Gość: Ciekawy
IP: 209.234.160.*
16.10.03, 14:28
Wyzerowani, uziemieni
Fragmenty artykułu
Wymyślono, że dla wyliczenia przyszłej emerytury
trzeba przedstawić dokumenty z przeszłości, często z
firm, po których ślad zaginął. Jak nie znajdziesz –
ZUS ci świadczenia obniży.
RYSZARDA SOCHA
Szwaczka Grażyna Paruszewska-Klimek z Łodzi, rocznik
1958, czuje się bezradna. Najlepsze zarobki, rzędu
półtorej średniej krajowej, miała w Lalmi, w spółce
polsko-arabskiej, zajmującej się szyciem kożuchów,
skór i odzieży. Przepracowała tam 15 lat, do 1998 r.,
kiedy firma popadła w tarapaty i zawiesiła
działalność. Przez pierwsze lata ZUS rozliczał zakład
imiennie, więc wiadomo, ile Paruszewska zarobiła.
Potem przez osiem lat składki były przekazywane
zbiorczo, więc pracownicy muszą dostarczyć ZUS
dokumentację płacową. Chodzą pod dawną siedzibę firmy.
Paruszewska była cztery razy, kilka razy posłała
rodziców, ale nie ma z kim rozmawiać. Mieszczą się tam
teraz inne firmy, którym była współwłaścicielka Lalmi
wynajmuje lokum i podobno raz w miesiącu pobiera
czynsz.
Akta mają być w szafie, w jednym z pomieszczeń. W
czerwcu br. kilkadziesiąt zdesperowanych szwaczek
zgromadziło się pod bramą. Miały nadzieję, że dawni
szefowie zjawią się powiadomieni przez portiera. Nic
nie wskórały. Chodziły do ZUS, do sądu gospodarczego –
żadnej pomocy, żadnej reakcji, wszyscy rozkładają
ręce. Czy właściciele Lalmi chcą uniknąć kosztów
związanych z udostępnieniem dokumentów? Ktoś musiałby
przecież zliczyć zarobki, wystawić stosowne
zaświadczenia. Kobiety skłonne byłyby opłacić osobę,
która wykonałaby tę pracę. Ale z kim to mają ustalić?
Jedna ze szwaczek była pod domem szefowej, usłyszała
przez domofon obietnicę, że dokumenty dostanie. I nic.
Inna spotkała w hipermarkecie dawnego szefa. Wziął od
niej dane, zobowiązał się załatwić sprawę i też na
gadaniu się skończyło.
– Wszyscy nas odsyłają – żali się Paruszewska. Miała
ofertę ze strony miejscowego detektywa od wyszukiwania
akt pracowniczych. Twierdził, że wykupi dokumenty od
współwłaścicielki Lalmi. Nie zdecydowała się, bo
chciał zapłaty z góry.
Teraz zarobki Paruszewskiej spadły dużo poniżej
średniej krajowej. Dostaje na rękę 800–1000 zł. Bez
płac z Lalmi jej kapitał początkowy będzie mizerny,
dodatkowo uszczuplony jeszcze o ponadroczny okres
bezrobocia. Koleżanka, która odeszła na emeryturę, gdy
przedsiębiorstwo działało, ma wysokie świadczenia.
Inna uzyskała uprawnienia emerytalne niedawno i
dostała grosze, bo z Lalmi, z powodu braku dokumentów
płacowych, policzono jej zero.
W tym przypadku kobiety wiedzą, gdzie są akta, lecz
nie mają do nich dostępu. Znacznie częściej dokumentów
w ogóle nie można odnaleźć. – W Łodzi najgorzej jest z
firmami polonijnymi – opowiada Jolanta Wasiak,
zastępca kierownika Archiwum Zakładu Obsługi
Administracji tutejszego Urzędu Wojewódzkiego (ok.170
firm, 6,5 km akt osobowych). – Ktoś przyjechał, zrobił
biznes, wyjechał po pięciu czy sześciu latach, nie
obchodziły go dokumenty, tylko pieniądze. Ludzie mają
świadectwa pracy i na tym koniec.