leksheygyatso
22.08.04, 08:41
Świadectwo:
Byłem szczęśliwym księdzem
Czy jest możliwe, aby Jezus wyprowadził księdza katolickiego z Kościoła? Dla
wielu katolików wydaje się to absurdalne. Dla mnie, jakiś czas temu,
wydawałoby się też niezrozumiałe. Słyszałem kilka historii o księżach czy też
wspólnotach odchodzących z Kościoła katolickiego. Nigdy głębiej nie
zastanawiałem się nad tym, jakie mogły być przyczyny ich odejścia. Ja byłem
szczęśliwym katolikiem. Przez ponad czternaście lat byłem też szczęśliwym
księdzem katolickim.
Zostałem nim, jak to się mówi – z powołania. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze
byłem blisko Kościoła. Już jako dziecko marzyłem, by zostać księdzem.
Chciałem swoje życie poświęcić Bogu. Po maturze nie miałem wątpliwości, co
robić dalej. Złożyłem papiery do seminarium duchownego w Warszawie. Na
początku trzeciego roku studiów przyszedł kryzys mojego powołania. Pojawiły
się myśli, aby odejść z tej uczelni. Długo z Bogiem i z ludźmi o tym
rozmawiałem i postanowiłem wziąć roczny urlop. Było to w październiku 1984
roku. W tym samym październiku SB porwała, a potem zabiła księdza
Popiełuszkę. Odchodząc z seminarium byłem przekonany, że już tam nie wrócę.
Stało się inaczej. Jesienią 1984 r. odchodziłem, a wiosną 1985 r. poczułem w
sercu, że mam tam wracać. I tak się stało.
Ewangelizacja w Jarocinie
W sierpniu tego samego roku wyjechałem do Jarocina. W latach osiemdziesiątych
w tym małym miasteczku odbywał się największy w Polsce festiwal rockowy.
Przyjeżdżało tam nawet do dwudziestu tysięcy młodych ludzi. Na scenie
występowały znane zespoły, ale Jarocin wykreowywał też nowe gwiazdy. Młodzież
przyjeżdżała tam nie tylko po to, by posłuchać muzyki, ale także, aby
pooddychać atmosferą wolności. Lata osiemdziesiąte w Polsce były czasem
mrocznych rządów komunistycznych. W Jarocinie w trakcie festiwalu była
prowadzona ewangelizacja. Grupa młodzieży z Kościoła katolickiego, z różnych
miast i wspólnot wychodziła do tych, którzy potrzebowali Dobrej Nowiny. Było
ich bardzo wielu. Nie zapomnę rozmów o Bogu, o życiu, o wielu problemach,
które trwały często do białego rana. Jezus działał tam bardzo mocno. Te
jarocińskie lata (1985-1990) były dla mnie prawdziwą szkołą ewangelizacji w
praktyce.
W 1989 r. przyjąłem święcenia kapłańskie. W bardzo ważnym dla Polski czerwcu
owego roku zostałem skierowany do swojej pierwszej parafii w Warszawie-
Radości. Pracowałem w niej do czerwca 1992 roku. Następnym miastem, do
którego zostałem skierowany, było Legionowo. I tutaj Jezus zaskoczył mnie
mocno. W listopadzie 1994 roku uczestniczyłem w mszy świętej, podczas której
modlono się o żywe działanie Jezusa i dary Ducha Świętego, o uzdrowienia
duchowe i fizyczne. Było to w kościele ojców paulinów na ul. Długiej w
Warszawie. Raz w miesiącu odbywały się tam charyzmatyczne msze święte, na
które przychodziły setki ludzi. Miesiąc wcześniej zaprzyjaźnieni ze mną znani
polscy muzycy rockowi doświadczyli tam silnego działania Bożego. Podzielili
się tym ze mną i wraz z nimi udałem się na tę mszę. Tam, w trakcie modlitwy
zostałem dotknięty przez Jezusa. Było to, na ten moment mojego życia,
największe nawrócenie. Autentycznie radowałem się Jezusem.
Jedź na Ukrainę
Robiłem plany, w jaki sposób dzielić się Nim z innymi ludźmi w Polsce. Wtedy
po raz kolejny Jezus mnie zaskoczył. W maju 1995 roku, podczas modlitwy ze
znajomymi związanymi z Odnową w Duchu Świętym Jezus ukazał mi Ukrainę jako
miejsce mojej dalszej pracy. Mój brat, ksiądz, pracował już wtedy czwarty rok
w tym kraju. Wyjazd do pracy misyjnej jest możliwy tylko za zgodą biskupa. Po
kilku tygodniach zastanawiania się biskup przychylił się do mojej prośby. Na
początku przez ponad cztery miesiące pracowałem razem z moim bratem w
parafiach w centralnej części Ukrainy, w okolicach Winnicy. Będąc na Ukrainie
wydawało mi się, że tak wiele robię dla Jezusa. Poświęcam swoje życie Bogu i
ludziom – teraz tylko uznanie i podziw. Jednak na Ukrainie Bóg zaczął mi
pokazywać, że bycie tam jest bardzo ważne dla mnie samego. Na początku 1996
roku opuściłem centralną Ukrainę i pojechałem 450 kilometrów na wschód do
miasta Krzywy Róg. Byłem pierwszym księdzem katolickim, który tam na stałe
podjął pracę. Krzywy Róg to 900-tysięczne miasto rozciągnięte na 120
kilometrach, znane ze złóż rudy żelaza, kopalni i hut. Byłem jedynym księdzem
pracującym w tym mieście. Najbliższymi moimi sąsiadami byli księża z
Dnieprodzierżyńska (130 kilometrów) i Zaporoża (200 kilometrów). Mieszkałem
tam w bloku między Ukraińcami, nie miałem żadnego zaplecza materialnego czy
duszpasterskiego. Doświadczałem tam oczyszczania ze strony Jezusa, ale także
silnych ataków ze strony złego ducha. Był to bardzo ważny czas w moim życiu.
W 1997 roku opuściłem z ciężkim sercem Krzywy Róg. Wyjeżdżałem wiedząc, że
ludzie zostają bez księdza. Zdecydowałem się wyjechać, bo widziałem realne
zagrożenia wynikające z samotności. A w tej samotności rozgrywała się
prawdziwa walka duchowa. Wyjeżdżałem, bo dalej nie mogłem i nie chciałem być
sam. Samotność ta mogła mnie wiele kosztować. Po powrocie do Polski
pracowałem w Warszawie na Pradze, Saskiej Kępie, potem w Kobyłce i Markach.
Przez sześć lat, będąc w Polsce, nie zapominałem o Ukrainie. W czasie wakacji
czy ferii zimowych odwiedzałem Ukrainę. Po pewnym czasie pojawiły się myśli,
aby wrócić do pracy na Wschodzie.
Nieoczekiwane zastępstwo w Ługańsku
Biskup w Warszawie nie zgadzał się na mój powtórny wyjazd. Jednak we wrześniu
2003 roku pojawiły się „sprzyjające okoliczności”, abym mógł wyjechać. Bóg ma
swoje sposoby, aby wola Jego była realizowana w naszym życiu. Tak było z moim
powtórnym wyjazdem na Ukrainę. Dziękowałem Bogu, że mogę znów pracować na
Wschodzie, chociaż okoliczności mojego wyjazdu były dość niezwykłe.
Słowo „prześladowanie” nie wydaje mi się wcale zbyt wielkim, aby określić to,
czego doświadczyłem. Pytałem siebie, dlaczego tak się dzieje. Czytałem
wezwanie Jezusa: Tym, którzy was prześladują, błogosławcie, a nie
złorzeczcie - były to słowa, które dawały mi siłę i mądrość w tamtym czasie.
Zrozumiałem, że dalej trzeba iść za Jezusem wcale nie łatwą drogą
błogosławieństw. W takim duchu znalazłem się na Ukrainie, naprawdę dziękując
Bogu za to wszystko, co robi w moim życiu. Podjąłem pracę w Charkowie. Po
kilku dniach zadzwonił do mnie ksiądz z Ługańska, wojewódzkiego miasta
położonego 350 kilometrów na południowy wschód od Charkowa z prośbą, abym go
zastąpił, ponieważ wyjeżdża do Polski, gdzie będzie miał operację gardła.
Pierwszego listopada ubiegłego roku znalazłem się w Ługańsku.
Miałem pozostać w tym mieście do czasu powrotu księdza. W przybliżeniu miało
to trwać około dwóch miesięcy. W domu parafialnym mieszkałem w pokoju, gdzie
był telewizor z możliwością odbierania programów satelitarnych.
Zainteresowałem się tym, co znajduje się na satelicie. Trafiłem na stację
CNL. Jest to protestancka telewizja nadająca w języku rosyjskim. Na początku
zacząłem ją oglądać z zamiarem ćwiczenia języka rosyjskiego. Szybko jednak
zainteresowało mnie to, co ona pokazuje. Podobała mi się żywa forma nauczania
pastorów. Ewangelia przekazywana w sposób prosty, jasny, gdzie Jezus był
zdecydowanie na pierwszym miejscu. Oprócz tego były tam programy ze
świadectwami nawróceń, uzdrowień, programy muzyczne. Rosyjskie
chrześcijańskie teledyski zwróciły moją szczególną uwagę, bo muzyka jest moją
pasją. Telewizja CNL zaczęła mnie z każdym dniem coraz bardziej interesować.
Oglądałem ją bardzo uważnie i jako ksiądz nie znajdowałem tam niczego, z czym
bym się nie zgadzał. Mało tego, zobaczyłem tam wiele rzeczy, które śmiało
można by przenieść do Kościoła katolickiego. W telewizji widziałem teledyski
z piosenkami chrześcijańskimi po rosyjsku. Postanowiłem więc w Ługańsku
poszukać płyt czy kaset z takimi nagraniami. Zna