
d kilku miesięcy naszą opinię publiczną rozbudza wojna
o "dopalacze" - legalne środki odurzające, które jedna z firm
zaczęła sprowadzać do Polski. Wywołało to panikę w mediach, na
sprzedawców nasłano kontrole Sanepidu czy celników, wreszcie
posłowie znowelizowali ustawę o przeciwdziałaniu narkomanii,
delegalizując 17 nowych substancji, w tym najpopularniejszą wśród
nich N-benzylopiperazynę (BZP). Wywołało to natychmiastową reakcję
dystrybutora, który zapowiedział, że zastąpi wszystkie
zdelegalizowane produkty nowymi o podobnym działaniu. Politycy już
zastanawiają się nad kolejną nowelizacją. Zabawa w kotka i myszkę
trwa.
Zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy legalnego obrotu środkami
psychotropowymi posługują się głównie argumentami odwołującymi się
do moralności, wolności czy szkodliwości wspomnianych substancji.
Spierają się o to, czy szeroko dostępne dopalacze doprowadzą do
tego, że dzieci i młodzież przestaną myśleć o nauce i pogrążą się w
psychodelicznych wizjach, często ignorują jednak inny, bardzo ważny
aspekt całej sprawy - finanse.