Dodaj do ulubionych

To tylko teatr

IP: *.gen.twtelecom.net 23.07.03, 23:31
KOMENTARZ NACZELNEGO
Tylko teatr
Właśnie minęło okrągłe 10 lat od przyjęcia przeze mnie
tak zwanych święceń kapłańskich w łódzkiej katedrze.
To był upalny letni dzień po ciężkiej, nieprzespanej
nocy. Stanąłem przed ołtarzem ociosany przez sześć
długich lat studiów, wyspowiadany, wygolony,
wypachniony, wystraszony. O ile same przygotowania do
święceń mogłem traktować jako kolejne ćwiczenia
duchowe, czyli konferencje i modlitwy, jakich
wcześniej przeżyłem miliony – to perspektywa przyjęcia
Ducha Świętego spłoszyła mnie, choć zawsze w głębi
serca byłem klerykiem sceptykiem. O dziwo, postawa
taka nie przeszkadzała mi żyć w przeświadczeniu, że
jestem powołany przez Boga, by zostać księdzem. Mój
sceptycyzm dotyczył bowiem wyłącznie spraw ziemskich,
a katolicki Bóg i Kościół jeszcze wówczas do nich nie
należały. Nadużycia ludzi Kościoła widziałem na co
dzień, ale któż jest bez winy i któż nie popełnia
błędów? Czy piłkarze mają przestać grać w piłkę, bo
ktoś od czasu do czasu sprzeda mecz?

Wcześniej przełożeni z biskupem na czele uznali mnie
za godnego zaszczytu reprezentowania i zastępowania
samego Boga. A prości ludzie? Ci niemal zginali kolana
na mój widok, gdy paradowałem po kościele w sutannie.
Oto wybraniec, święty młodzieniec, duma swojej
rodziny, stworzony do wyższych celów. Będzie miał
życie inne niż my – szaraki, zabiegane wokół domu,
dzieci i pracy. Kiedyś może i chodził na wagary, pił
piwo, podrywał dziewczyny, ale teraz to zupełnie ktoś
inny. Choćby nawet w seminarium nie wtłaczali nam do
mózgownic przez długie lata, że księża tylko
zewnętrznie podobni są do zwyczajnych ludzi, że są od
nich lepsi, mądrzejsi i z natury bardziej święci – to
i tak nasi parafianie skutecznie by nam to wmówili. I
powiadam Wam, nie musieliby długo przekonywać! Jakże
łatwo jest pływać na fali westchnień i zachwytów,
kiedy inni dmuchają ci w żagiel. Z czasem staje się to
sztuką dla sztuki i człowiek już nie zastanawia się,
skąd wypłynął i dokąd zmierza. Skutek tego jest taki,
że w kulminacyjnym momencie święceń stajesz przed
Bogiem, jak równy przed równym. Ba! To ty już za
chwilę będziesz rozkazywał Bogu, kiedy ma się pojawić
na ołtarzu, kogo powinien rozgrzeszyć, potępić,
opuścić, zbawić. Właściwie to kto tu kogo powołał i
chce namaścić na swego sługę? Gdyby nie wyniesiona z
bogobojnej rodziny bojaźń boża, niewielu kandydatów na
księdza zachowałoby wiarę do chwili święceń.

Teraz, kiedy obracam się wśród całej masy
niedowiarków, agnostyków, deistów, ateistów,
schizmatyków, heretyków, żydów, masonów i tym
podobnych szczekających kundelków, spotykam się czasem
z przejawami przedziwnej zazdrości, w stylu: ty to,
facet, miałeś okazję przeżyć te kościółkowe czary-mary
na własnej skórze! I widzę wtedy w ich oczach ten sam
niezdarnie ukrywany lęk przed czymś nieznanym. Lęk,
któremu przykładni katolicy poddają się dla odmiany
bezkrytycznie, na własne życzenie.

Jakże ja bardzo chciałem, żeby mnie rozgrzał prawdziwy
płomień Ducha Świętego, kiedy tak leżałem na
katedralnej posadzce, prosząc o jego zstąpienie! Jakże
potrzebowałem wówczas umocnienia z wysoka, takiego,
które Chrystus ofiarował swoim uczniom, posyłając ich
z ewangelią. Tak to przecież miało wyglądać...
Modliłem się z całej duszy o jedno tchnienie z wysoka.
Oczywiście nie chodziło o fizyczne rozwianie ułożonej
fryzury, ale o odczuwalne pokrzepienie ducha, odczucie
wewnętrznej siły. A kiedy już prawie było po
święceniach, pamiętam, że do rozpalonej myślami i
modłami głowy przyszła mi nagle wyjątkowo trzeźwa
myśl: TO TYLKO TEATR, NIC WIĘCEJ, TYLKO TEATR. I
zaświtało mi jeszcze, że leżę tu na próżno, jedynie z
lęku przed czymś tajemniczym i nieznanym. Oczywiście,
szybko odgoniłem od siebie szatański podszept, a winą
za brak aureoli nad własną głową obarczyłem podłą i
grzeszną naturę. Takie to były te moje święcenia
kapłańskie, podczas których chór i organy zastępowały
głos Boga Ojca, biskup robił za Syna, a dym kadzideł
za Ducha Świętego.

A potem była pierwsza, druga i trzecia parafia.
Spotkałem na nich księży dobrych i złych. Tyle że ci
dobrzy w rozumieniu hierarchicznego Kościoła byli z
reguły źli dla swoich bliźnich, którym mieli
pasterzować. Przez kilka lat żyłem w innym świecie za
murami plebanii. Nie było to budujące doświadczenie, a
moralność kapłańskiego stanu daleko odstawała choćby
od obrazu mojego rodzinnego domu. Na własne oczy
widziałem, jak moi konfratrzy w sutannach wyzbywają
się resztek ideałów, z którymi poszli do seminarium.
Już nie Bóg, nie człowiek i jego dobro – doczesne czy
wieczne – ale pieniądz, władza i ludzkie zaszczyty
były im w głowie. Stopniowo narastało we mnie coraz
większe przeświadczenie, że to jednak nie o błędy
ułomnych przecież ludzi Kościoła chodzi, ile raczej o
błędy systemu, którego oni stali się pierwszymi
ofiarami. Feudalne wewnątrzkościelne układy i
zależności, przymusowy celibat, ukryte przed wiernymi
finanse, które można było niemal dowolnie, przy złej
woli, pomnażać – to zaledwie niektóre źródła
permanentnych nadużyć i upadków moralnych księży.
Czytając Pismo Święte, po raz pierwszy od lat nie po
to tylko, by zdać kolejny egzamin, bez trudu doszedłem
do wniosku, że dogmaty Kościoła tak się mają do woli
Najwyższego, jak Jezusowy osiołek do papieskiego
odrzutowca. Na dodatek obydwa wehikuły podążają w
zupełnie odmiennych kierunkach. W świetle powyższego,
o ile życie ludzkie bywa mniej lub bardziej podłe, to
życie księdza jest zazwyczaj dodatkowo pozbawione
sensu.

Po tym, jak siedem lat temu zrzuciłem sutannę,
kilkakrotnie spotykałem moich dawnych kolegów z
seminarium. Zakładam, że w miarę szczerze okazywali
sympatię i szczerze wypłakiwali mi się w mankiet, jacy
to oni są teraz nieszczęśliwi. Wierzę. Dlaczego? Bo
życie w obłudzie męczy; bo trzeba wielkiej siły i
samozaparcia, żeby przez dziesięć lat służyć sprawie,
w którą już dawno przestało się wierzyć. Ludzka
instytucja, w której na próżno szukać boskiego
pierwiastka, uparcie nagina każdego z nich do postawy
faryzeusza żyjącego według prawa. A samo prawo nie
może dać szczęścia. Ci moi bracia mają jeszcze otwarte
serca, myślą, współczują, kochają, ale nikogo to nie
obchodzi, gdyż system zorientował ich na bycie
urzędnikami, posłusznymi żołnierzami Kościoła, zaś
uznanie przełożonych mogą zdobyć co najwyżej
bezwzględnością w zbieraniu ofiar dla biskupa.

Bywa, że ślepo zapatrzeni we własną wiarę katolicy,
także spośród mojej rodziny, dają mi do zrozumienia,
że jestem od nich gorszy, bo „szkaluję Kościół”. Nie
wzrusza ich to, że ja piszę prawdę, a oni sami nie
wiedzą, czego bronią. Niewiedza zaś rodzi lęk przed
nieznanym i na tej opoce zbudowany jest Kościół.
Podobno prawda kiedyś nas wszystkich wyzwoli, z tym,
że jednych jeszcze za życia, a innych już po śmierci.
Jak by nie patrzeć, prawda jest dobrem.

Jeśli mierzyć ludzi miarą dobra, które tworzą i dają
innym ludziom – jestem teraz dużo lepszym człowiekiem,
niż byłbym księdzem.

JONASZ

Obserwuj wątek
    • Gość: waste of time nawet drwic sie nie chce IP: *.biaman.pl 23.07.03, 23:34
      Gość portalu: Jonasz napisał(a):

      ) KOMENTARZ NACZELNEGO
      ) Tylko teatr
      ) Właśnie minęło okrągłe 10 lat od przyjęcia przeze mnie
      ) tak zwanych święceń kapłańskich w łódzkiej katedrze.
      ) To był upalny letni dzień po ciężkiej, nieprzespanej
      ) nocy. Stanąłem przed ołtarzem ociosany przez sześć
      ) długich lat studiów, wyspowiadany, wygolony,
      ) wypachniony, wystraszony. O ile same przygotowania do
      ) święceń mogłem traktować jako kolejne ćwiczenia
      ) duchowe, czyli konferencje i modlitwy, jakich
      ) wcześniej przeżyłem miliony – to perspektywa przyjęcia
      ) Ducha Świętego spłoszyła mnie, choć zawsze w głębi
      ) serca byłem klerykiem sceptykiem. O dziwo, postawa
      ) taka nie przeszkadzała mi żyć w przeświadczeniu, że
      ) jestem powołany przez Boga, by zostać księdzem. Mój
      ) sceptycyzm dotyczył bowiem wyłącznie spraw ziemskich,
      ) a katolicki Bóg i Kościół jeszcze wówczas do nich nie
      ) należały. Nadużycia ludzi Kościoła widziałem na co
      ) dzień, ale któż jest bez winy i któż nie popełnia
      ) błędów? Czy piłkarze mają przestać grać w piłkę, bo
      ) ktoś od czasu do czasu sprzeda mecz?
      )
      ) Wcześniej przełożeni z biskupem na czele uznali mnie
      ) za godnego zaszczytu reprezentowania i zastępowania
      ) samego Boga. A prości ludzie? Ci niemal zginali kolana
      ) na mój widok, gdy paradowałem po kościele w sutannie.
      ) Oto wybraniec, święty młodzieniec, duma swojej
      ) rodziny, stworzony do wyższych celów. Będzie miał
      ) życie inne niż my – szaraki, zabiegane wokół domu,
      ) dzieci i pracy. Kiedyś może i chodził na wagary, pił
      ) piwo, podrywał dziewczyny, ale teraz to zupełnie ktoś
      ) inny. Choćby nawet w seminarium nie wtłaczali nam do
      ) mózgownic przez długie lata, że księża tylko
      ) zewnętrznie podobni są do zwyczajnych ludzi, że są od
      ) nich lepsi, mądrzejsi i z natury bardziej święci – to
      ) i tak nasi parafianie skutecznie by nam to wmówili. I
      ) powiadam Wam, nie musieliby długo przekonywać! Jakże
      ) łatwo jest pływać na fali westchnień i zachwytów,
      ) kiedy inni dmuchają ci w żagiel. Z czasem staje się to
      ) sztuką dla sztuki i człowiek już nie zastanawia się,
      ) skąd wypłynął i dokąd zmierza. Skutek tego jest taki,
      ) że w kulminacyjnym momencie święceń stajesz przed
      ) Bogiem, jak równy przed równym. Ba! To ty już za
      ) chwilę będziesz rozkazywał Bogu, kiedy ma się pojawić
      ) na ołtarzu, kogo powinien rozgrzeszyć, potępić,
      ) opuścić, zbawić. Właściwie to kto tu kogo powołał i
      ) chce namaścić na swego sługę? Gdyby nie wyniesiona z
      ) bogobojnej rodziny bojaźń boża, niewielu kandydatów na
      ) księdza zachowałoby wiarę do chwili święceń.
      )
      ) Teraz, kiedy obracam się wśród całej masy
      ) niedowiarków, agnostyków, deistów, ateistów,
      ) schizmatyków, heretyków, żydów, masonów i tym
      ) podobnych szczekających kundelków, spotykam się czasem
      ) z przejawami przedziwnej zazdrości, w stylu: ty to,
      ) facet, miałeś okazję przeżyć te kościółkowe czary-mary
      ) na własnej skórze! I widzę wtedy w ich oczach ten sam
      ) niezdarnie ukrywany lęk przed czymś nieznanym. Lęk,
      ) któremu przykładni katolicy poddają się dla odmiany
      ) bezkrytycznie, na własne życzenie.
      )
      ) Jakże ja bardzo chciałem, żeby mnie rozgrzał prawdziwy
      ) płomień Ducha Świętego, kiedy tak leżałem na
      ) katedralnej posadzce, prosząc o jego zstąpienie! Jakże
      ) potrzebowałem wówczas umocnienia z wysoka, takiego,
      ) które Chrystus ofiarował swoim uczniom, posyłając ich
      ) z ewangelią. Tak to przecież miało wyglądać...
      ) Modliłem się z całej duszy o jedno tchnienie z wysoka.
      ) Oczywiście nie chodziło o fizyczne rozwianie ułożonej
      ) fryzury, ale o odczuwalne pokrzepienie ducha, odczucie
      ) wewnętrznej siły. A kiedy już prawie było po
      ) święceniach, pamiętam, że do rozpalonej myślami i
      ) modłami głowy przyszła mi nagle wyjątkowo trzeźwa
      ) myśl: TO TYLKO TEATR, NIC WIĘCEJ, TYLKO TEATR. I
      ) zaświtało mi jeszcze, że leżę tu na próżno, jedynie z
      ) lęku przed czymś tajemniczym i nieznanym. Oczywiście,
      ) szybko odgoniłem od siebie szatański podszept, a winą
      ) za brak aureoli nad własną głową obarczyłem podłą i
      ) grzeszną naturę. Takie to były te moje święcenia
      ) kapłańskie, podczas których chór i organy zastępowały
      ) głos Boga Ojca, biskup robił za Syna, a dym kadzideł
      ) za Ducha Świętego.
      )
      ) A potem była pierwsza, druga i trzecia parafia.
      ) Spotkałem na nich księży dobrych i złych. Tyle że ci
      ) dobrzy w rozumieniu hierarchicznego Kościoła byli z
      ) reguły źli dla swoich bliźnich, którym mieli
      ) pasterzować. Przez kilka lat żyłem w innym świecie za
      ) murami plebanii. Nie było to budujące doświadczenie, a
      ) moralność kapłańskiego stanu daleko odstawała choćby
      ) od obrazu mojego rodzinnego domu. Na własne oczy
      ) widziałem, jak moi konfratrzy w sutannach wyzbywają
      ) się resztek ideałów, z którymi poszli do seminarium.
      ) Już nie Bóg, nie człowiek i jego dobro – doczesne czy
      ) wieczne – ale pieniądz, władza i ludzkie zaszczyty
      ) były im w głowie. Stopniowo narastało we mnie coraz
      ) większe przeświadczenie, że to jednak nie o błędy
      ) ułomnych przecież ludzi Kościoła chodzi, ile raczej o
      ) błędy systemu, którego oni stali się pierwszymi
      ) ofiarami. Feudalne wewnątrzkościelne układy i
      ) zależności, przymusowy celibat, ukryte przed wiernymi
      ) finanse, które można było niemal dowolnie, przy złej
      ) woli, pomnażać – to zaledwie niektóre źródła
      ) permanentnych nadużyć i upadków moralnych księży.
      ) Czytając Pismo Święte, po raz pierwszy od lat nie po
      ) to tylko, by zdać kolejny egzamin, bez trudu doszedłem
      ) do wniosku, że dogmaty Kościoła tak się mają do woli
      ) Najwyższego, jak Jezusowy osiołek do papieskiego
      ) odrzutowca. Na dodatek obydwa wehikuły podążają w
      ) zupełnie odmiennych kierunkach. W świetle powyższego,
      ) o ile życie ludzkie bywa mniej lub bardziej podłe, to
      ) życie księdza jest zazwyczaj dodatkowo pozbawione
      ) sensu.
      )
      ) Po tym, jak siedem lat temu zrzuciłem sutannę,
      ) kilkakrotnie spotykałem moich dawnych kolegów z
      ) seminarium. Zakładam, że w miarę szczerze okazywali
      ) sympatię i szczerze wypłakiwali mi się w mankiet, jacy
      ) to oni są teraz nieszczęśliwi. Wierzę. Dlaczego? Bo
      ) życie w obłudzie męczy; bo trzeba wielkiej siły i
      ) samozaparcia, żeby przez dziesięć lat służyć sprawie,
      ) w którą już dawno przestało się wierzyć. Ludzka
      ) instytucja, w której na próżno szukać boskiego
      ) pierwiastka, uparcie nagina każdego z nich do postawy
      ) faryzeusza żyjącego według prawa. A samo prawo nie
      ) może dać szczęścia. Ci moi bracia mają jeszcze otwarte
      ) serca, myślą, współczują, kochają, ale nikogo to nie
      ) obchodzi, gdyż system zorientował ich na bycie
      ) urzędnikami, posłusznymi żołnierzami Kościoła, zaś
      ) uznanie przełożonych mogą zdobyć co najwyżej
      ) bezwzględnością w zbieraniu ofiar dla biskupa.
      )
      ) Bywa, że ślepo zapatrzeni we własną wiarę katolicy,
      ) także spośród mojej rodziny, dają mi do zrozumienia,
      ) że jestem od nich gorszy, bo „szkaluję Kościół”. Nie
      ) wzrusza ich to, że ja piszę prawdę, a oni sami nie
      ) wiedzą, czego bronią. Niewiedza zaś rodzi lęk przed
      ) nieznanym i na tej opoce zbudowany jest Kościół.
      ) Podobno prawda kiedyś nas wszystkich wyzwoli, z tym,
      ) że jednych jeszcze za życia, a innych już po śmierci.
      ) Jak by nie patrzeć, prawda jest dobrem.
      )
      ) Jeśli mierzyć ludzi miarą dobra, które tworzą i dają
      ) innym ludziom – jestem teraz dużo lepszym człowiekiem,
      ) niż byłbym księdzem.
      )
      ) JONASZ
      )

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka