kopytko55
16.01.08, 13:40
Mam dla Grossa następny temat w ramach terapii szokowej. Temat który
w postaci obrazu ciagle pamiętam. Miało to miejsce gdzies na
przełomie lat 50 i 60 w jednym z tych zapyziałych kieleckich
miasteczek. Corocznie spędzałem tam wakacje. Miasteczko senne, nic
się nie działo. W południe przyjezdzął autobus, w soboty w
remizie ,,puszczali ,,filmy, czasami pijacka awantura, innym razem
pogrzeb.Pewnego dnia zauwazyłem własnie taki kondukt pogrzebowy.
Trochę dziwnie wyglądał. Księdza nie było, spiewów i babskich
zawodzeń także. Kondukt zmierzał w kierunku cmentarza jakby się
spieszył. Co dziwne gapiów także nie było. Baby pokrzykiwały na
dzieci by szły do domu a same zza firanek obserwowały uliczkę.
Byłem tam sam i ten dziwny kondukt z trumna niesiona przez kilku
meżczyzn. Nagle gdzieś zza plótu rozległo się miauczenie czy jakiś
pisk. Jeden, potem drugi. Jakby ktoś kota za ogon ciagnał. Kondukt
przyspieszył i wtym czasie zobaczyłem jak w kierunku trumny leci
rzucony przez kogos zdechły kot. To był dla mnie szok. Dopiero po
wszystkim dowiedziałem się od miejscowych ze chowali ,,kociorza,,
czyli jak się pózniej dowiedziałem tzw świadlka Jehowy.To nie jest
temat o smierci czy zagładzie ale o strasznej, małomiasteczkowej
nietolerancji.