wcześniej, bo -
jak zeznał na rozprawie - nie odpowiadała mi jego postawa wobec
życia, jego poglądów. Ja znając charakter Jarka podałem mu
nieprawdziwą przyczynę konieczności opuszczenia mojego domu. Marek
K. także nie miał słusznych poglądów: według oskarżonego ważne było
to, aby używać życia nawet kosztem innych. Gdy więc Zbigniew Ziobro
zaczął dostawać anonimy i głuche telefony, nie musiał daleko szukać,
bo od razu wiedział, kto jest sprawcą tych ohydnych uczynków.
Oczywiście, mógł to zgłosić od razu na policję, ale tego nie
uczynił. Dlaczego? Nie zgłaszałem tego na policję i dlatego, że nie
miałem zaufania do policji obawiałem się że podejdą do tego
rutynowo. Chciałem się przeciwstawić w sposób aktywny do działania
sprawców. (...) Od lipca do grudnia nie składałem zawiadomienia gdyż
uważałem, że nie jestem raczej zagrożony, dopóki nie pojawią się
konkretne żądania. Troszkę to nielogiczne, że nie czuł się
zagrożony, choć grożono mu śmiercią, a prawdziwym zagrożeniem stały
się dopiero żądania pieniędzy.
Biegły grafolog Antoni Feluś w swojej ekspertyzie nie miał
wątpliwości. Anonimy były pisane przez Marka K. Sąd Rejonowy w
Krakowie skazał więc Marka K. na rok pozbawienia wolności w
zawieszeniu na 3 lata. Wyrok został orzeczony stosunkiem głosów 2:1.
Jeden z ławników zgłosił votum separatum.
Marek K., wciąż nie przyznający się do winy, złożył apelację żądając
innej ekspertyzy. Sąd przychylił się do prośby. Kolejna ekspertyza
zrobiona w Instytucie Ekspertyz Sądowych w Krakowie przyniosła
odmienne wnioski: Uzyskane wyniki badań dają podstawę do
stwierdzenia, że zakwestionowane rękopisy (...) prawdopodobnie nie
zostały nakreślone przez Marka K. I sąd okręgowy skierował ponownie
sprawę do sądu rejonowego, który uniewinnił oskarżonego. Stało to w
jaskrawej sprzeczności z przekonaniem Zbigniewa Ziobry, że to Marek
K. był sukinsynem, który pisał anonimy. Nim zapadł wyrok na
rozprawie rzucił na szalę ostateczne argumenty. Zażądał, by sąd jako
dowód dopuścił taśmy magnetofonowe z nagrań rozmów Zbigniewa Ziobry
z oskarżonym i jego kolegami. Jakich rozmów? Otóż okazało się, że od
momentu kiedy Zbigniew Ziobro nabrał przekonania, że Marek K.,
Jarosław G. i jego koledzy to zdegenerowane moralnie i poglądowo
jednostki, wziął trud przygotowania dowodów w swoje ręce. Przez
kilka miesięcy nagrywał ich z ukrytego magnetofonu. Próbował kupić
od nich narkotyki, aby było jasne, że parają się dilerką. Odmowa
sprzedaży miała świadczyć o tym, że chcą mu dać skręta marychy za
darmo po to, by się uzależnił. Nagrywał rozmowy w pokojach akademika
i na imprezach, gdzie był zapraszany przez kolegów uważających go za
kumpla. Pokazywał im wyciągi z konta bankowego po to, by później w
sądzie powiedzieć, że oskarżony doskonale orientował się w jego
sytuacji finansowej. Mówiąc krótko próbował ich wypuścić stosując
zwykłą cuchnącą prowokację. Bo on przecież wiedział, kto jest winny.
Reszta nieważna. Gdy sąd odrzucił wniosek o przesłuchanie taśm, o
których Ziobro przypomniał sobie po trzech latach, ten wskazał dowód
mający doprowadzić do zwrotu w rozprawie. Powołał na świadka swojego
młodszego brata, który oświadczył, że rozpoznaje na pewno, iż głos
oskarżonego jest tym samym głosem, który usłyszał w telefonie. Sąd
zadał tylko jedno pytanie: jakim cudem może rozpoznać głos
oskarżonego, skoro Marek K. na rozprawie nie odezwał się do tej pory
ani jednym słowem, a wcześniej młody Ziobro nie znał
oskarżonego?
Ziobro natychmiast złożył odwołanie od wyroku. Sąd okręgowy (wówczas
wojewódzki) wyrok uniewinniający utrzymał w mocy. Koniec? Nie,
przecież Ziobro wie na sto procent, kto jest winien. Składa kasację
do Sądu Najwyższego. W 2000 r. Sąd Najwyższy nie odmawia
wiceministrowi sprawiedliwości, którym był wtedy Zbigniew Ziobro.
Wiceminister, który sam znalazł sprawców i doniósł na nich na
policję, ogarnięty jest słusznym gniewem, budzi respekt. Sąd
Najwyższy uchylił zatem wszystkie dotychczasowe wyroki i przekazał
sprawę do ponownego rozpatrzenia z sugestią, by wykonano trzecią,
ostateczną ekspertyzę.
Trzecia, rozstrzygająca ekspertyza, została wykonana przez Centralne
Laboratorium Kryminalistyczne w Warszawie przy użyciu
najnowocześniejszych metod naukowych. Kosztowała 53 tys. zł.
Opracowanie to kilkusetstronicowa księga, kategorycznie wykluczająca
autorstwo Marka K. W marcu 2003 r., po 10 latach rozpraw, Marek K.
pomówiony przez Zbigniewa Ziobrę został ostatecznie uniewinniony.
Wyrok jest prawomocny.
Przez 10 długich lat trwała sądowa epopeja, bo jeden facet ubzdurał
sobie we łbie i uparł się, że zna sprawcę. Tego przekonania nie były
w stanie zmienić żadne ustalenia. Wiara Zbigniewa Ziobry w to, że ma
monopol na prawdę, była tak niezachwiana, że nie zdołały jej zmienić
żadne dowody i wyroki. Tylko swojemu uporowi Marek K. może
zawdzięczać, że pomówienia Ziobry nie złamały mu życia. Do dziś nie
wie, j