Dodaj do ulubionych

Anegdoty Mistrza Wahazarda, wydanie pierwsze...

15.06.10, 10:41
... szpilkowe ;)))

MiŁŁego czytania!

Dzięki, Mistrzu... :*


Anegdotka wakacyjna

Przy okazji dzisiejszego porannego skrobania szyb, zakiełkowała w mojej chorej
jaźni myśl, ogrzania się jakimś wakacyjnym wspomnieniem.

Umilając sobie jazdę do roboty wpuszczaniem do ruchu karnie oczekujących na
zmiłowanie niewiast, a karcąc dopychających do końca zwężającym się 3-cim
paskiem cwaniaczków, dokonałem zgrubnej selekcji i pierwsze co mi się napatoczyło brzmi mniej więcej tak :

(zanim się jeszcze zacznie, prośba do tych góra 2 najzacieklejszych czytelników którzy dojadą do końca, o rewanż pod kątem niechybnego skrobania w dniu jutrzejszym)

--------------------------------------------------------------------------------------------------------
Obserwuj wątek
    • twardycukierek Anegdota kinowa 15.06.10, 10:42


      Autentyk sprzed tygodnia. Kolejka do baru w kinie. Przede mną typ jakieś 5 dych na oko, w kurtce a'la wczesny Linda i gaciach od motocykla. Gdyby tylko było cieplej możnaby dojrzeć na jego tiszercie "Instruktor seksu. 1-sza lekcja darmo"

      Za ladą Szczęście na oko wchodzące właśnie w wiek produkcyjny. Dochodzi kolejka.

      Izi rajder :

      - Joł ! (po czym sceniczna pauza)

      Dziewczę widać grzecznie wychowane, nie ma jeszcze jasności czy odjołować czy czekać na dalszy rozwój zdarzeń, więc wyczekująco milczy unosząc brwi w niemym pytaniu.

      Brak rutyny nie pozwala mi opanować lekkiego grymasu mięśni policzkowych, co nie uchodzi uwadze Szczęścia.

      Rajder :

      - Masz tam coś fajnego ?
      - A czego Pan sobie życzy ? Coś do picia czy do jedzenia ?

      Nastepuje nonszalancki balans tułowia wspomagany trwającym całą wieczność opuszczeniem i podniesieniem powiek (myślałem że tylko kobity tak umieją; całe życie się człowiek uczy)

      - No to daj tam co masz ... Może być ten napój, o !

      Rajder dostaje swój napój i odpływa w samotność wieczoru. Szczęście wita ten fakt
      z ulgą i - jako świadkowi etiudki - śle mi porozumiewawczy uśmiech.

      Jak zawsze w takich chwilach coś od czapy strzela mi do łba i nie upewniwszy się nawet czy Rajder odpłynął wystarczająco daleko, zwracam się do Szczęścia :

      - Elo !

      Szczęście parska śmiechem, Rajder się odwraca i posyła mi spojrzenie śmierci.

      Rewanżuję się uśmiechem mającym wyrażać 'aleosochozi' i już chcę zamawiać swoją paczkę dropsów kiedy widzę, że Szczęście zdążyło się salwować ucieczką do zakrystii skąd dochodzą już niehamowane spazmy śmiechu.

      Dropsy dostałem już od jej koleżanki.

      • twardycukierek Anegdotka z aniołkiem 15.06.10, 10:44


        Onegdaj znów pofartowało się zupełnie niesłychanie i dostałem robotę w kamienicy słynącej z największego żyrandola w całej okolicy i dyndajacego nad nią co roku w okolicach Mikołaja - świetlistego dzwoneczka.

        Ponieważ garść moich nonszalanckich blefów serwowanych z coraz większą fantazją kolejnym przygnębiającym krawaciarzom oraz zdecydowanie mniej już przygnębiającej eterycznej pani kadrowej doczekała się dość nieoczekiwanego 'Sprawdzam !', przez szereg pierwszych miesięcy z przygodami Uszatka musiałem
        zaznajamiać się jedynie z relacji naocznych świadków.

        Dodatkowo, lokalizacja kamienicy wykluczała jakąkolwiek możliwość zaparkowania samochodu na tzw zasadach ogólnych przez burżujów wylegujących się na swoich otomanach dłużej niż do 3 rano.

        Zmuszało mnie to do zniżania się do żenujących chwytów w rodzaju wślizgiwania się po kryjomu na pobliską plebanię z umieszczoną za przednią szybą tabliczką 'Dostawa opłatka' że nie wspomnę o oklejaniu mej limo kolekcją mandatów z poprzedniego tygodnia.

        Spuśćmy zasłonę milczenia na sytuacje kiedy w warunkach porannego pośpiechu wymienione rekwizyty nie licowały z lokalizacją zaparkowanego F126P.

        Niestety, drobne te codzienne przyjemności okupione były koniecznością korzystania ze schodów p-poż celem skrócenia drogi do samochodu.

        Dodatkowo, schody te na parę pięter przed parterem kończyły się i resztę drogi trzeba było pokonać częścią hotelową kamienicy.

        Niedogodność tą wynagradzałem sobie każdorazowo widokiem przesiadujących na Ludwikach XIV pań, oczekujących niewątpliwie w kolejce do manikiurzystki lub fryzjera których salonów jednakowoż jakoś nigdy nie udało mi się zlokalizować.

        Intrygowało mnie nieco, że w tej kolejce te same panie przesiadywały co wieczór,
        ale ponieważ kobieta była dla mnie zawsze (i pozostaje do dziś) zjawiskiem nieprzeniknionym, wątpliwości swoje składałem na karb niskiego IQ

        Po jakimś czasie, z jedną z nich nawiązałem nawet pewną zażyłość wzrokową wyrażającą się wymianą powłóczystych spojrzeń spod 20-centymetrowych rzęs (to tej pani, moje były nieco krótsze).

        Na przestrzeni kolejnych tygodni repertuar naszej zażyłości wzbogacał się stopniowo o dyskretne bujanie nogą założoną na nogę i nabieranie zdecydowanie większej niż niezbędna do oddychania ilości powietrza w jedną z najfajnieszych par płuc jakich byłem świadkiem z jednej, a coraz bardziej rozpaczliwe próby uniknięcia tego
        co nieuniknione - z drugiej strony.

        Aż wreszcie wypełniły się dni i przyszło zginąć latem ...

        [Teraz psim obowiązkiem każdego narratora pod groźbą zerwania umowy przez wydawnictwo jest wyjawić czym wtedy pachniało powietrze.

        Problem w tym, że za skarby nie pamiętam czy jakieś powietrze tam w ogóle jeszcze było, wśród oparów perfum, olejków, kremów i innych tytoni]

        Oto - jeszcze tego samego dnia, którego przyszedłem do roboty - rączo pokonuję a ze mna mój hebanowej maści neserek kolejne pięterka, aż W końcu z lekkoscią motyla i wdziękiem gazeli zeskakuję z poręczy ostatnich schodów i wypływam na bezmiar hotelowego holu.

        Na krechę tnę w kierunku znajomych kręconych schodów, gdy nagle dosięga mnie ciężka łapa przenaczenia.

        Znajomy blond anioł stojąc właśnie na ich szczycie, posyła mi dyskretnie trymfujące przeciągłe spojrzenie, leniwie obserwując jak zmierzam prosto jak baran na rzeź.

        Jeśli ktoś pyta czy to jest ta chwila kiedy całe życie przelatuje człowiekowi przed oczami (oczyma ? - niepotrzebne skreślić), to potwierdzam.

        Trzeźwości umysłu starczyło mi ledwie na przełknięcie śliny i uswiadomienie sobie, że rozpoczęty właśnie pojedynek wzrokowy przesądzi na długie miesiące o mojej trasie do samochodu.

        Nie pękam więc i gardząc śmiercią jestem już prawie na schodach i to cały czas remisując w 'kto pierwszy mrugnie', gdy karmin warg traci nagle swą doskonałą regularność a powietrze (jednak było go tam trochę) przeszywa wyszeptane zmysłowo :

        - Hieloł, sjer

        Jeśli ktoś pyta ... ponownie potwierdzam, ale coś z tym trzeba było zrobić, a tym bardziej zważywszy na ukraińsko-białoruską śpiewność 2-giej sylaby 'Hello'

        - Dobryj wiecier, aniołku

        Okuń byłby ze mnie dumny. Jak mawia jedna z koleżanek zaplusowałem u Aniołka.

        I to tak wyraźnie, że pewna rezerwa czająca się w pierwszym zagajeniu ustapiła entuzjazmowi niemal w kolejnych i dialog potoczył się żwawo :

        - Pajdiom ?

        - Nietu, spasiba

        - A paciemu ?

        - Bo ja giej

        - Giej .... ?

        (tutaj pauza dokumetujaca przejście od konfuzji do radośnie oznajmionego znalezienie rozwiazania)

        - To dla gieja u mnie za połowinku !

        Tu moje zdolności improwizacyjne wystawione zostały na ciężką próbę ...

        - O kiej, tolka skoczę po druziej

        - Nietu, za połowinku to tolka giej ! O kiej ?

        Uffff no i udało się jakoś wybrnąć. I to na gruncie merkantylnym, a więc bez wystawiania na szwank swojej męskości i to w kontekście - jak by nie było - międzynarodowym.

        Jednak lazur smutnych ocząt Aniołka wrył mi się w pamięć na długie tygodnie,
        za każdym razem brutalnie negując słuszność przyjętej przeze mnie linii.

        Traf chciał, że jakoś niedługo potem, mój Aniołek najwyraźniej delegowany do podbijania innych wschodzących rynków osierocił mnie, który długo jeszcze ciąłem ten cholerny dywan na cholerną krechę obiecując sobie za każdym cholernym razem że jeśli tylko kiedyś powróci – pajdu. I to biez druziej.

        • twardycukierek Anegdotka zimowa 15.06.10, 10:45



          No to łapta Bracia i Siostry teraz taką, z czasów kiedy wszystko było lepsze ... . Aby uniknąć rozczarowania wśród czytelników poprzedniej historyjki, ośmielam się uprzedzić, że czynnik imć Okonia występuje tu jedynie pośrednio, niemniej odciska pewne pietno
          ___________________________________________________________________


          Jak mawiał Tata Kazika - pofartowało się zupełnie niesłychanie i kumpel ze średniej zaprosił mnie onegdaj na imprezę. Owo onegdaj wypadło gdzieś w połowie lat '80 a sama uroczystość miała się odbyć w Czerwonej Pasiece zwanej też Zatoką Czerwonych Świń (dla czytelników spoza Cyntrali naświetlam, że to pod skocznią, gdzie wymościły sobie chatki o czerwonych daszkach jenerały i inne pieszczochy od Wojtka J poczynając).

          Stoczyłem sam ze sobą bitwę ideolo, ale wrodzony hedonizm powalił celnym prawym sierpem narowy kombatanckie i głusząc wyrzuty sumienia misją rekonesansu mientkiego podbrzusza wroga, wbiłem się w świeże dżiny i raźno, jakiegoś zimowego wieczora ruszyłem pod umówiony adres.

          Podążając między arcydziełem sztuki kowalskiej z jednej a rzędem równo zaparkowanych limuzyn RWPG z drugiej strony, rosła we mnie obawa, że kumpla pod tabliczką z numerem ulicy nie zastanę, a jedno co wiedziałem to że 'u Asi'.

          W końcu, tabliczka zamajaczyła, ale przed tabliczką znacznie wyraźniej zamajaczył smutny pan w podniesionym kołnierzu, któremu z łatwością mieściłem się pod pachą.

          Kumpla oczywiście ani śladu, ale neurony zdążyły już zaintonować 'Stawkę większą niż życie', więc mijam typa jak powietrze sugerując mu niedwuznacznie, że przeoczył mnie przed chwilą kiedy wychodziłem wyrzucić śmieci.

          (właśnie : 'smieci' czy 'śmiecie' - jak będzie poprawniej politycznie ?)

          Typ nie pozostawił mi jednak złudzeń i już zacząłem snuć domysły o twardości posłania na jakim przyjdzie mi spędzę noc, kiedy CB typa zakaszlało 'wpuść go' a ten odstawiwszy ledwie jedną nogę, zwolnił ze 2 metry szerokości bramki przez którą - nie czekając aż się rozmysli - z wrodzonym wdziękiem się przecisnąłem.

          W środku Kossaki, Rembranty i inne Gałgany, dość powiedzieć że nie rozpoznałem naklejki na żadnej z butli. Podprogowy motyw ze 'Stawki' gładko przeszedł w 'Karierę Nikosia', więc po przyjęciu kojącej skołatane nerwy lufy i nałożeniu słusznej porcji sałatki rozejrzałem się gdzie dałoby się przetrwać do przybycia kumpla.

          Impreza była jeszcze na etapie silnej polaryzacji płciowej. Faceci zalegli w jednym z pokoi wielkości średniego boiska do kosza skąd dobiegały ożywione licytacje na fury i skóry, Damy zaś w innym, omawiając swoje kreacje i egzotyczne plany wakacyjne.

          Podświadomie wyczuwając, że mimo wszystko więcej już chyba mam do wniesienia w obszarze kreacji, znalazłem bezpieczną przystań w przytulnym kąciku pokoju Dam.

          Na ścianach pokoju onego wisiały kolejno : skrzypce, trąbka i puzon, a w przeciwległym kącie stało pianino, co sprowadziło wkrótce konwersację na tory talentów muzycznych - jak się potem okazało - gospodyni. Dziewczę owo nie dało się 2 razy prosić (a trzymając sie faktów - ani razu), by zreferować ileż to ono ma instrumentów i że jeszcze tylko brakuje jej harfy i będzie już miała chyba całą
          filharmonię.

          Pozostałe Damy doceniły subtelny urok dowcipu gospodyni racząc ją wykwintnym 'ha-ha-ha' (i znów nie wiem skąd we mnie tyle żółci do panny której jakby nie było zawdzięczam kilka przednich luf i sałatkę).

          Podsumowując, perliste 'ha-ha-ha', obniżona nieznanej proweniencji lufą czujność i wrodzone skłonności samobójcze przełożyły się na dialog :

          Gospodyni : Już tylko brakuje mi harfy i będę mieć w domu
          wszystkie instrumenty

          J23/Nikodem : A pokażesz mi swoje organy ?

          Z powodów które do dziś nie są dla mnie jasne, połowa Dam zażądała wzrokiem mego skalpu, druga połowa miała wyraźnie rozszerzone źrenice, natomiast po dłuższej chwili większość facetów koniecznie chciała ze mną pić


          • twardycukierek Anegdotka komórkowa 15.06.10, 10:46


            Nie wiem która to mogła być, a przynajmniej nie wiedziałem wtedy, kiedy całkiem obiecująco zapowiadający się romantyczny sen, przecięło rzężenie komóry.

            Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii

            ‘Twardym trzeba być. O Jjjjezu, jeszcze jak twardym’, jak mawiał młody Stockinger w ‘Nie zaznasz spokoju’.

            Kierując się tą maksymą, brałem na przetrzymanie czającego się po drugiej stronie komóry psychopatę.

            Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii

            ‘Myślisz żałosny fajansiarzu, że niecały tuzin tych twoich bztrifriiiii na mnie wystarczy ? Chciałeś jeszcze coś dodać ?’

            Chciał : Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii

            ‘To już słyszałem. Jąkasz się suszona klabzdro ?!’

            Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii, Bztrifriiijjjjjjiiiii

            ‘Dobra, robimy tak. Ja Cię odbiorę, spełnię Twoją masochistyczną
            potrzebę przyjęcia 2-minutowej wiąchy, a potem z poczuciem dobrze
            spełnionego obowiązku, wyłączam komórę i wracam do zmiękczania Angeliny wczesnym Leśmianem. Deal ?’

            Bztrifriiijjjjjjiiiii - mające w języku klabzdry oznaczyć ‘OK’

            Przekonując się na własnej skórze, że w środku nocy opór powietrza rośnie do sześciamu godziny na zegarze, zwlokłem swoje zwłoki i ziewając sięgnąłem do biurka po narzędzie tortur.

            - Coo jaaeeeest ???!!!
            - To jaaaaa, kotku. Śpisz już ? To może nie powinnam dzwonić ... ?

            Aksamitny, zmysłowy głosik trajkocząc słodko nie taił rozczarowania.
            W mgnieniu oka zmiękłem jak wosk, ale mózg nie przestawiony jeszcze na jave tkwił nadal w C++

            ‘Angelina ??? Ale skąd znałaby mój numer i kiedy nauczyłaby się po polsku ?’

            - Yhhhyyyyy mmm
            - Nie mogę zasnąć i właśnie pomyślałam sobie, czy by do Ciebie nie zadzwonić. Tylko się bałam, że będziesz spał i ...

            Walcząc o lepsze z kuszącą wizją Angeliny w moich piernatkach, świadomość zdawała się powoli wracać :

            - Aaleee to chyba ...
            - Chyba, to się łódka na wodzie. Hahahahaha. Pamiętasz ?. Od Ciebie się nauczyłam tych wszystkich powiedzonek, Mi-siuuuuuuu.
            No poooowiedz, że pamiętasz. Twoja Kicia tak ładnie Cię prosiiiiii

            Nie należę do farciarzy, których aksamitne kicie w środku nocy proszą o cokolwiek. Niewiele ryzyka kryłoby się nawet w stwierdzeniu, że nigdy nie należałem.
            Z drugiej strony, surowe zasady jakie mi wpojono w pakiecie z nienagannymi manierami kazały stawić czoła wyzwaniu.

            - Nie. Nie pamietam !
            - Gniewasz się jeszcze o Karola ...
            - Nie, nie gniewam się o żadnego Karola !!
            - I nawet nie chcesz się przyznać ... Z Karolem, to była pomyłka, a poza tym to wszystko Twoja wina, żeś się uparł wtedy w środku nocy jechać na rowerze do tego Morąga.
            - Zaraz Kicia, zaraz. Ustalmy najpierw fakty ...
            - Powiedziałeś ‘Myyyy’ ? Masz za to słodkiego buziaka : Mmmmmmmccccccccccc !
            - Kicia, pchnij mi jakąś fotkę, bo tyle czasu minęło, a poza tym na Kicia zaczyna mi się połowa książki telefonicznej
            - Połowa, mówisz ? A ja się głupia łudziłam, że choć trochę się zmieniłeś. Nawet nie wiesz co przez Ciebie przeszłam i ile wycierpiałam
            - Karol też ?
            - Karol ?!

            Kicia zdawała się przez moment węszyć podstęp, ale po chwili raźno, choć już z lekka rezerwą w głosie, zaszczebiotała z powrotem :

            - No Karol też, ale na nim to się wszystko zagoiło jak na psie, a wiesz ile rany w sercu potrafią się goić ?
            Nie wiesz, bo skąd masz wiedzieć, jak Ty przecież serca nie masz ! Ale jakbyś kiedyś miał, to Ci powiem : dłuuuugooooo. Baaaaaaardzo dłuuuuuugo
            - No to teraz już wiem. To jak z tym zdjęciem ?
            - Możesz sobie znaleźć na Naszej Klasie ..................... Albo lepiej wiesz nieeeee, lepiej Ci sama wyślę. To na jaki numer ?

            I tu dałem się złapać jak dziecko. Zamiast rzucić narzucające się ‘na ten sam’ wyrecytowałem :
            - 666 123 456
            - Jakie 456 ? 546 !
            - Yyyy, nnno na ten na który dzwonisz
            - Czyli 546 !
            - Na ten który dzwonisz, widocznie źle Ci ktoś podyktował
            - Ale mi nikt go nie dyktował. Jest na Twojej wizytówce, mam ją w ręku : PIĘĆ ! CZTERY !! SZEŚĆ !!!
            - No dobra, 546
            - Zaraz. Zaczekaj ! Tylko nie odkładaj słuchawki. Zaczekaj
            Po chwili z przytłumionych odgłosów zrozumiałem tylko przeciągłe : ‘Maaaaartaaaaaaaaa !’ i serię okrzyków świadczących o ożywionej wymianie poglądów ich właścicielek.

            Po chwili z głosu Kici wyparował początkowy aksamit a zastąpiła go papier ścierny o grubości ziarna najmarniej 5 cm :

            - Marta mówi, że Ty od 3 lat nie żyjesz !!!!
            - No, to musisz teraz wybrać komu wierzyć : Marcie czy mnie ...
            - Marcie, bo Marta mnie nigdy nie okłamała, Ty świnio !!!

            Znajome niebieskie bazgrołki na wyświetlaczu upewniły mnie, że Kicia uznała naszą rozmowę za zakończoną.
            Opierając się na opinii Marty - a Marta przecież nigdy nie kłamie - okazałem się zdechłą świnią.
            A cóż zdechła świnia może zrobić z resztą tak obiecująco rozpoczętego wieczoru ?

            Wśliznąłem się więc do łóżeczka i cichą tęsknotę darmo kojąc odszukałem we śnie, porzuconą Angelinę kolejny raz przekonując się że w snach znacznie lepiej idzie mi z kobietami.


































































            • twardycukierek Anegdotka z Firerem I 15.06.10, 10:48

              Jak każda szanująca się wieś ma swojego śmiertelnego wroga, tak każda osiedlowa siłownia ma swojego firera.

              Nasz Firer był jak się patrzy.Jeśli przyjąć, że wystruganie tego cherlaka Dawida zajęło Michałowi A. ponad 2 lata, na Firera nie starczyłoby mu życia.

              Nie licząc uszu i pięt, każdy z jego pozostałych centymetrów kwadratowych darł się wielkim głosem, że ich właściciel jest sportsmenem, kulturystą i herosem.

              Jego posępne oblicze i wzrok którym prześlizgiwał się ponad naszymi głowami oddawały nabrzmiały wydarzeniami przebieg poprzedniego wieczora
              wraz z głeboką troską o los planety.

              Firer zwykł się był poruszać powoli i majestatycznie, z jednej strony dyskretnie w ten sposób akcentując powagę nieformalnie piastowanego urzędu a z drugiej
              racząc przygodnych koneserów symfonią na grzbietowy, najszerszy, 2 dwugłowe i 1 kaloryfer.

              Sunąc niespiesznie, pozostawiał dokazującej młodzieży wystarczającą ilość czasu na opuszczenie ławki Firera i równiutkie ułożenie talerzyków po 25 kilo sztuka,
              co też wspomniana młodzież bez ociągania się czyniła.

              Wkrótce potem, rozlegało się donośne sapanie i wieńczący je chrzęst spadającego na podpórki żelastwa.

              Mijały dni i tygodnie. Zmieniały się pory roku, ceny karnetów i wejściówek, a Firer trwał jak opoka.

              I mikrokosmos ten trwałby tak pewnie dalej, gdyby któregoś wiosennego popołudnia nie w wbiegło na naszą salę drobne dziewczę wiosen na oko 18-tu, potrząsając - o zgrozo - warkoczykami oplatającymi słuchawki walkmana.

              Ubrane w różowy (!) dresik frotte i takież adidaski pląsając niemal wpadło z korytarza do głównej sali.

              Niektórzy do dziś dnia utrzymują, że razem z Nią weszła też Jej koleżanka, ale z bliżej nieznanych przyczyn nikt nie umie przypomnieć sobie jak wyglądała

              Po opanowaniu chwilowej konsternacji, spojrzeliśmy wszyscy po sobie dzieląc się podprogowo przypuszczeniem, że zapewne pląsając tak od damskiej szatni, nie wyrobiła się na pierwszym zakręcie - do solarium ani na drugim - do rowerów i ślepy
              los pchnął Ją w objęcia dziesiątki zbaraniałych facetów.

              Traf chciał, że moment ten zbiegł się z pokonywaniem przez sztangę Firera tzw martwego punktu, kiedy to każda fibra jego muskułów napięta była do granic możliwości.

              Skoczne dźwięki dobiegające ze słuchawek dziewczęcia wdarły się z całą brutalnością w jaźń Firera i zmusiły do oderwania wzroku od białej gładzi sufitu.

              Po chwili ciszę przeszyło gwałtowne chrapliwe 'AAAGHAAAAGHAAAGHAAA !!!'
              i tylko dzięki szybkiej pomocy zaprzyjażnionego sturmbahnfirera
              żelastwo spoczęło tam gdzie powinno nie gniotąc Firerowej krtani.

              Firer tyleż lakonicznym co ekspresyjnym 'O w q.. je..ne' jak zwykle celnie podsumował dramaturgię całej sceny, równocześnie zawierając w nim coś na kształt wdzięczności wobec sturmbahnfirera.

              Dziewczę struchlało, skuliło się w sobie, drżącym głosikiem wyszeptało 'przepraszam' i kroczek za kroczkiem oddaliło się w najdalszy koniec sali.

              Mimo, że nie upłynęła nawet godzina treningu, Firer wstał i powoli, majestatycznie kiwając się na boki skierował się na ławkę przed budynkiem siłowni.

              Po chwili, pojedyńczo lub grupkami reszta dołączyła do Firera,
              pozostawiając mnie sam na sam z Dziewczęciem z widocznym wysiłkiem
              walczącym z nieobciążonymi niczym uchwytami jednej z maszyn.

              - To przeze mnie ? - spytała nieśmiało z wyraźnym poczuciem winy w głosie.
              - Eeeee, za dużo zabrał. Co chwila za dużo zabiera - zełgałem bez przekonania
              - Aaa. Ale tu dziewczyny mogą ćwiczyć ?
              - No, mooooogą - zaprzeczyłem

              Zrobiła jeszcze parę ruchów i po chwili wyszła z sali.Powoli sala
              z powrotem zaczęła się zapełniać. Ostatni wrócił Firer.

              Nastrój zdawał się wrócić do normy z rzadka tylko dawało się dosłyszeć
              przepojone skargą westchnienie typu : 'no bo niedługo to tu zaczną
              z wózkami wjeżdżać albo trzeba będzie kupić kolorowe majtki na aerobik'.

              Minął następny trening i kolejny - Dziewczęcia nie było. Jakiś czas później
              niemal zderzyliśmy się w kolejce po karnet

              - Cześć - uśmiechnąłem się
              - Cześć - odwzajemniła usmiech
              - Coś nie wpadasz do nas ostatnio ? - nawet mi głos nie zadrżał od tej ociekającej obłudą zajawki
              - No jakoś tak ... ale wpadnę - nikt z nas nie wierzył w to co mówił

              A jednak. Tym razem w czarnym dresie, upięta w koński ogon i bez walkmana
              wolnym, ale nie zbyt wolnym krokiem, z wyrazem lekkiego napiecia na twarzy
              weszła, kierując się w stronę 'swojej' maszynki.

              Maszynka była chwilowo zajęta, więc stanęła w pobliżu, naprzeciw lustra
              i na lekko rozstawionych długich nogach. opierając dłonie na biodrach,
              zaczęła lekko nimi kręcić, zwrócona do nas tyłem.

              Obserwowaliśmy tę scenę z pewnym napięciem. Nie tylko z powodów dla każdego
              faceta oczywistych, ale również ciekawi czy pantomima w wykonaniu
              Dziewczęcia znów nie przerodzi się w monodram w wykonaniu Firera.

              Szczęśliwie, Firer mało, że nie zechciał zażyć kąpieli słonecznej na ławce,
              to jeszcze zdawał się całkiem pilnie obserwować koleżankę.

              Po chwili maszynka się zwolniła, i Dziewczę raźno położyło się na ławce
              śmiało chwytając za uchwyty. Pierwsze seria ruchów bez żadnego obciążenia
              poszła Jej całkiem łatwo, więc zdając się kompletnie nie zwracać na nas
              uwagi załozyła na oba ramiona maszynki po 5 kilowym talerzu.

              Wymieniliśmy się między sobą kpiącymi uśmieszkami spokojnie czekając
              na ciag dalszy. Już pierwsze ruchy sprawiły Jej dużą trudność.

              W pewnej chwili Wszystkie urocze krągłości spiętrzyły się w walce
              a buzia zrobiła czerwona. Uchwyty utkwiły w martwym punkcie i nie ruszały
              z miejsca od dobrych kilku sekund.

              Patrzyliśmy na to lekko zaskoczeni Jej ambicją, ale prawdziwe zaskoczenie
              nastapiło, gdy w pewnej chwili Firer podszedł szybszym niż zwykł
              to czynić krokiem i góra dwoma palcami podniósł jeden z Jej uchwytów
              do góry.

              Po chwili, kiedy jeszcze cały czas go trzymała, delikatnie zaczął go opuszczać, a kiedy uchwyty zatrzymały się, zaczął zbierać się do powrotu na swoją ławkę

              Dziewczę z mieszaniną wdzięczności i zakłopotania najwyraźniej czuło,
              że powinno coś powiedzieć i po długiej chwili wahania cicho powiedziało :

              - Dziękuję ....... panu

              Firer najwyraźniej został jeszcze bardziej zaskoczony i kompletnie nie wiedział co z tym zrobić, ale w końcu zdał się znaleźć pozwlająca mu wyjść z twarzą, ripostę

              - Jakiemu panu ?! I nie zakładaj tyle na drugi raz !

              Mimo, że 'tyle' na określenie 10 kilo w każdej innej sytuacji wywołałoby eksplozje śmiechu, nikt się nawet nie uśmiechnął.

              Dla wszystkich było oczywiste, że brak rutynowego przerywnika, obowiązkowego w tej ociekającej testosteronem sali znaku interpunkcyjnego ze strony Firera mógł oznaczać tylko jedno : szpony afektu !

              Oczywiście nie znalazł sie żaden samobójca który choćby drgnieniem
              brwi odważyłby się podzielić tym oczywistym dla wszystkich spostrzeżeniem.

              Tempo treningu po chwili wróciło do normy, ale każdy z nas wiedział
              że w życiu siłowni coś się zmieniło i nie wszystko będzie juz takie samo.

              I nie mylił się. Dwa dni później, kiedy znajoma wyprostowana czarna jak
              Nefretete figurka weszła na salę, maszynka zwolniła się natychmiast.

              Nefretete opromieniła wszstkich uroczym uśmiechem, a każdy z nas się ochoczo zrewanżował. Firer doczekał się ułamek sekundy dłuższego spojrzenia niż kilku z nas i nieznacznie kiwnął głową wyrywając natychmiast żelastwo w górę by nikt nie dostrzegł nawet cienia jego reakcji.
              • twardycukierek Re: Anegdotka z Firerem II 15.06.10, 10:49
                Wkrótce stała się naszą maskotką. Lubiliśmy podpatrywać jak podnosi kolejne odważniki. Kiedy znikała w piwnicy z workiem i rozlegały się odgłosy kopnięć a potem wychodziła do nas na górę, ścigaliśmy się który pierwszy zapyta :

                - Już kopie ? ;)

                by usłyszeć zawsze to samo wesołe

                - Kopie, kopie ! :)

                Tylko raz jakiemuś nowemu wyrwało się jeszcze

                - A który miesiąc ?

                Ale nim jeszcze skończył, ze spojrzenia któregoś z nas wyczytał jak poważny błąd popełnił i nie czekając na odpowiedź, sam wycofał się niepewnie na z góry upatrzone pozycje :

                - Hhheeeehhheee, nnnnieeee, tak się tylko pyttttaaam

                Wszyscy zadawaliśmy sobie pytanie, co zrobi a raczej dlaczego nic nie robi Firer, ale nikt nie odważył się zapytać. Tak minął miesiąc a potem drugi, nadeszło lato i przerwa wakacyjna.

                Po przerwie z mniejszym czy większym opóźnieniem stawiliśmy się komplecie.
                Nefretete jednak nie wróciła. Firer wyraźnie posmutniał i odzywał się jeszcze mniej choć nigdy nie przecież odzywał się dużo.

                Początkowo nie było dwu treningów pod rząd by ktoś w ten czy inny sposób
                Jej nie wspomniał. Z czasem wspomnienie bledło i wszyscy po trochę zapominaliśmy
                A kiedy zdawało się, że nikt już Jej nie pamięta, pewnego razu ktoś inny z nas
                skoczył unieść sztangę znad Firera która juz za chwilę opadłaby na niego.

                Po chwili kiedy bezpiecznie znalazła się na podpórkach, a pomagający wracał
                na swoje miejsce, usłyszał zza pleców ciche i melancholijne

                - Dziękuję ......... panu

                Ktoś się cicho i niepewnie zaśmiał. Firer o dziwo się uśmiechnął.
                Wtedy zaśmiał się kolejny i nastepny, aż w końcu sam Firer parsknął
                zdrowym końskim nie słyszanym przez nas nigdy śmiechem i przez
                dobrą minutę lub dwie rozbrzmiewała nim cała sala.

                • twardycukierek Anegdotka z Fryzjerem 15.06.10, 10:51
                  U mnie nie było happy endu, a suspens też szlag trafił.

                  W któreś wakacje, pacholęciem będąc, w mieście Augustowie musiałem się ostrzyc.
                  Czasy nie były łatwe, bo spudłowanie decyzji 'na punka, poppersa czy skina'
                  wymagało często nienagannego charakteru w nogach, a bliżej nieznana okolica nie
                  ułatwiała określenia preferencji muzycznych miejscowych.

                  Ponieważ głosy mieszkańców sąsiednich namiotów rozłożyły się remisowo, wziąłem
                  to za znak i na pytanie Maestra : 'to jak ?' odpowiedziałem 'normalnie'.

                  Utrzymujący się już któryś dzień nie do wytrzymania skwar, osłabił przy tym moją
                  czujność, pozwalając zlekceważyć scenografię salonu na którą składało się
                  kilkadziesiąt nadgryzionych zębem czasu portretów Presleya, Shakin Stevensa i
                  ich kumpli z Gorączki Sobotniej Nocy. Nie muszę chyba dodawać w jakim klimacie
                  utrzymana była fryzura samego Maestra.

                  Kojący szum miarowo pieszczącego skórzany pas ostrza brzytwy przekazał mnie w
                  czułe objęcia Morfeusza. Nie wiem ile mogło to trwać, ale w pewnej chwili wdarł
                  mi się pod czaszkę jakiś miejscowy Hell Angel uwerturą swojej MZ-ty z
                  rozklekotanym wydechem.

                  Źrenice leniwie zarejestrowały obraz z lustra. Musiało potrwać chwilę nim mózg
                  rozstrzygnął produktem której z jaźni jest konstatacja, że Elvis jednak żyje. Po
                  chwili, mój pionowy start z gustownie obitego misiem krzesła, przełożył się na
                  pewne przyspieszenie rozwoju wypadków, osobliwie w warstwie dialogowej :

                  - Panie ! Co to k... jest ?!?!?!
                  - Jak to co ?! Miało być normalnie !
                  - No właśnie, miało być nor-mal-nie !
                  - Chciałeś pan normalnie i jest nor-mal-nie !!! Sześć pięćdziesiąt !!

                  Najwyraźniej Maestro miewał już klientów spoza Augustowa, bo mój pionowy start z
                  fotela harmonijnie zrównoważył leniwym sięgnięciem po tkwiącą jeszcze otwartą w
                  kieszeni fartucha brzytwę.

                  Doceniłem jego dalekowzroczność, w efekcie negocjując kompromisowego 'rekruta'
                  za dodatkowe dwa pięćdziesiąt, uznając je za w sumie dość umiarkowany koszt
                  praktycznej lekcji relatywizmu.
                  • twardycukierek Hej 15.06.10, 10:52
                    No dobra. Jest tak, jakaś 2-ga technikum, stoimy z kumplem na najniższych tylnych stopniach autobusu. Ścisk jak cholera.

                    Kumpel strugając kowboja akurat zdążył zreferować jak to poprzedniego dnia
                    nawiał przed zomo na krakowskim czy jakiś podobny kombatancki kawałek. Gul mi
                    skoczył, ale przełknąłem pigułę czekając na okazję do rewanżu.

                    Nie musiałem czekać długo. Spomiędzy pleców ludzi stojących wyżej, widzimy obaj
                    piękne długie blond pióra których właścicielka zwrócona do nas plecami idzie w
                    kierunku przegubu.

                    Wymieniliśmy szowinistyczne męskie uśmieszki. Kumpel uniósł brwi w niemym pytaniu. Czasu nie było dużo, jakieś 6 przystanków, więc zacząłem się nerwowo przedzierać przez puszyste babcie i zażywnych emerytów.

                    Pióra falowały w rytm pokonywanych zakrętów. Prócz piór ze względu na tłok nie widziałem wiele więcej, jednak zaniepokoiła mnie zaobserwowana różnica wzrostu na moją niekorzyść.

                    Ale co tam. Nie takie rzeczy ze szwagrem w wojsku ... Gdański coraz bliżej, ale
                    właśnie przystanek i sporo ludzi zaczęło wysiadać. Nie zwlekając dłużej
                    nieznacznie wspinając się na palce zaczynam manewr oskrzydlający zachodząc
                    stworzenie od przodu z naszykowanym niezawodnym tekstem.

                    Adrenaliną, testosteronem, feromonami i endorfinami prawie puszczam bańki
                    uszami. Nabieram powietrza w płuca iiiiiiii....

                    Stworzenie nagle odwraca się w moją stronę i widzę dorodnego heja w koszuli do
                    kolan z pacyfką na szyi.

                    Dzizas, cud na niebie że zdążyłem wyhamować. Kumpel ryczał ze śmiechu jak
                    zarzynane prosię, a po 2 dniach zaczepiały mnie ledwo znajome szczawie z
                    młodszej klasy, żeby zapytać czy to wszystko prawda.

                    Do dziś leczę traumę.
                    • twardycukierek Technika Cyfrowa 15.06.10, 10:53
                      Połowa średniej, Technika Cyfrowa czy jakoś tak.

                      Gość - ksywa Pepesza - bo b szybko mówił, każe wyjąć kartki bo będzie zapowiadana wcześniej kartkówka. My - stare już konie i zaprawione w bojach z ambitnymi sorami :

                      - Kartkówka ? Jaka kartkówka ?! Eeeee tam, nie robimy żadnej kartkówki !
                      - Proszę wyciagamy karteczki ...
                      - Sorze, nie dalej jak miesiąc temu była jakaś
                      - Nie było, macie mało stopni i właśnie dlatego dziś musimy zrobić
                      - Była !
                      - Nie było
                      - Nie u sora, ale była !
                      - No dobrze, koniec żartów. Proszę wyjąć karteczki, ale jeśli ktoś nie chce to nie musi, mogę od razu dwóję wpisać
                      - A kto powiedział że ktoś nie chce ?! Ustalaliśmy tylko fakty ...

                      Od dobrych 2 lat wiedziałem że wybór tej średniej to był strzał w 10-tkę, tyle że 2 tarcze obok i tyleż pojęcia miałem o przedmiocie cotygodniowych pogadanek z 'cyfry'. Każdy dostał po 1 pytaniu na jakimś małym karteluszku. Za tydzień, Pepesza czyta wyniki : 3+, 3-, 4-, 3 ... Dochodzi do mnie robi pauzę i :

                      - A Tobie stawiam dwóję z wykrzyknikiem i nie oddam Ci Twojej kartki
                      - A dlaczego, sorze ?!
                      - Bo jak od 12 lat uczę w szkole, czegoś takiego jeszcze nie widziałem
                      - Ale to jest moja kartka, wszyscy dostali swoje z powrotem i ja też chcę
                      - Nie, ja ją sobie zostawię

                      W klasie (same samce) ferment :

                      - Sorze, sor mu odda kartkę. Ja mogę sorowi oddać swoją. Mi nie zależy
                      - Ja też !
                      - I ja !
                      - Sor weźmie sobie moją - fajna z 4-ką minus !

                      Po chwili wszyscy chcą już przehandlować swoje kartki za 1 moją, równocześnie przekrzykują się pytając mnie co tam takiego nasmarowałem. Ja, że nic, zwykła odpowiedź. Pepesza dzielnie próbuje opanować sytuację, ale po chwili przekrzykuje go już z pół klasy, każdy dorzucając coś do zdania poprzednika :

                      - No dobrze, wracamy do lekcji ...
                      - To niesprawiedliwe !
                      - Hańbaaaaaa !
                      - To jest jego własna kartka !
                      - ....z jego zeszytu !
                      - .... co mu mama kupiła !
                      - ... za ciężko zarobione pieniądze !
                      - ... na taśmie w fabryce traktorów !
                      - .... nie ! wibratorów !
                      - No Ty ! Bo ci zaraz zaj.... !
                      - Sory, ja nie o Twojej mamie, tylko tak ...no co Ty... no sory, no

                      Pepesza swym cyfrowym tenorkiem intonuje bez przekonania kilka sztuk 'Cisza, cisza !' lecz po chwili kapituluje :

                      - No dobrze, dam Ci tą Twoją kartkówkę, ale tylko na chwilę. Potem zaraz mi zwrócisz
                      - Ale jak oddam Sorowi to też tylko na chwilę, a potem Sor odda mi ją na dłużej ?
                      - Ehhhhh ... no masz już tą kartkę .. Otwieramy zeszyty !

                      W chwili gdy Pepesza oddawał mi moją kartkówkę z 10 chłopa tłoczyło się koło mojej ławki czekając na podanie kartki jak na komunię.

                      Pepesza wyciągnął do mnie rękę z kartką, a ja z należnym namaszczeniem, patrząc mu prosto w oczy, najwolniej jak tylko umiałem, wstałem wyciągając rękę jakbym odbierał conajmniej Virtuti Militari.

                      Po dopełnieniu aktu przejęcia kartki, wyprostowałem się jak struna, strzeliłem obcasami juniorek, zasalutowałem i energicznie kiwnąłem głową przy akompaniamencie ogólnego rechotu i kładzenia się krzyżem na podłodze przez kolegę Okunia.

                      Bezbronny Pepesza wiedział, że już nic nie może zrobić i pogodził się z rolą niemego świadka dramatu. Pozbierany z krzyża Okuń pierwsze co zrobił, to bez zbędnych ceregieli wyrwał mi kartkę i - nim zdążyłem zaprotestować - zaczął czytać cedząc słowo po słowie z rytualnym patosem jak manifest komunistyczny conajmniej :

                      - 'Co to jest nibyrezonans magnetyczny ?'

                      Tu, mrużąc oczy, z oskarżycielskim w nich wyrzutem, zlustrował stojących dokoła

                      - 'Nibyrezonans magnetyczny .........kojarzy mi się ..........z nibyrezonansem'

                      Zrobił pauzę, wywinął dolną wargę dorzucając do tego podniesiony kciuk co w połączeniu z majestatycznym kiwaniem głową wyrażać miało głęboki szacunek dla profesjonalizmu autora. Nieśpiesznie, w pełnej napięciu ciszy wydeklamował kolejne objawienie :

                      -'Nibyrezonans .......kojarzy mi się .......z rezonansem'

                      Tu dotychczasowy repertuar środków ekspresji uzupełnił głębokim spojrzeniem w oczy każdemu ze zgromadzonych celem weryfikacji okazywania czci należnej samorodnemu geniuszowi autora. Konsylium zgodnie przybrało ten sam namaszczony wyraz oblicz i powoli, w pełnej akceptacji kiwało głowami

                      - ' A rezonans .............z niczym mi się nie kojarzy'

                      W tym momencie pociągnął kilkakrotnie nosem, złapał mnie za łeb i - mimo że czując co się święci wykręcałem się ile wlezie - złożył mi na czole soczystego całusa.

                      Reszta na szczęście ograniczyła się do uściśnięcia oburącz prawicy z towarzyszeniem strzału juniorkami i salutem.

                      Kartkówka w trakcie lekcji okrążyła wszystkie ławki przekazywana niczym relikwia : odbierający wystawiał złączone - jakby przed chwilą zaczerpnął w nie wody z wiadra - dłonie, po czym składał je do siebie i przyciskał do piersi pochylając się przy tym nieznacznie i zamykając na chwilę oczy.

                      Pod koniec lekcji, Pepesza dał kolejny dowód naiwnej wiary w nasze tzw (hehe) dobre intencje, zgłaszając Okuniowi oczekiwanie zwrotu kartkówki.

                      Dziecko znałoby z góry odpowiedź po góra 2 z nami lekcjach, ale nie Pepesza po prawie semestrze. Dowiedział się więc, że ten dał ją Pindorowi.

                      Pindor początkowo odniósł się do sugestii Okunia z pewną rezerwą, pytając Pepeszy ‘kim jest ten kolo’ - wskazując na Okunia - bo pierwszy raz go widzi, co miało o tyle oparcie w faktach, że Pindor zaszczycał nas swą obecnością dość rzadko, co samo w sobie nadawało tym chwilom walor pewnej wyjątkowości.

                      Po chwili jednak, akcentując swoją otwartość w obszarze tolerancji stwierdził, że musi sprawdzić gdzie ją podział. Wybebeszył więc swój kultowy - pamiętający czasy tow Wiesława - wojskowy plecaczek, pozwalając nam kontentować się takimi rarytasami jak opakowanie po Sportach, zestaw do robienia skrętów z conajmniej tygodniowym zapasem niezbędnych surowców i noszące ślady intensywnej eksploatacji 2 pełne talie.

                      Kiedy dochodząc do resztek 2-go śniadania z zeszłego tygodnia, rozległ się przy okazji znajomy kojący dźwięk szkła, Pepesza pospiesznie zrezygnował z wysiłków Pindora, co ten przyjął z niejakim rozczarowaniem dokumentując ten fakt melancholijnym westchnieniem.

                      Na przerwie ustaliliśmy kto ma w domu klaser.
                      • twardycukierek Anegdota z Wielebnym 15.06.10, 10:57

                        Nie dalej jak onegdaj, los mię rzucił był do Krakowa. Ledwie 4h kowbojką
                        z postojami na siku w szczerym polu co pół godziny i już kiele południa
                        Rynek Dragon City stanął przede mną otworem.

                        Ukrop lał się niemiłosierny, więc wypatrzywszy pierwszy z brzegu kościół
                        chciałem w nim chwilę przeczekać odfajkowując przy tym program
                        turystyczny.

                        Zbliżam się doń i widzę, że w najbliższym wejściu powiewa tabliczka 'For
                        Prayers only'. Ale na szczęście jest i druga : 'For visitors ->', więc
                        grzecznie podążam do drugiego wejścia.

                        W progu stoi co prawda jakichś 2 smutnych, ale nadmiernie wesołych w
                        naszych świątyniach się dość rzadko widuje, stąd niczego nie
                        przeczuwając, wchodząc składam karnie łapki i szukam doniczki z wodą.

                        W pewnej chwili, spotykam się wzrokiem z jednym ze smutnych. Ten posyła
                        mi spojrzenie jakby rozpoznał we mnie Marilyn Mansona, po czym cedzi :

                        - Ale tu jest dla zwiedzających
                        - To się świetnie składa
                        - Ale wstęp jest płatny
                        - Ile ?
                        - 6 zł

                        Nie mam drobnych więc daje mu 2 dychy

                        - Ale ja nie mam wydać
                        - A ja nie mam akurat 6-złotówki, ale mogę zapłacić kartą
                        - Pan se chyba żarty robi
                        - Nie, to pan se

                        I rozstaliśmy się w pocałunkach. Poczułem się zwolniony z samowar-wiwru
                        i pozostawiony bez wyboru idę tam gdzie 'For prayers only'. Podchodzę
                        bliżej i widzę, że tam w międzyczasie już też się wielebny bramkarz
                        objawił.

                        O żesz Ty (Ustawa o ochronie jęz. polskiego, Ustawa z dnia) - myślę i
                        pedałuję na niego centralnie.

                        - Tu tylko dla modlących
                        - To się świetnie składa
                        - Ale nie wolno z torbą
                        - To zostawię u pana
                        - Ja niczego tu nie pilnuje
                        - To u kogoś w środku

                        i wbijam się do środka. Ruszyło mnie jednak trochę sumienie, gdy
                        zobaczyłem te wszystkie świeczki i wejrzałem na przebieg ostatnich
                        tygodni na foreksie.

                        Grzmotnąłem więc na kolana i dawaj - dziękczynić Najwyższemu. Wstaję w
                        końcu i kątem oka widzę, że wielebny bramkarz stoi tuż obok mnie i
                        wgapia się we mnie jak majty dody.

                        Osz Ty w torbę Mikołaja. Odwrócilem się do typa i z odległości metra
                        gramy w 'kto 1-szy mrugnie'. Wyflaczył się szybciej niż Endrju.

                        Nie tając satysfakcji, udokumentowałem ten wynik puszczając mu brailem 2
                        kropki oczami i powoli majestatycznie, podziwiając mijane wota i
                        przyklękając przed każdą napotkaną figurą płynąłem do wyjścia.

                        Zadumałem się jeszcze nad tablica ogłoszeń parafialnych krzepiąc serce
                        sukcesami misjonarzy i z emfazą godną (mam nadzieję) mistrza (świeć
                        Panie nad Jego duszą) Zapasiewicza podzieliłem się z moim druhem
                        refleksją :

                        - Pyszne miejsce !

                        Uniosłem łeb o 45 stopni i wyległem na skąpaną słońcem Starówkę.
                        Musiałem sprawić wielebnemu trudną do opisania radość, bo pamiętam tylko
                        te stężałe rysy i zamglony (ekstazą zapewne) wzrok.

                        I rozpłynąłby się pewnie ten epizod w skwarze popołudnia, gdyby nie
                        kilka innych choć pomniejszych już etiudek biznesowych.

                        Z wolna, mój początkowy dysonans począł jednak ustępować. Ustąpił zaś
                        całkiem, gdy zdałem sobie sprawę, z dość liberalnego jednak modelu
                        biznesowego świątyni.

                        W końcu, tabliczki mogłyby być zwrócone do wewnątrz, zaś ofiara składana
                        przy wyjściu. Ukojony tą konkluzją zasnąłem w powrotnej kowbojce jak
                        niemowlę

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka