Dodaj do ulubionych

Hollywwod zidiociało do reszty

26.09.03, 12:03
Jak donosi "Forum", Sylvester Stalone i mamusia szykują się
do "remaku'u" "Pancernika Potiomkin" (Stallonowie pochodzą z Ukrainy). Oprócz
Sylwestra, grać tam będzie Bruce Willis.
Tymczasem Siergiusz Eisenstein przewraca się w grobie.
Obserwuj wątek
    • pokrzywa.pokrzywa Re: Hollywwod zidiociało do reszty 26.09.03, 12:23
      A niech robią. Powstanie zostało stłumione.

      PS
      Kto będzie grał pancernika?
      Sylwester czy Bruce?
      • frank4 Re: Hollywwod zidiociało do reszty 26.09.03, 12:31
        pokrzywa.pokrzywa napisał:

        > Kto będzie grał pancernika?

        Mamusia.

        > Sylwester czy Bruce?

        Bruce, z klatą jak szczur czoło? Eeeee....
      • Gość: xyz Re: Hollywwod zidiociało do reszty IP: *.dip.t-dialin.net 26.09.03, 23:57
        Pancernik "Towarzysz Miller"
    • Gość: wartburg Re: Hollywwod zidiociało do reszty IP: *.arcor-ip.net 26.09.03, 12:34
      To on z Ukrainy sie wywodzi ten Sylvester? Skad to wziales?
      A moze tak naprawde to on Stalin sie nazywa albo cos w tym kierunku?
      Bylem teraz na Ukrainie i duzo Wlochow widzialem. Tam sie cos dzieje
      na tej linii.

      "Grand Hotel" we Lwowie byl pelen Carabinieri. Wieczorami
      przechadzali sie w swoich mundurach pod pomnikiem Szewczenki.
      Ukrainki na nich lecialy. Ale zdaje sie, odchodze od tematu...
      • bratek4 Re: Hollywood zidiociało do reszty 26.09.03, 12:46
        Wyczytałem to w ost. "Forum" - nie wiem, czy to juz jest w Intrnecie. Zdaje sie
        jego matka jest z Ukrainy.
        Może gdy tam byłeś, to Stallonowie właśnie robili rekonesans...
        Stallone oczywiście ma włoskie korzenie - to widać gołym okiem. Może być, że i
        ukraińskie.
        Pancernika powinien zagrać Ryszard Kalisz.

        • Gość: wartburg Re: Hollywood zidiociało do reszty IP: *.arcor-ip.net 26.09.03, 13:03
          Byc moze robili rekonesans... Bylo ich okolo dwoch kompanii.
          Mowili, ze przyjechali ich na manewry. Troche to dziwne mi sie
          wydalo. Manewry wloskiej policji we Lwowie? Ale moze mialo
          to cos wspolnego z Irakiem? Jakies szkolenie przed wyslaniem
          na misje do Bagdadu?

          A pomysl z remakiem "Patiomkina" doprawdy chory. Jeszcze nigdy
          nie widzialem dobrego remake'u. Jak mogles mnie podejrzewac, ze
          pisalem o tej zalosnej "Lolicie" z Ironsem. Wysylalem Ci na
          "Lolite" Stanleya Kubricka z Jamesem Masonem i Peterem Sellersem.
          Dbajmy o jakies hierarchie!
          • bratek4 I just have to. 26.09.03, 16:36
            > nie widzialem dobrego remake'u. Jak mogles mnie podejrzewac, ze
            > pisalem o tej zalosnej "Lolicie" z Ironsem. Wysylalem Ci na
            > "Lolite" Stanleya Kubricka z Jamesem Masonem i Peterem Sellersem.
            > Dbajmy o jakies hierarchie!


            :))) Miałem jakieś zaciemnienie i cały czas myslałem o nie tej "Lolicie" i
            dziwiłem się, dlaczego Ty tak ciepło się o niej wypowiadasz. Nie przypominałem
            też sobie, żeby w niej grał Sellers:)

            Obejrzałem znowu "15.10 do Yumy". Fantastyczna sprawa. I ten dialog między żoną
            a mężem, który ma odeskortować Glenna Forda na pociąg. Naraża zycie, bo cała
            banda Forda na niego czyha.
            - Nie rób tego.
            - Muszę.
            - Dlaczego?
            - Muszę i tyle.
            - Robisz to dla pieniędzy?
            - Nie.
            - Dla mnie?
            - Nie. Po prostu muszę.

            p.s. Widziałem też znakomity kryminał Kubricka "Zabójstwo" (nie pamiętam tyt.
            oryginału, szło o skok na kasę z zakładów sportowych). Innymi słowy: widziałem
            kryminał Kubricka "Zabójstwo".
            • Gość: wartburg Re: I just have to. IP: *.arcor-ip.net 26.09.03, 17:37
              bratek4 napisał:

              Widziałem też znakomity kryminał Kubricka "Zabójstwo" (nie pamiętam tyt.
              > oryginału, szło o skok na kasę z zakładów sportowych). Innymi słowy:
              widziałem
              > kryminał Kubricka "Zabójstwo".

              Bratku, co sie z Toba dzieje? Wspominalem juz przecie o tym filmie.
              Tytul oryginalny brzmial "The Killing". To byl drugi film Kubricka.
              Chyba jeden z najlepszych w historii czarnego kina. Ze Sterlingiem
              Haydenem, tym samym, ktory gral w "Asfaltowej Dzungli". Hayden gral
              jeszcze w 1972 w "The Long Goodbye" w ekranizacji Chandlera, ktora
              nakrecil Altman. Ale tego, o ile sobie przypominam, tez nie widziales...

              members.tripod.com/~JTarple/fever/shstart.html
              • bratek4 Czy mogę sobie obrać pomarańczkę? 26.09.03, 17:59
                Kiedy o tym opowiadałeś, jeszcze tego filmu nie widziałem, dlatego z radością
                doniosłem, że, tak jak w przypadku "Ścieżek chwały", nadrobiłem zaległości:).
                Ale może rzeczywiście nie pamiętałem, że wspominałeś o "Zabójstwie" - już nie
                pamiętam. Skleroza w (dość) młodym wieku.
                Do załatwienia jeszcze Altman i "Długie pożegnanie".
                p.s. Oczywiście, zauważyłem, że Sterling Hayden też grał w "The Killing" (że
                w "Asfaltowej dżungli" - rzecz jasna - wiedziałem)
                p.s. 2 Wiesz, skąd tytułowy cytat?

                • Gość: wartburg Sterling Hayden IP: *.arcor-ip.net 26.09.03, 18:21
                  Nie wiem, jaki tytul miales na mysli. "Asfaltowa Dzungle", "The
                  Killing", czy "The Long Goodbye"? No chyba ze ci chodzilo o
                  tytulowa "pomaranczke" z "Clockwork Orange"?

                  Z tego, ze obejrzales wreszcie "Paths of Glory" tez bardzo sie
                  ciesze. Z Altmana obejrzec musisz koniecznie "MASH", przypominam
                  po raz drugi.

                  P.S. W tym linku ze Sterlingiem Haydenem, jak sie wklikniesz
                  do jego filmografii, to znajdziesz historie calego kina. Sam
                  pojecia nie mialem, ze gral w tych filmach, ktore tam sa
                  wymienione. W "Ojcu chrzestnym" gral np- tego skorumpowanego
                  policjanta, kapitana McCluskey. Pamietasz te scene z Al Pacino?
                  • bratek4 Siostrzyczka 26.09.03, 18:33
                    Gość portalu: wartburg napisał(a):

                    > Nie wiem, jaki tytul miales na mysli. "Asfaltowa Dzungle", "The
                    > Killing", czy "The Long Goodbye"? No chyba ze ci chodzilo o
                    > tytulowa "pomaranczke" z "Clockwork Orange"?

                    Chodzilo mi o Chandlera, ale innego: "Siostrzyczke". Jak by to moglo byc po
                    ang.? Może "Little sister" po prostu?
                    Kobieta, ktora daje zlecenie Marlowowi, zeby szukal jej siostry, zaczyna
                    rozmowe od tego, ze nie lubi takich, co piją, palą etc (bo to, prawda,
                    podstawowe kryteria wyboru detektywa). Marlow jej przerywa i pyta: "A czy mogę
                    sobie obrać pomarańczkę?"
                    Nie wiem, czy to było sfilmowane, pewnie było. Ja pamiętam tę rozmowę z książki.

                    >
                    > Z tego, ze obejrzales wreszcie "Paths of Glory" tez bardzo sie
                    > ciesze. Z Altmana obejrzec musisz koniecznie "MASH", przypominam
                    > po raz drugi.
                    >
                    > P.S. W tym linku ze Sterlingiem Haydenem, jak sie wklikniesz
                    > do jego filmografii, to znajdziesz historie calego kina. Sam
                    > pojecia nie mialem, ze gral w tych filmach, ktore tam sa
                    > wymienione. W "Ojcu chrzestnym" gral np- tego skorumpowanego
                    > policjanta, kapitana McCluskey. Pamietasz te scene z Al Pacino?

                    Alez oczywiscie!!! I to rzeczywiscie jest on - skorumpowany obżerający się szef
                    policji. Nie kojarzylem wczesniej. Ta scena to majstersztyk. Przejrzalem te
                    liste i tam jest np taki skromny western "Johny Guitar" - juz zupelnie nie
                    pamietam, o czym byl, widzialem go chyba ze 20 lat temu. Zaraz popatrzę na tę
                    listę dokładniej.
                    "MASH" widzialem, no cos Ty! Jestem troche ograniczony, ale "MASH" widzialem :)
                    Z rozpędu zapomniałem Ci donieść poprzednio.
                    • Gość: wartburg Big Brother IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 26.09.03, 20:15
                      Siostrzyczka to bedzie "little sister", chociaz pewnie wiesz,
                      ze po angielsku wyrazenie to odnosi sie do "mlodszej siostry".
                      "Big sister", to nie duza, ani tez wielka wzrostem, tylko po
                      prostu starsza siostra, ktora czasem potrafi byc mniejsza od
                      mlodszej. Tak samo jak "big brother" nie oznacza wcale wielkiego,
                      tylko starszego brata.

                      Orwellowi w "1984" chodzilo niewatpliwie o starszego brata. W
                      pamietnym zwrocie "big brother is watching you" bylo cos perfidnie
                      opiekunczego, rodem z sowieckich czytanek dla dzieci. Naszym
                      niezbyt bieglym w angielszczyznie tlumaczom, ktorzy zrobili z
                      niego "wielkiego brata", zawdzieczamy, ze ta ironia gdzies sie
                      zapodziala i tak juz pozostalo do dzisiaj.

                      Jesli chodzi o "Johny Guitar", to tego filmu nie widzialem, ale
                      slyszalem o nim entuzjastyczne opinie. Rowniez "Suddenly" jest
                      mi chyba nieznany. Az wstyd sie przyznac. Ale "The Long Goodbye"?
                      Widziales to w koncu, czy nie? Jeden z moich ulubionych filmow
                      - szczegolnie poczatek. Chyba przez dziesiec minut kamera pokazuje,
                      jak Elliot Gould usiluje nakarmic rudego kota. Nie pada nawet jedno
                      slowo, a mimo to scena ta nawet przez sekunde nie jest nudna.
                      Altman przeniosl Chandlera w lata siedemdziesiate z taka lekkoscia,
                      ze tego lepiej zrobic sie nie da. Uczta.
                      • Gość: bratek Rollo Tomasi IP: *.biaman.pl 26.09.03, 20:27
                        Nie, niestety, nie widzałem "The Long Good-bye", niestety. Choćby ze względu
                        na scenę, o której piszesz, b. chciałbym.
                        Do zdecydowanie najlepszych filmów czarnych należy "L.A. Confidential" Curtisa
                        Hansona - pozwól, że i ja Ci przypomnę o nieodrobionej (zapewne) lekcji :).
                        Utwór niezwykły w dobie królowania "bezpiecznego" kina sensacyjnego.
                        Ten link z cytatami z filmu niech zachęci Cię ostatecznie do obejrzenia!
                        www.atlyrics.com/quotes/l/laconfidential.html
                        • Gość: bratek Is that an integral part of your job? IP: *.biaman.pl 26.09.03, 21:28
                          Lynn Bracken: There's blood on your shirt. Is that an integral part of your
                          job?
                          Bud White: Yeah. Lynn Bracken: Do you enjoy it?
                          Bud White: When they deserve it.
                          Lynn Bracken: Did they deserve it today?
                          Bud White: I'm not sure.
                          Lynn Bracken: But you did it anyway.

                          -----
                          A w tej rozmowie ujawni się cały kunszt aktorski Kevina Spacey’a - zagrał
                          gliniarza, który stał się showmanem telewizyjnym i gazetowym.

                          Ed Exley: Why did you become a cop?
                          Jack Vincennes (grany przez KS): I don't remember.

                          ----
                          I jeszcze jedno. Czy widziałeś "Memento"? Tylko nie mów, że nie. Lepiej
                          najpierw obejrzyj niż wyznaj, że nie.
                          • Gość: wartburg Re: Is that an integral part of your job? IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 26.09.03, 21:47
                            widze, ze gustujesz w przewrotnych dialogach... Niestety pojecia
                            nie mam, z jakiego to filmu te cytaty. "Memento" tez nie
                            widzialem, przykro mi z tego powodu niewymownie, jeszcze raz
                            sorry.
                            • Gość: bratek Rollo Tomasi 2 - żółta kartka IP: *.biaman.pl 26.09.03, 21:51
                              Wartburg, wszystkie cytaty z "L.A. Confidential". Pójdźże na to wreszcie!
                            • Gość: bratek Przypomnienie :) IP: *.biaman.pl 26.09.03, 21:58
                              "Memento" jest filmem sprzed trzech czy czterech lat, jeśli się nie mylę. Gra
                              tam Guy Pearce, ten sam, który gra główną rolę w "L.A. Confidential".
                              Niesamowita historia faceta, który choruje na zanik pamięci.
                              Przypadek szczególny: zapomina wszystkiego już po kilkudziesięciu sekundach.
                              Przy tym prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa własnej żony. Jako że nie jest w
                              stanie pamiętać, dokonuje zapisków na swoim ciele – staje się ono swoistą mapą
                              tropów w śledztwie. Film jest opowiedziany od końca: scena po scenie. Okazuje
                              się, że najważniejsze jest to, co stało się na początku... Gwarantuję, że
                              spodoba Ci się ten film – prawie tak jak „L.A. Confidential”.
                              Gra też tam ta laska z "Matrixa", zupełnie niczego sobie kobitka.
                  • bratek4 Historia głupoty Hollywood, part 2 26.09.03, 18:50
                    Właśnie wyczytałem, że Oswald zabił Kennedy'ego po obejrzenie "Suddenly", co
                    spowodowało, że United Artist wycofało ten film z rozpowszechniania:)
                    Chyba nie widziałem tego filmu.
    • Gość: bratek Idioci Hollywoodu - c.d. BOMBA! IP: *.biaman.pl 26.09.03, 20:35
      Wklejam artykul z GW:

      26.9.Bagdad (PAP/Int.) - Amerykański aktor Bruce Willis ("Szklana pułapka")
      który odwiedził żołnierzy USA w Iraku, w czwartek wieczorem ogłosił tam na
      pustynnym lotnisku, że zapłaci milion dolarów za schwytanie Saddama Husajna

      Wiwatującym żołnierzom na lotnisku w Telafar, 60 kilometrów od granicy z Syrią,
      Willis zaśpiewał stare przeboje rockowe i bluesowe przy akompaniamencie
      zespołu "Accelerator", który przyleciał z nim do Iraku

      Ogłaszając prywatną nagrodę za byłego irackiego dyktatora, aktor poprosił
      żołnierzy: "Kiedy go złapiecie, dajcie mi z nim tylko cztery sekundy sam na
      sam" - poinformował w piątek w wydaniu internetowym niemiecki "Der Spiegel"

      Nie wiadomo, co konkretnie aktor chciałby robić przez cztery sekundy z
      Saddamem. (PAP) az/ mc/ Int

      Tylko cztery sekundy z Saddamem, bo, jak wiemy, Bruce śpieszy się na Ukrainę,
      by pokonać bolszewików.
      Bogowie! Czy nie czas zrzucić bombę (lub jakiś grom przynajmniej, choćby i
      błękitny) na Los Angeles - miasto bynajmniej nie aniołów.
    • Gość: bratek Pacino IP: *.biaman.pl 26.09.03, 20:41
      A pamiętasz "Donnie Brasco"? Popis Ala Pacino.Duszny (a może lepiej
      napisać "bezduszny") film, po obejrzeniu którego czułem się wstrząśnięty i
      brudny...brrr. Nawiasem mówiąć obejrzałem niedawno "The Heat", po raz może
      szósty czy siódmy. I dopiero teraz zauważyłem, że Pacino wcale nie szarżuje tam
      za mocno, co mu zawsze w tej roli wytykałem (na szczęście nie słuchał moich
      uwag). Był równie świetny i przekonujący co de Niro.
      • Gość: wartburg Lokator IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 26.09.03, 21:34
        "Donnie Brasco" nie pamietam, bo nie widzialem, sorry. Ale mowiono
        mi o nim dobre rzeczy. To zdaje sie cos w rodzaju "Good Fellas"?
        Filmem, po ktorym czulem sie wstrzasniety - wychodzilem z kina
        jakby mnie ktos przez glowe zdzielil i w uszach mi huczalo - byl
        "Lokator" Polanskiego.

        Podwojny skok z okna monsieur Trelkowskiego byl dla mnie nie do
        zniesienia. Jak sie wczolgiwal po schodach. Tak jak i scena,
        w ktorej Polanski usuwal gowno spod drzwi sasiadow, zeby odwrocic
        od siebie podejrzenie i polozyc je na swoja wycieraczke. Nie
        przypominam sobie lepszego filmu o zniewoleniu. Huczalo mi
        w glowie jeszcze w godzine po wyjsciu z seansu.
        • Gość: bratek Podbijanie grozy IP: *.biaman.pl 26.09.03, 21:49
          Tak, podobny do "Good Fellas". Zgadza się.
          Pełna zgoda co do "Lokatora". Tak samo nie mogłem znieść sceny, gdy Mia Farrow
          (którą uwielbiam), słysząc krzyk dziecka, biegła na jego poszukiwanie. To było
          jak przedzieranie się przez gęstą ciecz. A "Matnia"? Wielki film o małych
          okrutnych ludziach. Pamiętasz Donalda Pleasance strzelającego (z odwróconą
          głową) do bandyty, który okazał się najpoczciwszym ze wszystkich bohaterów? I
          ta niesamowita muzyka Komedy, utwór, który Dorleac puszczała na okrągło.
          Pamiętasz? (ojej, jak tak dalej pójdzie, to będę pisał i pisał o tych różnych
          filmach i muzykach...a pamiętasz motyw z "M" Langa? też "okropny"..)
          Nic chyba jednak nie przebiło wrażenia gwałtu z "The Visitors" Eli Kazana (juz
          o tym gadaliśmy) - nie ruszałem się z miejsca kilka minut po zakończeniu
          seansu.
          Podoba reakcja po "Nędznych psach" Peckinpaha.
          • Gość: bratek Re: Podbijanie grozy IP: *.biaman.pl 26.09.03, 22:00
            "Pełna zgoda co do "Lokatora". Tak samo nie mogłem znieść sceny, gdy Mia Farrow
            (którą uwielbiam), słysząc krzyk dziecka, biegła na jego poszukiwanie"

            Galopada obrazów. Mogłeś odnieść wrażenie, że Rosemary jakimś cudem przeniosła
            się do mieszkania pana Trelkowskiego.
          • Gość: wartburg Re: Podbijanie grozy IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 26.09.03, 22:22
            Ja Ci tez musze dac zolta kartke. Pomyliles "Lokatora" z
            "Rosemary's Baby". Za to nalezy sie wlasciwie czerwona.
            Rozgrzesza Cie tylko, ze oba filmy byly wielkie. "Matnia"
            pewnie tez. Widzialem ja tylko raz i to jeszcze dzieckiem
            bedac niewinnym. Ale oczywiscie pamietam muzyke Komedy.
            Pisalem juz o klimatach jazzowych kina lat 60-tych. Jak
            free jazz (dla Basi taki niezrozumialy) to kino podnosil.
            Rowniez "Matnie" mialem wtedy na mysli. Motyw z "M" Fritza
            Langa to wlasciwie zadna muzyka - cos, co sie pod nosem
            podspiewuje, a popatrz, jakie wywoluje wrazenie. "M"
            ogladalem w niemieckim oryginale. Peter Lorre jest tam
            nieslychany. Ta scena przeszlo do historii kina. Kiedy
            zeznaje przed sadem podziemia przestepczego (przewodzi mu
            Gustav Gründgens - wtedy lewak, a potem ulubieniec Goebbelsa i
            Göringa, prototyp "Mefistofelesa" Klausa Manna). Lorre zaczyna
            tam rozdzierajaco krzyczec "ich will nicht töten, ich will nicht,
            ich sag's mir, du wirst nicht töten, aber ich muß, ich muß!"
            Mam znajomego, ktory te scene genialnie parodiuje...

            A "Wstret"? Pamietasz "Wstret"? Do dzisiaj nie nakrecono
            lepszego thrillera, mimo ze Hollywood staje na glowie, zeby
            podniesc poprzeczke. Tam tez atmosfere robi muzyka Komedy.
            Mysle, ze gdyby nie zginal, kariera Polanskiego wznioslaby
            sie znacznie wyzej.
            • Gość: bratek Re: Podbijanie grozy IP: *.biaman.pl 26.09.03, 22:25

              > Ja Ci tez musze dac zolta kartke. Pomyliles "Lokatora" z
              > "Rosemary's Baby".

              :)) Oczywiscie, nie pomylilem, tylko miałem galopadę filmów Polańskiego -
              wyjaśnienie powyżej. Nie, naprawdę nie wierzę, że myślisz, że pomyliłem te dwa
              filmy. Z Polańskim raczej trudno będzie Ci mnie zahaczyć.
              • Gość: wartburg Re: Podbijanie grozy IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 26.09.03, 22:37
                Mnie tez sie nie chcialo wierzyc :), ale pomyslalem
                sobie - gesta, duszna, duszaca atmosfera tych filmow
                sprawila, ze sie w jeden zlaly...

                Tam naprawde to jest w nich duzo wspolnego. Te
                wiktorianskie klatki schodowe, klimat osaczenia.
                Pamietasz jak Mia Farrow w zaawansowanej ciazy
                biegnie z windy bodajze do drzwi i nie moze ich,
                otworzyc, bo nie udaje jej sie trafic kluczem do
                zamku?

                I ta urywana, chaotyczna muzyka Komedy w tle,
                ktora to wrazenie osaczenia tak poteguje?
                • Gość: bratek szczegół IP: *.biaman.pl 26.09.03, 22:49
                  Pamiętam tę scenę. Polański jest mistrzem szczegółu - dzięki temu tak naprawdę
                  mogą powstawać filmy wybitne, dzięki takim scenom jak zbieranie kupy z
                  wycieraczki, cięcie nożem przez twarz ciemną nocą (pamiętasz jak wyśmienicie to
                  zrobił Polański z Nicholsonem w "Chinatown"?) czy ...oj, naprawdę juz
                  powinienem przestać, kupa wyśmienitych scen z "Matni" przychodzi mi do głowy.
                  Pani dr (a może juz profesor?) Stach z UJ, miłośniczka Polańskiego, uważa, że
                  to najlepszy jego film.
            • Gość: bratek Roman IP: *.biaman.pl 26.09.03, 22:30
              Jasne, że pamiętam "Wstręt". Choć nie pamiętam tak dobrze jak "Rosemary's
              baby", "Matni" czy "Lokatora", czy "Chinatown". Pamiętam scenę krwawej łaźni,
              którą Deneuve urządziła na koniec...brrr.
              A wiesz, bardzo cenię "Miłość i dziewczynę", ze względu na reżyserię, ciągłe
              napięcie i na Schuberta.
              A nawet taki drobiazg jak "Dziewiąte wrota" był OK. Za pierwszym razem
              machnąłem na to ręką, ale gdy poszedłem po raz drugi, bawiłem się świetnie.
              p.s. Szkoda, że nigdy Polański nie zrobił filmu razem z Romy Schneider. ZAmiast
              tego przypałętał się do niej ten chory człowiek Żuławski.
              • Gość: wartburg atmosfera osaczenia IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 26.09.03, 23:06
                "Wstret" byl genialnym studium schizofrenii. Wlasnie dlatego
                jest w nim wiecej z thrillera niz 99 procentach tego, czym
                straszy Hollywood. Po premierze "Wstretu" Polanski dostal
                duzo listow, pisal o tym w swoich wspomnieniach, od roznych
                psychiatrow i psychologow, ktorzy byli przekonani, ze oparl
                sie na jakims prawdziwym przypadku klinicznym. Nie chcieli
                mu wierzyc, ze sam wymyslil te historie o delikatnej, kruchej
                dziewczynie, ktora morduje chcacych sie do niej zblizyc
                mezczyzn. "Wstret" byl w gruncie rzeczy b. przygnebiajacy,
                podobnie jak "Lokator". I jak w "Lokatorze" i w "Rosemary's
                Baby" najwazniejsza role odgrywala w nim atmosfera osaczenia.
                W "Matni", jesli ja jeszcze dobrze pamietam, chyba tez...

                Polanski jako mistrz suspence (we "Wstrecie byl lepszy od
                Hitchcocka) oraz stopniowego budowania klimatu osaczenia.
                • Gość: bratek atmosfera osaczenia IP: *.biaman.pl 26.09.03, 23:12
                  Tak, też słyszałem opowieść, jak jakiś psychiatra zapytał Polańskiego, z której
                  teorii naukowej najbardziej korzystał przy tym filmie. A Polański na to, że z
                  żadnej, bo żadnej nie zna:)
                  A czyż nie to samo robił w "Chinatown"? To budowanie atmosfery osaczenia:
                  zarówno w stosunku do Nicholsona jak i Dunaway.
                  Hoffman, że go jeszcze raz kopnę, mógłby kiedyś obejrzeć kilka filmów
                  Polańskiego - może by się czegoś dowiedział o kinie i sztuce reżyserii.
                • Gość: bratek tyle zrozumiał z Polańskiego IP: *.biaman.pl 28.09.03, 17:31
                  Aż zaniemówiłem! Przeczytałem recenzję filmów Polańskiego pióra niejakiego
                  Piotra Kletowskiego w "Ha-!art". Młody człowiek, "przyszłość" polskiej krytyki
                  filmowej. (Dodam, że swego czasu głosował na ROP, jeśli to coś wyjaśnia:) )
                  Oto końcówka:
                  "Niektórzy jednak "władcy pióra" chcieliby, żeby filmowiec nigdy nie wyszedł z
                  labiryntu destrukcyjnych obsesji i wiecznie tkwił w kałuży krwi i
                  beznadziejności, których "Pianista" jest przekornym i mądrym zaprzeczeniem".

                  Żałość.
    • Gość: bratek Gienek i Romka IP: *.biaman.pl 26.09.03, 22:23
      Nie przypominam też sobie, żebyś kiedykolwiek wypowiedział się na temat "The
      Scarecrow". Dlaczego??? :)
      Pamiętasz scenę walki w błocie, gdy Hackman obracał tego kochasia, któy pobił
      Pacino?
      Albo scenę w banku, w której Hackman wyjmował pieniądze z podeszwy buta?
      Eh, Hackman to jest w ogóle geniusz. Drugoplanowa rola w "Bonnie and Clyde" to
      był majstersztyk, nie mówiąc o popisach w "Mississippi Burning", "The
      Conversation" czy "French Connection".
      A'propos remaków: Gene Hackman zagrał w zupełnie ciekawym remaku starego filmu
      z Romy Schneider "Garde a Vue" - "Under Suspicion". Jasne, oryginał lepszy, ale
      i nowy film z Hackmanem przyzwoity (Monica Belluci bez porównania z Romy
      Schneider, już to sprawiało, że remake na tym samym poziomie nie był
      niemożliwy).
      • Gość: bratek Jestem niemożliwy! IP: *.biaman.pl 26.09.03, 22:33
        "(Monica Belluci bez porównania z Romy
        Schneider, już to sprawiało, że remake na tym samym poziomie nie był
        niemożliwy)".
        Cholera, za szybko piszę. Najpierw ten lokator w domu Rosemary, a
        teraz "niemożliwy" zamiast "możliwy". Muszę zwolnić.
      • Gość: wartburg Re: Gienek i Romka IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 26.09.03, 22:47
        "The Scarecrow" czywiscie widzialem, ale juz bardzo dawno
        temu i wolalbym go zobaczyc poraz drugi, zeby sprawdzic,
        czy sie nie zestarzal. Hackman zawsze byl moim faworytem,
        ale chyba okres swietnosci ma juz za soba. Ostatnio
        widywalem go w mniej udanych produkcjach robionych pod
        niego i jego image. On ma juz chyba pod siedemdziesiatke
        i nie powinien grac tough guys, ktorzy ida przez zycie
        dajac wszystkim po mordzie. "French Connection" to jest
        moje kino. B. lubie taki realizm. Bo to jest film na
        wskros realistyczny. Jesli chodzi o "Under Suspicion",
        to nic nie kojarze.
        • Gość: bratek Gienek i Romka - przypis IP: *.biaman.pl 26.09.03, 22:58
          Nie jest z nim tak źle. Grywa wciąż romantycznych typków, twardych na pozów, w
          głębi miękkich (czyli takich jak ja :)) Niedawno widziałem taki filmik, w
          którym on prowadzi knajpę w jakiejś mieścinie i wspomina zmarłą żonę.. Potem
          jest jakaś blacha intryga, druga kobieta etc. Nic szczególnego, ale ze względu
          na przekonywującą rolę Hackmana przyjemnie się ogląda. Nie kojarzę, jak
          nowy/stary jest "Unforgiven" (chyba jakieś 10 lat) i to jest przednie kino, jak
          wiele razy zapewniałem.
          Nie pamiętam polskiego tytułu tego filmu z Romy Schneider. Grała zonę Michaela
          Piccoli, który był oskarżony o zamordowanie dwójki czy trójki dzieci. Cała
          akcja filmu to praktycznie przesłuchanie Picollego na komisariacie. Komisarz
          coraz bardziej przekonuje się, że Piccoli jest mordercą - ten, choć z początku
          zaprzeczał, wreszcie przyznaje się do winy. Jest niewinny, ale przyznaje się w
          momencie, w którym nawet Romy zeznaje przeciwko niemu (ona go nie kocha, nie
          sypia z nim, go to frustruje i chodzi na dziwki. a poza tym jest przekonana o
          jego winie, albo chce byc przekonana).
          I potem to samo zrobili Hackamn, Bellucci i Morgan Freeman.

          p.s. pewnie znowu narobiłem jakichś błędów, ale już nie będę sprawdzał.
        • Gość: bratek Gienek IP: *.biaman.pl 26.09.03, 23:00
          A "Płonąca Mississippi"? To jeszcze nie taki stary film, a rola Hackmana -
          popisowa! To on (a nie Hoffman za "Rain Mana"), powinien był dostać Oscara. Dla
          mnie to pierwszorzędne kino.
          • Gość: STAND BY ME Re: Gienek IP: *.ny325.east.verizon.net 27.09.03, 22:16
            Nie do pomyslenia,jak to mozna w jednym zdaniu porownywac jakiegos flimona z
            polipem w nosie z samym Gienkem Ha.
            Przeciez ten zalosny flimon,to sie dobrze sprawdza w takich filmach gdzie mu
            przewiercaja frontowy zab na wylot bez znieczulenia w nadziei na to ze bedzie
            szybciej biegal dlugie dystanse.
            On jeszcze jest calkiem dobry jak sie przebierze za jakas glupia babe,ktora
            jest przyjaciolka jakiejs pielegniarki i wtedy jako kobieta o zawezonych
            pogladach wypada dosc dobrze.
            A juz pokazac swoje cale umiejetnosci i inteligencje potrafil w tym "Rejny
            sespul" gdzie gral po prostu siebie.

    • Gość: bratek Glory IP: *.biaman.pl 26.09.03, 23:07
      Policzyłem nasze wpisy: 21 do 10 dla mnie. Następny wpis zrobię tu, gdy Ty
      wpiszesz się 11 razy :)
      Spadam i pozdrawiam.
      • Gość: wartburg Re: Glory IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 26.09.03, 23:24
        we wpisach zawsze byles lepszy ode mnie, tak wiec nie mysle
        nawet rywalizowac. Chcialem tylko napisac jeszcze cos milego
        o Hackmanie. Tzn. pochwalic go za role polskiego generala w
        chyba najlepszym filmie wojennym (no kidding), jaki znam - "One
        Bridge Too Far" - widziales to? Zdaje sie, ze nikt nigdy nie
        zagral lepiej polskiego generala od Hackmana. Korzystam jednak
        z okazji, pozno sie zrobilo i tez spadam.

        Prosze przekazac pozdrowienia ode mnie dla calej rodziny
        • Gość: wartburg Lwow IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 27.09.03, 13:43
          Portier, mlody chlopak w garniturze, mial w klapie plakietke z nazwiskiem
          Lekko zezujac usilowalem pokonac przeszkode cyrylicy. Ale zdolalem przeczytac
          tylko imie. Wladyslaw. "Jestes Polakiem?", zapytalem.

          Zdazylem sie przyzwyczaic, ze we Lwowie wszyscy mowili po polsku albo
          przynajmniej polski rozumieli. Ja ich tez rozumialem. Zdumiewajaco szybko
          potrafili przestawiac sie na taka odmiane ukrainskiego, z ktora Polak nie ma
          zadnych problemow. Poprzedniego wieczora w restauracji slyszalem Ukraincow
          spiewajacych polskie piosenki - m.in. "Hej sokoly, omijajcie gory, lasy,
          doly". Kiedy doszli do "zal, zal za dziewczyna, za zielona Ukraina", poczulem,
          ze serce bije mi silniej. Na Wolyniu widzialem na wlasne oczy te "zielona
          Ukraine".

          Po wyjsciu z restauracji, bylo juz grubo po jedenastej, dalem sie namowic
          Peterowi na spacer po Prospekcie Wolnosci. Wciaz mial nadzieje, ze uda mu sie
          zawrzec chocby przelotna znajomosc z ktoras z tych pieknych, dlugonogich
          Ukrainek. Niby zartowal, dowcipkowal, ale glodem swiecilo mu z oczu. "Nigdzie
          chyba nie widzialem tylu ladnych kobiet", wyznal. "No moze w Mediolanie..."

          Prospekt Wolnosci byl szerokim bulwarem z wysadzana kasztanami pisaskowa aleja
          w srodku. W niedziele, kiedy ruch kolowy w centrum Lwowa zamiera, nastolatki
          jezdza tu konno. Oplata u wlasciciela konia - faceta w kowbojskim kapeluszu -
          wynosi jedna hrywne.

          Szlismy w strone secesyjnego gmachu opery. Peter byl zachwycony Lwowem. "Do
          glowy by mi nie przyszlo, ze tu sa takie miasta", powtarzal w kolko. Z
          pobliskich biergartenow w stylu wiedenskim dolatywala glosna muzyka. Na lawkach
          siedzieli mlodzi ludzie. Pili pyszne lwowskie piwo. Bawili sie. Nigdzie nie
          bylo agresji. W Warszawie, Szczecinie albo w Lodzi nie zaryzykowalbym spaceru
          ciemna ulica o tej porze. Ale tutaj bylo inaczej. Jak w Pradze. Czulo sie
          przyjazna, rozluzniona, srodziemnomorska niemal atmosfere festynu pod golym
          niebem.

          W jakims momencie podszedl do nas chlopiec z kwiatami. Mial nie wiecej niz
          osiem lat. Poradzilem mu po rosyjsku, zeby sprzedal je komus, kto umowil sie
          na randke z dziewczyna. Natychmiast rozpoznal, skad jestem i zaczal mowic
          najczystsza polszczyzna. "No niech pan kupi te kwiaty... Jak pan chce, to
          zaprowadze pana pod pomnik Mickiwicza i tam zlozy pan wiazanke, no prosze...
          Niech pan kupi kwiaty dla Mickiewicza."

          Portier przed hotelem powiedzial mi, ze jest Ukraincem, ale jego dziadek byl
          Polakiem. Dlatego na imie ma Wladyslaw. Zadzwonil dla nas po taksowke, ktora
          nie przyjezdzala. Walter nerwowo spogladal na zegarek. "Powiedz mu, ze nie
          mozemy sie spoznic na samolot. Niech sprowadzi jeszcze jedna taksowke". "Don't
          worry, sir. We've done it already", powiedzial portier oksfordzka
          angielszczyzna.

          W tej samej chwili z ulicy Doroszczenki w Prospekt Wolnosci skrecila stara,
          rozklekotana wolga. Walter nie zastanawial sie nawet sekundy. Zaczal wymachiwac
          rekami, jakby chodzilo o zycie. Kierowca wolgi mial glowe obwiazana chusta.
          Wygladal jak wilk morski albo hipis. "To tu we Lwowie moda na piratow?",
          zazartowalem, podczas kiedy podnosil klape bagaznika. Usmiechnal sie. W
          bagazniku lezalo stare kolo od ciezarowki, brudne pakuly i szmaty. Peter i
          Walter zawahali sie na ulamek sekundy, a potem, jakby wstydzac sie tego
          odruchu, polozyli swoje eleganckie walizki na oleistych szmatach.

          Lewe drzwi za kierowca nie domykaly sie. Wewnatrz smierdzialo benzyna, olejem
          i papierosami. "Ile lat ma ta wolga?", zapytalem. "Rocznik siedemdziesiaty...
          trzydziesci trzy", odparl pirat. "A przebieg?". Podrapal sie w glowe i zaczal
          liczyc. Sprawial wrazenie kogos pograzonego w milym snie. "Bedzie osiemset
          tysiecy", powiedzial w koncu. Skrecilismy w boczna ulice. Byla calkowicie
          zakorkowana. "Powiedz mu, zeby cos zrobil, bo sie spoznimy na lotnisko",
          blagal Walter. Korsarz pokiwal glowa. "Eins, zwei, drei", wykrzyknal po
          niemiecku i lamiac wszystkie zasady ruchu kolowego ruszyl pod prad. W ciagu
          paru minut dwukrotnie o wlos nie wpadlismy pod tramwaj i trzy razy tylko cudem
          uniknelismy zderzenia czolowego z samochodami, ktore w ostatniej chwili
          uciekaly przed nami na chodnik.

          Pirat ze Lwowa podobal mi sie coraz bardziej. Byl cool. Ani razu nie okazal
          zdenerwowania. "Zapytaj go, ile ma dzieci. Dla kogos, kto przyjezdza z
          Zachodu, to jest najbardziej niesamowite, ze tu na ulicach widzi sie tyle
          mlodziezy", powiedzial Walter. Pirat odparl, ze ma dwojke dzieci. "A w jakim
          wieku?", naciskal Walter.

          "Nie wiem" powiedzial pirat. "Mowi, ze nie wie", przetlumaczylem.

          Nagle samochod zatrzymal sie. Wygladalo na to, ze piratowi przeszla ochota na
          nasze towarzystwo. Obejrzalem sie za siebie i zobaczylem pobladle twarze
          Petera i Waltera. "Dlaczego stoimy tutaj?", zapytalem. Bylem pewien, ze
          uslyszymy: "bo o tej porze mam zwyczaj palic trawke", czy cos w tym
          rodzaju. "Ach, nic takiego...", powiedzial pirat. "Przypomnialo mi sie, ze
          tutaj mozna jechac na skroty". Na jego twarzy znowu pojawil sie blogi usmiech.
          Nasza wolga z trudem zatoczyla kolo na jezdni i ryjac przednia opona trawnik
          wjechala w boczna ulice.

          "Chlopak skonczyl 16 a corka ma 13 lat", wyjasnil pirat, "rosna teraz tak
          szybko, ze trace orientacje".

          Na lotnisko przyjechalismy bez spoznienia. W trakcie odprawy paszportowej
          zaczalem zalowac, ze nie doszlo do zderzenia, ani ze nie dalismy namowic sie
          piratowi na wspolna marijuane. Zostalibysmy wtedy we Lwowie przynajmniej o
          jeden dzien dluzej.
          • Gość: b Re: Lwow IP: *.biaman.pl 27.09.03, 13:53
            Bomba!
            p.s. Jasne, że pamiętam Gienka w roli Sosabowskiego. Mam do opowiedzenia krótką
            anegdote na ten temat, ale innym razem. Dziś juz raczej się nie odezwę. Serwus!
          • bratek4 & & #35 8222;Jeden przeleciał nad kukułczym gniazdem& & #3 27.09.03, 22:10
            Wiesz, Wartburg, ta opowiastka to kawałek przyzwoitej literatury, takie
            przyjazne podpatrywanie lokalnej przaśności i metafizyki – przez Ciebie
            zachciało mi się poczytać Stasiuka. Wśród typów, z którymi zetknęliście się we
            Lwowie, oczywiście najciekawszy jest kierowca wołgi – korsarz dróg, któremu
            dzieci rosną zbyt szybko. To dopiero musiało być przeżycie jechać z nim!
            Tyrmandowskie klimaty. A pamiętasz, że Gombrowicz nie znosił Tyrmanda? Wyrzucał
            jego powieści oszukaństwo, efekciarstwo, totalną degrengoladę.
            Dzięki „One bridge too far” dostałem kiedyś wierszówkę:-) z naszej ukochanej
            gazety-gospodyni. Kiedyś, dawno temu, pozwalali czytelnikom pisać do „Gazety
            Telewizynej” różne komentarze. No i jakaś pani napisała, że w Polsce strasznie
            się tłumaczy tytuły filmów i że np. każdy głupi wie, że „One bridge too far” to
            nie „O jeden most za daleko”, ale „Most zbyt odległy”. Dodała, że polskie
            tłumaczenie wypacza sens filmu i że tytuły powinny precyzyjnie informować, o
            czym są filmy. To i ja napisałem – że skoro precyzyjnie, to zamiast „Rio Bravo”
            powinniśmy to u nas wyświetlać jako „O dzielnym szeryfie, który przy pomocy
            pijaka i oszustki walczy z bandytami”, a „One flew over the cuckoo’s nest”,
            powinien być wiernie przetłumaczony jako „Jeden przeleciał nad kukułczym
            gniazdem”!
            Bardzo było mi miło, gdy pan listonosz przyniósł mi do domu wierszówkę z GW.
            Pozdrawiam.
            • Gość: wartburg Re: & & & #35 35 8222;Jeden przeleciał nad kukuł IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 27.09.03, 23:23
              Nie bardzo lapie sens wywodow tej pani, o ktorej piszesz, ale ona
              albo nie znala angielskiego albo nic z tego filmu nie zrozumiala.
              A moze jedno i drugie. Czy to mozliwe, zeby ktos tak sie wyglupil?
              W Niemczech "One Bridge Too Far" lecial pod tytulem "Die Brücke
              von Arnheim". Akurat nienajgorzej przetlumaczyli, choc zazwyczaj
              niemieccy dystrybutprzy tytuly zarzynaja. Z "Butch Cassidy and
              Sundance Kid" zrobili "Zweiknallharte Typen" (dwoch twardzieli) a
              z "The Sting" "Der Clou" (numer). Te ich tlumaczenia zawsze
              doprowadzaja mnie do furii.

              Poznalem kiedys faceta, ktory bral udzial w akcji desantowej pod
              Arnheim. Polak ze Szkocji. Nazywal sie Stan Korzeniowski. Opowiadal
              mi, ze to byla koszmarna rzez. Tak jak Attenborough pokazal to na
              filmie. Bardzo cenil ten film. W szczegolnosci wystep Hackmana.
              Spotkalismy sie w Berlinie u zaprzajaznionej ze mna Niemki. Christa
              poznala go jeszcze z Glasgow, gdzie mieszkala przez pare lat z
              Jimem, szkockim architektem. Kiedys rywalizowalem z nim o nia,
              czy tez moze raczej on ze mna. Korzeniowski zatrzymal sie u niej
              na pare dni w drodze do Warszawy, gdzie mialo sie odbyc spotkanie
              weteranow bitwy pod Arnheim. Pokazal mi czerwony beret komandosa.
              Zapytalem, czy mial go w czasie bitwy. "Alez skad, ten jest nowy",
              wykrzyknal i zaraz potem sposepnial. Okazalo sie, ze prawdziwy
              beret zniszczyl sie w latach czterdziestych i piecdziesiatych,
              kiedy pracowal w kopalni. Pytalem go o Conrada, ale nigdy go nie
              czytal. Powiedzial, ze Anglicy zawsze go pytaja o Conrada i ze to
              byl ponoc wielki pisarz. Nie wykluczal swojego pokrewienstwa z
              nim. Tez sie wywodzil sie z Ukrainy. Z zascianku, w ktorym
              mieszkalo ok. 200 Korzeniowskich. Drobna szlachta. Wszystkich
              wymordowali Niemcy.

              Stan przylecial do Berlina z zona. Przywiozl ze soba mala kamere
              video, ktora byla w cenie biletu. Pierwsza rzecza, ktora chcial
              nam pokazac, byly impresje filmowe nakrecone w drodze z lotniska.
              Jim podlaczyl jakos te kamere do telewizora i kiedy usiedlismy,
              zeby ogladac film, okazalo sie, ze wszystko, co mialo byc pionowe,
              sfilmowal w poziomie. Zle trzymal kamere. Byla za mala. Nie
              zorientowal sie, ze zle przylozyl ja do oka. Nawet kolumne
              zwyciestwa (die Siegessäule) sfilmowal tak, ze zamiast stac,
              lezala.

              pozzdrawiam
    • Gość: ;D Re: Hollywwod zidiociało do reszty IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.09.03, 22:19
      Stallonowie pochdzą z Ukrainy? To już wiem skąd u Sly'a te słowiańkie rysy
      twarzy. ;DDD
    • Gość: marcee DOKTOR ZIWAGO ? IP: *.krakow.cvx.ppp.tpnet.pl 27.09.03, 22:31
      zobaczymy, skomentujemy
      ja Pancernika Potiomkina na pewno obejrze sobie tak czy siak

      prosze nie zapominac o takich produkcjach hoolywodzkich jak Doktor Ziwago
      bardzo przyzwoite uwazam
      wprawdzie umieszczono Newski Prospekt w Moskwie zamiast w Petersburgu ale nie o
      to chodzi w sumie
      poza tym calkiem, calkiem

    • Gość: bratek o realizmie IP: *.biaman.pl 27.09.03, 22:46
      A pamiętasz, Wartburg, Hoffmana w „Night cowboy”? Cóż za pytanie – jasne, że
      pamiętasz. Pierwszorzędna robota. Poruszał się w ten okropny sposób kuśtykając
      i używając tylko zewnętrznych krawędzi stóp, bo miał do butów włożone kamienie.
      Nie tylko gdy kręcili ujęcia, ale przez cały czas produkcji filmu. On tak
      chodził po ulicach Nowego Jorku, żeby się wyćwiczyć w tym chodzie!
      Perfekcjonista – taki sam jak de Niro. Pamiętasz scenę, w której Voight i
      Hoffman wybierają się na przyjęcie. Hoffman, brudny, obszarpany, pokurczony..
      Zatrzymuje się na chwilę, wyciąga wyszczerbiony grzebień i wykonuje starannie
      dwa ruchy tym grzebieniem nad głową. Oczywiście, „fryzury” w ten sposób nie
      zmienia, ale pokazuje, że mu zależy na dobrym wrażeniu. Wysiłek, jaki włożył w
      tę czynność Szczurek, Hoffman zagrał znakomicie. Kolejny geniusz amerykańskiego
      kina.
      • Gość: wartburg Montaz "Nocnego kowboja" IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 27.09.03, 23:47
        "Midnight Cowboy" to film, ktory znam prawie na pamiec. Moglbym
        godzinami opowiadac o montazu - np. jak genialnie uzyl go w
        narracji poczatkowej Schlesinger wplatajac te piosenke "People
        are talking" w jazde autobusem do Nowego Jorku. Ci zmieniajacy
        sie pasazerowie i John Voight ze swoim nieodlacznym radiem
        tranzystorowym, ktory probuje ich zagadac. Tam w piec minut
        opowiedziana jest fabula, ktora innemu zajelaby co najmniej
        pol godziny. Te czarnobiale przebitki z dziecinstwa Joe Bucka,
        tak sie zdaje sie nazywal, pamietasz? Zakonnice. Spiace
        matki z dziecmi. Potem Voight jest juz w Nowym Jorku i ta
        sciezka dzwiekowa z piosenka wraca, z tym ze coraz rzadziej.
        Pojawiaja sie inne obrazy i ten poczatkowy optymizm zaczyna
        sie zalamywac.

        A w tej scenie, ktora Ty opisales, jest tez pewien szczegol,
        ktory odkrylem dopiero za ktoryms tam razem. Gospodarze
        party filmuja swoich gosci, ktorzy wypowiadaja jakies "glebokie
        mysli". W jakiejs chwili kamera zjezdza na Hoffmana, ktory
        w pospiechu laduje sobie wedline do kieszeni. A z tylu za
        nim rozpoznac mozna jeszcze jednego clocharda z siwa broda,
        ktory robi dokladnie to samo. Ten szwenk trwa dwie sekundy.

        Tej historii o kamieniach wkladanych do butow nie znalem,
        chociaz cos takiego sobie wyobrazalem. A pamietasz scene,
        w ktorej Hoffman wlamuje sie do skrzynki czyscibuta, zeby
        wyczyscic buty Voightowi? I jak obok siada policjant,
        ktorego biedny Razzo tez musi obsluzyc?
        • Gość: bratek kanał IP: *.biaman.pl 04.10.03, 13:23
          Część z tego pamiętam, niektórych sekwencji niestety nie lub słabo. Pamiętam
          tę z "People are talking". Pamiętam inną, gdy żigolak Joe (tak się chyba
          nazywał) uprawia seks z pierwszą damulką, którą udało mu się naciągnąć w NY.
          przewracają się po łóżku, na którym leży pilot. Telewizor jest włączony i za
          każdym zwodem:) pary zmienia się kanał w telewizji. Wyświetlają a to jakieś
          małpy, a to wojnę, a to reklamę proszku (o ile dobrze pamiętam). Prosta i
          wymowna metafora wyuzdanej rzeczywistości wielkiego miasta.

          Wczoraj widziałem "Italian job". Poszedłem na ten film dla Donalda Sutherlanda
          (przez wzgląd choćba na "MASH"). Okazało się, że DS tam mało, w zamian dwie
          godziny nużącej opowieści o złodziejach mszczących się na swoim byłym kupmlu..
          Włamania, pościgi z definicji miały zapierać dech w piersiach. Sekwencje
          okraszone dobrą (choć za głośną) muzyką, efekty rodem z Bonda, a ja sobie
          rozmyślałem o sekwencji pościgu z "Bullita", którą oglądałem z zapartym tchem i
          gdzie jedynym dźwiękiem był warkot silników.
    • Gość: perz Re:Forum zidiociało do reszty też również IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.09.03, 00:09
      biznes.interia.pl/main/info.html?nid=430576
    • Gość: b Blisko i daleko od nieba IP: *.biaman.pl 30.09.03, 23:48
      Julianne Moore.
      OK, profil ma fatalny, ale reszta.. Uśmiech nieśmiały, coś bardzo delikatnego w
      jej grze, oszczędność środków. Piękna twarz. Wróciłem właśnie z "Far from
      Heaven". Warto.

      A przy okazji notka z GW: Ameryka w pigułce. Ten najwspanialszy z krajów,
      mityczna kraina, dreamland, chyli się ku upadkowi:

      USA/Grupa rockowa zapowiada samobójstwo na estradzie

      (PAP) 30-09-2003, ostatnia aktualizacja 30-09-2003 23:35

      30.9.Tampa (PAP/AFP) - Amerykańska grupa rockowa Hell on Earth (Piekło na
      Ziemi) ostrzegła, że podczas jednego z jej koncertów w październiku popełni na
      estradzie samobójstwo pewien chory w stanie krytycznym, by zaprotestować
      przeciwko wspomaganym samobójstwom

      Informacja taka znalazła się na stronie internetowej grupy. Po zapoznaniu się z
      nią władze miejskie Saint Petersburg na południu Florydy, gdzie miałoby dojść
      do samobójstwa 4 października, podjęły nadzwyczajną uchwałę zabraniającą
      popełniania samobójstwa w celach komercyjnych lub dla rozrywki

      Ponadto grupa musi do czwartku stanąć przed sędzią hrabstwa, by wyjaśnić swoją
      inicjatywę

      Jeden z członków władz miejskich powiedział, że jeśli grupa dokona promocji
      swojego koncertu w taki sposób, pogwałci uchwałę, która odnosi się również do
      firmy sprzedającej bilety na koncert

      Sprzedaż biletów została zakończona w poniedziałek. (PAP) jr/ 7023
    • Gość: bratek Betty Midler a Rene Zellweger IP: *.biaman.pl 04.10.03, 13:13
      www1.gazeta.pl/wyborcza/1093892,34513,1705680.html?v=3&a=8319388#opinie
      Kręcą filmy o Janis Joplin. Jestem pełen obaw. Czy "Róża" z kapitalną Betty
      Midler nie była wystarczająca dobra?
      Czy chodzi znowu o wykorzystanie cudzej sławy i tragedii do zrobienia
      hollywoodzkiej melodramatycznej bajeczki?
      • Gość: wartburg Re: Betty Midler a Rene Zellweger IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 04.10.03, 13:47
        Podzielam Twoje watpliwosci. Tym bardziej, ze film z Betty Midler
        uwazam za wyjatkowo udany. Ogladalem go ze swiadomoscia, jak latwo
        mozna bylo to schrzanic. Ale wyszlo cos naprawde wartego obejrzenia
        - glownie dzieki Betty Midler oraz odwadze rezysera, ktory daj jej
        te role. Przeciez podobienstwo Midler do Janis Joplin bylo zerowe
        i mimo to, a moze wlasnie dlatego, zagrala z taka brawura. Dowiodla,
        ze istnieja takze inne rodzaje podobienstwa. Miala podobne zasoby
        energii.

        Nie wierze, zeby z tego tematu mozna bylo zrobic cos przynajmniej
        rownorzednego. Wyjdzie pewnie cos w typie "Lolity" z Jeremy
        Ironsem. Nie przymawiajac nikomu :)
        • bratek4 Betty 04.10.03, 13:49
          W tamtym filmie był też wspaniały Alan Bates - jeden z moich ulubionych aktorów
          angielskich. Choć oczywiście to film Betty Midler (a tytułowa piosenka - jedna
          z najlepszych, jakie znam).

          > Nie wierze, zeby z tego tematu mozna bylo zrobic cos przynajmniej
          > rownorzednego. Wyjdzie pewnie cos w typie "Lolity" z Jeremy
          > Ironsem. Nie przymawiajac nikomu :)
          :)

          No i co Ty na te podkrakowskie czary?
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka