jeff-beck
10.06.09, 12:25
Is fecit, cui prodest (ten uczynił, kto odniósł korzyść), jest taka
stara maksyma leżąca u podstaw wszelkich analiz czynów zabronionych.
Sprawa P. Anny Cugier-Kotki budzi emocje nie tylko polityków i
dziennikarzy, ale i komentatorów internetowych (ze szczególnym
uwzględnieniem "gwiazdy" portalu onet.pl - "antka - emigranta").
Mniej może interesuje ona opinię publiczną (jakoś nie zauważyłem,
aby wczoraj urywały się telefony w redakcjach programów TV). Ale na
początek - zestawienie zdarzeń, zdarzeń ale nie faktów, bo jak na
razie ilość faktów w rozumieniu procesowym jest żadna. Postaram się
to zrobić w miarę wiernie. W poniedziałek pojawiają się dwa wywiady
z p. Cugier-Kotką, jeden w Superstacji, drugi w TVN. W obu jest mowa
o słownych pogróżkach, jakie są adresowane do tej Pani. W
Superstacji jest to nawet nieco "ubarwione" opowieścią o tym jak to
w sobotę w sklepie ktoś wyzywał i szarpał naszą bohaterkę. I, co
ważne, p. Cugier-Kotka stwierdza, że na szczęście nie kopnięto ją w
kolano, bo wtedy zrobiono by jej wielką krzywdę. Czyli na razie (w
poniedziałek) mamy do czynienia z agresją raczej w sferze werbalnej
(co zreszta jest także przestępstwem). Bohaterka wypowiada się o tym
z niesmakiem, ale bez przesadnego oburzenia. Wtorek rano: p. Cugier-
Kotka roztrzęsionym głosem opowiada jak to w sobotę zaatakowała ja
grupa osób (raczej "blokersów") i brutalnie pobiła, kopiąc m in w
kolano (sic). Temat zresztą natychmiast podjety
przez "Rzeczpospolitą" i już pojawia się "smrodek" napaści "na tle
politycznym". TVN przedstawia rozhisteryzowaną p. C-K, opowiadającą
o brutalnej napaści i szkodach na zdrowiu jakie w wyniku tej napaści
poniosła, jednocześnie pokazując wywiad jaki z nią dnia poprzedniego
przeprowadził red. Sianecki, wywiad pełen uśmiechów i absolutnej
swobody interlokutorki. Na to nakłada się wypowiedź rzecznika
Policji, który stwierdza, że: zdarzenie ma miejsce około 8-mej rano,
natomiast zgłoszenie dociera poprzez numer alarmowy o godz. 14:13,
czyli 6 godzin później. Kontra p. C-K - "nie mogłam się dodzwonić,
wciąż odzywała się automatyczna sekretarka..." - to zostawimy jako
wygodne choć niezgodne z prawdą (automatyczna rejestracja wszystkich
połączeń przychodzących). Dodatkowo z notatki policjantów
rozmawiających z p. C-K wynika, że ktoś schwycił ją za rękę
(bardziej wykrecił) i uderzył w pośladek, czyli mówiąc prościej
wymierzył jej klapsa. Pomimo poinformowania "poszkodowanej", że jako
nie będącej osobą publiczną przestępstwo w stosunku do niej nie jest
ścigane z oskarżenia publicznego, musi ona złożyć zawiadomienie o
jego popełnieniu, zgodnie z obowiązującą procedurą. Zawiadomienie
takie nie zostaje zgłoszone do mniej więcej godz. 15-tej we wtorek.
Podobnie nie następuje zgłoszenie się do biegłego celem dokonania
obdukcji. Ok. 15-tej we wtorek "poszkodowana" pojawia się pod
właściwym Komisariatem PP, ale wyraźnie na coś jeszcze czeka, w
końcu po dość długich konsultacjach z kilkoma panami decyduje się na
wejście, rozumiem celem dokonania powiadomienia o popełnieniu
przestepstwa. Również w tym mniej więcej czasie stwierdza w rozmowie
z reporterem, że musi udać się do ortopedy, ale kiedy to sama nie
wie, może w piątek... ciekawe - twierdzi wcześniej, że najmniejszy
uraz dwukrotnie operowanego kolana grozi jej nieobliczalnymi
skutkami, a tu ma czas (prawie tydzień) na wizytę u ortopedy, ale
sprawę niekonsekwencji pani Cugier-Kotki na razie zostawmy, jest
tego dużo więcej. Obdukcja biegłego nie znajduje wyraźnych śladów
pobicia (typowa prawnicza ostrożność - nie żadnych a wyraźnych) i
odsyła "poszkodowaną" do ortopedy celem dokonania obdukcji
specjalistycznej, na to jednak p. C-K ma jak widać czas.
Jednocześnie na komisariacie "poszkodowana" nie jest w stanie
psychicznym (tak biedactwo przeżywa) składać zeznań i umawia się na
dzień następny na przesłuchanie u siebie w domu(?!). Ale po
opuszczeniu gościnnych progów Policji radosna i pełna sił udziela
kilku wywiadów a o 21-szej pojawia się pełna energii w programie
red. Rymanowskiego. W tle tego zamieszania, aby nie powiedzieć
cyrku, uaktywnia się zarówno Pan Jacek Kurski, który, jak twierdzi
już w piątek wiedział o mającym miejsce w sobotę "brutalnym
pobiciu"(ciekawe!), jak i jego pryncypał Prezes/Premier Jarosław
Kaczyński, który z wielką pewnością zarzucił dokonanie tego
haniebnego czynu elektoratowi Platformy Obywatelskiej. Wiadomo,
strawestuję tu znane łacińskie powiedzenie "anas locuta, causa
finita". Teraz zastanówmy się nad ilością wersji jednego zdarzenia
(wszystkie autorstwa pani Cugier-Kotki): 1. w sklepie zostaje
zaatakowana słownie i szarpana, na szczęście nie uderzono jej w
kolano (wersja dla Superstacji); 2. jest atakowana słownie, ona i
jej rodzina, ale w gruncie rzeczy "nic to" (wersja dla red.
Sianeckiego), co ciekawsze spytana dlaczego nie powiedziała red.
Sianeckiemu o pobiciu odparła z uroczą prostotą "bo mnie nie pytał"
(sic); 3. w sześć godzin po zajściu oświadcza wezwanym przez nią
policjantom, że (przyjmijmy) wykrecono jej rękę i uderzono w
pośladek; 4. rano we wtorek telefonicznie opowiada redakcji TVN jak
to ja napadnięto, zwyzywano i skopano po chorym kolanie (rozumiem,
że "przestępcy" mieli wgląd w kartę chorobową p. C-K, aby wiedzieć
gdzie i jak mają ją bić - też skąd inąd ciekawe). Potem
wyjasnienia "pani ofiary" widziane przeze mnie na "paskach" różnych
stacji gmatwają się coraz
bardziej.
Przedstawiłem garść zdarzeń i wersji jednego "brutalnego napadu".
Niespójność wersji, okoliczności towarzyszących, opowieści o
sprawcach jest zadziwiająca. Odnoszę wrażenie jakby p. Cugier-Kotka
w miarę upływu czasu "nakrecała się" coraz bardziej (a może jest
nakręcana) i brnęła w coraz mniej wiarygodne opowieści. Taki mały
drobiazg - po południu we wtorek, już stwierdziła, że zrobili to
ludzie inteligentni (wiadomo elektorat PO to głównie:
wykształciuchy"), a skąd wiedziała? - "po słowach ich poznacie".
Fakt, żul użyłby bardziej swojsko brzmiącego wyrazu "ty q..wo" a nie
wyszukanego "sprzedajna dziwko", tylko to brzmi tak bardziej
z "ruchu oporu", a jak orzekł Prezes/Premier byli ci z AK i byli ci
inni. Ciekawy z tego wniosek, zresztą to PiS jest z "górnej półki"
więc użyłby bardziej eleganckiego zwrotu, a wychowany na podwórku
elektorat PO zadowoliłby się zwykłą i ordynarną "q-wą". Że też na to
wcześniej nie wpadłem. I tak doszliśmy do innych "osób dramatu".
Ciekawa jest rola p. Jacka Kurskiego, jak to się stało, że znalazł
się "na właściwym miejscu we właściwym czasie". Choć z tym właściwym
czasem to nie tak do końca, raczej okazał się wizjonerem wiedzącym w
piątek, że w sobotę p. C-K zostanie "brutalnie pobita". Wszystko to
wygląda dziwnie, mało wiarygodnie, w gruncie rzeczy na bardzo
nieudolnie skonstruowaną prowokację, ciekawe czyją i przeciw komu. A
jak powiedzialem na wstępie - Is fecit, cui prodest, warto
zastanowic się "cui prodest". A tak na marginesie - jaki wpływ
na "działania" pani Anny Cugier-Kotki ma świadomość, że za składania
fałszywych zeznań i wprowadzanie w błąd organów grozi
odpowiedzialność karna.